wtorek, 15 stycznia 2019

10 lat

Bardzo chciałbym poznać i podpisać Autora / Autorkę tego zdjęcia

10 lat. "Dawno" i "niedawno" to jedynie subiektywne konstrukty, definiowane każdorazowo w kontekście. Krócej rzecz ujmując: czy 10 lat to dawno? To zależy [1]. Ludzie, którzy rodzili się w dniu pierwszego wpisu na tym blogu, dzisiaj powinni już umieć całkiem sprawnie czytać.

Spojrzałem przy tej okazji na to, co napisałem te 10 lat temu -- jak wtedy definiowałem to, na czym mi zależało.
Gdyż nie będę pisał wstępów przed autorem, bo i kimże jestem, aby dzieła poprzedzać? Tym bardziej nie będę się wtrącał, aby nie zmącić myśli, nie zachwiać ręki, nie pomieszać szyku - po prostu nie przeszkadzać. Stanę cicho z boku, obserwując poczynania, kolejne zmagania autora ze sobą, ze światem i z tymi, którym coś on chce powiedzieć. Niech on się stanie słowem dla innych.

Ja będę na końcu, po wszystkim - po oklaskach i gwizdach dla aktorów, po posprzątaniu wszystkich róż oraz pomidorów ze sceny, po łzach wzruszenia i westchnieniach zawodu. Jak post scriptum, umieszczane dopiero po podpisie autora. [2]
Z pomysłem wpisu jubileuszowego nosiłem się już od jakiegoś czasu, ale brak chwili wolnego oraz wydarzenia dwóch ostatnich ostatnich dni rozbiły mnie, odsuwając w czasie chęć radosnego podsumowania.

Dlatego chciałbym jedynie prosić tutaj, abyście wykorzystywali / wykorzystywały książki, które czytacie, do stawania się lepszymi Ludźmi. Niech Was ubogacają wewnętrznie, ale też niech pomagają łapać dystans do świata kiedy jest Wam on najbardziej potrzebny.

Na końcu zaś zostawię swój najważniejszy cytat książkowy Heinricha Heinego, który od lat towarzyszy moim kolejnym podróżom literackim
Wo man Bücher verbrennt, verbrennt man am Ende Menschen

(Tam, gdzie pali się książki, pali się też w końcu ludzi).

Przypisy:
[1] These Historical Facts In Pictures Will Mess With Your Perception Of Time, artFido.
[2] I stało się - i ponoć widział, że było dobre, 15 stycznia 2009.

piątek, 28 grudnia 2018

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków

Potrzebowałem inspiracji do pracy, dlatego szperanie po półkach zacząłem od szukania czegoś z kategorii "ekonomia". Poza Ekonomią dobra i zła Tomáša Sedláčka w ręce wpadła mi książka o obiecującym tytule Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marty Sapały. Wypożyczyłem.

Nie pamiętam, co dokładnie miałem w głowie wyobrażając sobie treść książki o tym tytule, ale to było coś innego, niż dostałem (niezobowiązująca atmosfera biblioteki pozwala na tę nonszalancję związaną z przypadkowym wyborem książek).

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków to książka z cyklu "eksperymentów społecznych", realizowanych w ciągu jednego roku. Coś leżącego obok Roku biblijnego życia A.J. Jacobs, tylko w nurcie Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć Barbary Ehrenreich. Najbliżej zaś zapewne do Not Buying It: My Year Without Shopping Judith Levine -- z tym że zamiast po raz kolejny nurkować w odległym społecznie i kulturowo środowisku Ameryki Północnej, lądujemy w kraju nad Wisłą. Dobrze -- przede wszystkim "nad Wisłą".

Ciekawą perspektywę wprowadza do książki Islandia -- miejsce zamieszkania jednej z rodzin biorących udział w eksperymencie. Miejsce o zupełnie innych wzorcach życia stanowi ciekawy kontrapunkt dla polskiej perspektywy, która jest w książce dominująca.
Lansinoh, Bebilon, Hipp, Ketonal - z tymi markami zetknęłam się w szpitalu, gdy rodziłam syna. I takie później wybierałam. Nawet podkładów poporodowych szukałam identycznych. Szpital był nienachalny, położne - starały się nie robić ideologicznych wcisków. Czy nie jest tak, że przyjmujemy rozwiązania podsuwane nam w trudnych momentach przez osoby, którym ufamy?

***

"Gdy rodziłam Rysia" - wspomina Islandka Magda - "przy wypisie ze szpitala nie dostałam nic. Tylko pięknie zapakowaną czapeczkę z delikatnej wełny. Teraz, gdy pracuję w domu starców, wiem, że dzierganiem tych drobiazgów zajmują się ich pensjonariusze. Ci, którzy za chwilę odejdą, witają w ten sposób tych, co właśnie przyszli". [s. 123-124]

W rocznym eksperymencie (anty)zakupowym, poza autorką i jej najbliższą rodziną, bierze udział 12 osób o różnym statusie majątkowym i różnej sytuacji życiowo-rodzinnej (single, pary, rodziny wielodzietne, duże miasta i małe miejscowości, polska ściana wschodnia i zachodnia -- a nawet zagranica). Od 1 kwietnia, przez rok, będą podejmowali próby maksymalnego ograniczenia konsumpcji, ograniczając ją jedynie do najbardziej potrzebnych rzeczy. Tu zaś pojawia się główny obszar negocjacji, który stanowi oś eksperymentu (a co za tym idzie -- książki): procesualne definiowanie "niezbędności".

Wynosząc książkę Marty Sapały z lokalnej biblioteki -- zupełnie nieświadomie -- idealnie wpisałem się w jej ducha. Bohaterowie i bohaterki książki w ciągu roku wykorzystując najróżniejsze sposoby na ograniczenie konsumpcji, dzieląc się swoimi obserwacjami z autorką. Sposoby radzenia sobie z wyzwaniem, jakiego podjęli się uczestnicy projektu,  były różne: uczestniczenie w procesie wymiany (w tym banki czasu), rezygnacja z samochodu na rzecz komunikacji zbiorowej / roweru / piechtolotu, odmawianie sobie "drobnych przyjemności", regularnie nadszarpujących nasze domowe budżety (częste kawy na mieście, nieprzemyślane / spontaniczne zakupy). Kooperatywy, działkowcy, spółdzielnie. Znalazło się nawet miejsce dla biblioteki jako cichego -- i co istotniejsze dla książki: bezpłatnego -- miejsca pracy (alternatywy dla kawiarni czy odpłatnych przestrzeni coworkingowych).
Wcześniej w poszukiwaniu bezpłatnej przestrzeni do pracy, która nie będzie moim własnym domem, wypełnionym energiczną obecnością 2,5-letniego chłopczyka, tułam się po parkach, ławkach, zaprzyjaźnionych redakcjach, znajomych mieszkaniach i biurach, moszczę się z laptopem na dworcach, lotniskach, w środkach publicznego (długodystansowego) transportu i we własnym, zaparkowanym w bezpłatnej strefie aucie. Testuję każde rozwiązanie, jakie mi przyjdzie do głowy. Ponieważ jednak żadne z nich mnie nie satysfakcjonuje, pierwszym pomysłem, który niezmiennie do mnie puka, gdy mam pracować poza domem, jest kawiarnia. (...) Dopiero jakiś czas temu, gdy mam do zagospodarowania trzy godziny - rozciągnie w szpagacie między Mokotowem a Żoliborzem, bez szansy na skorzystanie z żadnego z przetestowanych miejsc - doznaję iluminacji. Gdy po przeanalizowaniu wszystkich możliwych scenariuszy, które podsuwa mi moja własna głowa, dochodzę do wniosku, że czas się przeprosić z darmową przestrzenią któregoś z warszawskich centrów handlowych (...), przychodzi myśl tak świeża, że aż niedorzeczna: czytelnia w bibliotece! [s. 346]
Przejście przez dwunastomiesięczny cykl miało w eksperymencie nie tyle wymiar symboliczny, co praktyczny. Z jednej strony pozwoliło to na zahaczenie nie tylko o cztery pory roku, ale też o wszystkie newralgiczne (pod względem zakupowym) okresy w ciągu roku -- organizacje wakacji, urodzin i świąt, początek roku szkolnego. Z drugiej strony zaś początkowo wysoki poziom adrenaliny, towarzyszący eksperymentowi, stopniowo opadał, zgromadzone przed eksperymentem zapasy topniały, sytuacja życiowo-konsumpcyjna się stabilizowała, motywacja spadała. Nie wszyscy w wytrwali.

Żeby jednak nie było: książka nie jest wyłącznie apoteozą ruchu zero waste z przyległościami. Poza zwykłymi kalkulacjami, związanymi z "tradycyjnym" [?] rynkiem wymiany dóbr i usług (kupno-sprzedaż), autorka -- ale też inni współuczestniczący w eksperymencie -- zwracają uwagę na pozafinansowe kwestie. Jest miejsce na sianie wątpliwości, w każdą stronę. Mają w tym pomóc często zadawane pytania, w domyśle skierowane zapewne do P.T. Czytelnika / Czytelniczki, które w największym skrócie i uproszczeniu można sprowadzić do: "czy na pewno...?".
(...) w każdym akcie wymiany (a więc i wymiany monetowo-towarowej) mieści się społeczny potencjał, także ten pozytywny. Budowania zaufania. Ustanawiania więzi. Sklejania społeczności. Inwestowania - choćby przez system podatkowy - w miejsce, w którym się żyje. Kusząca jest myśl, że portfel może być narzędziem wywierania wpływu na to, jak funkcjonuje i wygląda najbliższe sąsiedztwo. Czy jest w nim lokalna piekarnia, bazarek (...), kawiarnia, której właścicielem jest sąsiad. Nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy innych nie tylko po to, żeby przeżyć, ale i by dodać charakteru swojej egzystencji. [s. 169]
Wszystko to podane zostało w stosunkowo lekkiej, rzekłbym: lifestylowej formie. Ku przyjemności połączonej z refleksją nad życiem (codziennymi, konsumpcyjnymi wyborami). W wolnej chwili -- warto.

Książka:
Marta Sapała: Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2014. ISBN: 978-83-64270-03-1.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Ekonomia dobra i zła

Z przekonaniem graniczącym z pewnością można założyć, że książka napisana przez człowieka, który prowadził zajęcia z filozofii ekonomii, nie może być zwykłym traktatem ekonomicznym. Tomáš Sedláček swoją książką wkłada do naszego codziennego myślenia o ekonomii perspektywę, od której -- jak sam twierdzi -- odeszliśmy na rzecz wskaźników i wzorów (oka i szkiełka). Ekonometria skutecznie wypiera z myślenia o ekonomii inne obszary, a tymczasem (jak możemy przeczytać w Ekonomii dobra i zła) ekonomia jest w lwiej części dyscypliną normatywną [s. 19], nauką o relacjach międzyludzkich [s. 27].

Wychodząc z założenia, że świat składa się z opowieści (jedną z nich zaś jest opowieść o ekonomii [s. 15]), Tomáš Sedláček rozpoczyna od jednej z najstarszych z nich -- eposu o Gilgameszu. Nie wiem, czy P.T. Czytelnicy i Czytelniczki kupili / kupiły by taką opcję, ale dla mnie ta perspektywa wydała się odświeżająca intelektualnie: odczytywanie historii Gilgamesza i Enkidu w perspektywie ekonomicznej. Autor "przetłumaczył" część opisanych w eposie wydarzeń na kategorie, które znamy ze współczesnego żargonu ekonomicznego; rozważał przy tym także kwestie, których doniosłość dla relacji ekonomicznych nie jest już dziś tak oczywista (znaczenie instynktów, emocje a racjonalizacja, znaczenie przyjaźni).
Najwyraźniej istnieją w człowieku dwie skłonności - ekonomiczna, racjonalna skłonność do kontroli, optymalizacji, poprawy wydajności itd., a druga dzika, zwierzęca [1], nieprzewidywalna i brutalna. Być człowiekiem znaczy być gdzieś pomiędzy albo być i jednym, i drugim. [s. 39]
T.Sedláček zaznaczył przy tym, że w swoich książkowych refleksjach korzystał jedynie z zachodniego dziedzictwa kulturowego i cywilizacyjnego [s. 24] -- skutkiem czego przy omawianiu kwestii ekonomicznych w religiach autor opisał chrześcijaństwo i judaizm [2], zupełnie pomijając (istotny także dla europejskiego kręgu kulturowego) islam. Rozumiem jednak, że gdzieś granicę postawić zawsze trzeba.

Poza bezpośrednim odwołaniem do świętych ksiąg chrześcijaństwa i judaizmu, autor Ekonomii dobra i zła omawia także dość szeroko nauczanie Tomasza z Akwinu, pisze o ekonomicznych implikacjach sporu stoików z epikurejczykami, przywołuje teorię wartości Ksenofonta [s. 115] (wiążącego wartość z umiejętnością efektywnego używania rzeczy!), a nawet -- z mojej perspektywy -- odczarowuje nadużywanego Adama Smitha [3], wskazując na znaczenie jego Teorii uczuć moralnych, zepchniętej do kąta przez Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów.
Adam Smith, Thomas Malthaus, John S. Mill i John Locke - ojcowie klasycznej ekonomii liberalnej - byli przede wszystkim filozofiami zajmującymi się moralnością. Upłynął wiek i ekonomia stała się nauką przesiąkniętą matematyką i alokacjami, pełną wykresów, równań i tabel, zupełnie pozbawioną etyki. [s. 197]
Tomáš Sedláček stara się skłonić do (ponownego) myślenia o ekonomii jako nauce społecznej. Wskazuje na matematykę (czy może szerzej: narzędzia ekonometryczne) jako niezwykle istotne narzędzie poznawcze, jednak wciąż _jedynie_ narzędzie, które w części ważnych [4] rozważań o ekonomii może okazać się zupełnie nieprzydatne. Autor pokazuje, że we współczesnym (naukowym) myśleniu o ekonomii równie istotna jest rola wiary w ekonomiczne dogmaty (modele ekonomiczne [por. s. 190-191]) [5].
Tę książkę można odebrać jako postmodernistyczną krytykę mechanistycznej i imperialnej ekonomii tradycyjnej. [s. 331].
(...) książka ta stanowi  próbę przekonania, że ekonomia  ma do zaprezentowania opowieść znacznie szerszą  i bardziej fascynującą niż tylko jej matematyczny aspekt. [s. 336]
Kulturowa różnica między podejściem przednaukowym a naukowym polega na tym, że w tym pierwszym przypadku człowiek dokładnie wiedział, do jakich założeń się odwołuje (czyli mitów i wierzeń) i świadomie je akceptował (lub odrzucał). Natomiast człowiek nowożytny przyjmuje wierzenia (naukowe) mniej lub bardziej nieświadomie. [s. 192-193].
Z wieloma twierdzeniami z książki można by było gorąco i długo polemizować (jednym z przykładów jest ostatni z cytowanych powyżej fragmentów, dotyczący [nie]świadomości wiary), ale o to najpewniej w tym wszystkim właśnie chodziło. Pod tym względem Ekonomię dobra i zła postawiłbym na półce -- jako wstęp -- do świetnej pracy Kacpra Pobłockiego Kapitalizm. Historia krótkiego trwania.

Na sam koniec zaś jedna z ciekawszych myśli, które będę próbował przeciągnąć do swojego zestawu podręcznych mądrości życiowych:
(...) naukowcy nie powinni  zaokrąglać nieprawidłowości, ale wręcz przeciwnie - poświęcać im maksimum uwagi, bo najprawdopodobniej w nich znajdują się zalążki zupełnie nowego (...) systemu. [s. 326]
Wyjątki nie powinny potwierdzać reguł, ale je podważać i skłaniać do dalszych poszukiwań.

[19 grudnia 2018 r.]

Dla lubiących słuchanie polecam nagranie ze spotkania z autorem w ramach promocji książki na Uniwersytecie Warszawskim (11 stycznia 2012 roku).


Przypisy:
[1] Przy okazji: ciekawe jest to, że do tak (wydawałoby się) odległego z dzisiejszego (ekonomicznego) punktu widzenia pojęcia jak zwierzęce instynkty odwoływał się jeden z klasyków nowożytnej ekonomii, John Maynard Keynes w Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza.
[2] Z religii, poza tytułowymi pojęciami dobra i zła, autor wyprowadza też wiele innych, ciekawych przemyśleń. W odniesieniu do ekonomii sensu stricto warto wspomnieć o tłumaczeniu snu faraona przez Józefa (Egipskiego) o siedmiu krowach tłustych i siedmiu krowach chudych, który jest jednym z najwcześniejszych (pierwszym?) przekazów o cyklach koniunkturalnych w gospodarce (a przy okazji przepis  na cykliczne bilansowanie budżetu w gospodarce). Z zakresu ekonomii sensu largo upamiętnię tutaj cytat z 1 Księgi Samuela o Izraelitach, którzy domagali się powołania nad nimi króla (1 SM 8). Zdanie będziecie sami narzekali na króla, którego sobie wybierzecie, ale Pan was wtedy nie wysłucha rezonowało we mnie naprawdę długo.
[3] Odczarowywanie Adama Smitha dotyczy także jego klasycznej już niewidzialnej ręki rynku. Autor precyzyjnie wylicza (oraz cytuje) trzy przypadki użycia przez A.Smitha tego terminu (w Teorii uczuć moralnychBadaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów oraz w Astronomii), za każdym razem zaś w innym kontekście [s. 212-213]. Zdaniem Tomáša Sedláčka koncepcja ta została w późniejszym czasie strywializowana i całkowicie obdarta z wymiaru etycznego [s. 197-198]. Poza tym, idąc dalej za wnioskowaniem autora Ekonomii dobra i zła, przypisywanie autorstwa koncepcji niewidzialnej ręki Adamowi Smithowi jest błędem [m.in. s. 197, s. 333]
[4] Autor rozprawia się w książce z kwestią (nie)naukowości metod innych niż szeroko rozumiane metody matematyczne.
[5] Gdzieś z tyłu głowy w takich momentach gra bardzo chwytliwe zawołanie Marcina Napiórkowskiego z Mitologii Współczesnej: Nie obalajcie mitów! Zakładajcie własne!

Książka:
Tomáš Sedláček: Ekonomia dobra i zła. W poszukiwaniu istoty ekonomii od Gilgamesza do Wall Street, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2012. ISBN: 978-83-62304-44-8.

poniedziałek, 15 października 2018

Leningrad. Oblężenie i symfonia

Być może będzie to powód do wstydu (nigdy nie wiem, jak daleko powinna sięgać wiedza człowieka wykształconego), ale o VII symfonii Szostakowicza dowiedziałem się dopiero półtora roku temu, zwiedzając kijowskie Muzeum historii Ukrainy w II wojnie światowej (dawniej jedno z trzech muzeów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej -- dwie obecnie funkcjonujące instytucje tego typu znajdują się w Moskwie oraz w Mińsku). A że -- poza wspominanym już na tym blogu kinem Sci-Fi -- lubię kino wojenne, ze szczególnym uwzględnieniem snajperów oraz specyfiki walki w miastach, temat symfonii leningradzkiej został mi po muzealnej wizycie w głowie. Przy pierwszej lepszej okazji nabyłem zaś drogą kupna tłumaczenie książki Briana Moynahana Leningrad. Siege and Symphony (Leningrad. Oblężenie i symfonia).

Skala strat ponoszonych po obu stronach konfliktu była niewyobrażalna. Wszystko zgodnie z myślą przypisywaną Stalinowi -- śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka. Tylko w jednym kotle Rosjanie potrafili stracić 1249 czołgów, do niewoli niemieckiej oddając około ćwierć miliona żołnierzy [s. 537]. W samym mieście podczas oblężenia zapanowało zaś to, co po angielsku można wyrazić aż trzema słowami: hunger, famine i starvation, a co Rosjanie oddają tylko jednym - gołod [s. 238]. Choć i tego słowa w zasadzie nie było w użyciu -- sowiecka propaganda określała to jako "dystrofię żywieniową", występującą w "formie odmowej" oraz "formie kachektycznej" [s. 321].
Racjonowany ciemnobrązowy chleb miał niewielką wartość odżywczą. Mąka żytnia, z której go wyrabiano, była doprawiana w 25 procentach celulozą, a także olejem z wytłoków bawełnianych, mąką kukurydzianą i plewami. Mieszkańców zachęcano do zbierania jadalnej kory sosnowej i jodłowej. Każda z dzielnic miasta została zobowiązana do gromadzenia dwóch i pół ton trocin dziennie, które również uznano za substancję jadalną. (...) Przetrząśnięto także garbarnie, a ze znalezionych skrawków skór, zmieszanych z trocinami, otrzymywano kleistą masę, z której wyrabiano "paszteciki". W dokach znaleziono dwa tysiące ton baranich wnętrzności. Przerobiono je na rodzaj galaretowanej substancji, którą dla zabicia nieprzyjemnego zapachu przyprawiano aromatycznymi ziołami. Do owej galarety dodawano nasiona lnu i olej silnikowy, po czym produkt ten rozdzielano jako część dziennej dawki mięsnej. (...) Ze ścian zrywano tapety, po czym zjadano wyschnięty klej. (...) Niezbędne kalorie można było też znaleźć w glicerynie wchodzącej w skład mydła, proszku do zębów, leków na kaszel i maści kosmetycznych. Cenna okazywała się nawet dekstryna, substancja organiczna używana w procesie wytwarzania odlewów w odlewniach oraz procesie uszlachetniania tkanin. [s. 287-288]
W oblężonym Leningradzie kanibalizm, kilkukrotnie opisywany przez Briana Moynahana (m.in. s. 383, 425, 503 czy 509), stał się jedną ze strategii przeżycia. Roztapiający się śnieg wiosną 1942 r. odsłania widok nadjedzonych ciał z odpiłowanymi nogami czy kobiet odciętymi piersiami [s. 503].
Zdjęcia ofiar wojny (Muzeum historii Ukrainy w WW2 w Kijowie) 

Mimo katastrofalnej sytuacji wojennej, sanitarnej oraz żywnościowej, terror sowieckiego państwa nie ustaje ani na chwilę. Nawet odmowa opuszczenia otoczonego Leningradu stawała się podstawą do podejrzeń o kolaborację z nazistami (odczytywano to jako oczekiwanie na nadejście faszystów -- aby przejść na ich stronę [s. 436]). W tym wszystkim mamy Dmitrija Dmitrijewicza Szostakowicza, niezwykle uzdolnionego muzyka obdarzonego słuchem absolutnym, komponującym całe symfonie w myślach.
Pewnego razu w trakcie próby Gauk zauważył na twarzy Szostakowicza wyraz bólu. Kiedy zapytał, co złego się stało, ten odparł: "Aleksandrze Wasiljewiczu, drugi skrzypek w trzecim rzędzie za pierwszymi skrzypkami zagrał ciemną nutę zamiast jasnej". [s. 391]
Jego niezaprzeczalny talent stał się jego kartą przetargową w walce o przetrwanie, choć jego los był niepewny -- tak samo jak los innych więźniów państwa sowieckiego (bo o "mieszkańcach" tego państwa w zasadzie trudno byłoby mówić, o "obywatelach" nie wspominając). Jak celnie zauważa autor, symfonia VII Szostakowicza (której światowa prapremiera  odbyła się 5 marca 1942 r. w Kujbyszewie, dzisiejszej Samarze) stała się ważnym elementem sowieckiej percepcji na Zachodzie.
Time. July 20, 1942
(...) symfonia znalazła swoje miejsce w emocjonalnym krajobrazie wojny. Stała się głosem Leningradu, wyrażoną przez muzykę niezłomnością  odwagą tego oblężonego miasta. Jednocześnie przydała pozoru przyzwoitości czy wręcz humanitaryzmu funkcjonariuszom w granatowych czapkach, żołnierzom plutonów egzekucyjnych i śledczym: przyczyniła się do tego, że niezmienne zło reżimu jawiło się oczom aliantów przykryte kulturalnym fornirem. [s. 472]
Symfonia zdawała się dowodem, że Rosjanie przyjmują te same wartości. Z imperialnej Japonii i nazistowskich Niemiec wychodziło barbarzyństwo; ze Związku Radzieckiego pochodziła muzyka. [s. 476]
Dmitrij Szostakowicz trafił w 1942 roku na okładkę tygodnika Time. Ironią losu jest to, że jego wizerunek malował Boris Artzybasheff, uciekinier z Rosji (w zasadzie zaś z terytorium późniejszej Ukrainy) po jej zajęciu przez bolszewików, syn antybolszewickiego pisarza Michaiła Piotrowicza Arcybaszewa. Ten sam malarz miał namalować kilka miesięcy później -- również na okładkę magazynu Time -- samego Stalina [s. 556-557].

W tym parusetstronicowym dziele przeplatają się trzy główne wątki: sowiecki terror (widziany głównie z perspektywy spisanych wspomnień / pamiętników), kwestia rosyjskiej kultury i sztuki (ze względu na temat książki -- w dużej części historii muzyki) oraz szczegółowe opisy kolejnych działań wojennych, związanych z wątkiem leningradzkim frontu wschodniego. Tym wszystkim obficie oblany został opis codzienności oblężonego miasta, z drobiazgowymi statystykami dotyczącymi racji żywnościowych oraz śmierci. Przy bardzo dużej liczbie szczegółowych informacji miałem niestety wrażenie "przegadania" tematu, dlatego -- oczywiście tym mniej wrażliwym -- książkę można polecić na niezobowiązujące, jesienne wieczory (lub tak, jak było w moim przypadku, wakacyjny wyjazd). Ponad 600 stron tekstu robi jednak swoje.

Książka:
Brian Moynahan: Leningrad. Oblężenie i symfonia (ang. Leningrad. Siege and Symphony), przełożył Jerzy Korpanty, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016. ISBN: 978-83-280-2181-5.

niedziela, 14 października 2018

Aleja Włókniarek

Z Martą Madejską jesteśmy praktycznie równolatkami. Między innymi to spowodowało, że do Łodzi przyjechaliśmy mniej więcej w tym samym czasie -- i na tym samym etapie życia: licząc na zdobycie wyższego wykształcenia. Zarówno dla Marty, jak i dla mnie, Łódź nie była pierwszym i oczywistym wyborem -- z tym że o ile Marta miała do pokonania ładny kawałek drogi, o tyle dla mnie Łódź była wówczas najbliższym, dużym akademickim ośrodkiem. W zasadzie Łódź była opcją rezerwową po tym, jak z różnych (mniej lub bardziej zawinionych) względów nie udało mi się dostać na studia do Poznania oraz Torunia (wśród moich rówieśników bardzo popularnymi kierunkami były też Wrocław i Kraków; niekoniecznie Łódź).

Jeżeli chcę kogoś odesłać do Łodzi z tych czasów, podsyłam mu film zrealizowany przez znanego tu i ówdzie Michała Grudę Dwie twarze Łodzi (wkleję go gdzieś poniżej, ku pamięci). Film -- w skrócie -- to zestawienie obrazów z nowoutworzonego centrum handlowo-usługowo-rozrywkowego Manufaktura ze zdjęciami reszty centralnych obszarów miasta. Dzisiaj większości tych miejsc nowonapływający łodzianie i łodzianki mogą już nie rozpoznawać. W mieście zmieniło się dużo -- przede wszystkim wizualnie. Drugim z klasycznych już łódzkich obrazów filmowych -- dla mnie biograficznie istotniejszym -- jest film Piotra Szczepańskiego Aleja Gówniarzy z 2007 r. Tytuł to oczywiste nawiązanie do alei Włókniarzy [1], jednej z głównych arterii Łodzi. W warstwie toponimicznej aleja ta jest jednym z najmocniejszych świadectw przemysłowego dziedzictwa miasta. Łódź jednak lubuje się w toponimicznych pułapkach. Dlatego tak, jak Stare Polesie nie powstało na terenach leśnych, tak też to miasto nie było miastem włókniarzy -- ale włókniarek.
Nazwa ta jest poprawna gramatycznie, zgodna z zasadami tworzenia trzeciej osoby liczby mnogiej w naszym języku. Oni (włókniarze) i one (włókniarki) to razem oni (włókniarze). Dlaczego jednak potocznie mówiło się raczej o włókniarkach? Dlaczego, gdy patrzę na tabliczki z nazwą alei, mam poczucie, że coś nam odebrano? [s. 10]

Pisząc w kwietniu 2016 roku o Historii słabych prof. Urszuli Glensk zacząłem od klasycznego cytatu z Winstona Churchilla, który powiedział, że historia jest pisana przez zwycięzców. Rozmowę o Alei Włókniarek Marty Madejskiej w zasadzie mógłbym rozpocząć w ten sam sposób. Od wielu już lat -- choć mam wrażenie, że nie tak wielu, jak mieszkam w Łodzi -- co jakiś czas przetacza się dyskusja na temat upamiętniania włókienniczej (czy szerzej -- robotniczej) przeszłości miasta, często w kontrze do chętniej upamiętnianej historii łódzkich przemysłowców. Ostatnia batalia dotyczyła nazw w obszarze tzw. Nowego Centrum Łodzi [2]. Dwa najbogatsze rody fabrykanckie zostały upamiętnione, robotnicy i robotnice -- nie. W tym zestawieniu nietrudno przecież o ustalenie relacji między "zwycięzcami" oraz "przegranymi" łódzkiej, zbiorowej pamięci historycznej -- najpierw właściciele wspaniałych willi i fabryk, dużo dalej robotnicy. W silnie sfeminizowanym (praktycznie od samego początku) mieście -- robotnic w zasadzie nie stwierdzono. Marta Madejska pisząc Aleję Włókniarek wsadza do tego rzecznego nurtu pamięciowego kij. Zawrócić nie zawróci, ale co wodę zmąci -- to jej.
[Marta Madejska] – Studiując kulturoznawstwo, postanowiłam zająć się badaniem pamięci o włókniarkach. Byłam ciekawa, czy funkcjonuje ona w zbiorowej pamięci Polski. Zdziwiło mnie i dotknęło, kiedy uświadomiłam sobie, że nie. Dla mnie samej włókiennicza historia Łodzi była absolutną nowością, a przecież urodziłam się i wychowałam w tym samym kraju! Dopiero po zamieszkaniu w Łodzi zaczęłam to odkrywać. Wśród niektórych dzisiejszych akademików i publicystów w Polsce pokutuje poczucie, że klasę robotniczą badało się tylko z przymusu w PRL-u, a niektórzy uważają wręcz, że wtedy ją wymyślono, że to taki konstrukt, który nigdy naprawdę nie istniał. Porzuciłam doktorat i postanowiłam napisać książkę reporterską. [3]
Będąc niedawno na konferencji dość specyficznego środowiska, określającego siebie jako Łódzka Szkoła Rewitalizacji, usłyszałem, że każde spotkanie koła rozpoczynają od wysłuchania motywu muzycznego z ekranizacji Ziemi obiecanej Władysława Reymonta (reż. Andrzej Wajda, 1974 r.). [4] Gdybym był złośliwy napisałbym, że każdy pomysł całkiem celnie odzwierciedla poziom refleksyjności jego autorów -- ale przecież nie jestem. Marta Madejska zaś zauważa:
Współcześnie łódzcy decydenci i decydentki lubią przywoływać wyrwane z kontekstu cytaty z Ziemi obiecanej, najczęściej z dialogu Trawińskiego i Halperna ("wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz"). Sporo w tym nierozpoznanej ironii, bo książka to paszkwil na przemysłowe miasto szybkich fortun, "geszeftów", oszustw, plajt i robotniczego głodu. Trochę jak Wilk z Wall Street osadzony w XIX wieku z wariacjami antysemickimi i wkładką romansową, po której można poznać, że powieść pierwotnie wydawana była w odcinkach w "Kurierze Codziennym". [s. 34]
Jak widać powyżej, Marta bardzo fajnie, powiedziałbym: w swoim stylu (kto ją choć trochę zna, ten wie) -- rekonstruuje historię Łodzi, odzierając ją z części mitów. Wspomina między innymi o kwestii wielokulturowości (kolejnym z łódzkich, świetlanych mitów), którą przez wiele lat w Łodzi malowano w kolorach powszechnej szczęśliwości i wzajemnej miłości wszystkich ze wszystkimi. Taki łódzki towar eksportowy. Marta zaś pisze:
Szybko wykształcił się specyficzny wielokulturowy tygiel, pełen napięć i kompromisów. Relacje największych kultur - wykwalifikowanych niemieckich imigrantów, polskiej siły roboczej, żydowskiego handlu i rzemiosła - już zawsze miały układać się tu na trzech płaszczyznach: "ze sobą", "obok siebie" i "przeciw sobie". Na co dzień panowała pragmatyczna akceptacja odmienności. [s. 24]
Aleja Włókniarek zaś, wbrew innej, powszechnej w Polsce (w tym w Łodzi) narracji [5], skupia się na codziennym, mozolnym życiu -- widzianym oczami kobiet. W tym sensie książka jest głęboko feministyczna, konsekwentnie napisana w nurcie herstorii. Dlatego w Alei Włókniarek znajdziemy wszystko, co narracyjnie istotne dla tej optyki -- a co tak łatwo znika w "męskich narracjach". Jak ujęła to Marta na jednym ze spotkań autorskich w Łodzi -- ma nadzieję, że chociaż symbolicznie udało jej się wybrukować aleję Włókniarek.

Jednocześnie zaś obraz nakreślony przez Martę Madejską nie jest jednowymiarowy. Przy opisywaniu śmierdzącej, dusznej oraz hałaśliwej codzienności "Kominogrodu", autorka opisuje także motywy, które kierowały -- głównie bardzo młodymi [s. 42] -- dziewczynami, decydującymi się na przyjazd do Łodzi i podjęcie pracy w fabrycznych murach. W murach, w których czekały na nie "niebezpieczne zasłabnięcia", "ogólne osłabienie", "kurcze żołądka" [s. 36], kalectwo czy molestowanie przez mających władzę nad ich pracą fabrycznych majstrów oraz właścicieli fabryk [s. 75-77]. Oraz zarobki niższe od uposażenia mężczyzn.
Zbędne córki - tak określali je badacze społeczni (...) w dwudziestoleciu międzywojennym (...). Według badań ankietowych w połowie lat trzydziestych XX wieku 40 procent córek z drobnych gospodarstw rolnych było określane w ten sposób. Doliczyć trzeba córki rodziców bezrolnych, ludzi "luźnych" bez stałego miejsca zamieszkania i zatrudnienia oraz sieroty. Zbędne. [s. 42]
Zwykle wyruszały wyposażone wyłącznie w jeden tobołek z rzeczami, we własną wytrzymałość fizyczną i silną determinację, żeby utrzymać się na powierzchni życia. Nie było łatwo. Niektóre wracały później do rodzinnych stron z zaoszczędzonymi pieniędzmi. Inne wsiąkały w miasto. Jeszcze inne stawały się jego ofiarami. [s. 44]
Marta powiedziała kiedyś, że po przyjeździe do Łodzi brakowało jej książki, która pozwoliłaby jej zrozumieć to miasto. Inną jej myślą było zaś to, że chciałaby pisać takie książki, jakie sama chciałaby czytać. Myślę, że spośród różnych celów, jakie założyła sobie pisząc tę książkę, te z pewnością zostały przez nią osiągnięte.

I że po lekturze jej książki więcej osób patrząc aleję Włókniarzy zacznie w przestrzeni Łodzi szukać  alei Włókniarek [s. 14].

Przypisy:
[1] Aleja miała zostać hucznie otwarta w 1977 roku z okazji kolejnej rocznicy 22 lipca. Marta Madejska zaczyna od niej swoją opowieść, pisząc o alei Włókniarzy na s. 9-10.
[2] Marcin Bereszczynski: Nowe Centrum Łodzi. Nazwy nowych ulic mają być poświęcone fabrykantom, Dziennik Łódzki, 7 lipca 2016.
[3] Izabella Adamczewska: Łódzkie włókniarki wracają. "Każda z nich była wyjątkowa" (rozmowa z Martą Madejską), Gazeta Wyborcza Łódź, 24 sierpnia 2018.
[4] Dla osób niezwiązanych z Łodzią podrzucam:

[5] Łódź pod tym kątem jest w ogóle specyficzna, także na tle Polski. W tym mieście historie gloryfikujące fabrykantów -- czynnie współpracujących z caratem przeciwko robotnikom, wysyłającym przeciwko nim carskie oddziały kozackie -- wcale nie kłóci się z upamiętnianiem powstań, walką narodowowyzwoleńczą, kultem marszałka Piłsudskiego. Dwójmyślenie opanowane do perfekcji.

Książka:
Marta Madejska: Aleja Włókniarek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018. ISBN: 978-83-8049-708-5.

piątek, 31 sierpnia 2018

Depesze

Powiedzieć, że temat wojny wietnamskiej jest historycznie -- i kulturowo -- istotny, to jak nic nie powiedzieć (słowem: truizm). Czas apokalipsy (Apocalypse Now), Good Morning, Vietnam, Łowca jeleni (The Deer Hunter), czy -- żeby wspomnieć coś nowszego -- Byliśmy żołnierzami (We Were Soldiers) mówią same za siebie [1]. Temat jest wciąż żywy -- szczególnie w kulturze północnoamerykańskiej, co było widać w kontekście niedawnej śmierci Johna McCaina. Późniejsze konflikty zbrojne -- wojna w Afganistanie czy II wojna w Zatoce Perskiej -- nawet mimo swojej aktualności (w kontekście politycznym, kulturowym) nie przyćmiły Wietnamu.

W tym wszystkim jest też Michael Herr i jego Depesze (Dispatches). Wydane w 1977 roku, swojego pierwszego, polskojęzycznego tłumaczenia doczekały się dopiero w 2016 roku. W roku śmierci autora.

Chociaż niektórzy recenzenci (np. Rafał Hetman z CzytamRecenzuję.pl [2]) śmiało piszą o Depeszach jako o reportażu, czytając polskie wydanie miałem wrażenie obcowania z czymś pomiędzy -- ni to reportażem, ni powieścią (jakkolwiek -- co warto dodać -- klasyfikacja literatury zawsze jest śliską sprawą). Na szczęście z tych moich niepokojów wybawił mnie tłumacz, Krzysiek Majer, który tekst Herra nazwał hybrydowym [s, 305]. Przy okazji zresztą dowiedziałem się, czym jest Nowe Dziennikarstwo [3]. Zresztą -- jak się okazało -- sam autor po wydaniu Depesz ujawnił, że tekst (a nawet więcej -- jego znaczna część) zawiera elementy fikcji literackiej, stanowczo odżegnując się od przypisywania książce wartości walorów pracy dziennikarskiej.
"A lot of Dispatches is fictional. I've said this a lot of times. I have told people over the years that there are fictional aspects to Dispatches, and they look betrayed. They look heartbroken, as if it isn't true anymore. I never thought of Dispatches as journalism. In France they published it as a novel.... I always carried a notebook. I had this idea—I remember endlessly writing down dialogues. It was all I was really there to do. Very few lines were literally invented. A lot of lines are put into mouths of composite characters. Sometimes I tell a story as if I was present when I wasn't, (which wasn't difficult)—I was so immersed in that talk, so full of it and so steeped in it. A lot of the journalistic stuff I got wrong. [4]
Konwencją bawił się trochę sam autor, pisząc:
Wiedzieli, że tej wojny nie da się pokazać za pomocą konwencjonalnego dzienniarstwa, tak jak nie da się jej wygrać za pomocą konwencjonalnej siły. [s. 252]
Nie przeszkodziło to oczywiście umieścić książki Michaela Herra na liście 100 najważniejszych książek non-fiction (jak na ironię -- w dziale "dziennikarstwo" [5]).

Tak czy inaczej -- dostaliśmy do rąk książką wybitną, w świetnym tłumaczeniu Krzysztofa Majera. Dwie nominacje za tłumaczenie Depesz dla Krzyśka były z całą pewnością zasłużone [6]. W książce widziałem jedynie ślady zmagań, jakie musiał przechodzić tłumacz podczas pracy nad książką Michaela Herra, a i tak robią one wrażenie. Urzekli mnie Dzionek [s. 140] (Day Tripper) oraz Żółtek Farciarek [s. 148]. Przy okazji Dzionka warto wspomnieć o przypisach, które dodał tłumacz, pokazując dodatkowy kontekst -- a jednocześnie odsłaniając część swojego warsztatu translatorskiego.
Oryginalne przezwisko tego żołnierza, Day Tripper, to wielopiętrowa aluzja. Z jednej strony oznacza kogoś, kto jedzie na jednodniową wycieczkę, z drugiej odnosi się do przeboju Beatlesów z 1965 roku, gdzie określa raczej kogoś, kto od związków miłosnych woli przygody. W slangu narkotykowym z kolei odnosiłoby się do "niedzielnego ćpuna", okazjonalnego hipisa. [komentarz od tłumacza, s. 140]
Takich translatorskich perełek jest pełno. W pewnym miejscu narrator (Michael Herr) wspomina o podróżach z Karstenem Pragerem, pochodzącym -- najpewniej z Niemiec -- reporterem Time'a. Mowa jest o tym, że po niemieckim akcencie Pragera nie został nawet najmniejszy ślad, zamiast tego zaś mówił szorstkim, oszczędnym językiem brooklyńskich doków [s. 169]. Czytając ten fragment przed oczami stanął mi papież Benedykt XVI i jego klasyczne "pozdrawiam ciule wszystkich Polaków".
Spytałem go raz, jak to jest, że mówi po angielsku od tak niedawna, i w ogóle bez obcego akcentu. "Bo widzisz - odparł - takhe mahm szwhetne ucho do jenzykuf." [s. 169]
Depesze są spojrzeniem od środka i od dołu. Książka poświęcona jest przede wszystkim żołnierzom walczącym na pierwszej linii frontu oraz reporterom, którym Michael Herr poświęcił osobny rozdział książki (Koledzy). Dowództwo pojawia się niejako przy okazji (z konieczności), tzw. wielka historia (ofensywa Tết, morderstwo Martina Luthera Kinga [7]) -- również.
Naprawdę mnie ciekawiło, jak może wyglądać taka rozmowa, ale kiedy spytałem kilku reporterów, to zrobili się zaraz strasznie oficjalni, zaczęli coś mamrotać o "postawie Dowództwa" i patrzyli na mnie jak na wariata. Na jednego z nich chyba sam raz tak spojrzałem, kiedy mnie spytał, o czym ja tak cały czas gadam z szeregowcami; oczekiwał (jak sądzę) wyznania, że nudzę się z nimi tak samo jak on. [s. 251]
Pierwszy i ostatni rozdział zatytułowane został odpowiednio Wdech i Wydech, biorąc w klamrę całość nagromadzonych w książce emocji. Z jednej strony cóż istotnego można zmieścić między tymi dwoma kluczowymi dla ludzkiej fizjologii odruchami, niezbędnymi dla przeżycia. Z drugiej jednak -- to, co wydarzy się w tym momencie, stanie między wdechem a wydechem, będzie kluczowe dla całej egzystencji. Ważny jest zarówno sam wydech, jak i możliwość zaczerpnięcia kolejnego wdechu.

Ale tyle jest ważne jedynie z perspektywy jednostki. Herr (zgodnie z sentencją Śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka), wielokrotnie ukazuje nie tylko masowość, ale też bezsens tej wietnamskiej śmierci. Wytyka dziennikarzom, że tego jednego -- najważniejszego -- nie umieli w sensowny sposób relacjonować [s. 248-249].
I jeśli coś takiego trwało od tylu lat, że zdawało ci się, że trwa od zawsze, to kiedy w wieczornych wiadomościach mówili, że amerykańskie straty w tym tygodniu są najniższe od sześciu tygodni, raptem osiemdziesięciu zabitych, miałeś wrażenie, że dostajesz niezły rabat. [s. 249]
Obojętność wobec śmierci, która ostatecznie okazuje się przecież obojętnością pozorną, dotyka również samego autora. Zmarłego przyjaciela, który przedawkował leki, dopisuje do reszty trupów i idzie spać [s. 76].
Na poboczu leży "element wyposażenia" za dwa dolary: pałatka, którą właśnie przykryto martwego marine, ubłocona, unurzana we krwi, sztywniejąca od wiatru. (...) Idę tą drogą z dwoma czarnymi piechociarzami, i jeden z nich wymierza pałatce wściekłego, bezradnego kopa. "Wyluzuj, stary" mówi ten drugi, bez cienia jakiegokolwiek grymasu na twarzy, ani razu się nie ogląda. "Amerykańską flagę tak z buta?" [s. 133]
W domu: lat dwadzieścia osiem, czułem się jak zbudzony Rip Van Winkle. Moje serce przypominało jedną z tych małych papierowych pastylek, jakie robią w Chinach, wrzucasz taką do wody, a ona się otwiera i wyrasta z niej tygrys albo kwiat, albo pagoda. Z mojej wyrosła wojna i krzywda. [s. 290]
Przypisy:
[1] Jeżeli ktoś chce się filmowo wkręcić w temat, polecam zajrzenie do kategorii Vietnam War films na anglojęzycznej Wikipedii. Mamy tam zarówno wojnę wietnamską in carne ed ossa, ale też filmy z wojną wietnamską w tle. Lista mogłaby być jeszcze dłuższa -- nie ma np. Drużyny A (The A-Team), dla której kontekst wietnamski również był -- jakby na to nie patrzeć -- istotny.

Filmy wojenne -- czy też bardziej ich wpływ -- zostały również odpowiednio "sportretowane" przez autora Depesz.
Ciągle myślę o tych wszystkich dzieciakach, które załatwiło siedemnaście lat filmów wojennych, a potem pojechały do Wietnamu i na serio dały się załatwić. Nie wiesz, co to parcie na szkło, jeśli nie widziałeś, co niektórzy odpierdalają w walce, kiedy kawałek dalej stoi ekipa telewizyjna; oni po prostu kręcili w głowach filmy wojenne, szli w piechociarskie tany pod ostrzałem, flaki pchali ku chwale i pryszcze sobie dawali odstrzelić dla wielkich sieci telewizyjnych. Mieli nie po kolei we łbach, ale to nie wojna im to zrobiła. (...) Te pierwsze parę razy, kiedy ktoś do mnie strzelał albo widziałem śmierć na polu bitwy, nie czułem niczego szczególnego, wszystkie reakcje uwięzły w głowie. To była ta sama, dobrze znana przemoc, tylko w innym medium; jakaś zabawa w dżunglę, ogromne helikoptery i niesamowite efekty specjalne, aktorzy leżą w płóciennych workach na zwłoki, czekając, aż skończy się scena, żeby mogli wstać i rozchodzić mięśnie. Tylko że ta scena trwała i trwała (orientowałeś się po jakimś czasie) - bez żadnych cięć. [s. 242-243]
[2] W tym miejscu polecam serdecznie zerknięcie do tekstu Rafała Hetmana na temat polskiego wydania książki Michaela Herra: Depesze.
[3] Anglojęzyczna wiki odsyła -- w kontekście pisarstwa Michaela Herra -- również do pojęcia non-fiction novel, które pewnie gdzieś to Nowe Dziennikarstwo w sobie mieści.
[5The 100 greatest non-fiction books, The Guardian, 14 czerwca 2011.
[6] Co ciekawe, obie nominacje za przekład książki Depesze były z wybrzeża.


[7] O zabójstwie M.L. Kinga, co warto odnotować, Herr pisze: śmierć Martina Luthera Kinga wdarła się do świata wojny mocniej niż jakiekolwiek inne wydarzenie [s.183].

Książka:
Michael Herr: Depesze (ang. Dispatches), przekład: Krzysztof Majer, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016. ISBN: 978-83-65271-28-0.

piątek, 24 sierpnia 2018

Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Był kiedyś taki żart: Do pokoju, w którym siedzi dwóch adwokatów, wpada wzburzony facet i zaczyna krzyczeć do jednego z nich, że pies jego żony przed chwilą zaatakował jego szanowną małżonkę, pogryzł ją dotkliwie, szanowna małżonka w szpitalu z licznymi obrażeniami -- i jeżeli ten oto adwokat nie przekaże mu 30.000 PLN, to facet z miejsca rusza do sądu i zakłada sprawę w sądzie. A wtedy dopiero cała rodzinka adwokata będzie się miała z pyszna.
Adwokat chwilę myśli, po czym prosi faceta o chwilę cierpliwości, wstaje, wychodzi, wraca -- i wręcza mu rzeczone 30.000 PLN. Facet bierze pieniądze i znika.Całemu zajściu ze zdumieniem przygląda się drugi adwokat. Po wyjściu wzburzonego mężczyzny z gotówką pyta się swojego kolegi po fachu:
- Krzysiek, ale wytłumacz mi to proszę. Wpada do pokoju facet, krzyczy coś o psie, żonie, pogryzieniu... Żąda od ciebie 30.000 PLN (skąd w ogóle taka kwota?!), a ty jakby nigdy nic dajesz mu je do ręki. Przecież ty nawet żony nie masz, co dopiero mówiąc o jej psie!
Na to Krzysiek, adwokat lżejszy o 30.000 PL mówi do kolegi:
- To wszystko prawda. Faceta nigdy na oczy nie widziałem, żony nie mam, psa również. Ale wiesz, facet jeszcze gotów pójść do sądu, założyć sprawę -- a w sądzie to już nic nie wiadomo....
Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: szczęśliwi są ci, którzy mogą traktować tę historię jako mniej lub bardziej zabawną anegdotę. Im mniej dla nich zrozumiałą, tym jest dla nich lepiej.

Sprawa morderstwa Grzegorza Przemyka po pobiciu na komisariacie milicji przy ul. Jezuickiej 1/3 w Warszawie, tak samo jak sprawy zabójstw Stanisława Pyjasa oraz zamordowanego ponad rok po Grzegorzu Przemyku księdza Jerzego Popiełuszki, które swój finał miały na salach sądowych sprawiają, że puenta historyjki o dwóch adwokatach przestaje być zabawna.

Trzeba to powiedzieć na wstępie -- Cezary Łazarewicz w Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka wykonał kawał naprawdę dobrej, rzetelnej, reporterskiej roboty. Nie dziwią Nagroda Literacka Nike (2017), Nagroda Książka Historyczna Roku im. Oskara Haleckiego (listopad 2016, już za rządów Beaty Szydło) i wyróżnienie w plebiscycie studenckich nagród dziennikarskich MediaTory w kategorii ObserwaTOR (2016). Książka Łazarewicza dotarła także do finału Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (2017) [1]

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza, dłuższa część, to opis wydarzeń z 1983 oraz 1984 roku (od zabójstwa Grzegorza Przemyka do zakończenia pierwszej rozprawy). Druga część (oznaczona jako "2015") to przejście przegląd przez wydarzenia po 1989 r.

W pierwszej części naprzemiennie umieszczono rozdziały z kolejnych miesięcy (maj 1983, czerwiec 1983, lipiec 1983 itd.) oraz rozdziały poświęcone poszczególnym osobom: Barbarze Sadowskiej, Grzegorzowi Przemykowi, jego kolegom, w końcu także oskarżonym w sprawie pielęgniarzom. Ostatni rozdział drugiej części (Cichy z Czerkasów) -- domknięcie tej wieloletniej, polityczno-sądowej epopei -- poświęcony został Ireneuszowi Kościukowi. Człowiekowi, którego bezsprzeczna rola w zabójstwie Grzegorza Przemyka nigdy nie została prawomocnie osądzona.
Jelita pacjenta wyglądają jak durszlak, są poszarpane i podziurawione. [s. 21]
- Wiele razy operowałem osoby z urazami jamy brzucha, lecz takich obrażeń nigdy nie widziałem. Takie uszkodzenia powstają na skutek dociśnięcia jelit do kręgosłupa. Tu wyglądały, jakby przez brzuch tego chłopca przejechał samochód. [s. 22]
Sprawa wydaje się przesądzona. Tym razem zomowcom nie uda się wywinąć od odpowiedzialności. Zbyt dużo świadków, zbyt dużo dowodów. [s. 34]
Znakiem czasów jest rozwijanie w książce (przez autora lub wydawcę) skrótowców, które jeszcze dla mojego pokolenia są najczęściej oczywistą oczywistością, takich jak ZOMO, WRON [s. 16] czy KOR [s. 33]. Od zabójstwa Przemyka minęło już 35 lat, dzisiaj ten nastolatek byłby w wieku moich rodziców. Kolejne pokolenia sięgające po książkę Łazarewicza mogą już mieć z nimi problemy. Orła WRON-a nie pokona to dla części moich P.T. Czytelników i Czytelniczek może być już jedynie niezrozumiała gra słowna.

Tak samo jak niezrozumiała może wydawać się ta prosta z pozoru sprawa Grzegorza Przemyka.

Pułkownik Romuald Zajkowski, zaufany Czesława Kiszczaka, sprawdza sprawę na jego polecenie. Po sprawdzeniu teczek, działań operacyjnych esbecji miał stwierdzić. - To nie jest polityczna sprawa.
(...) tłumaczy Kiszczakowi, że najlepiej byłoby odsunąć od niej milicję i dać do prowadzenia jakiemuś prokuratorowi sympatyzującemu z opozycją. - Najwyżej wykryje kilku sadystów w milicji, ale to się przecież zdarza na całym świecie. [s. 50]
Także Mieczysław Rakowski (ówczesny Wiceprezes Rady Ministrów) uważał, że sprawa nie miała żadnego podtekstu politycznego (śmierć Przemyka była wynikiem sadyzmu kilku funkcjonariuszy), zaś nieukaranie odpowiedzialnych za pobicie milicjantów i ukręcenie łba sprawie miało być fatalnym błędem politycznym [s. 55].

Na tym ta sprawa mogła się zakończyć. Przeciwko oskarżeniu milicjantów występuje jednak generał dywizji MO Józef Beim, Czesław Kiszczak mu ustępuje. Przedstawia scenariusz, w którym za śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka mają odpowiadać sanitariusze z pogotowia [s. 50]. Tak rodzi się narracja, która będzie ciągnęła się przez wszystkie lata procesu w sprawie morderstwa Grzegorza Przemyka.
Na koniec apeluje do kolegów, by wzmocnili poczucie bezpieczeństwa w MO. "Jeśli to nie nastąpi, to nie wiadomo, jak milicja zachowa się przy następnej awanturze" - ostrzega Kiszczak. [s. 55]
Część osób z politycznej wierchuszki, odpowiedzialnych za tę sprawę (m.in. Czesław Kiszczak, Wojciech Jaruzelski, Mirosław Milewski) już nie żyje. Niech ich imiona pokryje wieczna infamia. Nie potrafiłem, a po lekturze książki Cezarego Łazarewicza tym bardziej nie będę potrafił, powiedzieć o nich jak Adam Michnik
– Przy okrągłym stole i wyborach zachowali się jak ludzie honoru. Chcę to powtórzyć nad grobem generała – powiedział na temat gen. Kiszczaka i gen. Jaruzelskiego naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik na antenie radia TOK-FM. Mówił też o śmierci Grzegorza Przemyka. Michnik stwierdził, że "jeżeli Kiszczak mataczył ws. Przemyka, to mataczył w dobrej wierze". [2]
Nie potrafię skomentować tych słów cenzuralnie, także nie chcę komentować ich tutaj w ogóle.

Są jednakowoż osoby, które mataczyły a dziś mają się dobrze. Być może mają też wciąż moc szkodzenia. W ramach podziękowań Cezary Łazarewicz napisał o anonimowej osobie:
Chciałbym mu podziękować za tę pomoc, ale boję się, że gdy wymienię choć jego imię, to przysporzę mu dodatkowych kłopotów, a tego bym nie chciał. [Ty wiesz, że chodzi o Ciebie. Bardzo  Ci dziękuję za wsparcie i pomoc]. [s. 309]
Dla porządku przypomnę, że w chwili pisania tych słów mieliśmy najpewniej 2017 rok, Grzegorz Przemyk nie żył od 34 lat, minęło też 28 lat od przełomu roku 1989.

Osobne miejsce w moim serduszku w związku z tą sprawą (i nie tylko!) ma Jerzy Urban -- ówczesny rzecznik prasowy Rady Ministrów. Najłagodniej potrafię go nazwać jedynie kanalią, w podorędziu mając mniej parlamentarne określenia.

Na początku składa Jaruzelskiemu propozycję przykrycia sprawy Grzegorza Przemyka taśmą kompromitującą Lecha Wałęsę [s. 54].
Stanisław Wałęsa rozmawiał (...) z Lechem o pieniądzach i bardzo przy tym przeklinali. [s. 54]
Skąd my znamy te metody, prawda?

W posiadaniu Urbana miałyby również być materiały kompromitujące samego Przemyka, jednak do późniejszego użytku, gdyż kompromitacja ofiary bestialstwa milicjantów po pobiciu na komendzie byłaby fatalnie przyjęta i zaogniłaby sprawę [s. 54]. Naciski na wyjaśnienie sprawy morderstwa nazywa zbijaniem na tragedii kapitału politycznego [s. 56] (to również skądś znamy! Nieśmiertelny tekst zamykający usta wszystkim oponentom politycznym przez kolejne dziesięciolecia). Jerzy Urban pojawia się jeszcze kilkukrotnie, m.in. przy próbie repliki na tekst mecenasa Władysława Siły-Nowickiego, odsuniętego przez władze od sprawy Przemyka (argumentem był jego podeszły wiek i konieczność przejścia na emeryturę; i tu znów znajome nam metody! [3]).
Nad odpowiedzią na list otwarty Siły-Nowickiego pracuje od kilku dni cały wydział prasowy MSW. Efekty są mizerne, bo wygląda to na politrucką agitkę, a nie na błyskotliwą szermierkę. (...) Generał Kiszczak prosi o pomoc byłego dziennikarza, ciętego felietonistę, a dziś rzecznika rządu - Jerzego Urbana. Chodzi o dodanie polotu, stonowanie ideologicznego jadu, ale też o dołożenie bezczelnemu mecenasowi. [s. 200-201]
Dziś ta kanalia, redaktor Urban, polotu dodaje tekstom w tygodniku "Nie". W życiu nie wezmę do ręki.

Sama sprawa Grzegorza Przemyka prowadzona była tak, żeby jak najmniej wyjaśnić -- jak najbardziej zaś zaciemnić obraz. Zaczynając od okazania milicjantów Cezaremu F. [4].
Komenda bardzo starannie wyselekcjonowała pozorantów. Wybierał plastyk z Zakładu Kryminalistyki KGMO na podstawie zdjęć tych, którzy brali udział w biciu na Jezuickiej. Miał dobrać osoby najbardziej podobne pod względem wzrostu, wagi, budowy ciała. Dla większego utrudnienia wszyscy, niezależnie od posiadanych stopni, zostali ubrani w jednakowe mundury, podobnie ostrzyżeni i uczesani. (...) Jest ich aż sześćdziesięciu. [s. 82]
Nękano oraz kompromitowano Barbarę Sadowską i osoby z nią związane, rozpracowywano pielęgniarzy, którzy wieźli karetką pobitego Grzegorza Przemyka -- później oskarżając ich o pobicie Przemyka, choć nie do końca było możliwe ustalenie, jak w zasadzie tego dokonali [5]. Przez szereg manipulacji oraz szantaż doprowadzono do sytuacji, w której dwaj niewinni sanitariusze (Jacek Szyzdek i Michał Wysocki [6]) oskarżali się nawzajem o zabójstwo Przemyka.
W trakcie szarpaniny Szyzdek złapał go chwytem za głowę.
Prokurator Gonciarz: - Na czym ten chwyt polegał?
Wysocki: - Nie mogę, panie prokuratorze. Jacek płacze.
Szyzdek: - Co robię?
Wysocki: - Nie wiem. Łzy z oczu ci lecą.
Prokurator: - Nie przerywajcie, panowie. Nie przerywajcie. [s. 211]
Inną z propagandowych wersji miała być historia o tym, że krzyki podczas bicia, które słyszał Cezary F., miały być odgłosami karate, które wydawał walczący z milicjantami Grzegorz Przemyk [s. 58]. Tę wersję mamy zawdzięczać profesorom Józefowi Borgoszy i Włodzimierzowi Szewczukowi. Być może źródłem teorii była obecność na placu Zamkowym (gdzie zatrzymano Przemyka) Piotra Kadlčika, który sam trenując przez lata sztuki walki miał podejmować próby nauki Grzegorza Przemyka. Ten jednak był długi, chudy, w ogóle nie wysportowany i bez żadnej koordynacji ruchowej [s. 154]. Ale komunistycznej propagandzie tyle wystarczyło.

Wiktor Woroszylski, który po pobiciu Grzegorza Przemyka wysłał list do Mieczysława Rakowskiego [s. 32-33] (Kiszczak za ten list domagał się postawienia go przed sądem za bezpodstawne oskarżanie władzy [s. 167]), staje się ofiarą szykan -- również przez oficjalne media, pełniące funkcję tuby rządowej [7]. W czerwcu 1984 r.  dostaje anonima z wyzwiskami. Język zdumiewająco podobny do tego, jakiego możemy uświadczyć na różnych forach internetowych. Zdumiewające, że mimo upływu tylu lat nawet "argumenty" podobne do tych dzisiejszych.
Ty wszawa gnido - pisze anonim. - Na naszą milicję potrafisz pisać skargi, a dlaczego nie piszesz na gestapo, o Niemcach i ich wyczynach, jak mordowali twoich braci w gettach, w obozach zagłady. Ty pierdolony wyrodku, nasza milicja powinna lać takich gnojków jak ty i tobie podobni, a nie głaskać was. (...) Wy pierdolone płatne pachołki dolarowe, jak wam się nie podoba w tej naszej ojczyźnie, to wypierdalajcie do Kohla i Reagana. Ty zdrajco naszego narodu, ty wszo na ciele naszej ojczyzny. [s. 257]
Tyle lat, a tak niewiele się zmienia w retoryce "prawdziwych patriotów".

Całość można domknąć klamrą, jaką jest wywiad Macieja Tomaszewskiego z Łazarewiczem [8] -- jeden z wielu tekstów, będących pokłosiem sukcesu jego książki. Kilka zdań z tego wywiadu nieźle podsumowuje nie tylko to, co działo się w pracy nad książką, ale także rzeczywistość popeerelowskiego państwa, które nijak ze zbrodnią nie potrafi sobie poradzić. Cezary Łazarewicz mówi m.in.:
Myślałem, że mi wszyscy będą chcieli pomóc. Było przeciwnie – niewiele osób mi pomogło. [8
(...) mieudolność państwa i wymiaru sprawiedliwości sprawiła, że ta sprawa się przedawniła. (...) Śledztwo trwało kilkanaście lat i w końcu zostało umorzone w 2012 r. z powodu przedawnienia. To świadczy o zupełnym bezwładzie państwa. [8
W 1990 r. śledztwo w sprawie śmierci Przemyka zostało wszczęte, a wyrok w pierwszej instancji zapadł w 1997 r. Siedem lat! Ci, którzy czekali na ten wyrok, sami siebie przekonywali, że musi to długo trwać, bo to nie PRL. Bardzo się zdziwili, gdy zapadł wyrok uniewinniający Ireneusza Kościuka, zomowca, który bił Przemyka. Czułem się tak, jakby nam wszystkim ktoś w pysk strzelił. To było trudne do zaakceptowania. Co tu dużo gadać, III RP nie poradziła sobie z tymi wszystkimi politycznymi śmierciami z lat 70 i 80. Ani z Pyjasem, ani z Przemykiem, ani z Popiełuszką. [8]
Czułem się tak, jakby nam wszystkim ktoś w pysk strzelił. Częste uczucie w tym państwie, choć nie zawsze aż tak dosadne, jak w sprawie Przemyka.

Cezary Łazarewicz (przynajmniej chwilowo) przywrócił zbiorową pamięć -- nie tylko o Przemyku, ale też o Barbarze Sadowskiej (z którą los mnie tak dziwnie, biograficznie splótł). I o Leopoldzie Przemyku, choć w tej historii, jak i w samej książce, ciężar jest przesunięty na Barbarę (śmiertelnie zranioną matkę Polkę i siostrę Hioba [s. 299]). Polskojęzyczna Wikipedia zna Barbarę Sadowską, link do strony Leopolda Przemyka pozostaje czerwony.

4 grudnia 2013 roku w Warszawie Leopold Przemyk umiera [9] (w książce jego druga żona mówi o śmierci w końcu listopada 2013 r. [s. 301]). Tak czy inaczej, dzieje się to krótko po tym, jak 17 września 2013 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka (na wniosek Leopolda Przemyka) stwierdza przewlekłość postępowania w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka [s. 300].

A nadużycia władz władzy były, są i będą. Jedyną różnicę zrobi nam to, jak wobec nich zachowa się władza -- aparat przymusu, aparat sprawiedliwości, kręgi rządowe.

Czy któryś z tych dwóch adwokatów w pokoju zdecyduje, że zamiast dać nieznajomemu 30.000 PLN, zdecyduje się skierować sprawę do sądu. Wierząc w sprawiedliwość.
Materiał Wojciecha Bojanowskiego o śmierci Igora Stachowiaka na komisariacie Wrocław Stare Miasto pokazano w TVN24 w maju ub.r. Ujawniono w nim nagranie z kamery w paralizatorze, którym policjanci razili Stachowiaka w toalecie. (...)
Kilka dni po jego emisji odwołano komendanta wojewódzkiego policji na Dolnym Śląsku i jego zastępcę oraz komendanta miejskiego policji we Wrocławiu. Ponadto utworzono specjalny zespół kontrolny mający wyjaśnić działania policji w tej sprawie [10].
Sprawiedliwość królewska jawi się jako sprawiedliwość zbrojna. Karzący winnego miecz jest tym samym mieczem, który spada na wrogów. [11].

Przypisy:
[1] Wśród nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego w 2017 r. -- poza Cezarym Łazarewiczem -- byli m.in. Monika Sznajderman ("Fałszerze pieprzu"), Witold Szabłowski ("Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia"), Justyna Kopińska ("Polska odwraca oczy"), Martin Caparrós ("Głód"). Ostatecznie zwycięzcą okazał się Rana Dasgupta ("Delhi. Stolica ze złota i snu"). Konkurencja była naprawdę mocna.
[2] Szokujące słowa Michnika o Kiszczaku, Fakt24pl, 9 listopada 2015.
[3] Emilia Świętochowska: Wiek emerytalny dla sędziów Sądu Najwyższego do zmiany, czyli odmładzanie składu, Gazeta Prawna, 3 kwietnia 2018.
[4] Zastanawiałem się w czasie lektury, skąd to "F" czy nazwisku głównego świadka w sprawie morderstwa Grzegorza Przemyka. Sprawę wyjaśnił sam Cezary Łazarewicz w wywiadzie, którego udzielił Maciejowi Tomaszewskiemu: Zbrodnia w PRL, bezkarność w III RP. "Czułem się tak, jakby nam wszystkim ktoś w pysk strzelił" (Magazyn TVN24) -- Cezary F. sam chce być F. i pozostać nadal anonimowy. Nazwisko w sieci można znaleźć, ale przynajmniej tutaj uszanuję jego wolę.
[5] Jedną z wersji było pobicie chłopaka w Fiacie 125p Combi. Kto jeździł, temu nie trzeba zanadto tłumaczyć absurdalności tego zarzutu -- biorąc pod uwagę skalę obrażeń. Nawet milicyjne eksperymenty, które miały udowodnić tę wersję, niewiele były w stanie wykazać.
[6] Po sukcesie książki Cezarego Łazarewicza temat zabójstwa Grzegorza Przemyka ruszył na nowo, a dziennikarze zaczęli ponownie (po latach) dobijać się do postaci z tego dramatu. Jedną z osób, które po latach wydobyto z cienia, był pielęgniarz Michał Wysocki. Trenował boks, karate, był zawodnikiem klubu kulturystycznego [s. 86]. Idealny kandydat na oskarżenie o pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Nawet na zdjęciach po latach wygląda na świetnie zbudowanego i wysportowanego faceta. Wywiad z nim przeprowadziła Magdalena Ragimonti: Sanitariusz wrobiony w śmierć licealisty: Miałem nadepnąć Przemykowi na brzuch... (Dziennik.pl, 13.02.2016).
[7] Część artykułów (np. do Życia Warszawy czy Trybuny Ludu) była pisana bezpośrednio przez funkcjonariuszy państwowych -- państwowa propaganda imitowała tym samym materiały prasowe. Teraz przynajmniej nie trzeba się aż tak kamuflować. Mediaworkerzy -- żeby nie nazywać ich już dziennikarzami -- dwoją się i troją za swoją opcją.
[11] Michel Foucault: Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, s. 50.

Książka:
Cezary Łazarewicz: Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017. ISBN: 978-83-8049-616-3.