środa, 28 sierpnia 2019

Dzieje życia i twórczości Edwarda Abramowskiego

Kooperatywę [1] Edwarda Abramowskiego w opracowaniu Remigiusza Okraski przeczytałem 7 lat temu (aż dziw bierze, że to już tyle czasu!), ale postać i idee autora osiadły mi mocno w głowie i siedzą tam do dzisiaj. Edukację odebrałem jak widać raczej słabą, bo odkrycie tej postaci i jej idei w niemalże 30 wiośnie mojego życia było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Zaskoczeniem o tyle większym, że dzięki Abramowskiemu doznałem uczucia odnalezienia pewnego punktu na mojej  ideologicznej mapie. Światopoglądowo trafiłem na półkę, której (podświadomie?) szukałem, zaś Abramowski pomógł mi uporządkować w głowie kilka spraw z tematyki społeczno-politycznej. Do postaci Edwarda Abramowskiego mam więc duży sentyment.

Nie miałem jednak przeświadczenia, że Abramowskiego rozumiem. Widziałem pewne punkty, kojarzyłem pewne hasła, ale z dzisiejszej perspektywy widzę, że niektóre rzeczy co najwyżej sobie do- i nadinterpretowałem. Nie to, żebym teraz już całego Abramowskiego rozumiał -- ale z pewnością jestem mądrzejszy o opracowanie Konstantego Krzeczkowskiego.

Dzieje życia i twórczości Edwarda Abramowskiego to wznowienie wydanej po raz pierwszy (i ostatni) w 1933 roku pracy Krzeczkowskiego. Okazją do wznowienia były dwie, przypadające w 2018 roku, okrągłe rocznice -- 150. rocznica urodzin oraz 100. rocznica śmierci Edwarda Abramowskiego. Za wydawnictwem -- podobnie jak w przypadku Kooperatywy -- stał Remigiusz Okraska, który m.in opatrzył publikację dodatkowymi przypisami oraz posłowiem. Tu już jest pierwszy, duży plus publikacji -- znalazło się w niej dużo not biograficznych polskich działaczy społeczno-politycznych, których bardziej niż Abramowskiego pokrył kurz niepamięci (a do których myśli i doświadczeń warto wracać).

Podjęte prace redakcyjno-edycyjne wiązały się z niewielkimi poprawkami językowo-stylistycznymi, dodatkowymi wyjaśnieniami i informacjami, w związku z czym zachowany został walor obcowania z pracą pisaną ponad 86 lat temu, co również daje pewną czytelniczą przyjemność. Nie jest to bowiem typowa praca naukowo-badawcza, bo choć nie pozbawiona waloru poznawczego, jest to jednocześnie -- jak ujął to R.Okraska w posłowiu -- specyficzny zabytek z dziedziny idei i nauki, jakim jest hołd złożony mistrzowi [Abramowskiemu] przez ucznia [Krzeczkowskiego] (s. 209). 

Zasadnicza część Dziejów (...) składa się z dwóch zasadniczych części. Pierwsza z nich to część biograficzna (rozdziały I-VIII), przedstawiającej życie Abramowskiego od lat dziecięcych  po okres I wojny światowej, będącej ostatnimi latami życia Abramowskiego. Druga część (rozdziały IX-IX) to omówienie postali Abramowskiego jako uczonego i działacza oraz próba podsumowania jego poglądów psychologicznych i filozoficznych, badań socjologicznych, teorii socjalizmu (w szczególności w kontekście socjalizmu bezpaństwowego), poglądów na spółdzielczość i nową etykę.

Z utopizmem i aintelektualizmem Abramowskiego nie byłoby mi po drodze, zbyt twardo stąpam po tym łez padole. 
[Abramowski] Jak wszyscy utopiści, sieje złudzenia i nadzieje bez oparcia się o twardy grunt rzeczywistości [s. 157]
Z drugiej jednak strony to inny wsparłby tak mocno -- szczerze w to wierząc -- konieczność rewolucji moralnej, stojącej u podstaw każdej zmiany. Rewolucja ta, zdaniem Abramowskiego, jest konieczna bez względu na to, jaką zmianę miałaby poprzedzać. Jest podstawą każdej trwałej zmiany stosunków społecznych. Przy okazji jednak odrzuca myślenie, które sugerowałoby swego rodzaju "automatyzm" zmiany społecznej, sprowadzającej się do zwulgaryzowanego rozumienia marksistowskiej koncepcji bytu określającego świadomość.
Również powstanie nowego ustroju socjalistycznego nie może ominąć fazy rewolucji moralnej. Gdyby grupa spiskowców wyznających ideały socjalizmu zawładnęła mechanizmem państwowym siłą i stworzyła nowy porządek rzeczy, dla utrzymania jego użyć by musiała całej władzy państwa ugruntowanego na zasadach absolutyzmu biurokratycznego, gdyż wszelka demokratyzacja władzy groziłaby rozpadnięciem się danego ustroju i wznowieniem tych urządzeń społecznych, które żyją w nietkniętych przez rewolucję moralną duszach ludzkich. Antagonizm nowych klas - obywateli i urzędników - doprowadzić by musiał do upadku ustroju, a gdyby ten dał się nawet utrzymać, musiałby być zaprzeczeniem własnego świata idei. Błędnymi są teorie głoszące, że rewolucja moralna dokonuje się żywiołowo pod wpływem warunków ekonomicznych i że reforma społeczna znajduje od razu oparcie w interesach wszystkich klas gnębionych.[s. 161]
(...) to tylko uspołecznia się, co przechodzi przez sumienie ludzkie (s. 126)
Uspołecznienie, zdaniem Edwarda Abramowskiego, może przyjść jedynie przez organizacje społeczne -- związki, towarzystwa, kooperatywy. Tym samym staje on wyraźnie po stronie socjalizmu bezpaństwowego. A w zasadzie go (współ)tworzy, stając się jego silną, ideologiczną podporą. Czytając Kooperatywę w swojej naiwnej prostocie intelektualnej przyjąłem, że stanowisko Abramowskiego było przede wszystkim pokłosiem okresu i rzeczywistości, w których przyszło mu tworzyć. Polska pod zaborami (w tym pod zaborem rosyjskim, z carami twardo tłumiącymi wszelkie próby tworzenia silnego społeczeństwa polskiego) to czas, w którym poszukiwanie alternatywnych dróg budowania siły narodu polskiego wydawało się w pełni uzasadnione. Tą siłą mogły być silne organizacje społeczne -- silne solidarnością i instytucjami samopomocowymi. Myślałem -- dobry punkt wyjścia do wskrzeszenia polskiej państwowości.

A tymczasem Edward Abramowski szukał nie tyle drogi do odbudowy państwa, co do jego (docelowego) zniesienia. Państwa jako koncepcji, u podstaw której -- zdaniem Abramowskiego -- (...) leży zasada większości, będąca możliwością gnębienia tym bardziej powszechnego, im więcej spraw życia społecznego przechodzi do władzy państwa. [s. 145] Abramowski opowiadał się wprost za rozwojem zrzeszeń wolnych, które by zwalczały rozwój państwowości [s. 145].
Jeżeli zaś przyszłość okaże, że niezbędne jest pewne minimum państwa jako nieodłączny atrybut społeczeństwa, to rozwinięte dzięki tej walce czynniki i siły antypaństwowe ludu utrzymają organizację państwową w tych minimalnych granicach, jakie mu wyznaczy dana epoka oraz będą gwarancją istotnej demokratyzacji. [s. 145]
Utopizm Abramowskiego w pełnej krasie. Głęboka wiara w to, że mechanizmy hierarchizacyjne są obce działalności społecznej, że jest ona w pełni zdemokratyzowana i egalitarna. Głębokie przekonanie co do tego, że struktury samoorganizacji społecznej są w stanie przejąć (w szerszej skali działania) funkcje aparatu państwowego, z jego długookresową perspektywą i instytucjonalną siłą (gwarancją stabilności działania). Przepraszam Was Bracia Anarchiści i Siostry Anarchistki, ale nie kupuję tego.

Mimo to uważam, że jest to kierunek myślenia, który -- nawet po jego odrzucaniu lub istotnej modyfikacji -- należy mieć zawsze w podorędziu, również reprezentując orientację propaństwową. 

Zmiana moralna to gwarant każdej zmiany długookresowej, choć z drugiej strony widzę ważną (osłonową i wzmacniającą) rolę systemu państwowego. Organizacje społeczne nie są w stanie w perspektywie długookresowej wyprzeć roli aparatu państwowego, choć z drugiej strony silne organizacje społeczne i samopomocowe to jedyna gwarancja silnego państwa. 

Edward Abramowski, umierając 21 czerwca 1918 roku, nie doczekał wolnej, porozbiorowej Polski. Nie sądzę jednak (choć do niedawna tak myślałem!), że doczekanie tego momentu zmieniłoby w znacznym stopniu jego antypaństwowe nastawienie. Jeździł bowiem po świecie, obserwował inne wzorce (wolne od zaborczych okowów), co nie łagodziło jednakże jego antypaństwowej retoryki. A być może ją wzmacniało. Jestem zaś bliżej tego miejsca, o którym pisał Stefan Żeromski, dla którego nieustającą inspiracją była myśl Abramowskiego.
Nienawidził państwa z jego wojskiem i wojną, z sądem i policją, ze wszystkimi funkcjami państwa i nakazywał ludziom organizować się w związki wolne. Patrzę na jego kochany portret i powtarzam mu codziennie: śpij spokojnie, jasny duchu! Pracujemy dzień i noc, bez wytchnienia, szerzymy i spełniamy twe marzenia, tylko zgoła inaczej, wprost inaczej, w wolnym państwie polskim. Uczę się, patrząc na to oblicze, na tego ducha, czego robić nie należy, ażeby dojść tam, gdzie on dojść pragnął, gdyż samo życie po tysiąc razy zaprzeczyło marzeniom tego społecznego mistyka. [2]
Przypisy:
[1] Edward Abramowski: Kooperatywa. Polskie korzenie przedsiębiorczości społecznej; wybór i opracowanie: Remigiusz Okraska, wyd. Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom, Łódź 2010 (wpis z 8 września 2012 roku).
[2] Stefan Żeromski: Przedwiośnie, wydawnictwo Czytelnik (Wydanie XVIII), s. 355-356, Warszawa 1968.

Książka:
Konstanty Krzeczkowski: Dzieje życia i twórczości Edwarda Abramowskiego (wznowienie zredagowane, opatrzone przypisami i posłowiem Remigiusza Okraski), stowarzyszenie "Obywatele Obywatele Obywatelom" / "Nowy Obywatel", Katowice 2018. ISBN: 978-83-64496-17-2.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Autostopem przez Galaktykę

Nie jestem pewien tego, czy każdy -- ale z pewnością jakaś część "czytających" ma swój literacki #bookporn. Przybiera różne formy -- wymarzonego miejsca do czytania, posiadania "niewielkiej", gustownie wykończonej biblioteczki czy też szczególna słabość do jakiegoś autora / autorki bądź tytułu.

W tym ostatnim przypadku mój numer jeden nie będzie szczególnie zaskakujący -- to "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Afanasjewicza Bułhakowa, do której to książki mam niezwykły sentyment, kultywowany po cichu od co najmniej piętnastu lat (a dzięki Ukochanej od kilku lat mam na półce wydanie Wydawnictwa Literackiego Muza z pięknymi ilustracjami Iwana Kulika).

Zaraz za Bułhakowem znajduje się jednak zupełnie inna czytelnicza fascynacja -- powołana do istnienia przez Douglasa Adamsa trylogia w pięciu częściach -- Autostopem przez Galaktykę. Cykl odkryłem dla siebie jako nastolatek w lokalnej, miejskiej bibliotece -- w miejscowości, w której prawdopodobnie nikt z poza naszej Galaktyki nie ma skrytki na przesyłki zamówione przez UPS. Poziom doinwestowania polskiej kultury pozwolił mi wówczas na przeczytanie dwóch z pięciu części cyklu D.Adamsa. Z tego co pamiętam więcej w bibliotece nie mieli.

Tytuł ten chodził później za mną przez wszystkie te lata. Ale kupno pojedynczych, przypadkowych egzemplarzy byłoby zbyt prostym wyjściem -- za to kompletne wydania jeszcze niedawno oscylowały cenowo w okolicach 200 PLN [1]. Dlatego w pewnym momencie -- co częściowo było wynikiem przypadku [2] -- zacząłem wyszukiwać wydania Autostopem, wypuszczone na rynek przez Wydawnictwo Albatros Andrzeja Kuryłowicza (w przekładzie Pawła Wieczorka) na początku Naszego Tysiąclecia. Na co przeznaczyłem -- razem z kosztami wysyłki z różnych rejonów Polski -- niewielki majątek.

Ale mam, mam już całą serię [3]. Wiedziałem, że nareszcie, na zawsze i ostatecznie, jest po wszystkim [W zasadzie niegroźna, s. 287].

Jeżeli ktoś zechciałby kwestionować publicznie jakość literacką (całości) Autostopem -- nie stawałbym okoniem. Pod względem literackim nie jest to pierwsza klasa. Ma jednak swój niezaprzeczalny urok, dzięki któremu od 25 maja 2001 r. setki, tysiące, dziesiątki tysięcy... albo po prostu "wielu ludzi" decyduje się upamiętniać autora w ramach obchodów Dnia Ręcznika. Było coś pociągającego w tym nietypowym, adamsowskim poczuciu humoru, choć po przeczytaniu kilku pozycji staje się on coraz bardziej przewidywalny. Podstawowym narzędziem autora jest absurd, dlatego na okładkach zachęcają do lektury porównania z ekipą spod znaku Monty Pythona. W przypadku prozy Douglasa Adamsa nie mamy jednak do czynienia z absurdem ocierającym się o obrazoburczość, a sytuacje, w których kot Władcy Wszechświata nazywa się Bóg [Restauracja na końcu wszechświata, s. 217] należą do rzadkości. Miałem też wrażenie, że takie podejście znacznie ułatwiało autorowi zadanie, gdyż nagłe pojawienie się w fabule bohatera wypadającego z pudełka po zapałkach przyklejonego do różowej szczoteczki do zębów nikogo szczególnie by nie zdziwiło. Przecież wiadomo, że na planecie AtriOxygen13 to normalny sposób podróżowania. Zdarzają się jednak znacznie bardziej skomplikowane konstrukcje myślowe, wśród których szczególną sympatią darzę koncepcję napędu bistromatycznego (opisanego w części Życie, Wszechświat i cała reszta, s. 54-56).

Warto sięgnąć "dla przyjemności" i oderwać się na trochę od przyziemności.

Przypisy:
[1] Sytuację cenową na rynku zmieniło dopiero wznowienie serii przez wydawnictwo Zysk i S-ka. Całość dostępna jest już w okolicach 100 PLN. Piszę to również dla Potomnych, którzy za kilka(naście) lat mogą pluć sobie w brodę, że nie kupili serii, kiedy była jeszcze dostępna na rynku pierwotnym.
[2] Ptak zamieszkujący Całkowity Zbiór Wszelkiego Ogólnego Poplątania z W zasadzie niegroźna miałby na ten temat inne zdanie.
[3] Dobrze, dla szczególarzy: bez części I jeszcze jedno... Eiona Coflera, której mentalnie nie potrafię pełnoprawnie włączyć do Trylogii.

Książki:
Douglas Adams:

  • Autostopem przez Galaktykę (The Hitchhiker's Guide to the Galaxy), Warszawa 2005.
  • Restauracja na końcu wszechświata (The Restaurant at the End of the Universe), Warszawa 2005.
  • Życie, wszechświat i cała reszta (Life, the Universe and Everything), Warszawa 2006.
  • Cześć, i dzięki za ryby (So Long, and Thanks for All the Fish), Warszawa 2011.
  • W zasadzie niegroźna (Mostly Harmless), Warszawa 2011.

Wszystkie części z angielskiego przełożył Paweł Wieczorek.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Rewitalizacja. Podejście partycypacyjne

Z pewnością część P.T. Czytelników i Czytelniczek zna ten specyficzny koloryt i dyskretny urok wydawnictw poprojektowych. Oszczędzę szczegółowych opisów tego, jak to z ich przygotowywaniem czasami bywa, zdarza się jednak, że zamiast stanowić ciekawy przyczynek do dyskusji, ich finalna wersja wygląda jak realizacja przykrego obowiązku, koniecznego do rozliczenia dotacji.

Publikacja Rewitalizacja. Podejście partycypacyjne (praca zbiorowa pod redakcją  Doroty Bazuń i Mariusza Kwiatkowskiego, naukowców związanych z Instytutem Socjologii Uniwersytetu Zielonogórskiego) trochę tak wygląda, mimo że na jej stronach nie znalazłem żadnego "znamiona projektowego".

Kwestia partycypacji w procesach rewitalizacji jest niesamowicie ważna -- a ze względu na swoje znaczenie była już wielokrotnie omawiana na niezliczonych panelach, konferencjach, zjazdach i warsztatach. Spotkałem się już nawet z zarzutami "przegadania" tematu, miałem też już niejednokrotnie wrażenie kręcenia się kolejnych paneli / panelistów wokół własnego ogona -- rozmawiania wciąż o tym samym, używania wciąż tych samych zwrotów, podawania wciąż tych samych argumentów. Ile tak można?

Z tych właśnie powodów Rewitalizacja. Podejście partycypacyjne to dla mnie duże rozczarowanie czytelnicze i poznawcze. Dwa lata (rocznikowo) po przyjęciu ustawy o rewitalizacji, wieńczącej pewien etap polskiej dyskusji o istocie procesów rewitalizacyjnych, Oficyna Naukowa wypuszcza na rynek książkę na takim poziomie, jakby tych miliona dotychczasowych dyskusji nie było. Pełną oczywistych oczywistości i wielokrotnie omawianych kwestii.

Jak bardzo ważne jest słuchanie mieszkańców w procesie rewitalizacji? Zalety i wady podejścia partycypacyjnego? Kwestia angażowania mieszkańców na każdym etapie? Rola diagnozy w procesach rewitalizacyjnych..? Halo, it was 2017!

Opisywana w drugiej części książki idea "bottom up", przedstawiana jako "duński model partycypacji" to nic innego jak podejście oddolne, omawiane w Polsce od lat. To właśnie z tego podejścia należałoby wywodzić kluczową rolę mieszkańców w procesach rewitalizacji, które po wielu latach "gadania" udało się usankcjonować w ustawie o rewitalizacji. Artykuł o idei projektowania w modelach "top-down" i "bottom-up" na Wikipedii wisi od marca 2002 roku. Musimy iść dalej -- nie tylko w działaniu, ale też w dyskusji na temat rewitalizacji. Takie książki tej dyskusji na pewno nie popchną.

Powiem więcej -- większym problemem w Polsce nie jest brak wiedzy czy doświadczenia realizatorów, ale brak -- z różnych przyczyn -- woli politycznej do realizacji projektów z poszanowaniem roli i woli lokalnych interesariuszy (mieszkańców, przedsiębiorców). A tymczasem Joanna Frątczak-Müller w tekście "Bottom up" - duński model rewitalizacji jako główne przyczyny małego zaangażowania się mieszkańców w wypracowywanie modelu zmian w przestrzeni publicznej wymienia niski poziom zaufania i zaangażowania obywatelskiego, brak zainteresowania sprawami lokalnymi, brak silnych liderów i brak dobrych praktyk [s. 108]. Ani słowa o:
  • wpływie sytuacji ekonomicznej mieszkańców obszarów zdegradowanych na ich możliwości angażowania się w polityki publiczne,
  • braku woli politycznej decydentów do uwzględniania lokalnych interesów w procesach rewitalizacyjnych oraz -- celowe lub nie -- ignorowanie tych interesów,
  • kwestiach nakładania się narracji na temat możliwych modeli rewitalizacyjnych,
  • wpływie zewnętrznych finansowań na przebieg procesów modernizacyjnych (słynne ryneczki z fontannami i duża pula środków z perspektywy 2014-2020).
Mieszkańcy są leniwi, nie interesują się, nie ufają i dlatego jest źle. I tyle. Dodatkowo kłania się kwestia analizy przyczynowo-skutkowej (co jest przyczyną -- a co skutkiem).

Przy tak niskim poziomie większości tekstów nie będę się już zanadto pastwił nad używanym wielokrotnie (i w wielu opublikowanych tekstach) zwrotem "rewitalizacja społeczna" -- zamiast "społecznych aspektów rewitalizacji" (laikom był całkowicie odpuścił, profesjonalnym tekstom socjologów już nie).

Są jeszcze (w różnych, opublikowanych tekstach) "wyższe standardy kulturowe" lokalnego ośrodka władzy w porównaniu do standardów kulturowych społeczności [s. 61], przekonanie, że budżet obywatelski zdominowały projekty, które powinny być realizowane z gminnej puli pieniędzy przeznaczonych na remonty i modernizacje [s. 52] czy też wyrażone przekonanie, że rewitalizacja jest dla samorządów lokalnych nie tylko szansą, ale i koniecznością z uwagi na (...) możliwość finansowania tego procesu ze środków unijnych -- żeby chwilę później narzekać na błędne koncentrowanie się głównie na projektach inwestycyjnych, tj. renowacji obiektów mieszkalnych, zabytkowych, dróg i placów [s. 182-183] (bez uwzględnienia tego, że większość tych wpływających do Polski środków unijnych to środki z EFRR).

Przedostatni zaś tekst w publikacji to opis projektu studenckiego słuchaczy studiów podyplomowych "Rewitalizacja społeczna". Z całym szacunkiem dla moich szanownych Koleżanek i Kolegi, ale projekty studenckie (czysto teoretyczne fantazje na temat...) są dobre co najwyżej do przećwiczenia kilku składowych elementów i myślenia projektowego.

Starając się jednak wyłapać plusy tej publikacji zwróciłbym uwagę na dwa teksty, które -- co prawda -- nie wyróżniają się szczególnie pod względem szczegółowości analizy, ale za to poruszają często pomijane w dyskusjach o procesach rewitalizacyjnych aspekty. Chodzi o teksty Porządek pod psem - rewitalizacja terenów miejskich a potrzeby psów i ich właścicieli Doroty Bazuń oraz Społeczna odpowiedzialność biznesu a rewitalizacja na przykładzie województwa lubuskiego Piotra Nieporowskiego.

Podsumowując: książkę mogę polecić osobom, które dopiero rozpoczynają swoje przygody z szeroko rozumianą partycypacją, tudzież rewitalizacją. Bardziej "zaawansowanym" Czytelnikom i Czytelniczkom -- jeżeli zależy im na pogłębieniu wiedzy z tego zakresu -- jednak odradzam.

Książka:
Rewitalizacja. Podejście partycypacyjne, praca zbiorowa pod redakcją  Doroty Bazuń i Mariusza Kwiatkowskiego, Oficyna Naukowa, Warszawa 2017. ISBN: 978-83-64363-72-6.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Thomas Bernhard - dramaty

Thomas Bernhard chodził za mną już od bardzo dawna, zaś po zeszłorocznej wizycie w Wiedniu i zobaczeniu Placu Bohaterów potrzeba przeczytania jego dramatów tylko wzrosła. Dramaty jednego z najwybitniejszych reprezentantów literatury niemieckojęzycznej [1] w ramach zasobów bibliotecznych Łodzi można zdobyć jedynie w gmachu Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego (ze względu na działający na UŁ Instytut Filologii Germańskiej...?). Jedyny tak obszerny, polski przekład dramatów Bernharda, ukazał się nakładem Wydawnictwa Literackiego już prawie 20 lat temu -- i do dziś nie doczekał się wznowienia [2].

Dwutomowe wydanie dramatów Thomasa Bernharda, wybranych przez Krystiana Lupę, zawiera tłumaczenia ośmiu dzieł tego autora, napisanych w latach 70. (tom 1) oraz 80. (tom 2). Utwory w publikacji ułożono w kolejności ich powstawania.

Tom 1
  • Ein Fest für Boris (Święto Borysa, przekład Moniki Muskały)
  • Immanuel Kant (przekład Jacka St. Burasa)
  • Vor dem Ruhestand. Eine Komödie von deutscher Seele (Przed odejściem w stan spoczynku. Komedia o duszy niemieckiej, przekład Danuty Żmij-Zielińskiej)
  • Der Weltverbesserer (Naprawiacz świata, przekład Danuty Żmij-Zielińskiej)
Tom 2
  • Über allen Gipfeln ist Ruh. Ein deutscher Dichtertag um 1900 (Na szczytach panuje cisza, przekład Jacka St. Burasa)
  • Der Theatermacher (Komediant, przekład Jacka St. Burasa)
  • Ritter, Dene, Voss (Rodzeństwo, przekład Jacka St. Burasa)
  • Heldenplatz (Plac Bohaterów, przekład Grzegorza Matysika)
Niezwykle cenne dla recepcji dramatów może okazać się posłowie Krystiana Lupy, zamieszczone na końcu pierwszego tomu, gdyż sam Bernhard w odbiorze prosty nie jest.
W swej ostatniej powieści (Auslöschung) rezygnuje Bernhard nawet z ostatniej pozy literata - pozy człowieka, który tym różni się od innych, że potrafi "pięknie" pisać. (...) Teraz bez reszty oddaje się bezradnemu, jałowo powtarzającemu, w biednych, nieudolnych, skarżących się lub agresywnych frazach, w nie kończących się litanijnych perseweracjach - językowi grafomanii... (...) Bernhard odrzuca! To jego najistotniejsza, zakorzeniona u samego dołu jego stosunku ze światem cecha. [z posłowia Krystiana Lupy, t. 1, s. 400]
Charakterystyczne dla dramatów są despotyczne postaci, szaleńcy terroryzujący otoczenie (Dobra ze Święta Borysa, Immanuel Kant, Naprawiacz Świata, Rudolf Höller z Przed odejściem w stan spoczynku czy Ludwik z Rodzeństwa). Postaci dramatu często wygłaszają długie monologi, przybierające formę zbliżoną do strumienia świadomości. Kolejne zdarzenia dramatyczne wydają się ciągnąć w nieskończoność, nie prowadząc do żadnej puenty. Czasami dramat zakończy się niespodziewanym wydarzeniem (Immanuel Kant), czasami tekst (a może nawet bardziej didaskalia) zagęszczają atmosferę, budując napięcie wokół zakończenia (Komediant), czasami zaś długo oczekiwany finał w zasadzie nie nadchodzi, pozostawiając P.T. Czytelnika / Czytelniczkę z poczuciem nienasycenia, potęgowanego znużeniem (Naprawiacz świata).
Bernharda zdają się w ogóle nie interesować tak zwane pracujące (popychające rozwój intrygi) kwestie. Po długim czytaniu sztuk Bernharda dostrzegam schematyczność dialogu sztuki intrygi, jakąś pragmatyczność posługiwania się ludzkim dialogiem do opowiadania zdarzenia... Rzecz w tym, że dziewięćdziesiąt procent dialogu toczy się nadaremnie. Trwa przechodzenie słów w z głowy do głowy... tam w głowach dokonują się utajone, utajone nawet przed właścicielami głów, duchowe procesy... Jakaż ogromna masa słów marnuje się na ludzkie konflikty, na wzajemne dezakceptacje, na pretensje, urazy, żale, nieufności, lęki i agresje... [z posłowia Krystiana Lupy, t. 1, s. 398]
Thomas Bernhard, dworując z teatru i sztuki scenicznej (Komediant), intelektualistów (Immanuel KantNa szczytach panuje ciszaNaprawiacz świata) w szczególny sposób znęca się nad Wiedniem  oraz całą Austrią. Widzi w tym kraju zdegenerowane społeczeństwo, które przez lata nie potrafiło rozliczyć się ze swojej nazistowskiej przeszłości. Mało tego, ta nazistowska i antysemicka "przeszłość" stanowi w sztukach Bernharda austriacką codzienność -- tymczasowo ukrytą pod płaszczykiem tego, co wypada. Rudolf (główna postać z dramatu Przed odejściem w stan spoczynku), szanowany obywatel, prezes sądu, poseł do parlamentu krajowego oraz miejski radny rok rocznie w mundurze SS świętuje urodziny Heinricha Himmlera. Jego siostra (przygotowująca doroczną, uroczystą kolację -- i szykująca dla brata mundur SS-mana) oczekuje dnia, kiedy tę "okazję" świętować będzie można jawnie.
I te piękne ordery na piersi
Ty jesteś prawdziwym Niemcem Rudolfie
Ty jesteś wzorem
to że musisz ten mundur wkładać po kryjomu
to że po kryjomu musisz nosić ordery
(...)
gdybym z tobą tak jak teraz wyglądasz
mogła wyjść z domu udać się do miasta
pójść do opery do środkowej loży
Ach Rudolfie czy my tego jeszcze dożyjemy
Nie sądzę by miało to potrwać długo
znów będziemy mogli całkiem otwarcie wyznać czym jesteśmy
prawo znów zapanuje nad światem [Przed odejściem w stan spoczynku, t. 1, s. 269]
Mocnym uderzeniem jest także scena przeglądania w III akcie pamiątkowego albumu ze zdjęciami -- doroczna tradycja sędziego Rudolfa Höllera i jego siostry. W albumie tym wojenna przeszłość Rudolfa występuje jako idylliczna opowieść o wakacyjnej przygodzie, zdjęcia z obozu przedstawiają "śliczne drzewa" oraz "uroczy krajobraz" [s. 274].

Bernhard nie bawi się w subtelności czy dwuznaczności, wyrzucając z całą mocą swoje oskarżenia względem Austrii i austriackiego społeczeństwa. Nawiasem mówiąc Austria do dziś ma ogromny problem z mówieniem o swojej przeszłości -- znalezienie w Wiedniu muzeum poświęconego współczesnej historii Austrii nie jest łatwą sprawą, zaś na scenie politycznej kolejne sukcesy świętuje powstała w 1945 roku Austriacka Partia Ludowa (ÖVP), wchodząca w koalicyjne układy z powstałą w 1955 roku Wolnościową Partią Austrii (FPÖ) -- w której z kolei nacjonalistów, rasistów, negacjonistów czy antysemitów nie brakuje. W wyborach parlamentarnych w Austrii w 2017 roku FPÖ uzyskała trzeci wynik, zgarniając ponad 1/4 oddanych głosów.
Zdjęcie z wystawy w Jüdisches Museum Wien (2018)

Tłem społeczno-politycznym dramatów Thomasa Bernharda była też sprawa Kurta Waldheima, sekretarza generalnego ONZ (1972- 1981) i prezydenta federalnego Austrii (1986–1992). Podczas jego prezydentury Bernhard wydał swój ostatni, a jednocześnie najpopularniejszy dramat Heldenplatz (1988 rok). Waldheim stał się najgłośniejszym przykładem -- a przez to również symbolem -- tego, co ciążyło (oraz nadal ciąży) nad austriackim społeczeństwem, które w kontekście wydarzeń z 12 marca 1938 r. starało się pozycjonować jako "pierwsza ofiara Adolfa Hitlera". W te punkty bezwzględnie uderza Bernhard, wprowadzając w Placu Bohaterów postać profesorowej Jadwigi Schuster, która cierpi słysząc (w głowie?) coraz donioślejsze krzyki tłumu Austriaków, wiwatujących w marcu 1938 r. na Heldenplatz. O ile w dramacie Przed odejściem w stan spoczynku mogłem wyłapać pojedyncze uderzenia, nasilające się wraz z gęstniejącą atmosferą -- o tyle Plac Bohaterów to już nieustająca seria wyrzutów, w której niemal namacalnie czuć bezsilny żal i wściekłość autora.
w Oxfordzie nie ma Placu Bohaterów
w Oxfordzie nigdy nie było Hitlera
w Oxfordzie nie ma wiedeńczyków
w Oxfordzie nie wrzeszczą tłumy [Plac Bohaterów, t. 2, s. 355]
W Austrii musisz być albo katolikiem
albo narodowym socjalistą
wszystko inne nie jest tolerowane
wszystko inne jest niszczone
i to stuprocentowym katolikiem
i stuprocentowym narodowym socjalistą [Plac Bohaterów, t. 2, s. 391]
Ostatnią wolą Thomasa Bernharda było zaprzestanie wystawiania jego sztuk na terenie Austrii (do 2059 roku). Zabronił także wydawania dotąd nieopublikowanych dzieł. Informację o śmierci autora -- zgodnie z jego wolą -- upubliczniono dopiero po pogrzebie [3].

W Placu Bohaterów brat zmarłego profesora Schustera wypowiada kwestię:
Wielu wreszcie odetchnie
jak usłyszą że profesor Schuster nie żyje [Plac Bohaterów, t. 2, s. 461]
Być może te słowa -- w kontekście Thomasa Bernharda -- powinniśmy być traktowane autobiograficznie...

Przypisy:
[1] Hasło Thomas Bernhard w polskojęzycznej odsłonie projektu Wikipedia.
[2] Katalog Biblioteki Narodowej mówi o jeszcze jednej publikacji -- "Dialog Jesienny wieczór i inne dramaty" (Instytut Książki, 2013), w której opublikowano tłumaczenie dramatu Vor dem Ruhestand (Przed odejściem w stan spoczynku) Danuty Żmij-Zielińskiej. I to by było na tyle jeśli chodzi o dramaty Bernharda.
[3] Zapowiedź ostatniej woli autora -- post factum -- możemy odnaleźć w tekście Plac Bohaterów, gdzie ostatnią wolą profesora Schustera było, aby podać informację o jego śmierci po pogrzebie
Mój mąż zadecydował
żeby jego śmierć dopiero tydzień po pogrzebie
podać do wiadomości [Plac Bohaterów, t. 2, s. 461]
Książka:
Thomas Bernhard - Dramaty (cz. 1), wybrał i posłowiem opatrzył Krystian Lupa, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001. ISBN: 83-08-02999-X.
Thomas Bernhard - Dramaty  (cz. 2), wybrał Krystian Lupa, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004. ISBN: 83-08-03685-6.

piątek, 8 lutego 2019

Archistorie. Jak odkrywać przestrzeń miast?

Archistorie Radosława Gajdy i Natalii Szcześniak dostałem w zeszłym roku pod tzw. choinkę. Autorami jest dwójka ludzi odpowiedzialnych za YouTube'owy kanał Architecture is a Good Idea (mają też witrynę internetową). Trochę uderzę w anecdata, bo nie mam zielonego pojęcia skąd K.M. wyciągnęła tę informację -- ale powiedziała, że YouTube jest obecnie drugim [po wyszukiwarce Googla] miejscem poszukiwania informacji (w sensie: szukasz czegoś > wpisujesz hasło do YouTube). Obrazy wypierają tekst. Wpiszę się zatem (częściowo) w ten trend i dla tych, którzy w 30 sekund chcieliby się dowiedzieć o czym jest ta książka, podlinkuję nagranie.

Tych, którzy wolą jednak trochę więcej, zapraszam dalej.

Na początek o tym, że chwytliwy podtytuł publikacji (Jak odkrywać przestrzeń miast?) może --z pewnością niezamierzenie -- wprowadzić w błąd. Co prawda początek nie do końca na to wskazuje (bardzo ciekawe teksty o kamienicach i blokach), ale w pewnym momencie publikacja bardzo mocno odskakuje od tematyki miejskiej. Poza tym -- dla tych, którzy chcieliby bardziej w urbanistykę -- książka zdecydowanie skupiona jest wokół kwestii architektonicznych, urbanistyka stanowi w części opisywanych przypadków tło / punk odniesienia (tu dobrą sugestią może być pierwszy człon tytułu -- Archistorie).

Publikacja została podzielona na trzy części:
  • Gdzie mieszkamy?
  • Gdzie pracujemy?
  • Co zwiedzamy?
O ile układ części jest w miarę czytelny, o tyle układ poszczególnych rozdziałów (na które podzielone są części) tylko na początku książki wydawał mi się w miarę czytelny i logicznie ułożony. Mam wrażenie, że jest to częściowo efekt przełożenia formatu YouTube (który jest dominującym kanałem komunikacji autorów) na publikację. O ile w tym pierwszym miejscu każdy odcinek jest osobnym utworem, poszczególne odcinki zaś mogą być ze sobą jedynie luźno powiązane (lub nie łączyć się w ogóle), o tyle w publikacji -- co do zasady -- można oczekiwać nie tylko logicznego ciągu narracji z punktu A do punktu B [1], ale też logicznego układu tekstów w ramach narracji. Wydaje mi się, że zachowanie takich układów nie jest najmocniejszą stroną tej książki.

Pomijając inne miejsca, szczególnie doskwierało mi to w drugiej części Gdzie pracujemy? Po dobrym rozdziale wprowadzającym (Skąd się wzięły wieżowce? [2]) przechodzimy do opisu konkretnych realizacji (Commerzbank Tower -- projektu pracowni Foster & Partners we Frankfurcie oraz The Shard Renzo Piano -- ulubionego, współczesnego architekta Radosława Gajdy). Następnie mamy Błyskawiczną historię warszawskich wieżowców, opis realizacji Rondo 1 (projekt Larry'ego Oltmannsa z pracowni Skidmore, Owings & Merrill) -- aż dochodzimy do rozdziału 6... Jak rozpoznać wieżowiec? i rozdziału 7 Jak zmierzyć wieżowiec? Z niemieckiego: Mischmasch.

Gdyby tego zamieszania było mało, rozdział 8 poświęcony jest poznańskiemu Bałtykowi Winy'ego Maasa, a rozdział 9 -- kwestii lokalizacji (przykrywania) instalacji technicznych na wieżowcach. Rollercoaster.

Zdarzają się też specyficzne fragmenty, które -- jak rozumiem -- wynikają przede wszystkim z próby uproszczenia narracji, aby była strawna dla P.T. Czytelników i Czytelniczek niezaznajomionych z tematyką architektury i urbanistyki. Zgodnie jednak z aforyzmem przypisywanym Albertowi Einsteinowi (i kilku innym autorom [3]) Wszystko należy upraszczać jak tylko można, ale nie bardziej” czasami uproszczenie może odjechać zbyt mocno, jak w tym fragmencie:
(...) zagadnienie miejsca pracy rzemieślników nie jest tematem architektonicznym, ale... urbanistycznym! [s. 208]
Drogi Radosławie, Droga Natalio -- przecież Wy najlepiej wiecie, że zarówno architektura, jak i urbanistyka są wszystkim ;-)

Ale wystarczy już tych krytycznych uwag -- bo summa summarum to jest naprawdę fajna książka. Spełnia się w roli, jaką P.T. Autorzy postawili przed swoim kanałem Architecture is a Good Idea -- popularyzatorstwa wiedzy architektonicznej i urbanistycznej, z którą [anecdata] w Polsce jest z roku na rok coraz lepiej -- ale wciąż przed profesjonalistami-popularyzatorami (takimi jak autorzy Archistorii) dużo pracy. Nagrania Radosława Gajdy i Natalii Szcześniak ogląda się naprawdę dobrze, także z tzw. czystym sumieniem rekomenduję subskrypcję.

Dla masowego odbiorcy (random user) książka powinna być w odbiorze w miarę lekka, łatwa i przyjemna -- a przy okazji przemyci masę ciekawych informacji na temat rzeczy, nad którymi niewiele osób zastanawia się na co dzień: jak udoskonalenie dźwigu przez Elisha Otisa wpłynęło na procesy architektoniczne i urbanistyczne [s. 122-123], jaką rolę w budownictwie odegrało zastosowanie konstrukcji metalowych albo jak ważną rolę w procesie projektowania odgrywa światło słoneczne. Dla popularyzatorów nauki i sztuki jestem zawsze na tak.

Dla tych bardziej zaawansowanych książka może stanowić inspirację do dalszych poszukiwań -- albo miły i przyjemny przerywnik w lekturze publikacji branżowych, okraszony sporą liczbą zdjęć i schematów pięknej architektury (wizualnie książka daje dużo radości -- trudno mi wyobrazić sobie zastąpienie jej wersją elektroniczną). Ciekawe przykłady rozwiązań inżynierskich także robią swoje -- nigdy nie wie się przecież tyle, żeby nie można było dowiedzieć się więcej.

Na koniec zaś -- w ramach popularyzatorstwa -- chciałbym podrzucić jako sugestię do obserwowania ciekawą stronę na facebooku Polski beton (bardziej chwytliwa nazwa niż "architektura powojenna", występująca w nazwie). Stronę prowadzą ludzie związani z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego (co może stanowić gwarant dobrego poziomu merytorycznego publikowanych treści), zaś sama tematyka jest ciekawa w kontekście tego, o czym w temacie polskiej architektury się mówi (albo o czym się nie_mówi). Zdecydowanie warto dodać do polubionych.

Przypisy:
[1] W kwestii ciągłości i logicznych powiązań piszę o pewnym "standardowym układzie", w oczywisty sposób pomijając publikacje, które z założenia nie muszą (lub nie powinny) mieć takiego ciągu, jak tomiki wierszy czy zbiory opowiadań. Pomijam też publikacje, w których brak takiego układu jest celowo użytym środkiem wyrazu (przyjętą formą ekspresji P.T. Autora / Autorki). W przypadku Archistorii nie miałem takiego odczucia.
[2] Odczuwałem jakąś silną fascynację wieżowcami (wyczuwalną od samej okładki). Jeżeli mowa o części Gdzie pracujemy? -- skąd założenie, że większość ludzi pracuje w wieżowcach? ;-) [protip: praca biurowa w polskich warunkach nie oznacza automatycznie pracy w biurowcu / wysokościowcu / wieżowcu].

Książka:
Radosław Gajda, Natalia Szcześniak: Archistorie. Jak odkrywać przestrzeń miast?, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018. ISBN: 978-83-240-5441-1.

wtorek, 5 lutego 2019

Socjologia religii

Pewnie to (trochę?) niegrzeczne, ale nałogowo przeglądam półki z książkami. To znaczy -- nie ma problemu, kiedy na ulicy zatrzymują się przed prawie każdą witryną księgarni / antykwariatu, ale w czyichś mieszkaniach to jednak średnio przyjemna przypadłość. Co jednak zrobić, jeżeli we Wrocławiu gościny udzieliła nam A.J, u której książek się nie szuka -- książki się przesuwa, żeby zrobić miejsce dla innych książek.

Tak że obróciwszy za którymś razem głowę wzrok padł na Socjologię religii Grace Davie -- i pomyślałem, że takiej wiedzy mi właśnie brakuje. Po powrocie nabyłem egzemplarz drogą kupna z drugiego obiegu.

O potrzebie uzupełnienia wiedzy z tego obszaru przekonuję się non stop. Jednym z powodów może być unikanie tego, na co zwrócił uwagę Kamil Śmiechowski w jednej z dość osobliwych dyskusji na temat Wigilii zorganizowanej w Urzędzie Miasta Łodzi w zeszłym roku -- żeby nie dać zakleszczyć się w przestrzeni głupiego klerykalizmu albo głupiego antyklerykalizmu.

Mniej zamierzonym kontekstem dla tej lektury jest fakt, że przez różne zawirowania losu mieszkam na terenie archidiecezji, która -- jak wynika z najnowszych badań kościoła katolickiego -- jest najmniej religijną wspólnotą w kraju. W mieście, które te dane ciągnie w dół. W kraju, w którym ponad 90% ludzi określa się jako katolicy [1].
Archidiecezja łódzka najmniej religijna w kraju. Pustki w kościołach są największe na łódzkim Widzewie. (...) Według najnowszych danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego na niedzielnych mszach św. pojawia się zaledwie 24,6 proc. wiernych. Średnia dla kraju to 38,3 proc. [2]
Duże problemy jednak to także potrzeba szukania niekonwencjonalnych rozwiązań -- a na takie najwidoczniej zdecydowano się w łódzkim [3]:
Do tej pory w archidiecezji łódzkiej służyli diakoni, czyli osoby duchowne, które kształciły się przez pięć lat w seminarium, po czym przyjmowały pierwsze święcenia (diakonat), a potem po kolejnym roku byli wyświęcani na księży. W niedzielę na mszach świętych w łódzkich kościołach odczytano dekret arcybiskupa Grzegorza Rysia, który wprowadził diakonat stały. To oznacza, że funkcję diakona stałego będą mogli pełnić także żonaci mężczyźni. [4]
Wybrane rozwiązanie jest bardzo ciekawe nie tylko z religijnego punktu widzenia, ale takżez punktu widzenia socjologii. Nie chodzi oczywiście o samą posługę świeckich w Kościele (Christifideles Laici), ale o stawiane warunki. Dojrzałość życiowa (tu: minimum 35 lat), życiorys, opinia proboszcza to w zasadzie standard -- ale wymaganie pisemnej zgody żony w takiej kwestii to już całkiem duże novum w polskim katolicyzmie. Co oczywiście nie oznacza, że kobiety zostaną dopuszczone do takiej posługi na równi z mężczyznami -- są w polskim kościele katolickim nadal nieprzekraczalne, mentalne granice.
Ci, którzy chcieliby zdecydować się na taką posługę, muszą mieć minimum 35 lat (prawo kanoniczne nie wyznacza górnej granicy wieku). Potrzebna jest także pisemna zgoda żony, a także życiorys, opinia swojego proboszcza i pisemna prośba do arcybiskupa o dopuszczenie do formacji. [4]
Poziom skomplikowania relacji między statystyką, codziennością (/ współczesnością) a samą religijnością jest niesamowicie wysoki. W zasadzie całość pracy Grace Davie krąży wokół tych nieoczywistych relacji, przy czym -- na co wielokrotnie zwraca sama autorka:
Do początku lat dziewięćdziesiątych wieku XX powszechnie zakładano istnienie związków między modernizacją a sekularyzacją. Istniały wyjątki, lecz miały one swoje konkretne przyczyny [5] [s. 100]
Innymi słowy zakładano, że coraz nowocześniejsze społeczeństwa będą coraz odleglejsze en masse od religijnych odwołań i uniesień. Nazywano to "teorią sekularyzacji" [6]. Miała ona na tyle ugruntowaną pozycję, że przez wiele lat socjolodzy i socjolożki w zasadzie pomijali kwestie religii jako mało istotne. Jeżeli już jednak zapuszczali się w religijne rewiry, to większym zainteresowaniem darzyli nowe / marginalne ruchy religijne, nie zaś główne / dominujące w danej społeczności kościoły i związki wyznaniowe. Wydaje się, że to właśnie zwrócenie uwagi na ten fakt -- jak również podkreślenie roli "niedocenianej" religijności -- stały się podstawą do napisania Socjologii religii (potrzeba uwolnienia się od postrzegania religii jako odizolowanej i nieistotnej cechy społeczeństwa XX wieku [s. 292]). Przy czym -- co też warto podkreślić -- mówimy tu o pracy wydanej w 2007 roku (polskie wydanie to rok 2010); od tego czasu świat niesamowicie się zmienił [7], zaś dla obserwatorów szeroko pojętego życia społecznego teoria o marginalnym znaczeniu religii nie byłaby już dziś tak oczywista i bezdyskusyjna.

Grace Davie zwraca uwagę na istotne powiązania między religijnością a modernizacją -- pytając wprost, czy na pewno jedno zjawisko wypiera drugie. A może powinniśmy raczej myśleć o religijności jako jednej z możliwych dróg modernizacji społeczeństw? [s. 161]

Ważną rolę w takim postrzeganiu rzeczywistości może mieć wdrukowany w wielu z nas europocentryzm, na który bardzo mocno zwracał uwagę Kacper Pobłocki w Kapitalizmie. Historii krótkiego trwania.
Istniejące w Europie korelacje empiryczne stopniowo - lecz nieuchronnie - przekształciły się w założenia teoretyczne, które silnie sugerowały, że sekularyzacja siłą rzeczy będzie towarzyszyła modernizacji, kiedykolwiek i gdziekolwiek ta druga wystąpi [s 25].
(tu znów wychodzi bokiem myślenie rodem z Fukuyamy -- zob. przypis [7])

Pomijając jednak dyskusję na temat zasadności unilinearnej koncepcji rozwoju świata (por. teoria modernizacji; znów ukłon w stronę Kacpra Pobłockiego) może się okazać, że model europejski niekoniecznie jest normą światową [s. 154] -- a i dyskusja na temat tego, czy wyjątkiem jest (szeroko pojęty) model europejski, czy też model północnoamerykański [s. 134], również jest pozbawiona większego sensu.
(...) to Europę zaczyna się traktować jako przypadek wyjątkowy. Stosownie do tego zmieniają się parametry debaty. Europejskie formy religii nie są już postrzegane jako globalny prototyp, lecz stają się jednym z wielu elementów określających, co to znaczy być Europejczykiem. Lub, inaczej mówiąc, stosunkowa świeckość Europy nie jest "modelem eksportowym"; jest czymś odrębnym i specyficznym dla europejskiego zakątka świata [s. 100]
Znaczną część rozważań Grace Davie poświęciła wewnętrznemu zróżnicowaniu Starego i Nowego Kontynentu [s. 96], jak również różnicom między religijnością szeroko pojętej Europy i Ameryki Północnej (ten kontrast -- zgodnie z deklaracją samej autorki [s. 88-89] wielokrotnie w książce powraca). Kluczowymi pojęciami w tej kwestii (poza "sekularyzacją") wydają się być teoria racjonalnego wyboru (w ramach której próbuje się tłumaczyć specyfikę religijności społeczeństwa Ameryki Północnej) oraz koncepcja "świętego baldachimu" [s. 87] [8].

Bardzo ciekawym tropem w badaniu religijności jest powiązanie przez autorkę rozpadu religijności (rozumianej jako więzy społeczne) z osłabieniem lub rozpadem innych instytucji życia ekonomicznego i politycznego, opartych na wzajemnej współpracy -- związków zawodowych czy partii politycznych [s. 139-140].
Podziały polityczne występują teraz raczej w obrębie głównych partii niż między nimi, a same partie tracą członków na podobną skalę, jak Kościoły i ma to podobne konsekwencje dla ich kondycji finansowej. [s. 140]
Jak zatem powinno się interpretować te zmiany? Albo, dokładniej mówiąc, czy podobieństwa między różnymi sektorami społeczeństwa skłaniają nas do ponownego przemyślenia przyczyn wyraźnego spadku aktywności religijnej? Mnie osobiście bardziej przekonują argumenty, które uwzględniają w tych wyjaśnieniach zmiany ekonomiczne i społeczne, a nie te, według których spadek ten jest przede wszystkim przejawem obojętności religijnej. (...) moim zdaniem, zmiany w życiu religijnym w Europie Zachodniej można zrozumieć tylko wtedy, gdy zestawi się je z analogicznymi zmianami w sferze świeckiej. [s. 140]
W tym miejscu autorka wyraźnie odcina się od tez głoszonych przez Steve'a Bruce'a [s. 140], w szczególności od wyjaśnień opartych (wyłącznie?) na teorii sekularyzacji. Myślę, że ta myśl zasługuje na szczególną uwagę, a doświadczenia ostatnich kilku lat mogą ją uwiarygadniać.
Skoro prawdą jest, że w okresie powojennym nastąpił wyraźny schyłek Kościołów jako instytucji, to również prawdą jest, iż ten sam proces można zaobserwować w niemal wszystkich pozostałych sferach działalności społecznej, które wymagają od ludzi regularnego "gromadzenia się" (w partiach politycznych, związkach zawodowych, klubach sportowych itp.) [s. 199]
Inną ciekawą kwestią, poruszaną kilkukrotnie, jest zagadnienie różnorodności religijnej i jej wpływu na poziom religijności społeczeństwa (tu po raz kolejny moglibyśmy wrócić do teorii racjonalnego wyboru czy różnic głębokich między Europą a USA [9]). W publikacji padło też pytanie  to, czy możliwość wyboru spośród różnych koncepcji religii prowadzi do umocnienia się religijności, czy też osłabia (relatywizuje) religijność jako taką. Odpowiedź, którą można wyczytać z wielu stron pracy, nie była ani prosta, ani jednoznaczna (choć zaangażowanie religijne w Stanach Zjednoczonych wskazywałoby na to, że rozdrobienie religijne, którego obawia się Europa, niekoniecznie prowadzi do osłabienia religijności jako takiej).

Po części pierwszej, stanowiącej wprowadzenie teoretyczne, autorka P.T. Czytelnikowi / Czytelniczce zaproponowała część drugą, obejmującą praktyczne zagadnienia i przykłady z zakresu socjologii religii.

Podane zostały przykładowe kwestie m.in. z krajów skandynawskich, Francji, Holandii, USA [10], Hiszpanii czy Polski (hiszpański i polski model relacji polityki i religii na stronach 86-87).

Autorka nie szczędziła także przykładów, w których miejscami zdawała się odsłaniać swoje zapatrywania i poglądy: jako przykłady fundamentalizmów niereligijnych wymieniła pewne typy ruchów feministycznych i ekologicznych (te drugie m.in. za sabotowanie polowań) [s. 278], postawę Jana Pawła II określiła jako wyraźną odwagę moralną w obliczu rosnącego relatywizmu nowoczesnego świata [s. 282] (choć mam nieodparte wrażenie, że taka była jego rola jako przywódcy religijnego -- i to jedynie w odniesieniu do bardzo skonkretyzowanej wersji moralności...), zaś o misjach, które -- jak sama przyznaje -- pozostawały w ścisłym (a niekiedy dwuznacznym) związku z budowaniem potęg imperialnych -- pisała w przypisie:
Dzieje misji są fascynujące i skomplikowane. Jej krytycy nie chcą przyjąć do wiadomości ogromnych kosztów, jakie ponieśli ci, którzy wyruszali do krajów rozwijających się. Niezbyt wielu z nich powróciło. [s. 289]
O kosztach (ekonomicznych, ale także społecznych) ponoszonych przez te kraje rozwijające się w związku z misjami autorka nie wspomniała.

Tak czy inaczej -- praca ta ma duży ciężar gatunkowy i może być bardzo przydatnym źródłem wiedzy o relacjach współczesności i religii. Tym bardziej, że nie tylko stosunek do religii, ale także same wierzenia (czy tego chcemy, czy też nie) zawsze odgrywały bardzo istotną rolę w rozwoju społeczeństw na przestrzeni wieków.
Ritual practices reward cooperators and punish cheaters. They therefore promote sustained group behavior toward common goals and solve what is famously known as the “collective action problem” in human social life – how do you get everyone to work together toward something that’s in everyone’s long-term self-interest? Feasting is a key component of this kind of sociality and cooperation. [11]
Na sam koniec zaś dwie poboczne informacje dla miłośników sztuki filmowej, związane z tematem socjologii religii:
Dr Dawid Junke z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego przyznaje, że do badań zainspirował go rozdźwięk pomiędzy rosnącą w społeczeństwie amerykańskim liczbą osób odchodzących od religii zinstytucjonalizowanej i deklarujących się, jako „uduchowieni, ale nie religijni” i równoczesnym wzrostem popularności seriali zawierających wątki religijne. W telewizji pojawia się coraz więcej seriali mówiących o religii. [12]
  • niedawno obejrzałem film w reżyserii Daniela Adamsa Pogoń za milionami (Religion, Inc.) z 1989 r. Lojalnie ostrzegam, że do miana arcydzieła temu filmowi dużo brakuje (komedia też z tego średnia), ale w kontekście tematu religii w USA warto zobaczyć -- być może po książce Grace Davie film będzie nawet bardziej zrozumiały, niż przed. Dodatkowe argumenty za seansem to oglądanie początków kariery filmowej Sandry Bullock (teoretycznie jedna z głównych postaci, chociaż jej rola niewiele wnosi) oraz epizodyczna rola Jerzego Kosińskiego (nawet nie wiedziałem, że grał w filmach!), krótko przed jego samobójczą śmiercią.
Przypisy:
[1] Ilu jest w Polsce katolików?, gość.pl, 28.06.2017
[3] Gwoli ścisłości -- archidiecezja łódzka nie jest pierwszą, która zdecydowała się na diakonat stały, ale na pewno stanęła w czołówce (w Polsce diakoni stali działają już m.in. w diecezji warszawskiej, czy katowickiej [4]).
[4] Aleksandra Pucułek: Żonaci mężczyźni wyręczą księży. W archidiecezji łódzkiej to możliwe, wyborcza.pl Łódź, 5 lutego 2019.
Zobacz także: Abp Ryś wprowadza w swojej diecezji diakonat stały, Więź, 4 lutego 2019.
[5] W kwestii wyjątków warto znów wrócić do Tomáša Sedláčka i ważnego fragmentu Ekonomii dobra i zła
(...) naukowcy nie powinni  zaokrąglać nieprawidłowości, ale wręcz przeciwnie - poświęcać im maksimum uwagi, bo najprawdopodobniej w nich znajdują się zalążki zupełnie nowego (...) systemu. [T.Sedláček: Ekonomia dobra i zła. W poszukiwaniu istoty ekonomii od Gilgamesza do Wall Streets, 326]
[6] Tu odesłanie m.in. do pracy Bryana R. Wilsona Sects and Society: A Sociological Study of the Elim Tabernacle, Christian Science, and Christadelphians [s. 90]. Także Steve Bruce przedstawiał nieunikniony związek między nowoczesnością a zanikiem tradycyjnych form życia religijnego [s. 91-92] -- przy czym dla niego probierzem była Wielka Brytania, której doświadczenia sekularyzacyjne rozciągał na inne obszary świata [s. 93].
[7] à propos zmian na świecie, które dokonały się w tym czasie -- pamiętam, jak jeszcze w okolicach 2005 czy 2006 roku potrafiliśmy z P.T. Kolegami i Koleżankami dyskutować o teoriach z Końca historii Francisa Fukuyamy. Dziś nikt już tak poważnie nie traktuje jego pomysłów.
[8] Por. Peter Ludwig Berger: Święty baldachim. Elementy socjologicznej teorii religii, polskie wydanie nakładem wydawnictwo Nomos. Peter Berger miał zresztą wykonać sporą woltę intelektualną w kwestii poglądów na sekularyzację świata [s. 102], którą Steve Bruce określił to jako "niepotrzebne wyrzeczenie się przekonań" [s. 103].
[9] Krótka uwaga, którą warto odnotować:
W Europie religia umiejscawia się w strukturach horyzontalnych i proces ten stanowi odzwierciedlenie wzorców władzy obecnych w Europie Zachodniej od stuleci. (...) w Stanach Zjednoczonych umiejscowienie to miało charakter bardziej wertykalny niż horyzontalny (...) każda grupa osadników przynosiła ze sobą swą wersję religii (głównie) chrześcijańskiej, powstawały tożsamości wyznaniowe (...) zarówno przekraczające, jak i odzwierciedlające różnice społeczne i ekonomiczne. [s. 95]
[W USA] nie było monopolu w postaci państwowego Kościoła, a jedynie quasi-publiczna przestrzeń społeczna, której nie mogła zdominować żadna pojedyncza grupa. [s. 107]
[10] Nie wiedziałem, że koncepcja fundamentalizmu wyrosła z ruchów protestanckich w Stanach Zjednoczonych, które sprzeciwiały się odczytywaniu i analizie Biblii jako tekstu literackiego i dokumentu historycznego.
Pojawiły się wspólnoty wyznaniowe, które znalazły sens swego istnienia w podkreślaniu nade wszystko dosłownej interpretacji Pisma Świętego. [s. 274]
[12] Więcej o samych badaniach w materiale Kamila Szubańskiego: Dr Junke: w amerykańskich serialach religia ma się całkiem nieźle, naukawpolsce.pap.pl, 01.02.2019.

Książka:
Grace Davie: Socjologia religii (ang. The Sociology of Religion), przełożyła Renata Babińska, Zakład Wydawniczy NOMOS, Wydanie I, Kraków 2010. ISBN: 978-83-7688-044-0.

niedziela, 3 lutego 2019

Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji

Książkę dostrzegłem około roku (a może dwóch lat) temu w rękach koleżanki. Temat zaintrygował na tyle, że -- jak to zwykle u mnie bywa -- niedługo później wszedłem w posiadanie książki drogą kupna.

Książkę przeczytałem już dawno temu, ale nie było okazji, żeby napisać o niej chociaż kilka słów. Teraz odgrzebuję się ze wszystkich zaległości, tak że wracam i do niej.

Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji Diane Ducret to jedna z tych publikacji, które w stosunkowo lekki i przyjazny Czytelnikowi / Czytelniczce sposób mają przekazać garść informacji o otaczającym go / ją świecie. W tym przypadku -- o historii kobiecości (na przestrzeni wieków), przy czym kwestię "kobiecości" należy rozumieć bardzo szeroko. Nic, co kobiece, nie jest tej książce obce.

Całość mieści się gdzieś pomiędzy

  •  Podłymi ciałami Grégoire'a Chamayou -- duży nacisk położony został na kobiecą cielesność i płodność, jej postrzeganie oraz związane z nią mity;
  • Opowieścią podręcznej Margaret Atwood -- historia kobiecości to naprawdę historia męskiej obsesji. Rozciągniętej na przestrzeni tak wielu lat, że obecne postrzeganie roli i praw kobiet możemy śmiało traktować jako wyjątek, nie regułę;
  • Czy kobieta powinna mieć te same prawa co mężczyzna? Kazimiery Bujwidowej -- historia kobiet to historia długoletniej walki o wszelkie prawa, które mężczyznom przysługiwały ipso facto bycia mężczyzną.
Jeżeli ktoś nie jest do końca przekonany co do prawdziwości twierdzeń z trzech powyższych punktów, a nie do końca jest skory do czytania długich traktatów filozoficznych, niech śmiało bierze do ręki książkę Diane Ducret. Na początek -- w sam raz.

Przede wszystkim zachowanie niestosowne do swojej płci mogło spowodować, że kobieta na zawsze zmieni się w mężczyznę, gdy w miejscu różanego pączka wyrośnie jej penis. To właśnie, jak opisuje Montaigne, przytrafiło się Marii-Germanowi, który pewnego dnia, w wieku lat dwudziestu dwóch, tak się natężył przy skoku, że "ujawniły się u niego męskie członki". W pączku bowiem ukrywał się słupek. [s. 55]
Wygolony srom - który w starożytnej Grecji stanowił piętno niewolnictwa, u Sumerów był karą za zdradę, w cesarskich Chinach oznaką poddaństwa, w wojennej Francji symbolem kolaboracji - dziś zostaje utożsamiony z nowoczesnością i emancypacją kobiety. Ironia historii. [s. 331]
Książka:
Diane Ducret: Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji (fr. La Chair interdite), przełożyła Anna Maria Nowak, Znak Horyzont, Kraków 2016. ISBN: 978-83-240-3442-0.