piątek, 8 lutego 2019

Archistorie. Jak odkrywać przestrzeń miast?

Archistorie Radosława Gajdy i Natalii Szcześniak dostałem w zeszłym roku pod tzw. choinkę. Autorami jest dwójka ludzi odpowiedzialnych za YouTube'owy kanał Architecture is a Good Idea (mają też witrynę internetową). Trochę uderzę w anecdata, bo nie mam zielonego pojęcia skąd K.M. wyciągnęła tę informację -- ale powiedziała, że YouTube jest obecnie jednym z najpopularniejszych miejsc wyszukiwania informacji (w sensie: szukasz czegoś > wpisujesz hasło do YouTube). Obrazy wypierają tekst. Wpiszę się zatem (częściowo) w ten trend i dla tych, którzy w 30 sekund chcieliby się dowiedzieć o czym jest ta książka, podlinkuję nagranie.

Tych, którzy wolą jednak trochę więcej, zapraszam dalej.

Na początek o tym, że chwytliwy podtytuł publikacji (Jak odkrywać przestrzeń miast?) może --z pewnością niezamierzenie -- wprowadzić w błąd. Co prawda początek nie do końca na to wskazuje (bardzo ciekawe teksty o kamienicach i blokach), ale w pewnym momencie publikacja bardzo mocno odskakuje od tematyki miejskiej. Poza tym -- dla tych, którzy chcieliby bardziej w urbanistykę -- książka zdecydowanie skupiona jest wokół kwestii architektonicznych, urbanistyka stanowi w części opisywanych przypadków tło / punk odniesienia (tu dobrą sugestią może być pierwszy człon tytułu -- Archistorie).

Publikacja została podzielona na trzy części:
  • Gdzie mieszkamy?
  • Gdzie pracujemy?
  • Co zwiedzamy?
O ile układ części jest w miarę czytelny, o tyle układ poszczególnych rozdziałów (na które podzielone są części) tylko na początku książki wydawał mi się w miarę czytelny i logicznie ułożony. Mam wrażenie, że jest to częściowo efekt przełożenia formatu YouTube (który jest dominującym kanałem komunikacji autorów) na publikację. O ile w tym pierwszym miejscu każdy odcinek jest osobnym utworem, poszczególne odcinki zaś mogą być ze sobą jedynie luźno powiązane (lub nie łączyć się w ogóle), o tyle w publikacji -- co do zasady -- można oczekiwać nie tylko logicznego ciągu narracji z punktu A do punktu B [1], ale też logicznego układu tekstów w ramach narracji. Wydaje mi się, że zachowanie takich układów nie jest najmocniejszą stroną tej książki.

Pomijając inne miejsca, szczególnie doskwierało mi to w drugiej części Gdzie pracujemy? Po dobrym rozdziale wprowadzającym (Skąd się wzięły wieżowce? [2]) przechodzimy do opisu konkretnych realizacji (Commerzbank Tower -- projektu pracowni Foster & Partners we Frankfurcie oraz The Shard Renzo Piano -- ulubionego, współczesnego architekta Radosława Gajdy). Następnie mamy Błyskawiczną historię warszawskich wieżowców, opis realizacji Rondo 1 (projekt Larry'ego Oltmannsa z pracowni Skidmore, Owings & Merrill) -- aż dochodzimy do rozdziału 6... Jak rozpoznać wieżowiec? i rozdziału 7 Jak zmierzyć wieżowiec? Z niemieckiego: Mischmasch.

Gdyby tego zamieszania było mało, rozdział 8 poświęcony jest poznańskiemu Bałtykowi Winy'ego Maasa, a rozdział 9 -- kwestii lokalizacji (przykrywania) instalacji technicznych na wieżowcach. Rollercoaster.

Zdarzają się też specyficzne fragmenty, które -- jak rozumiem -- wynikają przede wszystkim z próby uproszczenia narracji, aby była strawna dla P.T. Czytelników i Czytelniczek niezaznajomionych z tematyką architektury i urbanistyki. Zgodnie jednak z aforyzmem przypisywanym Albertowi Einsteinowi (i kilku innym autorom [3]) Wszystko należy upraszczać jak tylko można, ale nie bardziej” czasami uproszczenie może odjechać zbyt mocno, jak w tym fragmencie:
(...) zagadnienie miejsca pracy rzemieślników nie jest tematem architektonicznym, ale... urbanistycznym! [s. 208]
Drogi Radosławie, Droga Natalio -- przecież Wy najlepiej wiecie, że zarówno architektura, jak i urbanistyka są wszystkim ;-)

Ale wystarczy już tych krytycznych uwag -- bo summa summarum to jest naprawdę fajna książka. Spełnia się w roli, jaką P.T. Autorzy postawili przed swoim kanałem Architecture is a Good Idea -- popularyzatorstwa wiedzy architektonicznej i urbanistycznej, z którą [anecdata] w Polsce jest z roku na rok coraz lepiej -- ale wciąż przed profesjonalistami-popularyzatorami (takimi jak autorzy Archistorii) dużo pracy. Nagrania Radosława Gajdy i Natalii Szcześniak ogląda się naprawdę dobrze, także z tzw. czystym sumieniem rekomenduję subskrypcję.

Dla masowego odbiorcy (random user) książka powinna być w odbiorze w miarę lekka, łatwa i przyjemna -- a przy okazji przemyci masę ciekawych informacji na temat rzeczy, nad którymi niewiele osób zastanawia się na co dzień: jak udoskonalenie dźwigu przez Elisha Otisa wpłynęło na procesy architektoniczne i urbanistyczne [s. 122-123], jaką rolę w budownictwie odegrało zastosowanie konstrukcji metalowych albo jak ważną rolę w procesie projektowania odgrywa światło słoneczne. Dla popularyzatorów nauki i sztuki jestem zawsze na tak.

Dla tych bardziej zaawansowanych książka może stanowić inspirację do dalszych poszukiwań -- albo miły i przyjemny przerywnik w lekturze publikacji branżowych, okraszony sporą liczbą zdjęć i schematów pięknej architektury (wizualnie książka daje dużo radości -- trudno mi wyobrazić sobie zastąpienie jej wersją elektroniczną). Ciekawe przykłady rozwiązań inżynierskich także robią swoje -- nigdy nie wie się przecież tyle, żeby nie można było dowiedzieć się więcej.

Na koniec zaś -- w ramach popularyzatorstwa -- chciałbym podrzucić jako sugestię do obserwowania ciekawą stronę na facebooku Polski beton (bardziej chwytliwa nazwa niż "architektura powojenna", występująca w nazwie). Stronę prowadzą ludzie związani z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego (co może stanowić gwarant dobrego poziomu merytorycznego publikowanych treści), zaś sama tematyka jest ciekawa w kontekście tego, o czym w temacie polskiej architektury się mówi (albo o czym się nie_mówi). Zdecydowanie warto dodać do polubionych.

Przypisy:
[1] W kwestii ciągłości i logicznych powiązań piszę o pewnym "standardowym układzie", w oczywisty sposób pomijając publikacje, które z założenia nie muszą (lub nie powinny) mieć takiego ciągu, jak tomiki wierszy czy zbiory opowiadań. Pomijam też publikacje, w których brak takiego układu jest celowo użytym środkiem wyrazu (przyjętą formą ekspresji P.T. Autora / Autorki). W przypadku Archistorii nie miałem takiego odczucia.
[2] Odczuwałem jakąś silną fascynację wieżowcami (wyczuwalną od samej okładki). Jeżeli mowa o części Gdzie pracujemy? -- skąd założenie, że większość ludzi pracuje w wieżowcach? ;-) [protip: praca biurowa w polskich warunkach nie oznacza automatycznie pracy w biurowcu / wysokościowcu / wieżowcu].

Książka:
Radosław Gajda, Natalia Szcześniak: Archistorie. Jak odkrywać przestrzeń miast?, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018. ISBN: 978-83-240-5441-1.

wtorek, 5 lutego 2019

Socjologia religii

Pewnie to (trochę?) niegrzeczne, ale nałogowo przeglądam półki z książkami. To znaczy -- nie ma problemu, kiedy na ulicy zatrzymują się przed prawie każdą witryną księgarni / antykwariatu, ale w czyichś mieszkaniach to jednak średnio przyjemna przypadłość. Co jednak zrobić, jeżeli we Wrocławiu gościny udzieliła nam A.J, u której książek się nie szuka -- książki się przesuwa, żeby zrobić miejsce dla innych książek.

Tak że obróciwszy za którymś razem głowę wzrok padł na Socjologię religii Grace Davie -- i pomyślałem, że takiej wiedzy mi właśnie brakuje. Po powrocie nabyłem egzemplarz drogą kupna z drugiego obiegu.

O potrzebie uzupełnienia wiedzy z tego obszaru przekonuję się non stop. Jednym z powodów może być unikanie tego, na co zwrócił uwagę Kamil Śmiechowski w jednej z dość osobliwych dyskusji na temat Wigilii zorganizowanej w Urzędzie Miasta Łodzi w zeszłym roku -- żeby nie dać zakleszczyć się w przestrzeni głupiego klerykalizmu albo głupiego antyklerykalizmu.

Mniej zamierzonym kontekstem dla tej lektury jest fakt, że przez różne zawirowania losu mieszkam na terenie archidiecezji, która -- jak wynika z najnowszych badań kościoła katolickiego -- jest najmniej religijną wspólnotą w kraju. W mieście, które te dane ciągnie w dół. W kraju, w którym ponad 90% ludzi określa się jako katolicy [1].
Archidiecezja łódzka najmniej religijna w kraju. Pustki w kościołach są największe na łódzkim Widzewie. (...) Według najnowszych danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego na niedzielnych mszach św. pojawia się zaledwie 24,6 proc. wiernych. Średnia dla kraju to 38,3 proc. [2]
Duże problemy jednak to także potrzeba szukania niekonwencjonalnych rozwiązań -- a na takie najwidoczniej zdecydowano się w łódzkim [3]:
Do tej pory w archidiecezji łódzkiej służyli diakoni, czyli osoby duchowne, które kształciły się przez pięć lat w seminarium, po czym przyjmowały pierwsze święcenia (diakonat), a potem po kolejnym roku byli wyświęcani na księży. W niedzielę na mszach świętych w łódzkich kościołach odczytano dekret arcybiskupa Grzegorza Rysia, który wprowadził diakonat stały. To oznacza, że funkcję diakona stałego będą mogli pełnić także żonaci mężczyźni. [4]
Wybrane rozwiązanie jest bardzo ciekawe nie tylko z religijnego punktu widzenia, ale takżez punktu widzenia socjologii. Nie chodzi oczywiście o samą posługę świeckich w Kościele (Christifideles Laici), ale o stawiane warunki. Dojrzałość życiowa (tu: minimum 35 lat), życiorys, opinia proboszcza to w zasadzie standard -- ale wymaganie pisemnej zgody żony w takiej kwestii to już całkiem duże novum w polskim katolicyzmie. Co oczywiście nie oznacza, że kobiety zostaną dopuszczone do takiej posługi na równi z mężczyznami -- są w polskim kościele katolickim nadal nieprzekraczalne, mentalne granice.
Ci, którzy chcieliby zdecydować się na taką posługę, muszą mieć minimum 35 lat (prawo kanoniczne nie wyznacza górnej granicy wieku). Potrzebna jest także pisemna zgoda żony, a także życiorys, opinia swojego proboszcza i pisemna prośba do arcybiskupa o dopuszczenie do formacji. [4]
Poziom skomplikowania relacji między statystyką, codziennością (/ współczesnością) a samą religijnością jest niesamowicie wysoki. W zasadzie całość pracy Grace Davie krąży wokół tych nieoczywistych relacji, przy czym -- na co wielokrotnie zwraca sama autorka:
Do początku lat dziewięćdziesiątych wieku XX powszechnie zakładano istnienie związków między modernizacją a sekularyzacją. Istniały wyjątki, lecz miały one swoje konkretne przyczyny [5] [s. 100]
Innymi słowy zakładano, że coraz nowocześniejsze społeczeństwa będą coraz odleglejsze en masse od religijnych odwołań i uniesień. Nazywano to "teorią sekularyzacji" [6]. Miała ona na tyle ugruntowaną pozycję, że przez wiele lat socjolodzy i socjolożki w zasadzie pomijali kwestie religii jako mało istotne. Jeżeli już jednak zapuszczali się w religijne rewiry, to większym zainteresowaniem darzyli nowe / marginalne ruchy religijne, nie zaś główne / dominujące w danej społeczności kościoły i związki wyznaniowe. Wydaje się, że to właśnie zwrócenie uwagi na ten fakt -- jak również podkreślenie roli "niedocenianej" religijności -- stały się podstawą do napisania Socjologii religii (potrzeba uwolnienia się od postrzegania religii jako odizolowanej i nieistotnej cechy społeczeństwa XX wieku [s. 292]). Przy czym -- co też warto podkreślić -- mówimy tu o pracy wydanej w 2007 roku (polskie wydanie to rok 2010); od tego czasu świat niesamowicie się zmienił [7], zaś dla obserwatorów szeroko pojętego życia społecznego teoria o marginalnym znaczeniu religii nie byłaby już dziś tak oczywista i bezdyskusyjna.

Grace Davie zwraca uwagę na istotne powiązania między religijnością a modernizacją -- pytając wprost, czy na pewno jedno zjawisko wypiera drugie. A może powinniśmy raczej myśleć o religijności jako jednej z możliwych dróg modernizacji społeczeństw? [s. 161]

Ważną rolę w takim postrzeganiu rzeczywistości może mieć wdrukowany w wielu z nas europocentryzm, na który bardzo mocno zwracał uwagę Kacper Pobłocki w Kapitalizmie. Historii krótkiego trwania.
Istniejące w Europie korelacje empiryczne stopniowo - lecz nieuchronnie - przekształciły się w założenia teoretyczne, które silnie sugerowały, że sekularyzacja siłą rzeczy będzie towarzyszyła modernizacji, kiedykolwiek i gdziekolwiek ta druga wystąpi [s 25].
(tu znów wychodzi bokiem myślenie rodem z Fukuyamy -- zob. przypis [7])

Pomijając jednak dyskusję na temat zasadności unilinearnej koncepcji rozwoju świata (por. teoria modernizacji; znów ukłon w stronę Kacpra Pobłockiego) może się okazać, że model europejski niekoniecznie jest normą światową [s. 154] -- a i dyskusja na temat tego, czy wyjątkiem jest (szeroko pojęty) model europejski, czy też model północnoamerykański [s. 134], również jest pozbawiona większego sensu.
(...) to Europę zaczyna się traktować jako przypadek wyjątkowy. Stosownie do tego zmieniają się parametry debaty. Europejskie formy religii nie są już postrzegane jako globalny prototyp, lecz stają się jednym z wielu elementów określających, co to znaczy być Europejczykiem. Lub, inaczej mówiąc, stosunkowa świeckość Europy nie jest "modelem eksportowym"; jest czymś odrębnym i specyficznym dla europejskiego zakątka świata [s. 100]
Znaczną część rozważań Grace Davie poświęciła wewnętrznemu zróżnicowaniu Starego i Nowego Kontynentu [s. 96], jak również różnicom między religijnością szeroko pojętej Europy i Ameryki Północnej (ten kontrast -- zgodnie z deklaracją samej autorki [s. 88-89] wielokrotnie w książce powraca). Kluczowymi pojęciami w tej kwestii (poza "sekularyzacją") wydają się być teoria racjonalnego wyboru (w ramach której próbuje się tłumaczyć specyfikę religijności społeczeństwa Ameryki Północnej) oraz koncepcja "świętego baldachimu" [s. 87] [8].

Bardzo ciekawym tropem w badaniu religijności jest powiązanie przez autorkę rozpadu religijności (rozumianej jako więzy społeczne) z osłabieniem lub rozpadem innych instytucji życia ekonomicznego i politycznego, opartych na wzajemnej współpracy -- związków zawodowych czy partii politycznych [s. 139-140].
Podziały polityczne występują teraz raczej w obrębie głównych partii niż między nimi, a same partie tracą członków na podobną skalę, jak Kościoły i ma to podobne konsekwencje dla ich kondycji finansowej. [s. 140]
Jak zatem powinno się interpretować te zmiany? Albo, dokładniej mówiąc, czy podobieństwa między różnymi sektorami społeczeństwa skłaniają nas do ponownego przemyślenia przyczyn wyraźnego spadku aktywności religijnej? Mnie osobiście bardziej przekonują argumenty, które uwzględniają w tych wyjaśnieniach zmiany ekonomiczne i społeczne, a nie te, według których spadek ten jest przede wszystkim przejawem obojętności religijnej. (...) moim zdaniem, zmiany w życiu religijnym w Europie Zachodniej można zrozumieć tylko wtedy, gdy zestawi się je z analogicznymi zmianami w sferze świeckiej. [s. 140]
W tym miejscu autorka wyraźnie odcina się od tez głoszonych przez Steve'a Bruce'a [s. 140], w szczególności od wyjaśnień opartych (wyłącznie?) na teorii sekularyzacji. Myślę, że ta myśl zasługuje na szczególną uwagę, a doświadczenia ostatnich kilku lat mogą ją uwiarygadniać.
Skoro prawdą jest, że w okresie powojennym nastąpił wyraźny schyłek Kościołów jako instytucji, to również prawdą jest, iż ten sam proces można zaobserwować w niemal wszystkich pozostałych sferach działalności społecznej, które wymagają od ludzi regularnego "gromadzenia się" (w partiach politycznych, związkach zawodowych, klubach sportowych itp.) [s. 199]
Inną ciekawą kwestią, poruszaną kilkukrotnie, jest zagadnienie różnorodności religijnej i jej wpływu na poziom religijności społeczeństwa (tu po raz kolejny moglibyśmy wrócić do teorii racjonalnego wyboru czy różnic głębokich między Europą a USA [9]). W publikacji padło też pytanie  to, czy możliwość wyboru spośród różnych koncepcji religii prowadzi do umocnienia się religijności, czy też osłabia (relatywizuje) religijność jako taką. Odpowiedź, którą można wyczytać z wielu stron pracy, nie była ani prosta, ani jednoznaczna (choć zaangażowanie religijne w Stanach Zjednoczonych wskazywałoby na to, że rozdrobienie religijne, którego obawia się Europa, niekoniecznie prowadzi do osłabienia religijności jako takiej).

Po części pierwszej, stanowiącej wprowadzenie teoretyczne, autorka P.T. Czytelnikowi / Czytelniczce zaproponowała część drugą, obejmującą praktyczne zagadnienia i przykłady z zakresu socjologii religii.

Podane zostały przykładowe kwestie m.in. z krajów skandynawskich, Francji, Holandii, USA [10], Hiszpanii czy Polski (hiszpański i polski model relacji polityki i religii na stronach 86-87).

Autorka nie szczędziła także przykładów, w których miejscami zdawała się odsłaniać swoje zapatrywania i poglądy: jako przykłady fundamentalizmów niereligijnych wymieniła pewne typy ruchów feministycznych i ekologicznych (te drugie m.in. za sabotowanie polowań) [s. 278], postawę Jana Pawła II określiła jako wyraźną odwagę moralną w obliczu rosnącego relatywizmu nowoczesnego świata [s. 282] (choć mam nieodparte wrażenie, że taka była jego rola jako przywódcy religijnego -- i to jedynie w odniesieniu do bardzo skonkretyzowanej wersji moralności...), zaś o misjach, które -- jak sama przyznaje -- pozostawały w ścisłym (a niekiedy dwuznacznym) związku z budowaniem potęg imperialnych -- pisała w przypisie:
Dzieje misji są fascynujące i skomplikowane. Jej krytycy nie chcą przyjąć do wiadomości ogromnych kosztów, jakie ponieśli ci, którzy wyruszali do krajów rozwijających się. Niezbyt wielu z nich powróciło. [s. 289]
O kosztach (ekonomicznych, ale także społecznych) ponoszonych przez te kraje rozwijające się w związku z misjami autorka nie wspomniała.

Tak czy inaczej -- praca ta ma duży ciężar gatunkowy i może być bardzo przydatnym źródłem wiedzy o relacjach współczesności i religii. Tym bardziej, że nie tylko stosunek do religii, ale także same wierzenia (czy tego chcemy, czy też nie) zawsze odgrywały bardzo istotną rolę w rozwoju społeczeństw na przestrzeni wieków.
Ritual practices reward cooperators and punish cheaters. They therefore promote sustained group behavior toward common goals and solve what is famously known as the “collective action problem” in human social life – how do you get everyone to work together toward something that’s in everyone’s long-term self-interest? Feasting is a key component of this kind of sociality and cooperation. [11]
Na sam koniec zaś dwie poboczne informacje dla miłośników sztuki filmowej, związane z tematem socjologii religii:
Dr Dawid Junke z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego przyznaje, że do badań zainspirował go rozdźwięk pomiędzy rosnącą w społeczeństwie amerykańskim liczbą osób odchodzących od religii zinstytucjonalizowanej i deklarujących się, jako „uduchowieni, ale nie religijni” i równoczesnym wzrostem popularności seriali zawierających wątki religijne. W telewizji pojawia się coraz więcej seriali mówiących o religii. [12]
  • niedawno obejrzałem film w reżyserii Daniela Adamsa Pogoń za milionami (Religion, Inc.) z 1989 r. Lojalnie ostrzegam, że do miana arcydzieła temu filmowi dużo brakuje (komedia też z tego średnia), ale w kontekście tematu religii w USA warto zobaczyć -- być może po książce Grace Davie film będzie nawet bardziej zrozumiały, niż przed. Dodatkowe argumenty za seansem to oglądanie początków kariery filmowej Sandry Bullock (teoretycznie jedna z głównych postaci, chociaż jej rola niewiele wnosi) oraz epizodyczna rola Jerzego Kosińskiego (nawet nie wiedziałem, że grał w filmach!), krótko przed jego samobójczą śmiercią.
Przypisy:
[1] Ilu jest w Polsce katolików?, gość.pl, 28.06.2017
[3] Gwoli ścisłości -- archidiecezja łódzka nie jest pierwszą, która zdecydowała się na diakonat stały, ale na pewno stanęła w czołówce (w Polsce diakoni stali działają już m.in. w diecezji warszawskiej, czy katowickiej [4]).
[4] Aleksandra Pucułek: Żonaci mężczyźni wyręczą księży. W archidiecezji łódzkiej to możliwe, wyborcza.pl Łódź, 5 lutego 2019.
Zobacz także: Abp Ryś wprowadza w swojej diecezji diakonat stały, Więź, 4 lutego 2019.
[5] W kwestii wyjątków warto znów wrócić do Tomáša Sedláčka i ważnego fragmentu Ekonomii dobra i zła
(...) naukowcy nie powinni  zaokrąglać nieprawidłowości, ale wręcz przeciwnie - poświęcać im maksimum uwagi, bo najprawdopodobniej w nich znajdują się zalążki zupełnie nowego (...) systemu. [T.Sedláček: Ekonomia dobra i zła. W poszukiwaniu istoty ekonomii od Gilgamesza do Wall Streets, 326]
[6] Tu odesłanie m.in. do pracy Bryana R. Wilsona Sects and Society: A Sociological Study of the Elim Tabernacle, Christian Science, and Christadelphians [s. 90]. Także Steve Bruce przedstawiał nieunikniony związek między nowoczesnością a zanikiem tradycyjnych form życia religijnego [s. 91-92] -- przy czym dla niego probierzem była Wielka Brytania, której doświadczenia sekularyzacyjne rozciągał na inne obszary świata [s. 93].
[7] à propos zmian na świecie, które dokonały się w tym czasie -- pamiętam, jak jeszcze w okolicach 2005 czy 2006 roku potrafiliśmy z P.T. Kolegami i Koleżankami dyskutować o teoriach z Końca historii Francisa Fukuyamy. Dziś nikt już tak poważnie nie traktuje jego pomysłów.
[8] Por. Peter Ludwig Berger: Święty baldachim. Elementy socjologicznej teorii religii, polskie wydanie nakładem wydawnictwo Nomos. Peter Berger miał zresztą wykonać sporą woltę intelektualną w kwestii poglądów na sekularyzację świata [s. 102], którą Steve Bruce określił to jako "niepotrzebne wyrzeczenie się przekonań" [s. 103].
[9] Krótka uwaga, którą warto odnotować:
W Europie religia umiejscawia się w strukturach horyzontalnych i proces ten stanowi odzwierciedlenie wzorców władzy obecnych w Europie Zachodniej od stuleci. (...) w Stanach Zjednoczonych umiejscowienie to miało charakter bardziej wertykalny niż horyzontalny (...) każda grupa osadników przynosiła ze sobą swą wersję religii (głównie) chrześcijańskiej, powstawały tożsamości wyznaniowe (...) zarówno przekraczające, jak i odzwierciedlające różnice społeczne i ekonomiczne. [s. 95]
[W USA] nie było monopolu w postaci państwowego Kościoła, a jedynie quasi-publiczna przestrzeń społeczna, której nie mogła zdominować żadna pojedyncza grupa. [s. 107]
[10] Nie wiedziałem, że koncepcja fundamentalizmu wyrosła z ruchów protestanckich w Stanach Zjednoczonych, które sprzeciwiały się odczytywaniu i analizie Biblii jako tekstu literackiego i dokumentu historycznego.
Pojawiły się wspólnoty wyznaniowe, które znalazły sens swego istnienia w podkreślaniu nade wszystko dosłownej interpretacji Pisma Świętego. [s. 274]
[12] Więcej o samych badaniach w materiale Kamila Szubańskiego: Dr Junke: w amerykańskich serialach religia ma się całkiem nieźle, naukawpolsce.pap.pl, 01.02.2019.

Książka:
Grace Davie: Socjologia religii (ang. The Sociology of Religion), przełożyła Renata Babińska, Zakład Wydawniczy NOMOS, Wydanie I, Kraków 2010. ISBN: 978-83-7688-044-0.

niedziela, 3 lutego 2019

Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji

Książkę dostrzegłem około roku (a może dwóch lat) temu w rękach koleżanki. Temat zaintrygował na tyle, że -- jak to zwykle u mnie bywa -- niedługo później wszedłem w posiadanie książki drogą kupna.

Książkę przeczytałem już dawno temu, ale nie było okazji, żeby napisać o niej chociaż kilka słów. Teraz odgrzebuję się ze wszystkich zaległości, tak że wracam i do niej.

Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji Diane Ducret to jedna z tych publikacji, które w stosunkowo lekki i przyjazny Czytelnikowi / Czytelniczce sposób mają przekazać garść informacji o otaczającym go / ją świecie. W tym przypadku -- o historii kobiecości (na przestrzeni wieków), przy czym kwestię "kobiecości" należy rozumieć bardzo szeroko. Nic, co kobiece, nie jest tej książce obce.

Całość mieści się gdzieś pomiędzy

  •  Podłymi ciałami Grégoire'a Chamayou -- duży nacisk położony został na kobiecą cielesność i płodność, jej postrzeganie oraz związane z nią mity;
  • Opowieścią podręcznej Margaret Atwood -- historia kobiecości to naprawdę historia męskiej obsesji. Rozciągniętej na przestrzeni tak wielu lat, że obecne postrzeganie roli i praw kobiet możemy śmiało traktować jako wyjątek, nie regułę;
  • Czy kobieta powinna mieć te same prawa co mężczyzna? Kazimiery Bujwidowej -- historia kobiet to historia długoletniej walki o wszelkie prawa, które mężczyznom przysługiwały ipso facto bycia mężczyzną.
Jeżeli ktoś nie jest do końca przekonany co do prawdziwości twierdzeń z trzech powyższych punktów, a nie do końca jest skory do czytania długich traktatów filozoficznych, niech śmiało bierze do ręki książkę Diane Ducret. Na początek -- w sam raz.

Przede wszystkim zachowanie niestosowne do swojej płci mogło spowodować, że kobieta na zawsze zmieni się w mężczyznę, gdy w miejscu różanego pączka wyrośnie jej penis. To właśnie, jak opisuje Montaigne, przytrafiło się Marii-Germanowi, który pewnego dnia, w wieku lat dwudziestu dwóch, tak się natężył przy skoku, że "ujawniły się u niego męskie członki". W pączku bowiem ukrywał się słupek. [s. 55]
Wygolony srom - który w starożytnej Grecji stanowił piętno niewolnictwa, u Sumerów był karą za zdradę, w cesarskich Chinach oznaką poddaństwa, w wojennej Francji symbolem kolaboracji - dziś zostaje utożsamiony z nowoczesnością i emancypacją kobiety. Ironia historii. [s. 331]
Książka:
Diane Ducret: Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji (fr. La Chair interdite), przełożyła Anna Maria Nowak, Znak Horyzont, Kraków 2016. ISBN: 978-83-240-3442-0.

wtorek, 15 stycznia 2019

10 lat

Bardzo chciałbym poznać i podpisać Autora / Autorkę tego zdjęcia

10 lat. "Dawno" i "niedawno" to jedynie subiektywne konstrukty, definiowane każdorazowo w kontekście. Krócej rzecz ujmując: czy 10 lat to dawno? To zależy [1]. Ludzie, którzy rodzili się w dniu pierwszego wpisu na tym blogu, dzisiaj powinni już umieć całkiem sprawnie czytać.

Spojrzałem przy tej okazji na to, co napisałem te 10 lat temu -- jak wtedy definiowałem to, na czym mi zależało.
Gdyż nie będę pisał wstępów przed autorem, bo i kimże jestem, aby dzieła poprzedzać? Tym bardziej nie będę się wtrącał, aby nie zmącić myśli, nie zachwiać ręki, nie pomieszać szyku - po prostu nie przeszkadzać. Stanę cicho z boku, obserwując poczynania, kolejne zmagania autora ze sobą, ze światem i z tymi, którym coś on chce powiedzieć. Niech on się stanie słowem dla innych.

Ja będę na końcu, po wszystkim - po oklaskach i gwizdach dla aktorów, po posprzątaniu wszystkich róż oraz pomidorów ze sceny, po łzach wzruszenia i westchnieniach zawodu. Jak post scriptum, umieszczane dopiero po podpisie autora. [2]
Z pomysłem wpisu jubileuszowego nosiłem się już od jakiegoś czasu, ale brak chwili wolnego oraz wydarzenia dwóch ostatnich ostatnich dni rozbiły mnie, odsuwając w czasie chęć radosnego podsumowania.

Dlatego chciałbym jedynie prosić tutaj, abyście wykorzystywali / wykorzystywały książki, które czytacie, do stawania się lepszymi Ludźmi. Niech Was ubogacają wewnętrznie, ale też niech pomagają łapać dystans do świata kiedy jest Wam on najbardziej potrzebny.

Na końcu zaś zostawię swój najważniejszy cytat książkowy Heinricha Heinego, który od lat towarzyszy moim kolejnym podróżom literackim
Wo man Bücher verbrennt, verbrennt man am Ende Menschen

(Tam, gdzie pali się książki, pali się też w końcu ludzi).

Przypisy:
[1] These Historical Facts In Pictures Will Mess With Your Perception Of Time, artFido.
[2] I stało się - i ponoć widział, że było dobre, 15 stycznia 2009.

piątek, 28 grudnia 2018

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków

Potrzebowałem inspiracji do pracy, dlatego szperanie po półkach zacząłem od szukania czegoś z kategorii "ekonomia". Poza Ekonomią dobra i zła Tomáša Sedláčka w ręce wpadła mi książka o obiecującym tytule Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marty Sapały. Wypożyczyłem.

Nie pamiętam, co dokładnie miałem w głowie wyobrażając sobie treść książki o tym tytule, ale to było coś innego, niż dostałem (niezobowiązująca atmosfera biblioteki pozwala na tę nonszalancję związaną z przypadkowym wyborem książek).

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków to książka z cyklu "eksperymentów społecznych", realizowanych w ciągu jednego roku. Coś leżącego obok Roku biblijnego życia A.J. Jacobs, tylko w nurcie Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć Barbary Ehrenreich. Najbliżej zaś zapewne do Not Buying It: My Year Without Shopping Judith Levine -- z tym że zamiast po raz kolejny nurkować w odległym społecznie i kulturowo środowisku Ameryki Północnej, lądujemy w kraju nad Wisłą. Dobrze -- przede wszystkim "nad Wisłą".

Ciekawą perspektywę wprowadza do książki Islandia -- miejsce zamieszkania jednej z rodzin biorących udział w eksperymencie. Miejsce o zupełnie innych wzorcach życia stanowi ciekawy kontrapunkt dla polskiej perspektywy, która jest w książce dominująca.
Lansinoh, Bebilon, Hipp, Ketonal - z tymi markami zetknęłam się w szpitalu, gdy rodziłam syna. I takie później wybierałam. Nawet podkładów poporodowych szukałam identycznych. Szpital był nienachalny, położne - starały się nie robić ideologicznych wcisków. Czy nie jest tak, że przyjmujemy rozwiązania podsuwane nam w trudnych momentach przez osoby, którym ufamy?

***

"Gdy rodziłam Rysia" - wspomina Islandka Magda - "przy wypisie ze szpitala nie dostałam nic. Tylko pięknie zapakowaną czapeczkę z delikatnej wełny. Teraz, gdy pracuję w domu starców, wiem, że dzierganiem tych drobiazgów zajmują się ich pensjonariusze. Ci, którzy za chwilę odejdą, witają w ten sposób tych, co właśnie przyszli". [s. 123-124]

W rocznym eksperymencie (anty)zakupowym, poza autorką i jej najbliższą rodziną, bierze udział 12 osób o różnym statusie majątkowym i różnej sytuacji życiowo-rodzinnej (single, pary, rodziny wielodzietne, duże miasta i małe miejscowości, polska ściana wschodnia i zachodnia -- a nawet zagranica). Od 1 kwietnia, przez rok, będą podejmowali próby maksymalnego ograniczenia konsumpcji, ograniczając ją jedynie do najbardziej potrzebnych rzeczy. Tu zaś pojawia się główny obszar negocjacji, który stanowi oś eksperymentu (a co za tym idzie -- książki): procesualne definiowanie "niezbędności".

Wynosząc książkę Marty Sapały z lokalnej biblioteki -- zupełnie nieświadomie -- idealnie wpisałem się w jej ducha. Bohaterowie i bohaterki książki w ciągu roku wykorzystując najróżniejsze sposoby na ograniczenie konsumpcji, dzieląc się swoimi obserwacjami z autorką. Sposoby radzenia sobie z wyzwaniem, jakiego podjęli się uczestnicy projektu,  były różne: uczestniczenie w procesie wymiany (w tym banki czasu), rezygnacja z samochodu na rzecz komunikacji zbiorowej / roweru / piechtolotu, odmawianie sobie "drobnych przyjemności", regularnie nadszarpujących nasze domowe budżety (częste kawy na mieście, nieprzemyślane / spontaniczne zakupy). Kooperatywy, działkowcy, spółdzielnie. Znalazło się nawet miejsce dla biblioteki jako cichego -- i co istotniejsze dla książki: bezpłatnego -- miejsca pracy (alternatywy dla kawiarni czy odpłatnych przestrzeni coworkingowych).
Wcześniej w poszukiwaniu bezpłatnej przestrzeni do pracy, która nie będzie moim własnym domem, wypełnionym energiczną obecnością 2,5-letniego chłopczyka, tułam się po parkach, ławkach, zaprzyjaźnionych redakcjach, znajomych mieszkaniach i biurach, moszczę się z laptopem na dworcach, lotniskach, w środkach publicznego (długodystansowego) transportu i we własnym, zaparkowanym w bezpłatnej strefie aucie. Testuję każde rozwiązanie, jakie mi przyjdzie do głowy. Ponieważ jednak żadne z nich mnie nie satysfakcjonuje, pierwszym pomysłem, który niezmiennie do mnie puka, gdy mam pracować poza domem, jest kawiarnia. (...) Dopiero jakiś czas temu, gdy mam do zagospodarowania trzy godziny - rozciągnie w szpagacie między Mokotowem a Żoliborzem, bez szansy na skorzystanie z żadnego z przetestowanych miejsc - doznaję iluminacji. Gdy po przeanalizowaniu wszystkich możliwych scenariuszy, które podsuwa mi moja własna głowa, dochodzę do wniosku, że czas się przeprosić z darmową przestrzenią któregoś z warszawskich centrów handlowych (...), przychodzi myśl tak świeża, że aż niedorzeczna: czytelnia w bibliotece! [s. 346]
Przejście przez dwunastomiesięczny cykl miało w eksperymencie nie tyle wymiar symboliczny, co praktyczny. Z jednej strony pozwoliło to na zahaczenie nie tylko o cztery pory roku, ale też o wszystkie newralgiczne (pod względem zakupowym) okresy w ciągu roku -- organizacje wakacji, urodzin i świąt, początek roku szkolnego. Z drugiej strony zaś początkowo wysoki poziom adrenaliny, towarzyszący eksperymentowi, stopniowo opadał, zgromadzone przed eksperymentem zapasy topniały, sytuacja życiowo-konsumpcyjna się stabilizowała, motywacja spadała. Nie wszyscy w wytrwali.

Żeby jednak nie było: książka nie jest wyłącznie apoteozą ruchu zero waste z przyległościami. Poza zwykłymi kalkulacjami, związanymi z "tradycyjnym" [?] rynkiem wymiany dóbr i usług (kupno-sprzedaż), autorka -- ale też inni współuczestniczący w eksperymencie -- zwracają uwagę na pozafinansowe kwestie. Jest miejsce na sianie wątpliwości, w każdą stronę. Mają w tym pomóc często zadawane pytania, w domyśle skierowane zapewne do P.T. Czytelnika / Czytelniczki, które w największym skrócie i uproszczeniu można sprowadzić do: "czy na pewno...?".
(...) w każdym akcie wymiany (a więc i wymiany monetowo-towarowej) mieści się społeczny potencjał, także ten pozytywny. Budowania zaufania. Ustanawiania więzi. Sklejania społeczności. Inwestowania - choćby przez system podatkowy - w miejsce, w którym się żyje. Kusząca jest myśl, że portfel może być narzędziem wywierania wpływu na to, jak funkcjonuje i wygląda najbliższe sąsiedztwo. Czy jest w nim lokalna piekarnia, bazarek (...), kawiarnia, której właścicielem jest sąsiad. Nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy innych nie tylko po to, żeby przeżyć, ale i by dodać charakteru swojej egzystencji. [s. 169]
Wszystko to podane zostało w stosunkowo lekkiej, rzekłbym: lifestylowej formie. Ku przyjemności połączonej z refleksją nad życiem (codziennymi, konsumpcyjnymi wyborami). W wolnej chwili -- warto.

Książka:
Marta Sapała: Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2014. ISBN: 978-83-64270-03-1.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Ekonomia dobra i zła

Z przekonaniem graniczącym z pewnością można założyć, że książka napisana przez człowieka, który prowadził zajęcia z filozofii ekonomii, nie może być zwykłym traktatem ekonomicznym. Tomáš Sedláček swoją książką wkłada do naszego codziennego myślenia o ekonomii perspektywę, od której -- jak sam twierdzi -- odeszliśmy na rzecz wskaźników i wzorów (oka i szkiełka). Ekonometria skutecznie wypiera z myślenia o ekonomii inne obszary, a tymczasem (jak możemy przeczytać w Ekonomii dobra i zła) ekonomia jest w lwiej części dyscypliną normatywną [s. 19], nauką o relacjach międzyludzkich [s. 27].

Wychodząc z założenia, że świat składa się z opowieści (jedną z nich zaś jest opowieść o ekonomii [s. 15]), Tomáš Sedláček rozpoczyna od jednej z najstarszych z nich -- eposu o Gilgameszu. Nie wiem, czy P.T. Czytelnicy i Czytelniczki kupili / kupiły by taką opcję, ale dla mnie ta perspektywa wydała się odświeżająca intelektualnie: odczytywanie historii Gilgamesza i Enkidu w perspektywie ekonomicznej. Autor "przetłumaczył" część opisanych w eposie wydarzeń na kategorie, które znamy ze współczesnego żargonu ekonomicznego; rozważał przy tym także kwestie, których doniosłość dla relacji ekonomicznych nie jest już dziś tak oczywista (znaczenie instynktów, emocje a racjonalizacja, znaczenie przyjaźni).
Najwyraźniej istnieją w człowieku dwie skłonności - ekonomiczna, racjonalna skłonność do kontroli, optymalizacji, poprawy wydajności itd., a druga dzika, zwierzęca [1], nieprzewidywalna i brutalna. Być człowiekiem znaczy być gdzieś pomiędzy albo być i jednym, i drugim. [s. 39]
T.Sedláček zaznaczył przy tym, że w swoich książkowych refleksjach korzystał jedynie z zachodniego dziedzictwa kulturowego i cywilizacyjnego [s. 24] -- skutkiem czego przy omawianiu kwestii ekonomicznych w religiach autor opisał chrześcijaństwo i judaizm [2], zupełnie pomijając (istotny także dla europejskiego kręgu kulturowego) islam. Rozumiem jednak, że gdzieś granicę postawić zawsze trzeba.

Poza bezpośrednim odwołaniem do świętych ksiąg chrześcijaństwa i judaizmu, autor Ekonomii dobra i zła omawia także dość szeroko nauczanie Tomasza z Akwinu, pisze o ekonomicznych implikacjach sporu stoików z epikurejczykami, przywołuje teorię wartości Ksenofonta [s. 115] (wiążącego wartość z umiejętnością efektywnego używania rzeczy!), a nawet -- z mojej perspektywy -- odczarowuje nadużywanego Adama Smitha [3], wskazując na znaczenie jego Teorii uczuć moralnych, zepchniętej do kąta przez Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów.
Adam Smith, Thomas Malthaus, John S. Mill i John Locke - ojcowie klasycznej ekonomii liberalnej - byli przede wszystkim filozofiami zajmującymi się moralnością. Upłynął wiek i ekonomia stała się nauką przesiąkniętą matematyką i alokacjami, pełną wykresów, równań i tabel, zupełnie pozbawioną etyki. [s. 197]
Tomáš Sedláček stara się skłonić do (ponownego) myślenia o ekonomii jako nauce społecznej. Wskazuje na matematykę (czy może szerzej: narzędzia ekonometryczne) jako niezwykle istotne narzędzie poznawcze, jednak wciąż _jedynie_ narzędzie, które w części ważnych [4] rozważań o ekonomii może okazać się zupełnie nieprzydatne. Autor pokazuje, że we współczesnym (naukowym) myśleniu o ekonomii równie istotna jest rola wiary w ekonomiczne dogmaty (modele ekonomiczne [por. s. 190-191]) [5].
Tę książkę można odebrać jako postmodernistyczną krytykę mechanistycznej i imperialnej ekonomii tradycyjnej. [s. 331].
(...) książka ta stanowi  próbę przekonania, że ekonomia  ma do zaprezentowania opowieść znacznie szerszą  i bardziej fascynującą niż tylko jej matematyczny aspekt. [s. 336]
Kulturowa różnica między podejściem przednaukowym a naukowym polega na tym, że w tym pierwszym przypadku człowiek dokładnie wiedział, do jakich założeń się odwołuje (czyli mitów i wierzeń) i świadomie je akceptował (lub odrzucał). Natomiast człowiek nowożytny przyjmuje wierzenia (naukowe) mniej lub bardziej nieświadomie. [s. 192-193].
Z wieloma twierdzeniami z książki można by było gorąco i długo polemizować (jednym z przykładów jest ostatni z cytowanych powyżej fragmentów, dotyczący [nie]świadomości wiary), ale o to najpewniej w tym wszystkim właśnie chodziło. Pod tym względem Ekonomię dobra i zła postawiłbym na półce -- jako wstęp -- do świetnej pracy Kacpra Pobłockiego Kapitalizm. Historia krótkiego trwania.

Na sam koniec zaś jedna z ciekawszych myśli, które będę próbował przeciągnąć do swojego zestawu podręcznych mądrości życiowych:
(...) naukowcy nie powinni  zaokrąglać nieprawidłowości, ale wręcz przeciwnie - poświęcać im maksimum uwagi, bo najprawdopodobniej w nich znajdują się zalążki zupełnie nowego (...) systemu. [s. 326]
Wyjątki nie powinny potwierdzać reguł, ale je podważać i skłaniać do dalszych poszukiwań.

[19 grudnia 2018 r.]

Dla lubiących słuchanie polecam nagranie ze spotkania z autorem w ramach promocji książki na Uniwersytecie Warszawskim (11 stycznia 2012 roku).


Przypisy:
[1] Przy okazji: ciekawe jest to, że do tak (wydawałoby się) odległego z dzisiejszego (ekonomicznego) punktu widzenia pojęcia jak zwierzęce instynkty odwoływał się jeden z klasyków nowożytnej ekonomii, John Maynard Keynes w Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza.
[2] Z religii, poza tytułowymi pojęciami dobra i zła, autor wyprowadza też wiele innych, ciekawych przemyśleń. W odniesieniu do ekonomii sensu stricto warto wspomnieć o tłumaczeniu snu faraona przez Józefa (Egipskiego) o siedmiu krowach tłustych i siedmiu krowach chudych, który jest jednym z najwcześniejszych (pierwszym?) przekazów o cyklach koniunkturalnych w gospodarce (a przy okazji przepis  na cykliczne bilansowanie budżetu w gospodarce). Z zakresu ekonomii sensu largo upamiętnię tutaj cytat z 1 Księgi Samuela o Izraelitach, którzy domagali się powołania nad nimi króla (1 SM 8). Zdanie będziecie sami narzekali na króla, którego sobie wybierzecie, ale Pan was wtedy nie wysłucha rezonowało we mnie naprawdę długo.
[3] Odczarowywanie Adama Smitha dotyczy także jego klasycznej już niewidzialnej ręki rynku. Autor precyzyjnie wylicza (oraz cytuje) trzy przypadki użycia przez A.Smitha tego terminu (w Teorii uczuć moralnychBadaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów oraz w Astronomii), za każdym razem zaś w innym kontekście [s. 212-213]. Zdaniem Tomáša Sedláčka koncepcja ta została w późniejszym czasie strywializowana i całkowicie obdarta z wymiaru etycznego [s. 197-198]. Poza tym, idąc dalej za wnioskowaniem autora Ekonomii dobra i zła, przypisywanie autorstwa koncepcji niewidzialnej ręki Adamowi Smithowi jest błędem [m.in. s. 197, s. 333]
[4] Autor rozprawia się w książce z kwestią (nie)naukowości metod innych niż szeroko rozumiane metody matematyczne.
[5] Gdzieś z tyłu głowy w takich momentach gra bardzo chwytliwe zawołanie Marcina Napiórkowskiego z Mitologii Współczesnej: Nie obalajcie mitów! Zakładajcie własne!

Książka:
Tomáš Sedláček: Ekonomia dobra i zła. W poszukiwaniu istoty ekonomii od Gilgamesza do Wall Street, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2012. ISBN: 978-83-62304-44-8.

poniedziałek, 15 października 2018

Leningrad. Oblężenie i symfonia

Być może będzie to powód do wstydu (nigdy nie wiem, jak daleko powinna sięgać wiedza człowieka wykształconego), ale o VII symfonii Szostakowicza dowiedziałem się dopiero półtora roku temu, zwiedzając kijowskie Muzeum historii Ukrainy w II wojnie światowej (dawniej jedno z trzech muzeów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej -- dwie obecnie funkcjonujące instytucje tego typu znajdują się w Moskwie oraz w Mińsku). A że -- poza wspominanym już na tym blogu kinem Sci-Fi -- lubię kino wojenne, ze szczególnym uwzględnieniem snajperów oraz specyfiki walki w miastach, temat symfonii leningradzkiej został mi po muzealnej wizycie w głowie. Przy pierwszej lepszej okazji nabyłem zaś drogą kupna tłumaczenie książki Briana Moynahana Leningrad. Siege and Symphony (Leningrad. Oblężenie i symfonia).

Skala strat ponoszonych po obu stronach konfliktu była niewyobrażalna. Wszystko zgodnie z myślą przypisywaną Stalinowi -- śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka. Tylko w jednym kotle Rosjanie potrafili stracić 1249 czołgów, do niewoli niemieckiej oddając około ćwierć miliona żołnierzy [s. 537]. W samym mieście podczas oblężenia zapanowało zaś to, co po angielsku można wyrazić aż trzema słowami: hunger, famine i starvation, a co Rosjanie oddają tylko jednym - gołod [s. 238]. Choć i tego słowa w zasadzie nie było w użyciu -- sowiecka propaganda określała to jako "dystrofię żywieniową", występującą w "formie odmowej" oraz "formie kachektycznej" [s. 321].
Racjonowany ciemnobrązowy chleb miał niewielką wartość odżywczą. Mąka żytnia, z której go wyrabiano, była doprawiana w 25 procentach celulozą, a także olejem z wytłoków bawełnianych, mąką kukurydzianą i plewami. Mieszkańców zachęcano do zbierania jadalnej kory sosnowej i jodłowej. Każda z dzielnic miasta została zobowiązana do gromadzenia dwóch i pół ton trocin dziennie, które również uznano za substancję jadalną. (...) Przetrząśnięto także garbarnie, a ze znalezionych skrawków skór, zmieszanych z trocinami, otrzymywano kleistą masę, z której wyrabiano "paszteciki". W dokach znaleziono dwa tysiące ton baranich wnętrzności. Przerobiono je na rodzaj galaretowanej substancji, którą dla zabicia nieprzyjemnego zapachu przyprawiano aromatycznymi ziołami. Do owej galarety dodawano nasiona lnu i olej silnikowy, po czym produkt ten rozdzielano jako część dziennej dawki mięsnej. (...) Ze ścian zrywano tapety, po czym zjadano wyschnięty klej. (...) Niezbędne kalorie można było też znaleźć w glicerynie wchodzącej w skład mydła, proszku do zębów, leków na kaszel i maści kosmetycznych. Cenna okazywała się nawet dekstryna, substancja organiczna używana w procesie wytwarzania odlewów w odlewniach oraz procesie uszlachetniania tkanin. [s. 287-288]
W oblężonym Leningradzie kanibalizm, kilkukrotnie opisywany przez Briana Moynahana (m.in. s. 383, 425, 503 czy 509), stał się jedną ze strategii przeżycia. Roztapiający się śnieg wiosną 1942 r. odsłania widok nadjedzonych ciał z odpiłowanymi nogami czy kobiet odciętymi piersiami [s. 503].
Zdjęcia ofiar wojny (Muzeum historii Ukrainy w WW2 w Kijowie) 

Mimo katastrofalnej sytuacji wojennej, sanitarnej oraz żywnościowej, terror sowieckiego państwa nie ustaje ani na chwilę. Nawet odmowa opuszczenia otoczonego Leningradu stawała się podstawą do podejrzeń o kolaborację z nazistami (odczytywano to jako oczekiwanie na nadejście faszystów -- aby przejść na ich stronę [s. 436]). W tym wszystkim mamy Dmitrija Dmitrijewicza Szostakowicza, niezwykle uzdolnionego muzyka obdarzonego słuchem absolutnym, komponującym całe symfonie w myślach.
Pewnego razu w trakcie próby Gauk zauważył na twarzy Szostakowicza wyraz bólu. Kiedy zapytał, co złego się stało, ten odparł: "Aleksandrze Wasiljewiczu, drugi skrzypek w trzecim rzędzie za pierwszymi skrzypkami zagrał ciemną nutę zamiast jasnej". [s. 391]
Jego niezaprzeczalny talent stał się jego kartą przetargową w walce o przetrwanie, choć jego los był niepewny -- tak samo jak los innych więźniów państwa sowieckiego (bo o "mieszkańcach" tego państwa w zasadzie trudno byłoby mówić, o "obywatelach" nie wspominając). Jak celnie zauważa autor, symfonia VII Szostakowicza (której światowa prapremiera  odbyła się 5 marca 1942 r. w Kujbyszewie, dzisiejszej Samarze) stała się ważnym elementem sowieckiej percepcji na Zachodzie.
Time. July 20, 1942
(...) symfonia znalazła swoje miejsce w emocjonalnym krajobrazie wojny. Stała się głosem Leningradu, wyrażoną przez muzykę niezłomnością  odwagą tego oblężonego miasta. Jednocześnie przydała pozoru przyzwoitości czy wręcz humanitaryzmu funkcjonariuszom w granatowych czapkach, żołnierzom plutonów egzekucyjnych i śledczym: przyczyniła się do tego, że niezmienne zło reżimu jawiło się oczom aliantów przykryte kulturalnym fornirem. [s. 472]
Symfonia zdawała się dowodem, że Rosjanie przyjmują te same wartości. Z imperialnej Japonii i nazistowskich Niemiec wychodziło barbarzyństwo; ze Związku Radzieckiego pochodziła muzyka. [s. 476]
Dmitrij Szostakowicz trafił w 1942 roku na okładkę tygodnika Time. Ironią losu jest to, że jego wizerunek malował Boris Artzybasheff, uciekinier z Rosji (w zasadzie zaś z terytorium późniejszej Ukrainy) po jej zajęciu przez bolszewików, syn antybolszewickiego pisarza Michaiła Piotrowicza Arcybaszewa. Ten sam malarz miał namalować kilka miesięcy później -- również na okładkę magazynu Time -- samego Stalina [s. 556-557].

W tym parusetstronicowym dziele przeplatają się trzy główne wątki: sowiecki terror (widziany głównie z perspektywy spisanych wspomnień / pamiętników), kwestia rosyjskiej kultury i sztuki (ze względu na temat książki -- w dużej części historii muzyki) oraz szczegółowe opisy kolejnych działań wojennych, związanych z wątkiem leningradzkim frontu wschodniego. Tym wszystkim obficie oblany został opis codzienności oblężonego miasta, z drobiazgowymi statystykami dotyczącymi racji żywnościowych oraz śmierci. Przy bardzo dużej liczbie szczegółowych informacji miałem niestety wrażenie "przegadania" tematu, dlatego -- oczywiście tym mniej wrażliwym -- książkę można polecić na niezobowiązujące, jesienne wieczory (lub tak, jak było w moim przypadku, wakacyjny wyjazd). Ponad 600 stron tekstu robi jednak swoje.

Książka:
Brian Moynahan: Leningrad. Oblężenie i symfonia (ang. Leningrad. Siege and Symphony), przełożył Jerzy Korpanty, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016. ISBN: 978-83-280-2181-5.