czwartek, 8 czerwca 2017

Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia

Przekonanie o całkowitej wyjątkowości nazistowskiego systemu III Rzeszy to całkiem wygodne rozwiązanie. Europa w pewnym stopniu odetchnęła z ulgą, kiedy winę za powszechnie rosnący przed wojną w siłę nacjonalizm i antysemityzm mogła scedować na przegrane Niemcy.
"Chcemy, żeby początkiem i końcem ludobójstwa był nazizm. Tak jest najwygodniej" – te słowa szwedzkiego pisarza i reportera Svena Lindqvista tu nie padają, ale cała książka jest jedną z ich możliwych interpretacji. [1]
Od czasu do czasu ktoś psuje powietrze, jak David Rieff w 1995 r., pisząc przy okazji kończącej się wojny w Bośni i Hercegowinie, że "nigdy więcej" znaczy już co najwyżej "nigdy więcej Niemcy nie będą zabijali Żydów w Europie w latach 40. XX wieku" [2] -- ale brzydki zapach szybko się ulatnia, o ile w ogóle zostaje przez kogokolwiek zauważony. Mimo upływu 22 lat od pierwszego wydania Slaughterhouse: Bosnia and the Failure of the West ten mocny cytat nie zrobił kariery, a w Polsce (gdzie dotychczas nie ukazało się jeszcze tłumaczenie książki) jest on najpewniej zupełnie nieznany. 27 stycznia każdego roku nadal, bez chwili zawahania, możemy publikować na facebooku "Never again!".

Nie sądzę, żeby wydane w zeszłym roku w Polsce tłumaczenie książki Jeana-Louisa Vullierme Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia (fr. Miroir de l'Occident. Le nazisme et la civilisation occidentale) miało w jakiś szczególny sposób zmienić ten stan rzeczy. Miałem dodać "tym bardziej przy obecnym stanie czytelnictwa", ale się powstrzymałem. Książka zdecydowanie ma swoje wady i słabe punkty, ale ma też jedną, niezaprzeczalną zaletę: jako jedna z nielicznych pozycji dekonstruuje rzeczywistość wyobrażoną na temat Europy i jej ideologicznych korzeni. Podobną rolę [3] można przypisać książce GUŁag w oczach Zachodu Dariusza Tołczyka z 2009 r., którą opisywałem 27 kwietnia br. Dodajmy: książce, która poza gronem fachowców i pasjonatów najpewniej pozostanie równie niezauważona jak Lustro Zachodu Vullierme'a.

O samej książce zacznę od okładki, na której znalazło się jedno z najpopularniejszych zdjęć buntu człowieka wobec systemu. Na zdjęciu wykonanym z okazji wodowania trzymasztowego barku Horst Wessel w kółku widoczny August Landmesser, robotnik w stoczni Blohm und Voss w Hamburgu.
Wodowanie Horst Wessel -- w kółku widoczny August Landmesser (13 czerwca 1936 r.)
Stojący założonymi rękami stoczniowiec jest jedynym widocznym na zdjęciu człowiekiem, który odmówił wykonania nazistowskiego salutu (nie, tam w 1936 r. nie zamawiano pięciu piw). Co prawda nie dorobił się swojego pseudonimu jak niezidentyfikowany mężczyzna (Tank Man), który własnym ciałem blokował czołgi na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r., ale z pewnością stał się ikoną. Historia tego człowieka jest oczywiście nieco bardziej skomplikowana -- Landmesser wstąpił do NSDAP w 1930 roku, aby znaleźć pracę. Kiedy zaręczył się z Żydówką Irmą Eckler w 1935 roku, został wydalony z partii. W 1936 odmówił salutowania, w 1937 r. próbował wraz z rodziną uciec do Danii (zostali złapani). Zginął w 1944 r. jako żołnierz wcielony karnie do 999 Lekkiej Dywizji Afrykańskiej.

Wracając jednak do samej książki -- w doborze okładki (poza znaną fotografią, która przyciąga uwagę) chodziło najpewniej o symboliczne pokazanie oporu wobec szybko rosnącego w siłę systemu, który stał się synonimem rasizmu, ksenofobii, antysemityzmu i masowych morderstw. Z tym, że system ten nie wziął się z próżni, lecz był wytworem nie tylko europejskiej, ale wręcz światowej myśli społecznej i politycznej. Tym samym Jean-Louis Vullierme osadza nazizm w ogólnoświatowym kontekście wydarzeń historycznych (tych więcej lub mniej znanych), filozofii, etyki, idei, teorii politycznych. Wskazuje na elementy, które jego zdaniem stworzyły nazizm -- których splot zadecydował o powstaniu nazizmu w tym miejscu i czasie, a które powtarzały się w historii.
(...) Norymberga nie tylko byłaby miastem, w którym nazizm został poniżony po jego wcześniejszej gloryfikacji; nie tylko miastem, w którym zachodnia cywilizacja oficjalnie położyła kres niemieckiemu barbarzyństwu. Stała się również miastem Zachodu, w którym zachodnia cywilizacja, nie wiedząc o tym lub nie chcąc wiedzieć, osądzała potwory zrodzone we własnym łonie [s. 18].
W zasadzie autor stawia jeszcze mocniejsze tezy, które -- choć czasami mogą irytować -- moim zdaniem są mocną stroną publikacji. Nawet, jeśli decydujemy się je odrzucić, to zmuszą nas choć chwilę do refleksji.
(...) nazizm pod wieloma względami był (...) tym, co wielu innych życzyłoby sobie osiągnąć, lecz do czego zabrakło im sił czy odwagi nazistów. [s. 18]
(...) elementy składowe nazizmu istniały jeszcze przed jego narodzeniem i (...) większość z nich wciąż pozostaje żywa. [s. 14]
Być może najtrafniejszym określeniem będzie to, że Jean-Louis Vullierme rozbija krążące po świecie idee, analizując ich składniki. W zasadzie realizuje ten cel całkiem dosłownie, dobierając do tego celu terminologię chemiczną: pisząc o cząsteczkach (molekułach) i toksycznym atomie nazizmu, który stał się częścią większej całości. Mówi -- przytaczając tytuł tekstu na rp.pl -- to myśmy stworzyli Hitlera [4].
W momencie pojawienia się nazizmu jako toksycznej molekuły ideologiczne atomy stały się ogólnodostępne. I nawet jeśli kilka z nich, jak choćby militaryzm, kolonializm, popieranie niewolnictwa czy mesjanizm polityczny [5], niewątpliwie już od dawna wywalczyło sobie niezależny byt poza światem zachodnim, wszystkie one osiągnęły w nazizmie maksymalny potencjał i w nim współdziałały w sposób najbardziej skuteczny. [s. 18]
Autor Lustra Zachodu jest zwolennikiem traktowania eksterminacji (niem. Ausrottung) ludności żydowskiej [jedynie?] jako elementu polityki nazistowskiej. Nie umniejszając zakresu cierpienia Żydów wskazuje na to, że wyniszczenie tej nacji było etapem szerzej zakrojonego planu nazistów, który ze względu na przebieg działań wojennych został zrealizowany w takim a nie innym zakresie (nazizm nie objawił się w całości, gdyż został materialnie zahamowany w fazie pośredniej, którą była inwazja na imperium sowieckie -- s. 13).
Program nazistowski należy rozpatrywać w całości, by przez to móc go zrozumieć i opisać, a także ujawnić powiązania rzeczywiście istniejące między różnymi jego celami i metodami, nie sprowadzając ich do jednego. (...) Szoah (...) jest podstawowym składnikiem jeszcze szerzej zakrojonego nazistowskiego programu eksterminacji i podboju [s. 285].
Stworzenie podziału na eksterminację Żydów, a następnie na eksterminację tych, którzy urodzeni jako Romowie, Ormianie czy Tutsi, także nie mogli przestać nimi być, stanowi skażenie ideologiczne, przed jakim koniecznie należy się bronić. [s. 27] Ustalenie hierarchii porównywalnych cierpień, zadawanych porównywalnymi metodami, przez tych samych katów albo innych, także mających plany eksterminacyjne na tle rasowym, i biorące pod uwagę jedynie dane liczbowe, stanowi inną formę negacjonizmu [s. 292].
Książka jest niczym wypełniony przeźroczami fotoplastykon, na których to przeźroczach możemy oglądać kolejne ujęcia z historii nowożytnego świata, odnajdując w nich elementy systemu dominacji, decydowania o losach nie tylko pojedynczych ludzi, ale i całych nacji. Vullierme zauważa, że hiszpańscy konkwistadorzy Hernán Cortés i Francisco Pizarro domagali się praw do ziem Ameryki Środkowej i Północnej nie ze względu na posiadane prawo do tych ziem (roszczenia legalne), lecz ze względu na bezwzględne i wrodzone poczucie wyższości ich rasy względem ludzi je zamieszkujących [s. 152]. Autor zauważa również, że część obcych mocarstw, które chciały potępić działania Schutztruppe wobec Hererów w końcówce XIX i na początku XX wieku (wykorzystując to jako element propagandy antyniemieckiej), ostatecznie zmieniły zdanie. Metody eksterminacyjne jako forma prowadzenia polityki były akceptowane i stosowane w Europie.
Niektóre obce mocarstwa, przez krótki czas zamierzające wykorzystać brutalne działania [niemieckich oddziałów kolonialnych Schutztruppe wobec Hererów] do celów antyniemieckiej propagandy, ostatecznie zmieniły zdanie, a nawet wycofały raporty i ukarały ich autorów. Ani Brytyjczycy, którzy zajęli miejsce Niemców w Namibii po pierwszej wojnie światowej, nie poprawiając doli ocalałych Hererów, ani Francuzi, którzy surowo stłumili bunty na Madagaskarze w 1896 r., pozostawiając tam sto tysięcy ofiar, ani król Belgów, który posiadał Kongo i eksploatował je za cenę jego wyludnienia, ani Amerykanie, sprawujący rządy kolonialne na Filipinach, ani Holendrzy w Indiach Wschodnich, ani Japończycy, postępując tak samo w Korei, w niczym nie skrytykowali - siłą rzeczy, nawet z ich punktu widzenia - acywilnego charakteru procesu cywilizacyjnego. [s. 150]
Zachowam też poniżej (dla potomnych i dla siebie) argumenty mające usprawiedliwiać kolonialne okrucieństwa, które przytacza autor Lustra Zachodu.
Tak więc, gdy chodziło o kolonie, argumenty wysuwane przez rządy na temat popełnianych okrucieństw, najczęściej były następujące: 1) posądzenia o zbrodnie są kłamliwe, są dziełem fanatycznych ideologów, obcych agentów, dziennikarzy rządnych sensacji czy nawet szantażystów, 2) stopień nieludzkości kolonizatorów jest przedstawiany w sposób oczywiście przesadny i musi wzbudzać nieufność każdej rozsądnej osoby, 3) zbrodnie są dziełem izolowanych jednostek, żyjących w warunkach szczególnie trudnych, w bardzo oddalonych strefach, 4) ofiary zachowują się jak zwierzęta, same także w sposób systematyczny dopuszczają się czynów skrajnie barbarzyńskich (kanibalizm), a ich nędza jeszcze by się nasiliła, gdyby je pozostawić samym sobie, 5) bilans jest ogólnie pozytywny (rozwój ekonomiczny, chrystianizacja, edukacja, nauka demokracji), a zrównoważone spojrzenie powinno zauważyć większość dobrych działań pomimo nieuniknionych wykroczeń, 6) dzięki procesowi cywilizowania sytuacja wkrótce się unormuje. [s. 140]
Wśród luster świata zachodniego zobaczymy także migawkę z konferencji bermudzkiej, o której w zasadzie solidarnie "zapomnieliśmy" przy upamiętnianiu zbrodni Holocaustu.
Tematem konferencji była kwestia, co zrobić z żydowskimi uchodźcami, którzy znaleźli się na ziemiach wyzwolonych przez aliantów podczas II wojny światowej oraz tych, którzy w dalszym ciągu pozostawali na terenach okupowanych przez III Rzeszę. Dyskusja miała na celu znalezienie rozwiązań tego problemu oraz zaplanowanie sposobów ratowania Żydów poprzez przeprowadzenie ewakuacji uciekinierów oraz osadzenia ich w krajach alianckich i neutralnych. Rozmowy odbyły się między delegacją amerykańską reprezentowaną przez dr. Harolda W. Doddsa a przedstawicielami Wielkiej Brytanii. [6]
Jak zauważa w jednym z przypisów Vullierme, podczas konferencji tej zrezygnowano z organizacji przyjmowania uchodźców z obawy, że -według określenia Foreign Office - "Niemcy oraz ich kraje satelickie są gotowe zmienić politykę eksterminacyjną w politykę wypędzania, tym samym sprawiając kłopot innym krajom, jak to już uczyniły przed wojną, zatapiając je obcą imigracją. [s. 290]
Alianci po raz kolejny odmówili pomocy w 1944 roku, kiedy Eichmann w myśl wskazań Himmlera rozpoczął negocjacje dotyczące wymiany miliona Żydów na 10 tysięcy ciężarówek do użytku na froncie wschodnim [7] [s. 290]
Ciekawym wątkiem, wartym odnotowania, jest relacja między poglądami Henry'ego Forda (tak -- tego Forda) a Adolfem Hitlerem. Nie jest żadną tajemnicą, że panowie -- których bez wątpienia połączyły poglądy antysemickie -- darzyli się głęboką sympatią i estymą, czemu dawali wyrazy.
Forda szczególnie zastanawiał fakt, że liczba Żydów na świecie odpowiada liczbie Koreańczyków, narodu powszechnie znanego ze swojej całkowitej niezdolności do przemysłu i handlu. [s. 49]
Jean-Louis Vullierme (od s. 46) przedstawia i w pewnej części rozsmarowuje "głębokie teorie" H.Forda, pokazując jednocześnie ich wpływ na późniejszą politykę młodszego o 26 lat Hitlera. Zauważa także: Historycy wiedzą także, że Hitler nie bardzo skłonny do sentymentalizmu, w gabinecie swoim miał tylko jeden portret i był to portret  Henry'ego Forda (...). [s. 53].

Mimo kilku -- delikatnie rzecz ujmując -- oryginalnych teorii (jak ta, że powodem rezygnacji z cenzusu wyborczego i przyznania praw wyborczych kobietom było wynikiem braku obaw elit przed głosowaniem powszechnym, s. 95) po książkę zdecydowanie warto sięgnąć. M.in. przez swoją wielowymiarowość oraz wielowątkowość jest świetnym przyczynkiem do refleksji nad rzeczywistością.
Cóż, oczywiście są Żydzi - ale rozważcie sami, jak wielu - nawet wśród towarzyszy partyjnych - którzy przedstawili mi tę słynną petycję, gdzie jest powiedziane, że wszyscy Żydzi to świnie, tylko taki a taki jest uczciwym Żydem i należy zostawić go w spokoju. Zaryzykowałbym twierdzenie, że sądząc po liczbie tych petycji, jest w Niemczech więcej uczciwych Żydów, niż to w ogóle możliwe. (śmiechy na sali) Inaczej mówiąc, mamy w Niemczech tyle milionów ludzi, którzy znają jednego z tych słynnych uczciwych Żydów, że liczba ta jest większa niż liczba Żydów w ogóle. Chcę po prostu powiedzieć, że - jak to możecie stwierdzić w swoich kręgach - nawet każdy godny szacunku i uczciwy narodowy socjalista zna uczciwego Żyda." [fragment przemówienia Heinricha Himmlera, wygłoszonego w Poznaniu 6 października 1943 r., s. 135]
Na sam koniec słowo o przypisach do książki, bo w tym przypadku jest to temat do osobnego omówienia. Najwygodniej czyta mi się książkę, kiedy mam przypisy na dole danej strony -- system klasyczny, czy też tradycyjny. Przeżyję też, kiedy odsyłacz cyfrowy przenosi mnie na koniec książki -- a przypisy stanowią głównie odniesienia do źródeł lub drobne uzupełnienia podstawowych informacji.

W przypadku Lustra Zachodu przypisy (umieszczone na końcu książki) objętościowo mogłyby stanowić osobną, niedużą publikację. Nie ma w tym żadnej przesady -- zajmują 1/4 książki, 116 stron [s. 277-393]. I to jest koszmarne. Liczba przypisów i charakter podawanych tam informacji (nie tylko drobne uzupełnienia i źródła, ale też osobne omówienia różnych kwestii poruszanych w tekście głównym) powodują, że de facto książkę czyta się jednocześnie w dwóch miejscach. Już dawno żadna książka mnie tak nie wymęczyła pod tym względem.

Żeby tego było mało, niektóre z przypisów nie są jedynie uzupełnieniem informacji (nawet bardzo rozbudowanym), ale stanowią swego rodzaju kontrnarrację / prostowanie głównego tekstu [s. 318, przypis 83]. Chociaż w sumie najzabawniejszymi momentami były te, w których wydawca -- oczywiście w przypisach -- prostował błędy autora. Co najmniej czterokrotnie. Pierwszym z przypadków jest błędnie podana przez autora data wypowiedzenia przez Hitlera zdania o zniszczeniu rasy żydowskiej jako odpowiedzi na działania międzynarodowej, żydowskiej finansjery (i to podana błędnie dwa razy: zarówno w tekście głównym, jak i w przypisie, por. s. 73 oraz s. 317, przypis 80 [8]). Drugi przypadek, w którym polski wydawca prostuje informację na temat tzw. meczu śmierci, dopisując, że historia ta uważana jest współcześnie za element sowieckiej propagandy lub bardzo podkoloryzowaną historię, jest mniej "drastyczny" (por. s. 75 oraz s. 320, przypis 89). Dwa kolejne przypadki to przypis nr 8 ze s. 334 oraz przypis nr 32 ze s. 387. Nie wnikając w kwestie merytoryczne, pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że mówimy o stosunkowo nowej publikacji, nie wznowieniu po kilkudziesięciu latach.

Tak czy inaczej -- książka warta przeczytania.

Źródła:
[2] Oryginalny cytat:
For if there was to be no intervention to stop a genocide that was taking place, then the phrase "Never again" meant nothing more than: Never again would Germans kill Jews in Europe in the 1940s.
David Rieff, Slaughterhouse: Bosnia and the Failure of the West, s. 27.
[3] W opisie tym oczywiście pomijam książki-sumienia narodów, które co i rusz pojawiają się na krajowych lub zagranicznych /względem tematu/ rynkach wydawniczych, ewentualnie są tłumaczone. Z nowości (?) warto wspomnieć o książce Między „Placem Bohaterów” a „Rechnitz”. Austriackie rozliczenia Moniki Muskały, wydanej pod koniec zeszłego roku nakładem wydawnictwa Korporacja ha!art.
[4] Jean-Louis Vullierme, To myśmy stworzyli Hitlera, 10.06.2016 [aktualizacja: 12.06.2016], rp.pl.
[5] Szerszą listę czynników autor zamieścił na s. 17 (przedostatni akapit).
[6] Fragment hasła Konferencja bermudzka na stronie polskojęzycznej Wikipedii.
[7] Więcej na temat tej wymiany (sprawy Joela Branda) można przeczytać w artykule Rafała Kuzaka Ile kosztuje milion Żydów? z 11 września 2011 r. na ciekawostkihistoryczne.pl
[8] Treść przypisu nr 80 ze s. 317, nota od wydawcy (przypis wydawcy polskiego): Zdanie to wypowiedział Hitler w Reichstagu 30 stycznia 1939 r., wszelkie inne daty podane w tekście i przypisach są błędne.

Książka:
Jean-Louis Vullierme: Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia (fr. Miroir de l'Occident. Le nazisme et la civilisation occidentale), przełożyła Maria Żurawska, wydawnictwo W.A.B., wydanie I, Warszawa 2016. ISBN: 978-83-280-2795-4.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Sny i kamienie

Z beletrystyką jestem na bakier, dlatego też rzadko pojawiają się na tym blogu takie pozycje jak Sny i kamienie Magdaleny Tulli. Na publikację trafiłem jednak w mniej "nietypowym" dla mnie miejscu -- szukając informacji na temat Roberta Mosesa dotarłem do fragmentu utworu, wykorzystanego przez Łukasza Stępnika jako wstęp do wydania kwartalnika architektonicznego Rzut z 2015 r. [1].
Nikt już nie wiedział, czy doskonałość tego miasta ma spłynąć na mieszkańców, czy też – na odwrót – musieliby osiągnąć doskonałość, żeby w ogóle móc w nim wytrzymać. W chwilach rozpaczy zapytywali samych siebie, czy lenistwo jest defektem rasy, czy skutkiem urbanistycznego błędu.

Mieszkańcy miasta, choć niewiele rzeczy ich obchodziło, głęboko odczuwali drażliwość tej kwestii. Kiedy siedzieli przy kuchennych stołach nad stygnącą herbatą, wiedzieli dobrze, że nie są tymi, dla których miasto zostało zbudowane. Ciała mieli miękkie, kości kruche, ich umysły zbyt łatwo się męczyły, a ich pragnienia uciekały to w tę, to w tamtą stronę bez żadnej przyczyny. Ręka ledwo pasowała do uchwytu narzędzia, a serce było całkowicie oddzielone od reszty świata klatką żeber i powłoką skóry. Gdzie tylko spojrzeli, odkrywali obcość. [2]
W części tekstów dotyczących debiutu literackiego Magdaleny Tulli (w zasadzie niemal wszystkich, do których dotarłem) pojawia się zdanie o trudności w odczytaniu utworu. Magdalena Nowakowska Sny i kamienie nazwała (moim zdaniem nie do końca słusznie) traktatem [3], ale już na wstępie trzeba zaznaczyć, że kategoryzacja utworu powoduje u krytyków i recenzentów niemałe trudności (a w sprawie tej zabrała głos także sama autorka) [4]. W uporządkowaniu myśli o tym -- jakkolwiek by było - krótkim, ale bardzo gęstym utworze, nieoceniony okazał się tekst prof. Marka Zaleskiego Kometa Magdaleny Tulli, jedna z dwóch recenzji umieszczonych na końcu mojego wydania w charakterze posłowia. O Snach i kamieniach profesor pisał
Mnie na przykład przypomina barokowo wybujałe fantasmagorie Brunona Schulza, a jeszcze bardziej jego literackiej przyjaciółki, Debory Vogel, autorki eksperymentalnej prozy 'Akacje kwitną'. Ale pokrewieństwo jest dalekie, sprowadza się do zawierzenia stwórczej sile samego języka. [s. 92]

Dezynwoltura, z jaką [autorka] daje się ponieść własnej wyobraźni i sprawczej energii języka, imponuje. Efekt przypomina rzeczywistość przedstawioną na filmach awangardowych z lat trzydziestych - dziwnie odkształconą i znajomą zarazem. [s. 93]
Magdalena Tulli z pewnością wierzyła w język. Tworząc swój wielowymiarowy utwór prozatorski (traktat) korzystała z wielowymiarowości samego języka, rzucając nowe światło na to, co z pozoru znane i oswojone. W utworze, w centrum nienazwanego miasta, określanego m.in. jako gromada spiczastych liter W i A [5], umieszczono pałac (sięgający chmur gmach), którego pierwowzoru możemy doszukiwać się w Pałacu Kultury i Nauki. To właśnie w opisach tych realnych miejsc (a przynajmniej tych, które możemy sobie wyobrazić) najlepiej widać tę rzeczywistość dziwnie odkształconą i znajomą zarazem, o której pisał cytowany wcześniej prof. Zaleski.
Wieniec megafonów rozmieszczonych wokół podstaw centralnej budowli wystarczył do nagłośnienia nawet najdalszych ulic. Pałac wzniesiony po środku rozety był pełen marmurów i luster. Z sufitów tak wysokich, że były ledwie widoczne i zawsze jakby zamglone, zwieszały się kryształowe żyrandole, rozłożyste jak fontanny. Było tam dziesięć tysięcy par drzwi, z których przynajmniej połowę z miejsca zamknięto na klucz, ponieważ potrzebne były nie do przechodzenia, lecz dla symetrii. Tę zaś, skoro tak dobrze wyrażała ideę mechanicznej równowagi świata, podniesiono do rangi nadrzędnego założenia projektu. A klucze od drzwi od razu się pomieszały i pogubiły. (...) Lustra były niewiele mniejsze od ścian, na których wisiały, jedne naprzeciw drugich, odbijając odbicia i mnożąc je w nieskończoność. Kilometry posadzek uciekały w głąb lustrzanych przestrzeni, w ten bezkresny świat, oddzielony od naszego powierzchnią szkła. [s. 16]
Sny i kamienie korzystają z siły niemalże manichejskiego dualizmu, który został ukryty już w samym tytule utworu, odwołującym się do dwóch figur, które wydają się stanowić swoje zaprzeczenie -- figury duchowej (sen) i figury materialnej (kamień). Jednocześnie autorka stawia między nimi spójnik "i", który możemy odczytać w znaczeniu koniunkcyjnym, wiążącym te dwie rzeczywistości ze sobą. Na samym początku pojawia się też obraz drzewa i przeciwdrzewa, w którym podziemny konar jest przedłużeniem konara nadziemnego, każda gałąź połączona jest niewidocznym akweduktem z przeciwgałęzią, przywaloną tonami ziemi. [s. 5]
Bez względu na życiodajny przepływ, oddzielenie drzewa od przeciwdrzewa jest technicznie możliwe, choć podczas tego zabiegu życie ulatuje z obu części. Podobnie dzieje się z każdą inną rzeczą: oddzielenie jej widocznej części od części niewidocznej prowadzi do usychania. To, co przetrwa, z pewnością było od początku tylko częścią dekoracji teatralnej albo snu. [s. 13]
Są też w książce pojedyncze zdania, nad którymi chętnie zatrzymywałem się na dłużej, upajając się językiem. Książka Sny i kamienie -- jak napisał w recenzji Krzysztof Varga -- wymaga dyscypliny czytelniczej, wewnętrznego skupienia [6], ale jednocześnie jej treść potrafi oderwać od przyziemności. Jedno z moich ulubionych zdań jest fragmentem, który można odczytać jako opis dworca Warszawa Centralna (najlepszego na świecie miejsca dla cierpiących na bezsenność, gdyż na dworcu noc nigdy nie zapada, wieczór przemienia się tam od razu w poranek; s. 43-44).
Cierpiących na bezsenność jest w tym mieście wielu. Pora wyjaśnić, że to dla nich zbudowano dworce. [s. 44]
Jeżeli komuś z P.T. Czytelników / Czytelniczek nadal mało i szuka materiałów naukowych na temat Snów i kamieni, mogę polecić tekst prof. Arkadiusza Morawca, udostępniony na academia.edu: "Sny i kamienie" Magdaleny Tulli - płaszczyzny odczytań.

Na koniec zaś wątek łódzki, czyli wzmianka o autorce: Magdalena Tulli jest laureatka pierwszej edycji łódzkiej Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima, przyznawanej za całokształt twórczości (2013 r.).

Źródła:
[1] Kwartalnik Architektoniczny "Rzut" - Błędy. Rzut + 6, (1) 2015 zima-wiosna. Do pobrania tutaj. W podobnym charakterze spory (miejski) fragment utworu M.Tulli został opublikowany w 2012 r. na blogu Teoria architektury i urbanistyki: wpis Magdalena Tulli - Sny i kamienie, 7 września 2012.
[2] Fragment ten -- pochodzący z pierwszego lub drugiego wydania książki -- różni się od wersji, którą mam w wydaniu z 1996 r. (s.  28-29). O różnicach między wersjami wydawca wspomina na samym końcu książki: "(...) tekst 'Snów i kamieni' uległ w niniejszym wydaniu dość daleko idącym zmianom".
[3] Magdalena Nowakowska, ,,Sny i kamienie" Magdaleny Tulli, blog Magda siedzi między książkami, 13 lutego 2013.
[4] Arkadiusz Morawiec, Sny i kamienie" Magdaleny Tulli - płaszczyzny odczytań, academia.edu.
[5] Za Lidią Burską (tekst Narodziny miasta) można napisać: Lubiący stawiać kropki nad "i" uściślili, że [autorka pisała] o Warszawie [s. 89]. Na znaczenie odczytania miasta Warszawy w odniesieniu do interpretacji utworu zwracał uwagę prof. Arkadiusz Morawiec (zob. przypis [4]).
[6] Recenzje okładkowe książki Sny i kamienie, do przeczytania również na biblioNETka.pl.

Książka:
Magdalena Tulli: Sny i kamienie (wydanie trzecie zmienione), Wydawnictwo OPEN, Warszawa 1996. ISBN: 83-85254-41-2.

czwartek, 27 kwietnia 2017

GUŁag w oczach Zachodu

Z tekstami Dariusza Tołczyka po raz pierwszy zetknąłem się czytając Powiedzieć Zachodowi, artykuł opublikowany 23 kwietnia 2012 r. na stronie Tygodnika Powszechnego. Ze skruchą przyznaję, że do tego czasu nazwisko autora [1] nic mi nie mówiło (tym bardziej, że sam Tygodnik Powszechny odnotowuje zaledwie dwa jego teksty -- z 30 września 2008 r. oraz 23 kwietnia 2012 r.). Nie zmienia to faktu, że artykuł Powiedzieć Zachodowi -- który oczywiście z tego miejsca serdecznie polecam -- zrobił na mnie na tyle duże wrażenie, że postanowiłem poszukać po sieci innych prac prof. D.Tołczyka. I tym oto sposobem nabyłem drogą kupna jego książkę GUŁag w oczach Zachodu.

Publikacja prof. D.Tołczyka opisuje wątek, który -- w mojej ocenie -- nie jest zbyt częstym przedmiotem rozważań w kontekście relacji Wschód-Zachód. W zachodnioeuropejskiej narracji historycznej przyzwyczailiśmy się do mocnych figur "żelaznej kurtyny" czy "zimnej wojny", przyzwyczajając się jednocześnie do dwubiegunowego obrazu postwojennego świata (z dychotomicznym podziałem na dobrych i złych). Lektura książki Dariusza Tołczyka jest doskonałym sposobem na wyjście z tego kręgu uproszczeń -- będąc jednocześnie bardzo ciekawym opracowaniem z bogatą bibliografią. Same plusy.
Przez cały okres istnienia sowieckiego państwa liczne i ważne zachodnie elity opiniotwórcze z reguły znajdowały takie czy inne powody, by zaprzeczać świadectwom komunistycznego zła, to znów odmawiały przyjęcia tych faktów do wiadomości czy zgoła je usprawiedliwiały. Ci spośród więźniów bolszewizmu, którzy przeżyli i, cudem znalazłszy się na Zachodzie, usiłowali przekazać światu prawdę o losie człowieka w świecie realnego komunizmu, napotykali bardzo często na mur niechęci, wrogości, milczenia. [s. 12-13]
Zastanawiające było dla mnie to, że ilekroć w publikacji była mowa o "zachodnich, opiniotwórczych elitach", tylekroć w zasadzie pod tym sformułowaniem kryły się "elity lewicowe" (rzadziej określane też jako "lewicujące"). Jako żywo przypominało mi to tzw. narrację antyestablishmentową (również określenia typu "salon"), którą chętnie posługuje się dzisiaj publicystyka sama siebie nazywająca /jakiś czas temu?/ "niepokorną" i "niezależną" -- czyli klasyczne zaciemnienie obrazu przez zgrabnie dobrane PRowo "słowa-klucze". Za każdym razem miałem wrażenie, że albo pomijane jest w książce stanowisko jakiejś części elity (dla uproszczenia nazwijmy ją "prawicową"), albo takowa elita przez ten cały czas w ogóle nie istniała (opcja z góry wykluczona). Zabrakło mi fragmentów, które w większym stopniu ukazywałyby podejście różnych postaw ideologicznych wobec państwa sowieckiego, swoistego rozwinięcie kwestii zarysowanej we wstępie do publikacji. Choć i tak również w tym fragmencie autor skupił się głównie na lewicy.
(...) prosty na pierwszy rzut oka świat ideowej opozycji między prawicą a lewicą komplikuje się, gdy zauważymy, że, zwłaszcza w latach 20., bolszewicka przemoc i Gułag znajdowały nierzadko swoich najbardziej nieustępliwych krytyków właśnie w środowiskach zachodniej lewicy. [s. 23]
Był to w zasadzie jedyny większy zgrzyt jaki odczuwałem podczas lektury GUŁagu w oczach Zachodu -- i (dla jasności) -- w niewielkim stopniu wpływa na moją wysoką notę dla tej pozycji.

Choć nie jest to powiedziane wprost, tytuł publikacji stanowi najpewniej nawiązanie do noweli Josepha Conrada z 1911 r. W oczach Zachodu (ang. Under Western Eyes) -- tytułu przez kilkadziesiąt lat w Polsce niedostępnego, zakazanego jako utwór o przesłaniu antyrewolucyjnym i antyrosyjskim. Całość publikacji dostępna jest bezpłatnie na stronach projektu Wikisource (majątkowe prawa autorskie do tej książki już wygasły). Taki wybór nawiązania ciekawie komponuje się z samą postawą conradowską, którą Zdzisław Najder opisywał jako konserwatywną i antyrewolucyjną.
Dla Conrada historia była nie mniej, niż dla Joyce'a, pełna koszmarów, ale wiedział, jak niszczące są próby uwalniania się od niej; dlatego był konsekwentnym anty-rewolucjonistą. W zrywaniu z przeszłością widział ucieczkę nie tylko od więzi zbiorowych, lecz w ogóle od odpowiedzialności. Przeszłość, w sensie historycznego dorobku kulturowego ludzkości, stanowiła dla niego fundament i skarbnicę wszelkich wartości moralnych. [2]
Dariusz Tołczyk napisał z kolei:
Jeśli książka de Custine'a stanowiła najpoważniejsze wyzwanie wobec prawicowych marzeń o Rosji, powieść Josepha Conrada W oczach Zachodu (...) rozprawiała się z wyidealizowanym zachodnim wizerunkiem rosyjskiego ruchu rewolucyjnego. (...) W dalekim od optymizmu przekonaniu Conrada Rosja była tak dogłębnie przeżarta tyranią i pogardą dla swobody i godności jednostek ludzkich, że nawet w przypadku zwycięstwa rewolucji w tym kraju nie należało się spodziewać niczego innego. (...) Ci ludzie - pisał Conrad o rosyjskich rewolucjonistach - nie potrafili dostrzec, że są w stanie spowodować jedynie zmianę nazw. [s. 43, 44]
W części Zamiast wstępu, która otwiera publikację, poznamy podstawowe mechanizmy stojące za tak niejednoznaczną relacją szeroko pojętego Zachodu do Związku Sowieckiego i instytucji GUŁagu. Przytoczę tu -- dla porządku -- najważniejsze aspekty, wokół których kręci się reszta publikacji.
  1. Prawda o sowieckim terrorze, GUŁagu i prześladowaniach nigdy nie była na Zachodzie bezpośrednio dostępna w takim stopniu, jak prawda o zbrodniach hitleryzmu [s. 14]. Inaczej rzecz ujmując: alianci nigdy nie oswobodzili żadnego obozu w ramach GUŁagu, za to nazistowskie obozy koncentracyjne -- już tak. A jeśli nawet mimo to w sferze publicznej funkcjonuje pojęcia kłamstwa oświęcimskiego, to zdziwienie dotyczące sowieckich obozów pracy przestaje być tak duże.
  2. Państwo bolszewickie było, bez względu na ideologiczne deklaracje, ważnym i cennym partnerem politycznym i gospodarczym Zachodu [s. 14]. Tutaj kłaniają się m.in. program lend&lease, dzięki któremu również po Polsce w 1945 r. jeździły amerykańskie jeepy. Chociaż, muszę przyznać, i tak wrażenie zrobiły historie o remoncie w amerykańskich portach statków, którymi później przewożono w nieludzkich warunkach więźniów na daleką, rosyjską północ. Warto przywołać w tym miejscu także jednego z premierów Wielkiej Brytanii, hrabiego Davida Lloyda George'a, który właśnie w odniesieniu do stosunków ze Związkiem Sowieckim miał powiedzieć, że "handel w gruncie rzeczy łagodzi obyczaje i przemienia brutalnych politycznych radykałów w łagodnych pragmatyków" [s. 75]. W 1920 roku zapewniał: W chwili gdy rozpoczniemy handel z Rosją, skończy się komunizm. Echa koncepcji wyrażonych przez Lloyda George'a w stosunku do bolszewickiej Rosji możemy obserwować w polityce międzynarodowej do dzisiaj.
  3. Oprócz doniesień o GUŁagu zawsze pojawiały się i funkcjonowały inne doniesienia, mówiące coś zupełnie innego. Reakcje wobec sowieckiego terroru, zbrodni i zniewolenia zawierały więc w sobie zawsze element wyboru, sprowadzający się do kwestii: komu wierzyć? Którą z dwóch przeciwstawnych wersji uznać za prawdziwą - czy świadectwa ocalonych, czy sowieckie zapewnienia i pokazy? [s. 14-15] Ten punkt, poza oczywistym powiązaniem z punktem pierwszym (brakiem bezpośredniego dostępu do wiedzy na temat państwa sowieckiego), zawiera w sobie pojemną kategorię historii związanych z pożytecznymi idiotami (przypisuje się Leninowi), poputczikami (rozpowszechnienie przypisuje się Trockiemu) czy też innymi fellow travellersami [s. 66]. Te skądinąd ciekawe i pouczające historie Dariusz Tołczyk opisuje w swojej książce pasjami -- można pewnie zaryzykować tezę, że stanowią one jej główny wątek. Gdyby nie osoby, które z różnych względów decydowały się na wspieranie polityki sowieckiej na Zachodzie, propaganda Związku Sowieckiego miałaby o wiele trudniejsze zadanie.Warto w tym miejscu zaznaczyć postać Waltera Duranty'ego, korespondenta "New York Timesa" w Moskwie w latach 1922-1936, laureata Nagrody Pulitzera w 1932 za serię reportaży o ZSRS. Pisząc: Jakiekolwiek doniesienia o głodzie w Rosji są dziś albo przesadą, albo złośliwą propagandą, miał świadomość milionów ofiar głodu na Ukrainie [s. 138].
  4. Pomijając długie rozważania nad rzeczywistą polityką ZSRS wobec Republiki Weimarskiej oraz jej następczyni, III Rzeszy Niemieckiej, bolszewicy przez bardzo długi czas korzystali z wygodnej zasłony dymnej, jaką było przeciwstawianie komunizmu ideologii nazistowskiej. Inaczej rzecz ujmując: w oficjalnej linii propagandowej -- kto krytykował komunizm, ten wspierał Hitlera. Alternatywa fałszywa, jednak z perspektywy realnego zagrożenia ze strony nazistowskiej machiny wojennej (a w późniejszym okresie jej międzynarodowego potępienia) działała całkiem dobrze. W wielu przypadkach argument ad Hitlerum był skuteczniejszy niż narracja antyburżuazyjna. Warto zauważyć, że taka narracja była uruchamiana również w przypadku innych kwestii niż GUŁag, np. w sprawie zbrodni katyńskiej. Odsyłam do rozmowy Bartosza Bolesławskiego z Piotrem Długołęckim Najważniejsza była dobra współpraca z Moskwą, opublikowanego niedawno na portalu Ośrodka Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego [3].
  5. Tradycyjne kryteria prawdopodobieństwa od samego początku okazały się mało przydatne dla ludzi Zachodu, nawet tych uczciwie nieraz próbujących dociec prawdy o bolszewickim eksperymencie dziejowym [s. 15]. Szczególnie podatni na tego rodzaju błędy w ocenie rzeczywistości byli intelektualiści, a więc ludzie najbardziej przywiązani do kryterium racjonalności w życiu [s. 16] Często akceptowano sowieckie kłamstwa m.in. dlatego, że były one tak wierutne i gigantyczne, że nie sposób było wręcz uwierzyć, iż są to tylko kłamstwa. W wielu zachodnich głowach nie mieściło się po prostu, że można kłamać tak bezczelnie, z takim samozaparciem, rozmachem i wytrwałością. (...) zakładano bowiem niejako odruchowo, że wszelkie kłamstwo, bojąc się demaskacji, stara się minimalizować własne rozmiary. [s. 17] Fiodor Iwanowicz Tiutczew wiecznie żywy. [4]
  6. W wielu środowiskach ignorowanie bądź odrzucanie prawdy na temat GUŁagu (czy szerzej -- systemu opresji w państwie sowieckim) było przez długie lata postawą opłacalną: otwierało nieraz drogę na salony, pomagało zdobyć sławę, a czasem również konkretne zamówienia czy kontrakty wydawnicze, ułatwiało uzyskanie dobrych recenzji i nierzadko wpływało pomyślnie na załatwienie posady redakcyjnej albo uniwersyteckiej. [s. 22]
  7. Wśród apologetów Lenina i Stalina nie brakowało ludzi w gruncie rzeczy sceptycznych co do sowieckiej utopii. Fascynowała ich przemoc, ponieważ nawet jeśli nie wierzyli, że prowadzi ona do ogólnoludzkiego szczęścia w komunizmie, to wystarczyło im, że przynajmniej niszczy świat dotychczasowy. (...) akceptacja Gułagu mogła być - i bywała - przejawem nihilizmu, wyrazem buntu dla samego buntu - bez żadnej pozytywnej wiary. [s. 22, 23]
  8. Last but not least -- to względy osobiste. Nie bez znaczenia pozostawało to, kto był czyim synem, mężem, kochankiem, przyjacielem, uczniem czy rywalem. [s. 24]
Publikacja jest nieprzebranym źródłem cytatów. W ich poszukiwaniu pomocny jest umieszczony na końcu publikacji ośmiostronicowy indeks osób (strony 336-344).

Na koniec koniec drobiazg, który udało mi się wyłapać. Temat pojawia się w sieci w kilku miejscach, także niech chociaż tutaj pojawi się errata prostująca nietypowy błąd autora. Uderzył mnie fragment artykułu przypisanego synowi Lwa Tołstoja, Aleksandrowi, który prof. Tołczyk zamieścił na stronach 146-147 (tekst pierwotnie opublikowano na łamach Chicago Tribune 7 lutego 1933 r. pod tytułem I cannot be silent [Nie mogę milczeć]).
Czy to możliwe, że ciągle istnieją ludzie, którzy wierzą, iż krwawa dyktatura małej grupy pragnącej zniszczyć kulturę, religię i moralność to to samo, co socjalizm? [s. 147] 
Problem w tym, że spośród licznych dzieci Lwa Tołstoja tylko jeden z jego synów nosił imię Aleksiej -- i zmarł w 1886 r. w wieku pięciu lat. Postanowiłem więc pogrzebać po sieci i ustalić prawdziwego autora przytoczonych wyżej słów, który okazał się... autorką. Krótki tekst w dziale Voice of the People napisała najmłodsza córka Lwa Tołstoja, Aleksandra Lwowna Tołstoj. Wemigrowała ona ze Związku Sowieckiego w 1929 r. i osiedliła się w USA, stając się obywatelką tego kraju w 1941 r. A poniżej fragment opublikowanego tekstu.


Autor potwierdził, że był to jedynie chochlik, który namieszał w publikacji (i którego odkrył dopiero po jej wydaniu). Chochliki, jak wiadomo, się zdarzają i czasami jesteśmy na nie skazani :-)

Do kompletu -- dla osób, które chciałby o GUŁagu w oczach Zachodu posłuchać -- podrzucam dwie części rozmowy z prof. Tołczykiem z 2014 r. (przypomniano jego książkę po rozpoczęciu militarnych działań Rosji na Ukrainie). To całkiem dobry przykład na to, jak tę książkę z 2009 r. można wykorzystywać do omawiania współczesnej sytuacji politycznej. Co jednak warto dodać: nie tylko w przypadku dyskusji o współczesnej Rosji.

Cz. 1


Cz. 2


Źródła
[1] Prof. Dariusz Tołczyk jest wykładowcą na Wydziale Języków i Literatury Słowiańskiej na University of Virginia. Na stronie, poza informacjami typowo biograficznymi, jest też spis prac i artykułów, których (współ)autorem jest prof. Dariusz Dołczyk, jak również -- co może być mniej oczywiste -- spis jego wystąpień w radiu i telewizji. Także gdyby ktoś szukał czegoś więcej, to polecam.
[2] Zdzisław Najder, Przesłanie Josepha Conrada, Culture.pl, 2008/05/29 (artykuł opublikowany pierwotnie w miesięczniku "Znak", luty 2001).
[3] Rozmowa Bartosza Bolesławskiego z Piotrem Długołęckim: Najważniejsza była dobra współpraca z Moskwą, Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego, 18 kwietnia 2017.
Trzeba też wziąć pod uwagę jeszcze taką zwykłą ludzką niechęć do mówienia o Katyniu. Ktokolwiek zaczynał o nim mówić, natychmiast przez Związek Sowiecki i Polskę Ludową był porównywany do osoby stosującej metody goebbelsowskie. Nazistowska propaganda niemiecka wykorzystywała tę sprawę i mówiła, jak było naprawdę. Siłą rzeczy, jeśli ktoś mówił prawdę o Katyniu – mówił dokładnie to samo, co Niemcy. Można więc zrozumieć, że nie każdy miał ochotę stawiać siebie w sytuacji osoby atakowanej przez komunistyczną propagandę.
[4]
Фёдор Иванович Тютчев, Умо́м Росси́ю не поня́ть
Умом Россию не понять,
Аршином общим не измерить:
У ней особенная стать —
В Россию можно только верить.
Fiodor Iwanowicz Tiutczew, Umysłem Rosji nie zrozumiesz
Umysłem Rosji nie zrozumiesz,
I zwykłą miarą jej nie zmierzysz:
Postać szczególną ona ma –
W Ruś można tylko wierzyć

Książka:
Dariusz Tołczyk: GUŁag w oczach Zachodu, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009. ISBN: 978-83-7648-108-1.

środa, 22 marca 2017

Archipelag GUŁag

Z twórczością Aleksandra Sołżenicyna zetknąłem się po raz pierwszy prawie pięć lat temu, czytając Kochaj rewolucję!: Niedokończona powieść [1] -- aż trudno mi uwierzyć, że (patrząc na rzecz z punktu "czytelniczego") było to tak dawno temu. Pozostało we mnie po tamtej lekturze uczucie niedosytu. Czuć było dobre pióro, ale takie -- tak jakby -- "nieopierzone". Napisałem wówczas: bez szczególnie mocnego przesłania bądź rewolucyjnego zacięcia (chwytliwy tytuł pozostał) [1]. Jeśli miałbym się odnieść do tego odczucia w kontekście książki, którą tutaj opiszę, mogę stwierdzić z całym przekonaniem: Archipelag GUŁag: 1918–1956, próba dochodzenia literackiego to Sołżenicyn "dojrzały".

Notatka dotycząca Archipelagu GUŁag -- ze względu na objętość samego dzieła -- jest nie tylko najdłużej przygotowywanym wpisem na tym blogu, ale również najdłuższym z dotychczas opublikowanych tekstów. Dlatego (w ramach wyjątku) podzieliłem tekst na rozdziały:
  1. Wstęp (o utworze)
  2. Białe plamy sołżenicynowskiej historii
  3. Człowiek wobec totalitaryzmu
  4. Opór wobec systemu opresji
  5. Otoczenie obozów (cuchnąca otoczka)
  6. Pięćdziesiątka Ósemka i knajacy
  7. Prawomyślni 
  8. Inteligencja wobec GUŁagu
  9. Zakończenie. "Sowiecki czy radziecki" oraz ukłon w stronę tłumacza 
  10. Przypisy

Wstęp (o utworze)

Przytoczenie kilku kwestii technicznych oraz przybliżenie tego, jak powstawało opus magnum Sołżenicyna, pozwala choć częściowo zrozumieć złożoność treści oraz formę Archipelagu GUŁag. Trzy tomy Archipelagu liczą łącznie ponad 1700 stron. Tom pierwszy oraz tom drugi podzielone zostały na dwie części (odpowiednio 1. Przemysł więzienny i 2. Wieczny ruch oraz 3. Obozy pracy morderczej i 4. Dusza i drut kolczasty). Tom trzeci to trzy kolejne części (5. Katorga, 6. Zesłanie, 7. Stalina nie stało). Każda z części została podzielona na rozdziały.

Archipelag GUŁag powstawał -- czy może lepiej napisać "był spisywany" -- przez 10 lat (między 1958 a 1968 rokiem). Sołżenicyn napisał w drugim posłowiu, datowanym na 1968 r, (I jeszcze po roku, t. 3., s. 537), że nawet w trakcie ostatnich prac redakcyjnych nigdy nie widział całej książki na raz, nie miał jej przed sobą na jednym biurku (co wynikało z konspiracji, w jakiej książka powstawała; wciąż notował, gdzie jeszcze trzeba coś sprawdzić, gdzie coś skreślić -- i objuczony tymi notatkami jeździł między miejscami, w których były ukryte poszczególne części książki -- por. Posłowie, t. 3., s. 535).

To, jak długi był proces powstawania tego dzieła, możemy wyczytać również bezpośrednio z jego kart. Drugi z trzech tomów Sołżenicyn kończy refleksją, w której wątpi na temat możliwości powstania dalszej części -- jak się więc okazało: trzeciego tomu -- dzieła. Autor zdradza w tym miejscu jednocześnie, że nad samą książką pracuje już ponad 20 lat, mając na myśli okres pobytu w więzieniach, obozach pracy i na zesłaniu w Kazachstanie [2].
Przerywając pracę nad tą książką w pierwszych dniach 1968 roku, nie przypuszczam, aby dane mi było powrócić do tematyki Archipelagu. Zresztą, starczy już tego; toć nie rozstajemy się z nią od lat dwudziestu. [t. 2., zakończenie cz. 4., s. 613]
W kolejnych więzieniach i obozach tworzył jedyną możliwą dla łagiernika metodą -- zapamiętując całe fragmenty utworów. Był także przekonany -- utrwalając tę myśl kilkukrotnie na kartach książki -- że za jego życia żaden jego utwór nie zostanie opublikowany [t. 3., cz. 5, s. 102-104; t. 3., cz. 6., s. 421; t. 3., cz. 7., s. 451]. Można jednak wtrącić jedno, znaczące "ale". Już w trakcie pisania Archipelagu GUŁag -- w ramach tzw. odwilży -- w ZSRS wydane zostało inne sołżenicynowskie opowiadanie: Jeden dzień Iwana Denisowicza (1962).
Gdy Chruszczow, ocierając łzę, dawał zezwolenie na wydanie Jednego dnia Iwana Denisowicza, był przecież zupełnie pewien, że to książka o stalinowskich obozach i że w jego gospodarstwie niczego takiego już nie ma. [t. 3., cz. 7., s. 468]
W dalszej części utworu A.Sołżenicyn skomentował to słowami: A mnie to szczęście przypadło w udziale, aby przez szczelinę żelaznych wrót rzucić pierwszą garść prawdy [t. 3., cz. 7., s. 451]. Chruszczow ściskał mu dłoń i przy wtórze oklasków prezentował go trzem setkom osób, które uważały się za elitę artystyczną. W Moskwie robiono mu "dobrą prasę", korespondenci czekali tłumnie przed drzwiami jego pokoju hotelowego. Oświadczono, że partia i rząd popierają takie publikacje, Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego chlubiono się jego rehabilitacją a pułkownicy służb sprawiedliwości głosili z trybuny, że książka ta powinna być czytana w obozach. [t. 3., cz. 7., s. 471]. W Archipelagu GUŁag pojawia się nawet sugestia, że kandydatura Sołżenicyna miała być zgłoszona do Nagrody Leninowskiej [t. 3., cz. 7., s. 500].

Dlaczego wydanie tego niespełna siedemdziesięciostronicowego opowiadania jest tak istotne dla samego Archipelagu GUŁag? Po jego publikacji Sołżenicyn otrzymywał dużo listów -- od więźniów, od osób funkcyjnych w obozach, od zagorzałych komunistów broniących Partii i ustroju. Listowne komentarze do Jednego dnia, które docierały do Sołżenicyna, można znaleźć wplecione w różne części Archipelagu [m.in. w t. 2., cz. 3., s. 179, t. 2., cz. 3., s. 272-273 czy t. 3., cz. 5., s. 215] -- jednak cała doniosłość tego utworu dla życia i twórczości pisarza wyjaśnia się dopiero w ostatniej części Archipelagu GUŁag [t. 3., cz. 7 od s. 451]. Aleksandr Sołżenicyn, korzystając z tej chwili sławy, zostaje zapraszany przez różne jednostki, aby skomentować redakcję nowego Kodeksu Pracy Poprawczej (który ma zastąpić stalinowski kodeks z 1933 r.). Opisuje kolejne spotkania z przedstawicielami Komisji Projektów Ustaw przy Sowiecie Najwyższym ZSRS (I oto zostaje zorganizowane spotkanie, na którym ja, wychowanek Archipelagu, zajrzeć mam w otchłanie ich mądrości i błysnąć przed nimi szychem moich propozycji -- t. 3., cz. 7., s. 501), z ministrem ochrony porządku publicznego, Wadimem Stiepanowiczem Tikunowem (t. 3., cz. 7., s. 505) oraz z pracownikami Instytutu badań nad źródłami przestępczości [od t. 3., cz. 7., s. 508]. Z każdego z tych spotkań Sołżenicyn wychodził znużony, rozbity, z przekonaniem, że nie nie jest w stanie nic osiągnąć.
Nie tak łatwo toczyć z nimi spory. Próbowałem to robić. Właściwie wcale nie miałem takiego zamiaru. Ale pchnęły mnie do tego listy, te właśnie listy, których się nie spodziewałem, słane mi przez dzisiejszych więźniów. Tubylcy prosili, abym o nich mówił, abym wziął ich w obronę, abym sprawił, by warunki życia stały się bardziej ludzkie. Pokładali we mnie nadzieję. [t. 3., cz. 7., s. 499]
Po chwilowej odwilży (okresie sławetnych ulg i zamętu -- t. 3., cz. 7., s. 484), związanej z tajnym referatem Chruszczowa O kulcie jednostki i jego następstwach i upadkiem stalinowskiego systemu (w tym potępieniem Ławrientija Berii), następuje ponowne zaostrzenie reżimu. O możliwościach Chruszczowa Sołżenicyn pisał:
Było mu dane trzykroć, pięciokroć śmielej i dalej pchnąć naprzód dzieło wyzwolenia w naszym kraju, on zaś porzucił je w połowie, nie rozumiejąc własnych zadań, porzucił dla kosmosu, dla kukurydzy, dla kubańskich rakiet, berlińskich ultimatów, dla nagonki na Cerkiew, dla podziału komitetów partyjnych, dla walki z abstrakcjami. [t. 3., cz. 7., s. 483]
Z przypisu tłumacza: tajne rozporządzenie Głównego Zarządu Ochrony Tajemnicy Państwowej i Prasy z 14 XI 1972 r. nakazało usunięcie z obiegu i zniszczenie wszystkich egzemplarzy Jednego dnia Iwana Denisowicza, Zagrody Matriony i innych opublikowanych legalnie opowiadań (podpisał je Romanow). [t. 3., cz. 7., s. 455]

Wracając jednak do struktury Archipelagu GUŁag oraz okoliczności powstania utworu.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że informacje na temat powstawania dzieła czy rozważania na temat możliwości jego publikacji to koniec drugiego tomu czy nawet tom trzeci. Istotne z punktu widzenia sposobu pisania książki informacje znajdziemy również na samym końcu, czyli w Posłowiu (datowanym na 1967 r.), jego kontynuacji -- I jeszcze po roku (1968 r.) oraz w I jeszcze dziesięć lat później (1979 r., Vermont).

Na początku chciałem napisać, że Archipelagowi daleko do utworu "linearnego" (nie chodzi oczywiście o nielinearność tekstu, tylko narracji), ale się zawahałem. Powinienem określić go jako utwór quasi linearny. Z jednej strony bowiem autor prowadzi czytelnika przez kolejne etapy sowieckiego systemu zniewalania jednostki (refleksji nad sowiecką rzeczywistością oraz jej opisom często towarzyszą porównania z rzeczywistością Rosji carskiej). Z drugiej strony rola tej "opowieści" jest jednak "towarzysząca" (co będzie odróżniało Archipelag od typowej [3] literatury pamiętnikarskiej). Archipelag GUŁag można czytać analizując poszczególne zagadnienia -- wtedy możemy zapomnieć o jakiejkolwiek strukturze tekstu, zaznaczając poszczególne fragmenty w różnych miejscach trzech tomów (czasami w najmniej oczywistym fragmencie narracji).

Swoją drogą: sam Sołżenicyn w pośredni sposób odniósł się do takiego "fragmentarycznego" / "tematycznego" sposobu odczytywania utworu. W drugim tomie, przed przytoczeniem w całości kilku życiorysów więźniarskich [t. 2., cz. 4., rozdział Ludzkie dole], zaznaczył:
Koleje życia wszystkich więźniów wymienionych w tej książce opowiedziałem fragmentarycznie, nie przestrzegając porządku chronologicznego, podporządkowując narrację układowi tego utworu i konturom Archipelagu. Pokawałkowałem je i porozsiewałem, unikając maniery biograficznej; wydawała mi się zbyt monotonna: pozwala pisać bez ram konstrukcyjnych, przerzucając trud analizy z autora na czytelnika. [t. 2., cz. 4, s. 599]
Warto również zaznaczyć, że Archipelag GUŁag nie jest jedynie zbiorem wspomnień obozowych. Nie chodzi mi w tej kwestii o wspomnienia samego Sołżenicyna, gdyż książka zawiera także wiele relacji współwięźniów lub innych ludzi, z którymi Sołżenicyn rozmawiał lub wymieniał korespondencję [4] (co jest kolejnym punktem na liście: nietypowa literatura pamiętnikarska). Archipelag GUŁag jest także w równoważnym stopniu zapisem dokumentów, do których docierał autor przygotowując swoją powieść. W tej kwestii także możemy oddać głos autorowi.
Również tę książkę piszę jedynie z poczucia obowiązku - jako że w moim ręku zebrało się zbyt już wiele racji oraz wspomnień i nie wolno pozwolić, by zginęły. Wcale się nie spodziewam, by mogła być kiedykolwiek ogłoszona drukiem; mało jest nadziei na to, by mogli ją przeczytać ci, którzy zdołali ujść z życiem z Archipelagu; nie wierzę, by mogła ona rzucić światło na prawdę naszej historii jeszcze wtedy, gdy coś można by naprawić. (...) Właśnie wtedy, gdy Szołochow [5], który już dawno przestał być pisarzem, wyjechał z kraju więzionych i zadręczonych pisarzy po swoją Nagrodę Nobla, ja starałem się kurczowo zmylić szpiclów, znaleźć jakieś schronienie i zyskać na czasie, aby zdyszanym piórem, po kryjomu, zakończyć tę oto księgę. [t. 2., cz. 3., s. 188]
Archipelag GUŁag miał być świadectwem, literackim memento oraz narracją Sołżenicyna dla potomnych. Świadczą o tym liczne zwroty bezpośrednie do czytelnika (np. nie szukaj, nie myśl czy nawet ależ zrozum kochany z t. 1., cz. 2., s. 496). Najdalej wysuniętym momentem przyszłości, który udało mi się wynotować -- a do którego autor zdecydował się sięgnąć bezpośrednio, byli jego czytelnicy z końcówki XX wieku, do których napisał: (...) krzyczycie mi z oddali waszego roku 1990 [t. 2., cz. 3., s. 323]. Zrywał tym samym w szczególny sposób z rzeczywistością więzienną (perspektywą zeków -- jak określa się katorżniczych więźniów GUŁagu).
W gramatyce ich języka czas przyszły (...) używany jest rzadko: nawet gdy mowa o dniu jutrzejszym, czasu tego używa się w trybie warunkowym. Z jeszcze większą ostrożnością jest stosowany do dni najbliższego tygodnia, nigdy zaś nie usłyszy człowiek od zeka zdania: "Jak przyjdzie wiosna, to ja..." [Zeki jako naród. Szkic etnograficzny pióra Iwana Iwanowicza; t. 2., cz. 3., s. 469]
Jeżeli w ciągu pierwszego roku pobytu na Archipelagu nie uda mu się osiągnąć tego stanu ledwie pełgającej, przygasłej wegetacji, to zwykle musi zginąć [Zeki jako naród. Szkic etnograficzny pióra Iwana Iwanowicza; t. 2., cz. 3., s. 471]
Jak Sołżenicyn napisał w innym miejscu: Kto wpadł w poślizg, ten już poleci coraz dalej i niżej. Coś mi jednak dopomogło i zatrzymałem się na samym skraju. [t. 2., cz. 3., s. 327]. Zatrzymał się, pozwoliło mu to przeżyć i napisać Archipelag.

Przechodząc do zawartości Archipelagu GUŁag -- postanowiłem pójść najciekawszym dla mnie tropem, czyli przedstawieniem zarysu kilku kwestii pojawiających się u Sołżenicyna. Książka jest przebogatym w treść świadectwem epoki, na jej podstawie można stworzyć wiele opracowań związanych z funkcjonowaniem Związku Sowieckiego (i pewnie też takowe powstają). Jednak przekornie zacznę nie od tego, co jest -- ale od tego, czego nie ma.

Białe plamy sołżenicynowskiej historii

Mimo tego, że Aleksandr Sołżenicyn demaskuje olbrzymi obszar działania systemu -- i państwa -- sowieckiego (nie bez przyczyny mówi się, że publikacja Archipelagu GUŁag przyczyniła się do rozwiania iluzji komunistycznej oraz osłabienia wpływu komunistów w państwach Europy Zachodniej [6]) z pewnością w pracy można znaleźć białe plamy. Część z nich można złożyć na karb rzeczywistości, w jakiej powstawała ta praca -- państwowego zamordyzmu Rosji sowieckiej, utajniania dokumentów i faktów itd. O wszystkim nie da się napisać. Przez całą lekturę zastanawiał mnie jednak brak opisów działań państwa sowieckiego między połową września 1939 r. (agresja ZSRS na Polskę) a połową maja 1941 r. (operacja Barbarossa). Dla uważnego Czytelnika / uważnej Czytelniczki Archipelagu nie będzie zaskoczeniem, że wojna dla Sołżenicyna ("u nas", czyli w Rosji -- w przeciwieństwie wojny "u nich", czyli na Zachodzie) zaczęła się dopiero w 1941 r. [t. 2., cz. 3., s. 114; t. 3., cz. 5., s. 24; t. 3., cz. 6., s. 348]. Zgodnie z historiografią państw leżących na wschód od Polski, będącą spuścizną państwa sowieckiego [7], wrześniowa agresja na Polskę w 1939 r. nie jest dla Sołżenicyna początkiem II wojny światowej (w sensie: włączenia się w działania wojenne II wojny światowej sowieckiej Rosji). Po początku wojny -- w 1941 r. w narracji Sołżenicyna -- na Kołymie w specobozach gromadzono Polaków i Niemców oraz "politycznych" z artykułu 58 (o którym wspomnę później). Polaków zresztą, jak czytamy w dalszej części, zaczęto dość prędko (sierpień 1941 r.) wypuszczać [t. 2, cz. 3, s. 115]. Jako przykład Sołżenicyn podaje w przypisie Zołotistne, skąd zwolniono 186 Polaków z 2100 osób przywiezionych rok wcześniej (czyli w 1940). Mieli trafić stamtąd do tworzonej armii Andersa [8]. Tylko skąd ci Polacy w takiej liczbie się tam wtedy wzięli? Tego już autor nie wyjaśnia.

Jednocześnie zaś -- co wyłamuje Archipelag GUŁag z klamer Wielkiej Wojny Ojczyźnianej -- w drugim tomie Sołżenicyn pisze o Wyspach Sołowieckich z 1939 r. używając określenia przed wojną z Finlandią [t. 2, cz. 3, s. 120], mając z pewnością na myśli wojnę zimową z końca listopada 1939 r., nie wojnę kontynuacyjną z lat 1941-1944. Nazywa tę wojnę nawet haniebną i niefortunną [t. 2, cz. 3, s. 121]. O agresji na Polskę nadal ani słowa.

Na trop tego tematu natykam się dopiero na początku trzeciego tomu, chociaż -- co muszę przyznać -- brzmi to wszystko co najmniej oględnie. P.T. Czytelnik / Czytelniczka, nie znający zbyt dokładnie tego okresu historii, nie wyłapie jedynego w całym Archipelagu wspomnienia września 1939 r.
A nadto cały ten gazeciarski miszmasz na temat hitlerowców! Raz relacje o przyjacielskich spotkaniach naszych poczciwych żołnierzyków, którzy strzegą wspólnej granicy, przecinającej tę wstrętną Polskę, i fala przelewającej się przez łamy gazet sympatii do dzielnych niemieckich wojaków walczących z anglo-francuskimi bankierami, i dosłowne przedruki przemówień Hitlera na bitą kolumnę "Prawdy". To znów (i to z dnia na dzień, poczynając mianowicie od drugiego dnia wojny) eksplozja nagłówków głoszących, że cała Europa jęczy boleśnie pod niemieckim butem. [t. 3., cz. 5., s. 24]
A skądże się ta granica niemiecko-rosyjska wzięła..? Jedyną wzmiankę na temat paktu Ribbentrop-Mołotow (fundamentalnego wydarzenia z perspektywy polskiej historiografii II wojny światowej) odnajdziemy w tomie 3. na s. 32. Jest też w Archipelagu GUŁag jedno zdanie, które może nawiązywać do września 1939 r., wypowiedziane po słowach Łotysza Herzena. I tyle w zasadzie musi wystarczyć.
Wstyd teraz być Rosjaninem! - zakrzyknął Herzen, kiedyśmy dusili Polskę. Podwójnie mi teraz wstyd przed tymi ludźmi, nieskorymi do bitki i bezbronnymi. [t. 3., cz. 5., s. 43]
Okazję zaś do poruszenia tego tematu (i mocniejszego podpieczenia bolszewików za współpracę z hitlerowskimi Niemcami) Sołżenicyn miał. Chociażby w momencie, kiedy nawiązuje do historii ekspansyjnej polityki Rosyjskiej z długą, trzystuletnią historią.
Zaczęło się to od Piotra, to echo sławy naszych sztandarów i tzw. "honoru ojczyzny". Uciskaliśmy, batożyliśmy wszystkich naszych sąsiadów, rozpychając się łokciami na mapie (...). [t. 2., cz. 4., s. 553]
W tomie trzecim zaś, opisując system wywózek, pisze piękne słowa o zabijaniu narodu przez unicestwianie jego elity.
Po cichu i szybko likwiduje się tych, którzy mogą stanąć na czele ruchu oporu, a także tych, którzy mogą podżegać innych swoimi myślami, przemówieniami, książkami - i proszę, wygląda na to, że naród jest dalej tam, gdzie był, a tymczasem nie ma już narodu. Martwy ząb przez jakiś czas przypomina z pozoru żywy. [t. 3., cz. 6., s. 374]
Pasuje jak ulał do opisu zbrodni katyńskiej, pokłosia agresji z 1939 r., odpowiednika niemieckich akcji -- Intelligenzaktion (egzekucje od września 1939 do kwietnia 1940) oraz analogicznego działania na terenie Generalnego Gubernatorstwa -- „Akcji AB” (maj - lipiec 1940). Taka gratka jak zrównanie metod nazistowskich z sowieckimi -- nie ma o tym ani słowa w całym Archipelagu. Sołżenicyn mógł o tym nie wiedzieć, ale przecież na jakiś ślad przynajmniej samego 1939 r. musiał trafić.

Człowiek wobec totalitaryzmu

Pozostając w temacie relacji (punktów stycznych) dwóch największych totalitaryzmów europejskich XX wieku można przyjrzeć się kwestii "człowieka wobec totalitaryzmu" w Archipelagu GUŁag. Temat -- powiedzmy -- naturalny w kontekście tematu książki.

Ciekawe mogą być zarówno pytania, jak i odpowiedzi oraz stwierdzenia, których Sołżenicyn udziela w swojej pracy. Kluczowym wydaje się jedno z najbardziej znanych, sołżenicynowskich zdań: nieograniczona władza w ręku ograniczonych ludzi zawsze prowadzi do wybuchów okrucieństwa [t. 2., cz. 3., s. 493].

Nieograniczona władza w rękach ograniczonych ludzi tworzy systemy, w którym wykonywanie najprostszych (najbardziej podstawowych) zajęć każe stawiać pytania o granicę współpracy z totalitarnym systemem. Pytania takie pojawiają się często w literaturze holokaustowej (nie tylko w kontekście funkcjonowania obozów pracy i obozów zagłady, ale również w kontekście funkcjonowania gett). Dla osób zaznajomionych z tą literaturą nie będą zaskakujące stwierdzenia z Archipelagu GUŁag o tym, że w nader licznych wypadkach więźniowie pełnią obowiązki strażników kolonii karnych i strzegą porządku lepiej niż etatowi funkcjonariusze [cytat z propagandowej, sowieckiej pracy zbiorowej Od więzień do zakładów wychowawczych, umieszczony w t. 2., cz. 3., s. 508]. Są jednak pytania idące znacznie dalej.
A jeżeli N. jest tylko maszynistką, nie więcej niż maszynistką, to czy przepisywanie papierków administracji obozu jest niczym, czy to plewy? [t. 2., cz. 3., s. 229]
Czy kolaboracją z okupantem było uczenie w warunkach okupacyjnego reżimu dzieci w szkole -- wiedząc, że zasady tego nauczania dyktuje okupant? [t. 3., cz. 5, s. 13-14]. Pytania takie stawiane były nie tylko w kontekście problematyki wyborów moralnych, ale także obowiązywania (wspomnianego już wcześniej) artykułu 58 sowieckiego kodeksy karnego. Sołżenicyn nazywa to "kanalizacją" -- masowym spływem ludności przez system kanałów (fal aresztowań) do zbiornika, jakim były obozy. Choć rozproszone, tworzyły sieć (system obozów pracy przymusowej GUŁag: Гла́вное управле́ние лагере́й и мест заключе́ния). Sieć ta, na wzór wysp archipelagu, pokrywała obszar Związku Sowieckiego. W ten oto sposób tych, którzy znaleźli się na obszarze zajętym przez nazistowskie Niemcy po 22 czerwca 1941 r. (aż do ich odbicia przez sowietów) -- i którym udało się przeżyć -- oskarżano o kolaborację z wrogiem i skazywano na mocy jednego z "pojemnych" przepisów karnych art. 58 [9]. W wytaczanych procesach (szczególnie w początkowym okresie, ale duch przewodni w jakimś sensie pozostał), zgodnie z wolą Lenina decydujące znaczenie dla stosowania prawa miały mieć rewolucyjna świadomość prawna i rewolucyjne sumienie [t. 1., cz. 1, s. 335]. Konstrukcji procesu karnego -- jak w przypadku procesu Prompartii z 1930 r. -- nie psuła nawet obrona, stając po stronie oskarżenia.
Przejrzystej konstrukcji procesu bynajmniej nie psuje obrona: zgadza się ona ze wszystkimi, zgłaszanymi na bieżąco wnioskami prokuratora; przemówienie oskarżycielskie nazywa ona historycznym, swoje zaś argumenty - wąskimi i cytowanymi wbrew wewnętrznemu przekonaniu, gdyż 'sowiecki obrońca jest przede wszystkim obywatelem sowieckim' i 'wraz ze wszystkimi ludźmi pracy doznawać może jedynie oburzenia' w obliczu zbrodni swoich klientów. [tom 1., cz. 1., s. 361]
Cytując przytoczone przez Sołżenicyna słowa niejakiego dziesiętnika Oraczewskiego: Tak! Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż artykułowi 58 wyjść na wolność! [tom 2., cz. 3., s. 249]

W Archipelagu pojawia się refleksja na temat tego, że rozważania dotyczące wykonywania każdego rozkazu (innym oddając w pacht własne sumienie) mogą być głównym problemem XX wieku -- są prawdziwe dla każdego totalitaryzmu (choć nie tylko). Jednocześnie jednak Sołżenicyn zapobiegliwie zaznacza: ani współcześni, ani historia nie zignorują hierarchii win [tom 3., cz. 5., s. 216]. W Archipelagu znalazło się także miejsce dla tych nielicznych, którzy podejmowali próby oporu -- także z pozycji prydurka (więźnia funkcyjnego). W drugim tomie Czytelnik / Czytelniczka pozna historię Aniczkowej, która dbając o gospodarność zabroniła nielegalnego wywozu chleba z zony (więźniowie głodowali, chleb zaś był wywożony gdzie indziej). W rezultacie dobry dotychczas chleb zaczął się psuć i pojawił się zakalec. Pojawiły się opóźnienia w jego wypieku (za które Aniczkowa ponosiła odpowiedzialność), mąka ze składu do wypieku chleba zaczęła przybywać nieregularnie, zaś komendant nie pozwolił brać koni do wożenia mąki i chleba -- co znacznie utrudniało jego dystrybucję. Po kilku dniach nierównej walki z interesami tych, którzy korzystali na nielegalnym wywozie chleba Aniczkowa skapitulowała i zaraz robota poszła raźniej, tylko że na dawną modłę [t. 2., cz. 3., s. 232].

Aleksandr Sołżenicyn nie potępia. W Archipelagu GUŁag co najmniej dwa razy odnosi się do problemu oceny moralnej postaw więźniów, w tym więźniów funkcyjnych. Pisze stawiając wyraźną granicę przebaczenia -- nie tylko definiując tym kwestię winy i odkupienia, ale nawet stawiając granicę dla człowieczeństwa.
Wszystko to napisałem nie w trybie nagany. W tej książce już ta zasada jest przyjęta i stosowana będzie do końca: wszystkich, którzy cierpieli, wszystkich wziętych w cęgi, wszystkich zmuszonych do okrutnego wyboru raczej trzeba żałować, nie potępiać. Najlepiej okazać im wyrozumiałość. [t. 2., cz. 3., s. 234]
Na stronicach tej grubej książki znaleźliście już wiele słów przebaczenia. I oto słyszę głosy sprzeciwu, pełne zdziwienia i oburzenia: musi być jakaś granica! Nie wszystkich przecież wolno wybaczyć! A ja też nie wszystkim przebaczam. Tylko tym, co leżą w prochu. Dopóty, dopóki stoi jak bożyszcze na szczytach i marszcząc władczo brwi, z całą obojętnością i butą łamie życie tysiącom ludzi - dajcie mi, proszę, kamień, i to jak najcięższy! Ano, weźmy się razem całą kupą za taran i strąćmy go z piedestału! Ale gdy tylko runął, gdy upadł i od zetknięcia z twardą ziemią pierwsza szczelinka otwarła się w jego zakrzepłej świadomości - precz z kamieniami! On sam już wraca do ludzkiej gromady. Nie zagradzajcie mu tej ścieżki, sam Bóg ją wyznaczył. [t. 3., cz. 6., s. 417]
Opór wobec systemu opresji

Wśród zagadnień związanych z funkcjonowaniem systemów totalitarnych zawsze pojawia się wątek oporu. Temat ten -- a jakże by inaczej -- wielokrotnie pojawia się u Sołżenicyna w Archipelagu GUŁag. Na samym początku rozdziału poświęconego historii kilku obozowych powstań autor napisał: nie temu się dziwić, że nie było powstań tylko temu, że się zdarzały [t. 3., cz. 5., s. 219].

Tak, powstania się zdarzały (ich przykładowa lista jest na tej stronie). W Archipelagu GUŁag [zakończenie cz. 5 w t. 3] opisane jest m.in. jedno z najsłynniejszych z nich: powstanie więźniów w Kengirze (to, co jest na polskojęzycznej Wikipedii, nawet zalążkiem artykułu trudno nazwać, dlatego osoby władające językiem angielskim od razu odsyłam do angielskojęzycznej wersji artykułu: Kengir uprising; jest tam sporo odniesień do opisów i opracowań, w tym do A.Sołżenicyna, N.Formozowa oraz A.Applebaum). Mogę polecić również tę krótką zapowiedź (reklamę) drugiego z trzech filmów o powstaniu w Kengirze, emitowanych na Ukraine Today. W nieco ponad 1,5 minutowym filmie umieszczono kilka oryginalnych nagrań z powstania -- wszystko zgodne z tym, jak opisał je Sołżenicyn.



Autor okoliczności uniemożliwiające prowadzenie skutecznego oporu w warunkach Archipelagu określa "łańcuchami". Najmocniejszym z łańcuchów, zdaniem Sołżenicyna, jest powszechna apatia, kompletne pogodzenie się ze swoim rabskim (więziennym, obozowym) losem.
K. Strachowicz opowiada jak to w 1942 roku ich pociąg został zbombardowany w drodze do Uglica. Konwojenci się rozpierzchli, więźniowie zaś zostali na miejscu, czekali spokojnie na powrót eskorty. [t. 2., cz. 3., s. 352]
W trzecim tomie opisana jest sytuacja powstania w obozie (na którego czele stanąć miał ekspułkownik Woronin lub Woronow). Mimo opanowania obozu i otwarcia bramy większość zeków nie kwapiła się do wyjścia [t. 3., cz. 5., s. 220].

Łańcuchami, które trzymały równie mocno (a które z kolei mogły być bezpośrednią przyczyną owego rabskiego pogodzenia się z losem) były strach przed nowym wyrokiem, wycieńczenie i obozowy głód, strach przed utratą nielicznych posiadanych przywilejów (drobny przywilej aby chodzić do pracy i z pracy bez bagnetu za plecami). Sołżenicyn jako jeden z istotnych powodów utrudniających więzienny opór wymienia również "geografię" Archipelagu. Wiele z jego wysp było położonych na kresach olbrzymiego Związku Sowieckiego, w trudno dostępnych rejonach tajgi, daleko za kołem podbiegunowym.

Mapa obozów Gułagu w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich w latach 1923-1961, stworzona na podstawie danych przygotowanych przez Stowarzyszenie "Memoriał"

W niektórych rejonach za każdego złapanego zbiega można było dostać dwa pudy (prawie 33 kilogramy) mąki, osiem metrów tekstyliów i kilka kilogramów śledzi [10].
Podczas wojny nie było innego sposobu, by zdobyć śledzie, więc ludność miejscowa przezywała zbiegów po prostu śledziami. We wsi Szerstki pojawieniu się każdego obcego towarzyszyły krzyki biegnących zewsząd chłopców: "Mamo! Śledź idzie!". [tom 2., cz. 3., s. 354]
Nawet udany powrót do domu takiego "wroga ludu" niekoniecznie okazywały się wybawieniem [por. t. 2., cz. 3., s. 360 czy s. 365].

Otoczenie obozów (cuchnąca otoczka)

Obozy miały też  swoje otoczenie -- obszar, który stanowił swego rodzaju zaplecze obozowe, zamieszkiwany przez tzw. wolniaków (wolnych, nie uwięzionych. ludzi).
(...) każda wyspa Archipelagu wytwarza i podtrzymuje wokół siebie taką cuchnącą otoczkę. Ta strefa ma zasięg większy niż sam Archipelag i jest niejako terenem przejściowym, pomostem między małą zoną poszczególnych wysp a Wielką Zoną całego kraju. (...) Żadna zona obozowa nie może prowadzić życia samoistnego - zawsze w jej pobliżu istnieć musi osada dla wolnych pracowników. Czasem taka osada - na przykład przy porębach leśnych, gdzie pracują więźniowie, stoi przez kilka lat i znika razem z placówką obozu. Niekiedy zapuszcza korzenie, otrzymuje nazwę, pojawia się w niej rada osiedlowa, doprowadzają drogę - i tak rozpoczyna egzystencję stałą. (...) Największą z tych prowincjonalnych stolic Archipelagu jest Karaganda. [t. 2., cz. 3, s. 510, 511]
Obserwowanie tego, w co przerodziły się dawne obozowe otoczki, może być równie ciekawym zajęciem jak grzebanie w historii radzieckich / rosyjskich monomiast atomowych (pisałem o nich przy okazji książki Plutopia -- wpis z 11 grudnia 2016 r). Wspomniana wcześniej Karaganda to obecnie ponad 490 tysięczne miasto w Kazachstanie (opis Karagandy jako miejsca zesłania znajdziecie w tomie 3, cz. 6., s. 356-357). Na historię tych miast warto nałożyć sobie dane dotyczące liczby ludności (ros. население) -- nawet i te dostępne na stronach Wikipedii.

Zmiany liczby ludności Karagandy to gwałtowny spadek związany z rozpadem Związku Sowieckiego i powstaniem niepodległego Kazachstanu (notowany aż do 2004 r. -- Karaganda nie osiągnęła dotychczas stanu liczby mieszkańców z przełomowego, 1989 roku).
Szukając informacji o tego typu miastach (w kontekście ich wyludniania się) trafiłem na inną miejscowość, wspomnianą w pracy Sołżenicyna: Orotukan. W tym przypadku -- zgodnie z przewidywaniami dotyczącymi tego typu ośrodków przyobozowych -- od 1989 r. obserwujemy ciągły spadek ludności (szczytowym momentem oczywiście również był rok 1989 r.).

W rosyjskojęzycznym haśle poświęconym Orotukanowi znalazłem podlinkowaną wzmiankę o historii młodej komsomołki, Tatiany Michaiłownej Małandinej  (Татьяна Михайловна Маландина), która tamże, nieopodal obozu więźniów, została brutalnie zamordowana w marcu 1937 r. (pracowała tam jako terenoznawczyni, przy okazji pełniła też funkcję sekretarzyni komitetu Komsomołu). Tatiana Michaiłowna stała się w tej niewielkiej miejscowości lokalną bohaterką: na jej pamiątkę nadano w Orotukanie nazwę jednej z ulic, jej imieniem został nazwany lokalny dom kultury (na zdjęciu z 2006 roku [11] widać, że niewiele z niego już zostało -- co z pewnością można powiązać z gwałtownym spadkiem liczby ludności od początku lat dwutysięcznych, o którym pisałem wcześniej). Postawiono tam także upamiętniający ją obelisk. To, czego już tak łatwo się nie dowiemy z hasła jej poświęconego to opis, jak funkcjonował Orotukan w czasie jej zamordowania.
Obelisk upamiętniający Tatianę Michaiłowną (zdjęcie z lat 60. XX wieku)


(...) więzienie śledcze: podobóz Orotukan na Kołymie, 506 kilometrów od Magadanu. Zima z 1937 na 1938. Osada parciano-drewniana, to znaczy dziurawe namioty, ale jednak obłożone tarcicami. Przyjeżdża świeży etap, nowa grupa skazanych na nowe śledztwo - i jeszcze zanim otwarły się przed nimi wrota, ludzie ci widzą, że każdy namiot w osadzie, ze wszystkich stron prócz wejściowej OSZALOWANY JEST ZAMARZŁYMI NA KOŚĆ TRUPAMI! (nie zrobiono tego na postrach - nie ma innego wyjścia: ludzie wymierają, śnieg ma dwa metry grubości, a pod nimi wieczna zmarzlina). [t. 2., cz. 3., s. 342]

Łagiernicy obozu w Orotukanie w latach 30. XX wieku (być może również zabójcy młodej komsomołki z marca 1937 r.) budowali drogę federalną R504, nazywaną również Drogą z Kości [12]). Za budowę tę -- jak również za wiele prac w tym rejonie Związku Sowieckiego -- odpowiedzialna była organizacja Dalstroj (ros. Дальстро́й), założona w 1931 r. przez NKWD.
Wszyscy, którym udało się przetrzymać Orotukan, twierdzą, że wolą komorę gazową... [t. 2., cz. 3., s. 343]
Żeby lepiej opisać warunki pracy w takich miejscach również podeprę się fragmentem z Sołżenicyna, który najlepiej oddaje skalę i możliwości organizacji katorżniczej pracy w bolszewickim GUŁagu.
Na jeszcze większym Wołgokanale [13] (gdzie zakres robót był siedmiokrotnie większy niż na Białomorze, dawał się więc porównać z Panamskim czy Sueskim) przekopano szlak wodny długości 128 kilometrów, o głębokości ponad pięć metrów i szerokości lustra wodnego przekraczającej 85 metrów - prawie wyłącznie za pomocą motyki, łopaty i taczek. [t. 2., cz. 3, s. 524]
Pięćdziesiątka Ósemka i knajacy
 
Ciekawym elementem układanki w rozmowie na temat "potencjału rewolucyjnego" obozów może być moment wydzielenia tzw. obozów specjalnych (tylko dla osób skazanych z art. 58, tzw. "politycznych"), w których nie byli osadzani knajacy (więźniowie pospolici, szemrani).

Wątek relacji między więźniami politycznymi a przestępcami (więźniami kryminalnymi) pojawia się we wszystkich tomach Archipelagu GUŁag. Od samego początku -- więzienia, transportu do obozu -- więźniowie polityczni (artykuł 58 czy też Pięćdziesiątka Ósemka) toczą walkę nie tylko z przedstawicielami państwowego systemu opresji, ale także z przestępcami [por. t. 1., cz. 2., s. 473]. Mało tego -- obozowi przestępcy są wykorzystywani przez aparat państwowy do pacyfikacji politycznych. Wszystko zgodnie z teorią knajaków jako tzw. "elementu społecznie bliskiego" (teorią społecznego powinowactwa) między wyobrażoną przez bolszewików klasą pracującą a przestępcami -- w opozycji do klasy posiadającej.
Zawodowi przestępcy nie mogą być utożsamiani z elementem burżuazyjnym (tzn. z inżynierami, studentami, agronomami i zakonnikami): ci ostatni odnoszą się z bezwzględną wrogością do dyktatury proletariatu, podczas gdy ci pierwsi przejawiają tylko (!) polityczną chwiejność. [t. 2., cz. 3., s. 387]
Ta dość oryginalnie przedstawiona relacja -- element misternie tkanej propagandy sowieckiej -- daje się zamknąć w jednym zdaniu z listu byłego złodzieja G.Minajewa do Sołżenicyna: Byłem nawet dumny z tego, że choć jestem złodziejem, ale nie należę do zdrajców kraju [t. 2., cz. 3., s. 389].
Najsłynniejszy urka, który dał się przechrzcić, który przyjął wiarę czekistowską, jest tylko pogardzanym suką, każdy knajak wsadzi mu nóż pod żebra. Czekista zaś, który przyswoił sobie psychologię urki - to wymagający śledczy z lat 30. i 40. albo stanowczy naczelnik obozowy, a więc ktoś cieszący się uznaniem, pewien swojej kariery. Psychologia knajaka jest zaś bardzo prosta, bardzo przystępna:
1) Chcę żyć i korzystać z życia, a na wszystkich innych kicham!
2) Kto mocniejszy, ten ma rację.
3) Nie ciebie chromolą, czego tyłkiem ruchasz! [14] (To znaczy: skoro jeszcze nie jesteś bity, to nie ujmuj się za bitymi. Czekaj na swoją kolej). [t. 2., cz. 3., s. 382]
Relacje między więźniami politycznymi i kryminalnymi zaczęły zmieniać się w momencie powstania obozów specjalnych (ich celem było jeszcze lepsze odseparowanie niebezpiecznych -- z punktu widzenia władzy bolszewickiej -- więźniów politycznych. Brak kradzieży (za którą odpowiadali głównie knajacy) spowodował wzrost solidarności wśród więźniów, zanik nadmiernej podejrzliwości [t. 3., cz. 5., s. 222 - 223]. Nie trzeba już było spać w butach w obawie, że je ukradną czy chować z tych samych przyczyn resztek jedzenia lub tytoniu. Wypracowana w kolejnych latach solidarność między więźniami politycznymi -- skutecznie dotychczas rozbijana przez zorganizowane bandy przestępcze -- dała grunt nie tylko do późniejszych, obozowych powstań, ale również do powstania zjawiska wymierzania obozowej sprawiedliwości przez samych więźniów politycznych -- tzw. szatkowania (wcześniej więzienny monopol na przemoc należał do knajaków).

Kiedy w późniejszym czasie do jednego z obozów specjalnych zostaje przysłana grupa ponad 600 knajaków, którzy mają zrobić porządek z politycznymi (tak jak to bywało dotychczas), polityczni są już silni i zorganizowani. Przysyłają do przestępców swoją reprezentację (odwiedzili ich pachanów powściągliwi, barczyści chłopcy, przysiedli się, żeby pogaworzyć o życiu) i jasno przedstawiają sytuację knajakom, dając im ultimatum (knajaków 600, politycznych 2600). Jest to już moment, w którym powszechnie wiadomo o szatkowaniu (skrytobójczych mordach dokonywanych w obozach specjalnych), także knajacy mogą się realnie obawiać o swoje życie [tom 3., cz. 5., s. 277]. Jak to barwnie ujął sam Sołżenicyn: knajakom mięknie rura.

Wtrącę w to miejsce jeszcze jeden cytat, który rzuca światło na tę sytuację: (...) stara gwardia GUŁagowska wymierała. Ludzie, którzy przybyli do obozów po wojnie, ci, którzy zdążyli przyjrzeć się Zachodowi, nie byli już tacy potulni[t. 2., cz. 3, s. 517].

Powstanie w kengirskiej filii Stepłagu z 1954 r. (o którym pisałem w części Opór wobec systemu opresji) knajacy i Pięćdziesiątka Ósemka zorganizowali wspólnie.

Prawomyślni

Zacznijmy tę część od tego, co być może dla części P.T. Czytelników i Czytelniczek będzie jakimś zaskoczeniem: urosły do roli międzynarodowego symbolu antybolszewizmu Aleksandr Sołżenicyn był w początkowym okresie swojego życia komunistą (należał zresztą także do czerwonego harcerstwa, tak jak Adam Próchnik - t. 2., cz. 3, s. 135). Jednak zwolenników idei komunistycznej, którzy dostali się w tryby GUŁagowskiej machiny, można w najprostszym ujęciu podzielić na dwie grupy: tych, którzy przestali wierzyć w to, że władza bolszewicka realizuje komunistyczne ideały oraz tych, którzy pozostali (jak się to teraz ładnie mówi) niezłomni. Sołżenicyn nazywa ich "prawomyślnymi", poświęcając temu zagadnieniu cały rozdział XI w tomie 2., części 3.

Wątek działaczy partii komunistycznej zamordowanych lub zamkniętych w bolszewickich obozach pracy część Czytelników / Czytelniczek będzie pewnie kojarzyła z hasłem tzw. wielkiego terroru. Jak wiemy z historii (i jak pisze również o tym Sołżenicyn)
Ludzi tych nie wyłapano przed 1937 rokiem. A po 1938 - tylko niewielu już poszło za kraty. Dlatego mówi się o nich, że to "branka 37 roku" [t. 2., cz. 3., s. 291] 
Według Sołżenicyna (wątek ten pojawia się co najmniej dwukrotnie) ludzie ci stworzyli "legendę 37", niejako "zawłaszczając" pamięć o sowieckim terrorze.
"Poborowi z 37" języki mają obrotne, znajdą drogę do radia i na łamy gazet (...). Legenda 37 opiera się na dwóch stwierdzeniach:
1) jeśli w ogóle za sowieckich czasów kogoś pakowano za kraty, to tylko w 1937, tylko więc o wydarzeniach roku 1937 należy mówić i tylko one powinny budzić oburzenie;
2) w 1937 roku też tylko ich pakowano [t. 2., cz. 3., s. 292]
Mówiąc poprzednio o randze roku 1937 w dziejach Archipelagu, nie daliśmy mu palmy pierwszeństwa. Ale mówiąc o jego znaczeniu dla reszty kraju, musimy przyznać mu ową rdzawą koronę zdrady: trzeba stwierdzić, że właśnie ten rok złamał kręgosłup duchowy naszego wolnego społeczeństwa i sprawił, że zgnilizna rozpleniła się już bez przeszkód. [t. 2., cz. 4., s. 584] 
Specyfiką tej grupy było to, że nawet w obozie -- w warunkach ciężkiej, katorżniczej pracy -- nie chcieli pogodzić się z tym, że partia bolszewicka mogła postąpić niezgodnie z głoszonymi ideałami (czyt. propagandą, w którą ci ludzie nadal święcie wierzyli). W obozie za nic nie chcieli się pogodzić z myślą, że mogą tu zginąć, i z większą niż inni zaciekłością starali się wybić z szarej masy [tom 2., cz. 3., s. 289]. Zwolennicy systemu, którzy zostali przez ten system pochłonięci, czasami nawet tam nadal wychwalali swoich ciemiężycieli (przykładem niech będzie wspomniany w Archipelagu GUŁag Mikołaj Kalistratowicz Goworko, geolog, który pisał Odę do Stalina będąc już dochodiagą w Workucie; tom 2., cz. 3., s. 288]. Racjonalizowali otaczającą ich rzeczywistość, zrzucając winę za terror na monstrualne szkodnictwo, wybryki lokalnych enkawudzistów, intrygę zagranicznych wywiadów -- a nawet na szalejącą w szeregach partii epidemię zdrady, z tym że oni (tu wpisz osobę sobie to wyobrażającą) są przypadkowymi ofiarami walki z wrogiem wewnętrznym, co oczywiście szybko wyjdzie na jaw.
(...) to także nasza wina, bośmy byli za mało czujni! A Stalin o niczym nie wie! Stalin nie wie o tych aresztowaniach!! Niech się tylko dowie - to ich wszystkich rozpędzi, a nas każe wypuścić!! [tom 2., cz. 3., s. 293]
Im więcej ludzi znajdzie się za kratami, tym prędzej tam, na górze, zrozumieją, że coś nie gra, że to był błąd! Dlatego też trzeba się starać o wymienienie jak największej liczby nazwisk! Obciążyć w zeznaniach jak najwięcej osób wyraźnie niewinnych! Przecież całej partii nie wyaresztują! [tom 2., cz. 3., s. 295]
Zdarzały się również przypadki osób, które podczas toczącego się przeciw nim śledztwa zaczynały wierzyć we własną winę -- tak silne było w nich przekonanie o kolektywnej nieomyślności partii bolszewickiej.
Czy partia zdolna jest w ogóle do aresztowania kogoś niewinnego? Na rozprawię oświadczę im: Dziękuję, żeście poratowali wtedy, kiedy jeszcze było co ratować! [tom 2., cz. 3., s. 294]
W imię ideałów komunistycznych potrafili wyrzec się nie tylko siebie, ale także swoich rodzin.
Z więzienia, spod dachu, wysyłają je na mroźną Kołymę, na śmierć. Mają już formułę, która to usprawiedliwia: Okazują nam zaufanie, wierzą, że będziemy tam wydajnie pracować! [tom 2., cz. 3., s. 305]
Ta niechęć do przemeblowania głowy, ta ordynarna niezdolność do krytycznej oceny życiowych doświadczeń jest właśnie przedmiotem ich dumy [tom 2., cz. 3., s. 299]
Biorąc to wszystko pod uwagę nie będzie dziwił fakt, że znaczny odsetek samobójstw (których -- zgodnie z informacjami dostarczanymi przez Sołżenicyna -- nie było w obozach aż tak dużo) przypada na "prawomyślnych", w szczególności cudzoziemców (czyt. nie Rosjan).
[tom 2., cz. 4., s. 546] (...) znaczna część samobójstw przypada na cudzoziemców, na ludzi z zachodnich ziem, przyłączonych do Związku: przeniesienie na Archipelag to dla nich cios o wiele straszliwszy niż dla nas; dlatego postanawiają odebrać sobie życie. Spora część tych wypadków to prawomyślni (ale nie ci z żelazną szczęką). To można zrozumieć. Przecież w ich głowach wszystko się poprzewracało, byli zdezorientowani i ogłuszeni.
Podsumowaniem tematu "prawomyślnych", ich zadziwiającej trwałości wiary w komunistyczne idee, niech będą słowa z tomu drugiego -- z polskim wątkiem (zachowałem oryginalny układ tekstu):
Po kiedy licha cały ten długi przegląd i analiza zjawiska prawomyślności? Zamiast tego wystarczyłoby napisać wołowymi literami:

Obu aresztowano bezprawnie i poddano katuszom podczas śledztwa, obaj odsiedzieli tyle a tyle lat. Cały świat przekonał się, czego ich to nauczyło. Cały świat wie, co są warci. [t. 2., cz. 3., s. 314]
W przypisie do tego fragmentu A.Sołżenicyn dodał w 1972 r., czyli w czasie po zamknięciu głównych prac nad treścią Archipelagu GUŁag, postać Gustáva Husáka.

Pewną specyfiką systemu bolszewickiego (m.in. wynikającą z długości jego trwania, zwrotów w prowadzonej polityce itd.), której nie można było zaobserwować np. w przypadku systemu nazistowskiego III Rzeszy Niemieckiej (epoki mająca swój gwałtowny koniec w połowie 1945 r.) było to, że część "prawomyślnych" po odbyciu kary wracała do swoich dawnych miejsc pobytu, czasami także wracając do bolszewickiego aparatu represji. Można przytoczyć w tym miejscu historię bolszewika Wasiliewa, który został członkiem komisji ds. walki z pasożytnictwem -- czyli organu, który walnie przyczyniał się do wysyłania rzesz mieszkańców ZSRS do GUŁagu [t. 3., cz. 6., s. 438].

Jest także inna strona tych powrotów, która w jakiejś części związana jest z postawą "prawomyślnych" -- powroty więźniów, którym udało się przeżyć (czas obozu, czas zesłania) i wracali do swoich danych miejsc pracy. Osoby te niejednokrotnie musiały wrócić także do osób, które odpowiadały za ich zesłanie -- doniosły na nich lub w jakikolwiek inny sposób przyczyniły się do wciągnięcia ich w tryby Archipelagu. Sołżenicyn po raz kolejny sięga po zrozumiałą (szczególnie dla czytelnika z Zachodu) analogię: to tak, jakby ofiary Oświęcimia wracały by wspólnie prowadzić z byłymi esesmanami z tegoż obozu do spółki firmę galanteryjną [t. 3., cz. 6., s. 447]. W takim kontekście sytuacja ta staje się zupełnie niezrozumiała, nawet dla osoby nie znającej rzeczywistości sowieckiej.

Klasyką z Archipelagu GUŁag jest też zapis rozmowy w wagon-zaku (ros. вагонзак) więźniów z przewożonym z nimi "uczonym marksistą", którą to rozmowę Sołżenicyn podsumował:
Nikt nie potrafi zbić go z tropu. Używa języka, który nie wymaga żadnego samodzielnego wysiłku myślowego. Spór z nim to marsz przez pustynię. O takich powiadają: wszystkie kuźnie odwiedził, a wrócił niepodkuty. [t. 2., cz. 3., s. 304]
Sołżenicyn opisując panujące wokół zło, któremu także w pewnym stopniu ulegał (a miał taką samoświadomość), pisał: Oszołomiony sukcesami odniesionymi w młodości, uważałem się za istotę niezdolną do omyłek i dlatego stałem się okrutny [t. 2., cz. 4, s. 559]. Miał oczywiście świadomość trudności, z jaką w owym czasie trzeba było dokonywać wyborów moralnych. Podsumowując rozważania dotyczące morderstw szpiclów w obozach zaznaczył
Dzisiaj, gdy piszę ten rozdział, rzędy humanitarnych książek z wysokości półek mojej biblioteki zerkają na mnie z wyrzutem: ich połyskujące matowo, starte grzbiety świecą jak gwiazdy przez zasłonę chmur - niczego na świecie nie wolno zdobywać przemocą! Kto wziął do ręki miecz, nóż, strzelbę, ten szybko zrówna się z własnymi oprawcami i ciemięzcami. I nigdy nie będzie temu kresu... [t. 3., cz. 5, s. 225]
Dodając jednak od razu
Nie będzie kresu... Tu, przy stole, gdzie ciepło i czysto, całkowicie się z tym zgadzam. [t. 3., cz. 5, s. 225]
Rozważania te doprowadziły Sołżenicyna do (nienazwanej wprost) teorii banalności zła, którą w 1963 r. (czyli w czasie pisania Archipelagu GUŁag) w pracy Eichmann w Jerozolimie: rzecz o banalności zła zdefiniowała Hannah Arendt.
Stopniowo pojąłem, że linia oddzielająca dobro od zła przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami - tylko przecina każde ludzkie serce, nie omijając nikogo. Jest to linia ruchoma i z upływem lat jej przebieg zmienia się w nas samych. Nawet w sercu omotanym przez zło linia ta odgradza maleńki przyczółek dobra. Nawet w najlepszym sercu - niewykorzenione zło zachowuje swój kącik. Od tego czasu stała się jasna dla mnie zasadność wszystkich religii świata: walczą one z pierwiastkiem zła w człowieku (w każdym człowieku). Nie sposób oczyścić świata z wszelkiego zła, ale można w każdym człowieku zmniejszyć obszar jego władania.[t. 2., cz. 4, s. 559-560]
Inteligencja wobec GUŁagu

Ostatni z tematów, jakie chciałbym tutaj poruszyć, w pewnym stopniu związany jest ze zjawiskiem "prawomyślnych", bowiem sporą część tej grupy stanowili ludzie dobrze wykształceni, zajmujący prestiżowe stanowiska -- oraz bez wątpienia legitymujący system komunistyczny w wykonaniu bolszewickim. Niestety taka legitymacja systemu płynęła również ze strony części elit intelektualnych -- zarówno z sowieckiej Rosji, jak i Europy Zachodniej.

W przypadku intelektualistów rosyjskich prym -- przynajmniej w perspektywie Archipelagu GUŁag -- wiedzie pisarz Maksim Gorki (być może jest to powodowane także perspektywą samego Sołżenicyna, również człowieka pióra). Sztandarową pracą staje się redagowany przez Gorkiego zbiór esejów Kanał Białomorsko-Bałtycki imienia Stalina, wychwalający olbrzymią w swym rozmachu inwestycję, budowaną rękami GUŁagowskich katorżników.
17 sierpnia 1933 roku odbyła się wycieczka stu dwudziestu pisarzy, którzy z pokładu parowca obejrzeli sobie dopiero co ukończony kanał. (...) z wysokości pokładu zachęcali więźniów (byli to zresztą przeważnie już ludzie z obsługi upustów, nie zaś kopacze) do rozmów i w obecności zarządców wypytywali, czy aby więzień lubi swój kanał, swoją pracę, czy uważa, że się tu moralnie poprawił, i czy zwierzchność dba o dobre warunki życia w obozie. (...) Księga pisana niejako po to, by przetrwać wieki, by potomność czytała ją z nieustającym podziwem. (...) Jak patrzą członkowie zespołu autorskiego na główny przedmiot ich badań? Przede wszystkim, są oni przekonani o słuszności wszystkich wyroków i winie wszystkich tych, których do budowy kanału zapędzono. [tom 2, cz. 3, s. 74-76]
Sam Gorki tłumaczył także potrzebę powstania podobnej książki dla samych więźniów GUŁagu [15]
"Kanałoarmistom nie starcza słów", by dać wyraz uczuciom związanym z trudnym procesem przemiany, pisarze zaś mają zasób słów aż nadto wystarczający, przychodzą więc z pomocą. [tom 2, cz. 3, s. 75]
Można zatem rzucić światło na to, czym w rzeczywistości były romantyzm budów miejsc takich jak Kanał Białomorsko-Bałtycki, Kanał Wołga-Don czy wspomniana już w tej notatce Droga R504 (nazywana Drogą z Kości).
(...) cały przebieg dziesięcioleci stalinowskich, w trakcie których najpierw planowało się jakieś budowy, a później aresztowania, aby mieć dla nich siłę roboczą, jest dowodem, że kierownictwo nie miało wątpliwości co do korzyści gospodarczych, jakie daje istnienie obozów. Ekonomia wyprzedzała jurysdykcję. (...) Poczynając od roku 1930, nie kanały były wymyślane, aby ożywić siedzące z pustymi rękami obozy, lecz przeciwnie - tworzono pospiesznie obozy dla potrzeb zaplanowanych kanałów. [tom 2., cz. 3, s. 522, 523]
Dodając przynajmniej pokrótce (bo niestety omówienie tematu małoletnich i bezprizornych, jak i wielu innych niezwykle ciekawych zagadnień, rozciągnęłoby tę notatkę w nieskończoność), że zgodnie z relacją Sołżenicyna w roku 1927 więźniowie, w wieku od lat 16 (młodszych w ogóle nie brano pod uwagę!) do 24, stanowili 48% całej masy więźniarskiej [t. 2., cz. 3, s.401], zaś sam osławiony artykuł 58 nie przewidywał w ogóle żadnego minimum wieku [t. 2., cz. 3, s.415]. Dekret Rady Komisarzy Ludowych (Sownarkom od Сове́т наро́дных комисса́ров) i Centralnego Komitetu Wykonawczego z 7 kwietnia 1935 roku -- wszystkie dzieci od 12 roku życia kazał sądzić stosując wszystkie przewidziane wymiary i rodzaje kar (nie wyłączając kary śmierci przez rozstrzelanie) [tom 2., cz. 3, s.401]. 7 lipca 1941 Prokurator Naczelny ZSSR poskarżył się Najwyższemu Sowietowi na Sąd Najwyższy -- sądy nieprawidłowo wprowadzają dekret z 1935 r., bo sądzą dziatwę tylko wtedy, gdy chodzi o przestępstwo popełnione z premedytacją (czyli pomijają karanie za przestępstwo nieumyślne) [tom 2., cz. 3, s.402]. W 1948 r. Sąd Najwyższy wydał komentarz do orzecznictwa, zalecając, aby nie sądzić za akty przywłaszczenia noszące charakter dziecinnej swawoli [tom 2., cz. 3, s.403]. Stalinowskie nieśmiertelne prawa odnoszące się do małolatów były w mocy 20 lat (aż do dekretu z 24 kwietnia 1954, który przyniósł pewne ulgi: na jego podstawie zwolniono tych małolatów, którzy odsiedzieli już 1/3 kary - ale tylko tej pierwszej, nie liczyły się późniejsze wyroki) [tom 2., cz. 3, s.415] .

Po śmierci Gorkiego jego imię nadano wielu kopalniom i zakładom pracy, w których pracowali i ginęli więźniowie GUŁagu.

Taką oto rzeczywistość wychwalała część rosyjskich intelektualistów z Maksimem Gorkim na czele. Jednak ich wsparcie dla rozwoju socjalistycznej ojczyzny nie kończyło się na wychwalaniu megalomańskich, ojczyźnianych inwestycji. Wspierali oni swoim autorytetem również sam system opresji, ulegając mirażom roztaczanym przez sprawnych, bolszewickich propagandystów. Ciekawym przykładem takiego działania jest postawa innej pisarki, Marietty Szaginian, (...) która w 1937 (!) roku napisała z rozczuleniem, iż w epoce socjalizmu zmienił się nawet charakter śledztwa: jak powiadają funkcjonariusze śledczy, oskarżeni chętnie teraz z nimi współpracują, dostarczając z radością wszelkich danych o sobie i innych [. 2., cz. 4., s. 592]. Nawiązując zaś do wcześniejszej części poświęconej relacjom Pięćdziesiątki Ósemki i knajaków Sołżenicyn pisał, że nigdy jednak i nigdzie nie wynoszono knajaków pod niebiosa tak często, jednogłośnie i konsekwentnie jak w literaturze sowieckiej! [tom 2., cz. 3., s. 379].

Rosyjska inteligencja podzieliła się na trzy części -- na tych więzionych, na tych, którzy wspierali ich więzienie oraz na tych, którzy wspierając system jeszcze nie wiedzieli, że niebawem sami staną się jego ofiarą. (...) wśród wszystkich innych więźniów nie znajdą nawet piątej części takich specjalistów jak wśród skazanych z artykułu 58. Lekarze i inżynierowie to prawie wyłącznie Pięćdziesiątka Ósemka [tom 2., cz. 3., s. 224]
Spuszczono ze smyczy te słowa, które nic nie wyjaśniały, ale były zrozumiałe, dawały rzeczom miano tak proste, że już wcale nie trzeba było się zastanawiać. [t. 3., cz. 6., s. 335-336]
Podobna postawa uległości wobec miraży bolszewickiej propagandy stała się udziałem części lewicowych intelektualistów z Europy Zachodniej. Swoją drogą: aż korci, żeby przytoczyć określenie pożyteczny idiota (ros. поле́зный идиот), przypisywane Leninowi, który -- zgodnie z legendą -- miał tak określać zachodnich dziennikarzy piszących entuzjastycznie o rewolucji bolszewickiej i ukrywających jej niepowodzenia. W tym jednak przypadku (odbioru rzeczywistości sowieckiej przez Zachód) rzeczywistość była bardziej skomplikowana i w zasadzie najlepiej od razu byłoby odesłać do opracowania Dariusza Tołczyka GUŁag w oczach Zachodu (kolejna książka na moje  liście czytelniczej). Na zachętę podrzucę jedynie fragment tekstu Dariusza Tołczyka z artykułu Powiedzieć Zachodowi, który ukazał się na łamach Tygodnika Powszechnego [16].
Wiele można dowiedzieć się o XX wieku studiując reakcje zachodnich elit opiniotwórczych na sowieckie zbrodnie. Jednym z tematów pojawiających się nieodparcie przy tej okazji jest stosunek nowoczesnej kultury do prawdy. W moralnej i intelektualnej tradycji Zachodu zawsze mocne było pojęcie prawdy jako wartości samej w sobie. Jej poznanie i zrozumienie stanowiło cel autonomiczny. Oczywiście wiadomo było, że w różnych dziedzinach życia, szczególnie w polityce i handlu, często traktuje się prawdę nie jako cel, lecz narzędzie w walce o władzę i zysk (...). Ale właśnie dlatego tak ważne było nieprzerwane istnienie dziedzin myśli i kultury, w ramach których kultywowano tradycję poszukiwania prawdy dla niej samej. Patrząc na zachodnie reakcje wobec sowieckich zbrodni, nie sposób nie zauważyć radykalnego porzucenia tej tradycji, i to właśnie często przez ludzi, zdawałoby się, zobowiązanych do jej podtrzymywania i rozwijania (...).

Można powiedzieć, że pojęcie prawdy jako wartości samej w sobie zostało przez niespodziewanie wielu z nich zastąpione pragmatycznym rozumieniem prawdy, bardziej charakterystycznym dla polityki i handlu niż dla nauki, literatury, sztuki czy wreszcie uczciwego dziennikarstwa.
Sołżenicyn nie pozostawia zaś w Archipelagu GUŁag Czytelnikowi / Czytelniczce żadnych złudzeń.
Europa, rzecz jasna, wiary nie da. Dopóki sama nie posiedzi, dopóty nie uwierzy. Uwierzyła już w nasze wyglansowane czasopisma i nic więcej w głowie jej się nie zmieści. A my sami? Toż przed pięćdziesięcioma laty nikt z nas by w to nie uwierzył. Zresztą sto lat temu też by wierzyć nie chcieli. [tom 2., cz. 3, s. 267]
Argument z "posiedzeniem" i brakiem wiary Zachodu był przytaczany jeszcze kilkukrotnie (m.in. w t. 3., cz. 6., s. 421 oraz t. 3., cz. 7., s. 522). Stosowanie przez intelektualistów zachodnich podwójnych standardów moralnych Sołżenicyn sarkastycznie komentuje: Za to nikt nie śmie nam zarzucić stosowania komór gazowych [tom 2., cz. 3., s. 196]. Komory gazowe, szczególnie w zestawieniu z historią niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych Auschwitz-Birkenau, stały się wyznacznikiem systemu zbrodniczego dla świata Zachodu. Tymczasem Sołżenicyn określa Hitlera -- dla części zapewne obrazoburczo -- jedynie jako terminatora w zawodzie masowego ludobójstwa [t. 3., cz. 6., s. 343]. Nie widząc komór gazowych w bolszewickiej Rosji Zachód nie widzi systemu zbrodniczego, stworzonego przez to państwo. Bolszewicka maszyna propagandowa działała zaś bez zarzutu.
Dzieci? Dlaczego mordowaliście dzieci? Tak pyta pełen świętej zgrozy (i ze świętobliwą miną) oskarżonych w Norymberdze hitlerowców sowiecki sędzia Trybunału Nikitczenko, który, przypadkiem zapewne, nie znał sowieckich, wewnętrznych praw i rozporządzeń. [tom 2., cz. 3., s. 402-403 (przypis)]
W ZSRR istnieją tylko dwa warianty interpretacji każdego ważnego wydarzenia publicznego: może być ono albo przemilczane, albo przedstawione opinii w sposób kłamliwy. t. 3., cz. 7., s. 479]
W wersji liryczno-muzycznej nastrój ten oddaje utwór Jana Krzysztofa Kelusa z 1985 r. Papierosy Biełomor–Kanał.


Przejawy tej niewiedzy bez problemu można odnaleźć także na gruncie polskim (pomijając już nawet tych, którzy -- jak wspomniany wcześniej Władysław Gomułka -- wspierał ideologię, która wcześniej także jego prześladowała). Ciekawy trop odnalazłem czytając o wczesnej twórczości Wisławy Szymborskiej, której debiut literacki przypadł bezpośrednio na lata powojenne. Jej wrażliwość poetycka nijak miała się do forsowanego nurtu realizmu socjalistycznego (choć realizm socjalistyczny został uznany za jedyną metodę twórczą dopiero w 1949 roku, to już kilka lat wcześniej podkreślano znaczenie wspólnoty, pracy, robotniczego trudu odbudowy [17]).

Poniższy fragment, autorstwa krytyczki literackiej Pauliny Małochleb (prowadzącej projekt Książki na ostro) dotyczy dyskusji toczącej się nad wierszem Wisławy Szymborskiej "Niedziela w szkole"
Spór o wiersz „Niedziela w szkole” zrelacjonował Jacek Łukasiewicz w artykule „Wiersz wewnątrz gazety”: w kolejnych listach młodzież licealna oraz wychowujący ją w nowym państwie nauczyciel zarzucali poetce, że nie nadąża za nowym kierunkiem, że pisze teksty niezrozumiałe i wsteczne. Posłuszny wskazówkom nowej doktryny nauczyciel wskazywał Szymborskiej za wzór Majakowskiego, który nie tylko kierował się szczerym natchnieniem, ale był prawdziwym poetą mas i rozumieli go w lot zarówno pastuch z Kazachstanu, jak i drwal z Komi. Jak widać, prowincjonalny nauczyciel nie wiedział, że w republice Komi lasy wyrębywali wtedy absolwenci najlepszych uczelni. Regulamin łagrowy nie pozwalał im jednak na czytanie jakiejkolwiek poezji. [17]
Zakończenie. "Sowiecki czy radziecki" oraz ukłon w stronę tłumacza

Nie miałem gdzie tego umieścić, więc napiszę tutaj. Przygotowując się do publikacji tej notatki z zainteresowaniem przeglądałem dostępne online materiały dotyczące zagadnienia językowego: "sowiecki czy radziecki". Starałem się w miarę konsekwetnie stosować termin "sowiecki", którego -- z tego co wiem -- można używać wymiennie z określeniem "radziecki". W zasadzie przekonał mnie do tego fragment artykułu autorstwa prof. Macieja Korkucia Bolszewicki czy radziecki? Sowiety czy rada?, opublikowanego w całości na łamach 120 numeru dwumiesięcznika Arcana. Podlinkowany fragment artykułu warto czytać z zamieszczonym pod nim komentarzem (niestety anonimowym).
Ci, którzy poszukiwali sposobów na spolszczenie określenia na ustrój sowiecki, nie stworzyli nowego słowa od rzeczownika rada. Jakie okoliczności językowe i słowotwórcze spowodowały, że nie chcąc spolszczenia nie utworzyli ani przymiotnika radzki, ani też radziański, opisał w swoim czasie w „Kulturze” językoznawca Stanisław Westfal. Wykorzystano już istniejący przymiotnik radziecki, radzieckie, który istniał w języku polskim od wieków. I miał swoje znaczenie i sens. Niósł ze sobą konotacje jednoznacznie pozytywne, albowiem odwołujące się do takich pojęć jak samorządność, władza środowisk lokalnych itd. Być może te właśnie pozytywne i samorządowe skojarzenia sprzyjały lansowaniu przez komunistów takiej nazwy dla Sowietów i Związku Sowieckiego.
Tym samym po dziś dzień mamy w Polsce sale radzieckie (m.in. w bliskim mi Łodziczu oraz w Łomży) czy ulice Radziecke (w tych samych miastach -- ulicę w Łomży chciano nie tak dawno dekomunizować [18]). Jako miłośnik vel zwolennik ruchów samorządowych chciałbym kiedyś odczarować piękne, polskie określenie "radziecki" i jedyną drogę do tego celu widzę w konsekwentnym używaniu rusycyzmu (?) sowiecki (советский).
Ci ludzie, którzy z własnego doświadczenia znali od 24 lat komunistyczny raj, już w 1941 roku wiedzieli to, czego nie wiedział jeszcze nikt na świecie - że na całym globie i w ciągu całych jego dziejów nie było jeszcze reżymu tak bezwzględnego, krwawego, a zarazem przewrotnie obłudnego jak bolszewicki, bezprawnie nazywający sam siebie "radzieckim" [t. 3., cz. 5., s. 28]
Trafiłem również -- co podsyłam -- na dyskusję, która przetoczyła się przez polskojęzyczną Wikipedię 10 lat temu. Jej zapis można znaleźć tutaj: sowiecki czy radziecki oraz tutaj: Związek Sowiecki czy Związek Radziecki.

Jeszcze na sam koniec jestem winny słowo oraz ukłon w stronę tłumacza -- profesora Jerzego Pomianowskiego (tłumaczącego także pod pseudonimem jako Michał Kaniowski). Tak się złożyło, że profesor zmarł w czasie mojej lektury Archipelagu, 26 grudnia 2016 roku w Krakowie. Zostało po nim -- między innymi -- to tłumaczenie jednego z najważniejszych dzieł literackich XX wieku.

Przypisy:
[1] Przeczytaj wpis: Kochaj Rewolucję! z 25 listopada 2012 r.
[2] Aleksandr Sołżenicyn został aresztowany 9 lutego 1945 (jak podaje polskojęzyczna Wikipedia -- w Elblągu lub Dittrichsdorf); zwolniony w lutym 1953 i skierowany na „wieczne osiedlenie” do wioski Kok-Terek w obwodzie dżambulskim w Kazachstanie. Cytując dalej Wikipedią: w 1956 (albo 1957 -- według innych źródeł) został zrehabilitowany i wrócił do europejskiej części Związku Radzieckiego. Podjął pracę jako nauczyciel szkoły wiejskiej pod Riazaniem, a później w samym Riazaniu.
[3] O ile oczywiście w ogóle literaturę możemy dzielić na "typową" i "nietypową". Przed ten zwrot chciałem zaznaczyć jedynie, że chociażby z uwagi na okoliczności, w jakich Archipelag GUŁag powstawał, będzie on znacznie odbiegał od wspomnień spisywanych bez długoletniego obciążenia autora systemem totalitarnym.
[4] Pewnym ewenementem, ale także wyjątkiem w perspektywie całej pracy, jest rozdział z tomu drugiego, nie będący -- jak się domyślam -- utworem samego Sołżenicyna (Zeki jako naród. Szkic etnograficzny pióra Iwana Iwanowicza).
[5] W ramach ciekawostek, bo trudno tu pominąć taki smaczek: W latach 70. (czyli już po ukończeniu Archipelagu GUŁag) Aleksander Sołżenicyn zarzucił wspomnianemu Michaiłowi Szołochowowi (laureatowi literackiej nagrody Nobla z 1965 roku) plagiat utworu Cichy Don, którego autorem miał być w rzeczywistości Fiodor Kriukow, kozacki pisarz zamordowany przez bolszewików w 1920 roku. Według informacji zamieszczonej na polskojęzycznej Wikipedii w haśle poświęconym Szołochowowi, od tego czasu przedstawiono liczne dowody potwierdzające tezę Sołżenicyna, m.in. teksty dawnych utworów Kriukowa, które Szołochow przepisał bez jakichkolwiek zmian.
[6] "Archipelag Gułag" wywołał na Zachodzie burzę, PolskieRadio.pl | Historia, 28.12.2013. Dostęp: 17.03.2017.
[7] Nie bez przyczyny -- jak zapewne część Czytelników i Czytelniczek wie -- jedyne dwa funkcjonujące na świecie muzea Wielkiej Wojny Ojczyźnianej znajdują się w Moskwie i w Mińsku. Znajdujące się w Kijowie Muzeum historii Ukrainy w II wojnie światowej (które miałem okazję w tym roku zwiedzić) jedynie w nazwie odcina się od terminologii sowieckiej (z oczywistych względów), jednak zarówno zakres czasowy ekspozycji, jak i zgromadzone tam eksponaty, nie różnią się zapewne zbytnio od eksponatów z Moskwy i z Mińska (także z oczywistych dla Czytelników względów).
[8] Pod kątem czasowym wszystko się zgadza. Umowę wojskową, która dała podstawę do rozpoczęcia formowania Armii Polskiej w ZSRS (czyli tzw. armii Andersa) podpisano 14 sierpnia 1941 roku.
[9] Zupełnie zaś "na boku": znając mechanikę przepisów karnych i czytając na temat funkcjonowania sowieckiego kodeksu karnego gorzko się uśmiechnąłem (uznając to za niesamowity chichot losu), kiedy przeczytałem jedną z propozycji nowelizacji przepisów Ustawy o udostępnieniu informacji o środowisku i jego ochronie autorstwa Prawa i Sprawiedliwości. Nowy przepis z art. 136d pozwalałby na karanie karą pozbawienia wolności do lat 3 każdego, kto uczestnicząc w odpowiednim postępowaniu będzie podejmować "nieuzasadnione działania".


Do projektu dotarli aktywiści z Greenpeace Polska, opis zaś pojawił się na portalu MamPrawoWiedzieć.pl. (Wojciech Gąsior, Trójpak ustaw PiS: nowe fronty w sporach z ekologami). Z tych trzech ustaw w życie weszły przepisy liberalizujące zasady wycinki drzew -- i dobrze wiemy, co z tego wyszło. Ale to już zupełnie inna historia.
[10] Jeśli ktoś z P.T. Czytelników / Czytelniczek ma ochotę na fabularyzowaną (hollywoodzką) wersję ucieczki z GUŁagu, może sięgnąć po film Petera Weira Niepokonani z 2010 r. -- ekranizację książki Sławomira Rawicza „Długi marsz". O filmie w sieci znaleźć można różne rzeczy (między innymi peany Zychowicza na Rzeczpospolitej: Hollywodzki film o łagrach, Piotr Zychowicz, 12.02.2011 czy krytyczne głosy Rafała Zasunia na Wyborczej: Polski bohater, czy polski baron Muenchhausen, Rafał Zasuń, 27.01.2011). Film wybitny nie jest, ale zobaczyć można.
[11] Zdjęcie pozostałości po lokalnym domu kultury w Orotukanie, jak również zdjęcie pomnika Tatiany Michaiłownej, podlinkowałem / pobrałem ze strony http://www.kolymastory.ru (dokładnie stąd). Na stronie można znaleźć sporo informacji na temat tej miejscowości, jak również okolic Kołymy -- niestety strona wyłącznie dla osób znających język rosyjski (lub lubiących się bawić w Google Translatora).
[12] Z tego co zauważyłem określenie Droga z Kości (lub analogiczne), występujące w różnych hasłach językowych na Wikipedii (ang. Road of Bones, niem. Straße der Knochen lub Straße des Todes, fr. Route des os) nie występuje w żadnym miejscu rosyjskojęzycznego hasła Колыма (автодорога). Niby to o niczym jeszcze nie świadczy (?), ale jakaś symbolika w tym jednak jest.
[13] Część robót wykonanych siłami więźniów (od pierwszej stalinowskiej pięciolatki do czasów Chruszczowa) została opublikowana w formie listy na końcu części 3. w tomie 2. (s. 536-538). Tę długą i -- jeżeli chodzi o rodzaje prac -- bardzo zróżnicowaną listą Aleksandr Sołżenicyn podsumowuje: O wiele łatwiej powiedzieć, czym więźniowie nigdy w życiu się nie zajmowali: wyrobem wędlin i cukierków (s. 539).
[14] Na stronie 459 (t. 2., cz. 3) przy tym samym haśle znajduje się wyjaśnienie mówiące o tym, że pierwszy z występujących tu czasowników użyty został jedynie przez analogię, zamiast innego, o wydźwięku skrajnie nieprzyzwoitym. To tak gwoli uzupełnienia.
[15] Swego rodzaju paradoksem jest to, że więźniowie (co zostało utrwalone w Szkicu etnograficznym pióra Iwana Iwanowicza) wiązali z osobą Maksima Gorkiego olbrzymie nadzieje na poprawę swojego losu. Zapewne trudno im było uwierzyć w to, że tej klasy intelektualista nie dojrzy tragicznych warunków ich bytu oraz nieludzkiej, katorżniczej pracy ponad siły. Określone to zostało jako "tubylcza łatwowierność" "Historycznym przykładem tubylczej łatwowierności są nadzieje, jakie wiązano z przyjazdem Gorkiego na Wyspy Sołowieckie" [Zeki jako naród. Szkic etnograficzny pióra Iwana Iwanowicza; tom 2., cz. 3., s. 473]. Swoją drogą: temat tej obozowej "tubylczej łatwowierności" to kolejne zagadnienie, które można by było długo omawiać.
[16] Dariusz Tołczyk, Powiedzieć Zachodowi, Tygodnik Powszechny, 23 kwietnia 2012 r.
[17] Paulina Małochleb, Świat po bajce jest siny czyli Szymborska po wojnie, 20 lutego 2017, Książki na ostro.
[18] Mirosław R. Derewońko, Dekomunizacja Radzieckiej w Łomży, 4Łomża, 22 kwietnia 2016 [dostęp: 31 marca 2017]

Książka:
Aleksandr Sołżenicyn (Александр Исаевич Солженицын): Archipelag GUŁag: 1918–1956, próba dochodzenia literackiego (ros. Архипелаг ГУЛАГ), autoryzowany przekład z języka rosyjskiego Jerzy Pomianowski (pseudonim: Michał Kaniowski), wydanie poprawione (dodruk), Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2014.