czwartek, 21 listopada 2013

Życie między budynkami

Już dość dawno temu, bo od 1960 roku kilkadziesiąt lat zdążyło minąć, pewien duński architekt i urbanista Jan Gehl ukończył Królewską Duńską Akademię Sztuk. W tym też czasie -- jak sam opowiada -- miał spotykać się z kobietą, z wykształcenia psycholożką, która zadała mu jedno, proste pytanie -- dlaczego wy, architekci, nie zajmujecie się ludźmi? [1]

Funkcjonaliści nie wspomnieli o psychologicznych i społecznych aspektach projektowania budynków. [s. 45]

Gehl miał wtedy wrócić na uniwersytet i zacząć badać tę kwestię uznając, że ma ona w tym zupełną rację -- i tak zaczęła się historia jednego z najbardziej znanych, współczesnych urbanistów na świecie.

Pytanie to -- może nieco dziwne z dzisiejszego punktu widzenia --  tamtym czasie było jak najbardziej zasadne. I rzeczywiście prawie nikt z projektujących lub przebudowujących wówczas miasta na serio go sobie nie zadawał, ewentualnie nie brał pod uwagę refleksji płynących z uzyskanych odpowiedzi. W architekturze i urbanistyce okres po II wojnie światowej to bezsprzecznie okres triumfu modernizmu, który -- bez względu na to, czy sobie z tego zdajemy sprawę, czy też nie -- odcisnął bardzo silne piętno na wielu polskich miastach. Ale tutaj nie o urbanistyce, tylko o książce.

Pierwsze wydanie "Życia między budynkami" to rok 1971. Teoretycznie [2] jest to już schyłkowy okres modernizmu, w związku z tym książka poświęcona (ujmując rzecz najogólniej) ludziom w przestrzeni publicznej trafia w punkt. Nie wiem, czy właśnie ten czasookres, czy niesamowicie prosty i przystępny nawet dla laika język sprawił, że książka bardzo szybko zyskała ogromną popularność, wchodząc przebojem do kanonu lektur młodego urbanisty.

Mam taką swoją, prywatną teorię, że na przykładzie historii tej książki (jak również kolejnej pracy Gehla, na którą cierpliwie czekam) można doskonale zobrazować podejście oraz ogólny stan wiedzy / świadomości urbanistycznej w naszym jakże najwspanialszym kraju. Jak już wspomniałem, pierwsze wydanie "Życia między budynkami" to początek lat 70. XX wieku. Pierwsze polskojęzyczne wydanie tej -- w gruncie rzeczy "podstawowej" -- pracy to 2009 rok. Tak, prawie 40 lat zajęło nam przetłumaczenie i wydanie książki, którą inni zdążyli już przedyskutować, skrytykować, przepracować i wysnuć z niej jakieś konstruktywne wnioski. Za to kiedy już polski czytelnik na progu XXI wieku dostał do ręki pracę Gehla rozeszła się jak świeże bułeczki. A przynajmniej ja mam takie wrażenie, bo swój pierwszy raz z tą książką (pożyczoną od koleżanki) miałem jakoś na przełomie 2010 i 2011 roku i (z tego co pamiętam) od tamtego czasu bezowocnie jej poszukiwałem. To znaczy -- pewnie udałoby mi się w którymś momencie załapać ją w drugim obiegu na jakimś portalu na A.pl, T.pl itd., ale na książkę nieużytkowaną nie miałem co liczyć. 9 lutego 2013 roku napisałem maila do wydawców czasopisma Architektura&Biznes (wydawców pierwszej polskojęzycznej edycji książki Gehla) z pytaniem, czy przypadkiem nie został im na półce jakiś zbędny egzemplarz. Wtedy też dowiedziałem się, że planowany jest dodruk publikacji, na który skwapliwie się później zapisałem. Oszczędzę Wam wrzucania zdjęcia z moją imienną dedykacją od autora ;-)

Kończąc tę przydługą historię, czyli o zmianach: w 2010 roku ukazała się jedna z najnowszych prac profesora najnowsza książka Cities for People. Właściwie na czas tegorocznej, jesiennej wizyty Jana Gehla w Łodzi polskojęzyczna edycja tej książki miała być już gotowa, ale coś nie_pojszło i była dystrybuowana jedynie jej okładka (w formie ulotki). Serio. Żeby uczestnicy spotkań mieli na czym dostać autograf, aby później wkleić go do zakupionej publikacji (taki marketing, Bracie / Siostro). Nawet, jeżeli publikacja ukaże się w Polsce dopiero w 2014 roku, to w stosunku do "Życia między budynkami" mamy niesamowite przyspieszenie.

Niewątpliwym plusem publikacji są liczne przykłady, opatrzone stosownymi mapami, zdjęciami, wykresami. Generalnie poza słowem pisanym jest też na co popatrzeć. Dodatkowej wartości nabiera to teraz, kiedy za pomocą Google Street View czytelnik ma szansę wybrać się w część z opisywanych w książce miejsc. Oczywiście to nie to samo, co usiąść na Piazza del Campo czy zobaczyć na żywo renesansową Palmanovę, ale jak się nie ma co się lubi...

Palmanova (1572-1680). Źródło: Wikipedia
Na sam koniec (obiecuję!) jeszcze tylko jedna, w ramach pewnego wyjątku -- merytoryczna kwestia z "Życia między budynkami", aby przy okazji dorzucić tradycyjnie cytat z publikacji we wpisie.

Jan Gehl w swojej pracy stosunkowo często używa sformułowania "miasto dla ludzi, nie dla samochodów", które to hasło w nieco zmodyfikowanej (i moim zdaniem gorszej) formie przeszło już do kanonu haseł demonstracyjnych za pośrednictwem polskich rowerzystów, skupionych wokół ogólnoświatowego ruchu "Masa Krytyczna".  Nie tak dawno temu z ust pewnego "wykształconego" specjalisty od transportu o odchyleniu neoliberalnym przeczytałem zgrabny tekst o "emancypujących się samochodach". Na facebooku szuka się trudniej niż przez Googla, ale jak się chce i potrafi to i tu można dać sobie radę :-) (z litości podam jedynie same inicjały).

Z.L. [Jan Gehl] powiedział że samochody się wyemancypowały i samodzielnie jeżdżą sobie po mieście, a miasto ma być dla ludzi nie dla samochodów, samochody ludzkości nie są potrzebne. niech jeszcze zaproponuje by wystawić z mieszkań pralki i lodówki bo też zajmują cenne miejsce a przecież ich wartość użytkowa jest taka jak samochodów. ogólnie pozbądźmy się wszystkich maszyn/urządzeń klasyczne potwierdzenie sytuacji gdy pomimo tytułu prof można być idiotą (albo nie idiotą tylko świadomym szkodnikiem dla ogółu, za to z zyskami własnymi)

Tak, z tym klasycznym potwierdzeniem sytuacji, w której pomimo tytułu (lub szerzej -- wykształcenia) można przejawiać zdolności idiotopodobne jak najbardziej się zgadzam, tylko w stosunku do innej osoby, niż widziałby to autor cytatu. Pomijając już to, że autor powyższego cytatu niezbyt wnikliwie zapoznał się z koncepcjami głoszonymi przez Jana Gehla: "lubię samochody, ale jeszcze bardziej lubię ludzi". Żeby jeszcze lepiej zrozumieć tę zależność, która na pierwszy rzut oka może rzeczywiście wydawać się dość dziwna, sięgnijmy do książki.

Gdy ludzie, którzy poruszają się szybko, mają być w stanie postrzegać obiekty i innych ludzi, wszelkie wizerunki muszą być znacznie powiększone. Stąd też miasto dla samochodów i miasto dla pieszych mają zupełnie inne rozmiary oraz wymiary. W mieście dla samochodów znaki i billboardy, jeśli mają być widziane, muszą być bardzo duże i odważne. Budynki są porównywalnie duże i ubogie w detal, jako że i tak w żadnym wypadku nie będzie go widać. A twarze i wymiary twarzy są zbyt małe w skali, by można je było w ogóle dostrzec. [s. 71]
To, czy ludzie poruszają się na piechotę czy samochodami i czy samochody zaparkowane są 5, 100 czy 200 metrów od drzwi wejściowych - to czynniki determinujące aktywność (...). [s. 77]

Dlaczego tak ważne jest zachowanie "ludzkiej skali", czym różni się 5 km/h-architecture od 60 km/h-architecture, jak poziom hałasu wpływa na relacje w przestrzeni, jakie skutki może mieć skrajna separacja funkcji w mieście, czym jest "efekt krawędzi" oraz gdzie najlepiej ustawiać ławki -- o tym (na początek) możecie dowiedzieć się z książki Gehla, to naprawdę dobry wstęp do dalszych rozważań nad przestrzenią.

Przypisy:
[1] Po raz kolejny muszę przyznać, że angielskojęzyczna Wikipedia jest pod tym względem genialna. Poniżej cytat ze źródłem.

[2]W Łodzi -- mimo upływu tylu lat -- rozwiązania rodem z tamtej epoki nadal żyją i mają się nieźle (i nie chodzi jedynie o to, co już jest -- ale także o to, co się projektuje i robi). Cóż, przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Książka:
Jan Gehl, Życie między budynkami. Użytkowanie przestrzeni publicznych (org. Life Between Buildings: Using Public Space), przekład Marta A. Urbańska (na podstawie angielskiego tłumaczenia autorstwa Jo Koch pochodzącego z VI wydania książki), Wydawnictwo RAM, II wydanie, Kraków 2013, ISBN 978-83-928610-0-3.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Diabeł i Żydzi

Chcąc dalej pociągnąć temat historii europejskich żydów (zob. Friedrich Battenberg, "Żydzi w Europie") sięgnąłem po kolejną z książek, przygarniętych w krakowskim Dedalusie. Muszę przyznać, że wykazałem się odwagą cywilną i nie wystraszyła mnie tragiczna okładka tej publikacji -- zajrzałem do środka, zerknąłem na indeks nazwisk, bibliografię oraz przypisy i pomyślałem, że może jednak warto zainwestować w nią te 12 złotych. Szału nie ma, ale książkę warto jednak było nabyć -- z co najmniej trzech powodów (3/3), z których ostatnim jest osoba tłumacza i dodany przez niego epilog "O żydowskim antysemityzmie" ;-) Ale do tego jeszcze dojdziemy.

Jeżeli część osób zarzucała książce Friedricha Battenberga "Żydzi w Europie. Proces rozwoju mniejszości żydowskiej w nieżydowskim środowisku Europy 1650-1933" to, że jest w czymś w rodzaju pop-historii, koniecznie musi sięgnąć po pracę rabina Joshuy Trachtenberga. Po doczytaniu jej do końca -- wraz z epilogiem -- podejrzewam jednak, że spory udział w jej formie mogła mieć osoba tłumacza.

Ciekawostką może być to (i jest to punkt 1/3), że książka "Diabeł i Żydzi" to tłumaczenie pracy (drugie wydanie) urodzonego w 1904 roku w Londynie rabina J. Trachtenberga "The Devil and the Jews" z 1943 roku. Okładka na to na pewno nie wskazuje, używany w pracy -- czasami kolokwialny -- język również (oczywiście tutaj słowo "kolokwialny" odnosi się w swojej skali do poziomu języka, jakim przeważnie charakteryzuje się praca naukowa)..

Zawarta w tym logiczna niekonsekwencja była zbyt oczywista, żeby ją przeoczył ktokolwiek prócz najtępszych umysłów. [s. 180]

Pewien współczesny autor, który dokładnie badał chrześcijańską magię i czarostwo, a który okazał się równie łatwowierny i zabobonny jak badana przez niego epoka, daje wyraz ściśle średniowiecznej postawie, będącej też jego własną (...)" [s. 170]

Całość pracy wydaje się nieco "przegadana". Podział na trzy części (nie licząc wstępu i epilogu): Żyd "demoniczny", Żyd jako czarownik, Żyd jako heretyk wydają się momentami łudząco podobne do siebie, co jakiś czas przewija się zaś jakaś ciekawa wstawka.

Począwszy od XIII wieku w kręgach kościelnych rozwinął się, można to powiedzieć bez przesady, istny kult diabła. Co więcej, niewiara w diabła i jego demony była odtąd nieortodoksyjna i kwalifikowała się do oskarżenia. Osobliwym przypadkiem jest tu sprawa rabina, którego postawiono w Rzymie przed trybunałem inkwizycji, ponieważ 'zaprzeczał istnieniu demonów' i musiał to odwołać! [s. 214]

Teologia ortodoksyjna upierała się, że Chrystus jest cieleśnie obecny w opłatku, a masy wierzyły w to, co im przykazano, choć nie bez pewnych naiwnych i dość oczywistych wątpliwości. Na przykład Berthold z Regensburga, wielki ludowy kaznodzieja z XIII stulecia, uznał za konieczne wyjaśnić, dlaczego Chrystus, choć obecny w opłatku, nie daje się w nim widzieć: "Któż zechciałby odgryźć główkę, rączki albo stópki dzieciątka?" replikował, a jego prostoduszne audytorium najwyraźniej się z tym zgadzało. [s. 122]

W zasadzie znaczną część książki można sprowadzić do jednego, trafnie podsumowującego całość zdania:

Diabeł, Żyd, lichwiarz i heretyk stali się jedną i tą samą istotą. [s. 210]

Książka jest jednak (tutaj dochodzimy do punktu 2/3) dość obficie okraszona ciekawymi cytatami oraz przypisami.

O nastroju tych czasów świadczy incydent, jaki zdarzył się w Moguncji, gdzie unicestwienie gminy żydowskiej było skutkiem tego, że oswojona gęś postanowiła towarzyszyć swej pani na wyprawę krzyżową! Motłoch wziął to za Boski znak akceptacji dla swej krucjaty i w uniesieniu rzucił się do mordowania Żydów. [s. 183 pisownia oryginalna]

"(...) postanowiła towarzyszyć swej pani na wyprawę krzyżową!" (gdyby ktoś jeszcze jakimś cudem tego zgrzytu nie wyłapał) to świetny przykład na to, że książka jest w wielu miejscach niedopracowana -- korekta ewidentnie zawiodła. Na drugim końcu tej szali położyć można "Podłe ciała" Grégoire'a Chamayou, na co słusznie zwrócił uwagę Piotr Trafiłowski

Nie napisałem tego w recenzji, ale warto dodać, że na najwyższą notę zasługuje Wydawnictwo, które opublikowało książkę nie tylko dopracowaną typograficznie, ale także korektorsko - przeczytałem ją dość uważnie, ale nie znalazłem ani jednej literówki, błędu interpunkcyjnego czy językowego. Tekst dopracowany został co do przecinka. Naprawdę duże brawa. I oby inni wydawcy uczyli się od Terytoriów.

Wydawcy, uczcie się od słowo/obraz terytoria. Ładnie proszę.

Punkt 3/3 to kwestia tłumacza oraz jego epilogu, na którego temat można byłoby napisać osobną historię, abstrahując do reszty książki. Przyznam uczciwie, że nagłówek "Suplement o żydowskim antysemityzmie" zrobił swoje i z ciekawością zabrałem się za ten fragment książki. Wydaje mi się, że najciekawszy efekt uzyskuje się robiąc to w takiej kolejności, w jakiej ja do niego podszedłem: najpierw czytając tekst, później sprawdzając, kim jest jego autor (o ile oczywiście ktoś dotychczas -- tak jak ja -- z niczym nie kojarzył jego nazwiska).

Tekstu oczywiście przepisywał nie będę, w skrócie ujmując: najpierw jest o autorze i książce, później jest o judaizmie, a następnie zaczyna się jazda bez trzymanki, czyli pranie brudów i personalne wycieczki.

Artykuł Hanny Węgrzynek pt. Wizerunek zbyt diabelski to klasyczny przykład ignoranckiej bredni z niemoralną intencją. (...) Niełatwo i może nie warto analizować tu wszystkich bredni, jakich namnożyła w interesie "Twardej" i antysemityzmu, anty-Uraesa i anty-Stillera tudzież judaizmu anty-reformowanego ta ignorantka usłużna dla Rydzyków, Gebertów i prałatów Jankowskich. [s. 322-323]

Chyba wystarczy. Autorem słów jest tłumacz pracy Joshuy Trachtenberga, Robert Stiller -- tłumacz, pisarz, językoznawca.

Na przełomie lat lat 80. i lat 90. XX wieku wspólnie z filozofem i tłumaczem Jerzym Prokopiukiem, dzielił się zainteresowaniami ezoterycznymi na łamach czasopisma „Mój Świat”. Opublikował krótką serię artykułów na ten temat, był też współredaktorem pisma „Gnosis”. W 2005 roku kandydował do Sejmu z ramienia Platformy Janusza Korwin-Mikkego.

Postać z pewnością nietuzinkowa, o której to i owo w internetach znaleźć nadal można.

Książka:
Joshua Trachtenberg, Diabeł i Żydzi. Średniowieczna koncepcja Żyda i współczesny antysemityzm (Devil and the Jews: the medieval conception of the Jew and its relation to modern antisemitism), wydawnictwo Vis-à-vis/Etiuda, przełożył z angielskiego i własnym suplementem opatrzył Robert Stiller; Kraków 2011, ISBN 978-83-61516-72-9.