piątek, 29 lipca 2016

Teatr i film Trzeciej Rzeszy


Gdyby powiedzieć, że pierwsza część publikacji autorstwa Bogusława Drewniaka Teatr i film Trzeciej Rzeszy w systemie hitlerowskiej propagandy (Organizacja życia teatralnego) jest bardzo faktograficzna, to tak, jakby nie powiedzieć nic. W największym skrócie i uproszczeniu to świetne zestawienie w ramach who is who, od "wybitnych", "wspaniałych" oraz "niezwykle uzdolnionych" po tej części może zakręcić się w głowie. W zasadzie już potężny aneks z 34 tabelami i dwoma zestawieniami oraz takiż sam skorowidz osób (doliczając kilkustronicową bibliografię selektywną -- łącznie 121 stron) powinny dać do myślenia.

Polityka repertuarowa teatrów dramatycznych -- podobnie.

W książce zdecydowana większość nazw utworów (sztuk dramatycznych, utworów muzycznych), jak również pewna część zwrotów, podawana jest wyłącznie w oryginalnej formie -- bez tłumaczenia. Co ciekawe, autor (czy też może bardziej wydawca...?) w tym podejściu nie jest konsekwentny, także w publikacji znajdziemy również nazwy polskie lub nazwy w języku niemieckim z podanym tłumaczeniem. Mistrzostwem świata jest jednak zamieszczanie całych partii tekstu w języku niemieckim -- cytatu (bez tłumaczenia na język polski oczywiście) na początku każdego rozdziału czy nawet krótkiego listu, datowanego na 1 marca 1945 r.

Jeszcze w marcu 1945 roku, kiedy Rosjanie byli już nad Odrą a zachodni alianci nad Mozelą, planowano produkcję filmów, tak, jakby nic się nie działo. Przykładem, mogącym uchodzić za żart - a żartem nie był - może być następujący dokument:
Berlin, den 1. März 1945
Der Reichsfilmintendant
An die
Tobis-Filmkunst GmbH
Berlin Grunewald

Es wird Ihnen hermit bestätigt, daß Ihre Mitarbeiter Herr Erdmann, Architekt, Herr Fritz Arno Wagner, Kameramann, Herr Fritz Klotzsch, Herstellungsgruppenleiter, zum Zwecke der Motivsuche in der Umgebung Berlins für einen kriegswichtigen Film ein Fahhrad benutzen dürfen. Die Durchführung dieses Dienstvorhabens liegt im Reichsinteresse, so daßvon einer Beschlagnahme des Fahrrades abzusehen ist.

Heil Hitler!
i.A.
gez. Dr. Müller-Goern
[s. 191]

Słowo/obraz terytoria -- Wy tak na poważnie...? Rozumiem, że autor książki jest germanistą, jednak niestety mój poziom języka niemieckiego pozwolił na wyłapanie -- po pierwszym przeczytaniu -- jedynie pojedynczych słów i zwrotów. Takich rzeczy w dobrych publikacjach się po prostu nie robi.

Zabrakło mi też przynajmniej zarysowania fabuły zdecydowanej większości opisywanych dzieł. To zdecydowanie ułatwiłoby odczytanie kontekstu danego fragmentu. W zasadzie nie obraziłbym się nawet, gdyby w takiej publikacji zrezygnować ze znacznej części wyliczeń (kolejnych aktorów, liczby przedstawień, liczby widzów, liczby artystów je wykonujących...) na rzecz pogłębionej analizy części z tych dzieł wraz z umieszczeniem ich w kontekście narodowosocjalistycznej polityki III Rzeszy. Tym bardziej, że -- jak wielokrotnie zaznacza autor -- wprowadzanie na sceny oraz / lub modyfikowanie poszczególnych utworów, ich sukcesy oraz późniejsze popadanie w niełaskę (w związku ze zmianą polityki nazistowskich Niemiec lub zmieniającym się kontekstem geopolitycznym) było na porządku dziennym.

W 1941 roku Franz Ulbrich, dyrektor "göringowskiego" teatru w Kassel, z dwóch sztuk szekspirowskich - Juliusza Cezara oraz Antoniusza i Kleopatry - stworzył nowy, apoteozujący ideę wodzostwa utwór: Cesar, ein Drama des römischen Imperiums, dedykując go marszałkowi Rzeszy. [s. 104]

Kiedy zdarzyło się, że reżyserzy lub aktorzy chcieli pozostać wierni dotychczasowej tradycji, spotykali się z zarzutami, a niekiedy nawet gwałtownymi atakami. I tak na przykład Hans Hinkel niezwykle ostro zaatakował wielkiego aktora Gustafa Gründgensa za "zwyrodniałą, nieniemiecką, dekadencką" interpretację Hamleta. (...) Tak czy inaczej, na scenach hitlerowskich teatrów Hamlet nie miał być ani Anglikiem, ani też Duńczykiem, tylko Niemcem. [s. 105]

Niestety takich momentów zarysowujących tło i wyjaśniających nazistowską rzeczywistość świata sztuki w pierwszych dwóch częściach jest niewiele. W zasadzie dostajemy publikację zjadliwą jedynie dla profesjonalistów, którzy potrzebują -- w ramach uzupełnienia swojej wiedzy -- solidnej kwerendy historycznej. Swoista encyklopedia hitlerowskiej odmiany bismarckiego kulturkampfu w zakresie teatru oraz filmu. Osoba "jedynie" zainteresowana historią sztuki, która chciałaby pogłębić swoją wiedzę z okresu nazistowskich Niemiec, może się poczuć mała i zagubiona. O ile przetrwa. A zakres pracy musi robić wrażenie.

Zarówno w literaturze, jak i w słownictwie potocznym, przyjęło się nazywanie Trzecią Rzeszą organizmu państwowego Niemiec z okresu 1933-1945, obejmującego swoim zasięgiem terytorialnym wpierw tylko Niemcy powersalskie, a począwszy od 1938 roku również obszary inkorporowane do Rzeszy. Po zajęciu Autrii ("Anschluss") używano nazwy "Wielka Rzesza Niemiecka" ("Grossdeutsches Reich"). Poczynając od 1939 roku, militarne sukcesy Niemiec spowodowały dalsze aneksje, a nadto poddały ogromne terytoria pod zasięg hitlerowskiego aparatu zarządzania. Z tych też względów praca obejmuje swoim zasięgiem terytorialnym nie tylko Rzeszę w jej granicach sprzed 1938 roku ("Altreich"), ale również obszary anektowane, bądź też pozostające pod okupacją hitlerowską. [s. 5]
I rzeczywiście wszystko jest. Przy czym przez ciągłe wyliczenia ma się wrażenie siedzenia w Luxtorpedzie i pędu prosto przed siebie. [bach] Warszawa, [bach] Lublin, [bach] Lwów, [bach] Białystok, [bach] Alzacja i Lotaryngia -- a to tylko trzy strony z organizacji życia teatralnego (s. 49-51).

Trzecia część (Polityka repertuarowa teatrów muzycznych) przyniosła -- przynajmniej w niektórych miejscach -- pewną odmianę. Fragmenty dotyczące roli muzyki Richarda Wagnera oraz Richarda Straussa dosłownie pochłonąłem (na str. 136 znalazł się krótki dział Nieco statystyki z lat trzydziestych -- jakby tę część pisała zupełnie inna osoba).
Zbyt daleko idące liczenie się z wymogami narodowosocjalistycznej doktryny w interpretowaniu dzieł Wagnera doprowadzało niekiedy do sytuacji wręcz śmiesznych. Otóż zdarzały na przykład się wypadki, że co bardziej "gorliwi" inscenizatorzy Tannhäusera zamieniali występujący w dramacie chór pielgrzymów na chór wieśniaków, a bohaterce utworu kazali obejmować zamiast krzyża pień drzewa. Tak daleko idącym zmianom przeciwstawiał się nawet sam Goebbels. (...) W okresie wojny przeciwko ZSRR szczególniejszej interpretacji doczekał się na niektórych scenach dramat Lohengrin. Nadużywając, a nawet przeinaczając tekst libretta, mocno akcentowano moment zagrożenia ze strony "hord ze Wschodu", chociaż sam Wagner, używając tego określenia, miał na myśli Węgrów, a głównemu bohaterowi dramatu kazał odmówić udziału w wojennej wyprawie. [s. 130-131]
Część dotycząca niemieckiej kinematografii z okresu III Rzeszy na swoich pierwszych stronach nie odbiega znacznie od reszty publikacji. Przypadła mi jednak do gustu druga połowa rozdziału, która zajmuje się poszczególnymi tematykami z nazistowskiej kinematografii (tematyka historyczna w filmach fabularnych czy kolejne tematy filmowe: partia hitlerowska i jej organizacje, rasizm, Niemcy za granicą, filmy antybrytyjskie w czasie wojny). Na szczególną uwagę mogą zasługiwać ciekawe (także dla laika) i szczegółowe opisy filmów Kolberg z 1945 r. [s. 280-283] (najdroższej z nazistowskich produkcji), antysemickiego Jud Süß z 1940 r. [s. 309-311] oraz antypolskiego obrazu Heimkehr z 1941 r. [s. 317-320]


Cóż. Drugie wydanie Teatru i filmu Trzeciej Rzeszy to poprawiona i uzupełniona wersja publikacji tegoż samego autora z początku 1973 r. -- jej druk ukończono w styczniu tegoż roku (s. 465), jednakże tuż po zakończeniu jej druku ówczesne "czynniki urzędowe w Warszawie" uznały, że należy ją skonfiskować i zniszczyć. I tu od razu przypomina mi się jedna z wielu przetoczonych rozmów na temat charakterystyki polskiej historiografii, która (w mojej opinii) nie narracją i związkiem przyczynowo-skutkowym, ale datami, faktami, liczbami stoi. Te wieczne kłótnie polskich historyków o to, czy w danym miejscu zginęło 34,567,781 osób, czy jednak 34,567,779 osób. Jak gdyby w ocenie zjawiska miało to jakiekolwiek znaczenie. Pomylisz się o pięć, to zdyskredytują odsądzając od czci i wiary.

Nawet jeśli ocena powyższa jest zbyt surowa (w stosunku do ogółu), to akurat ta publikacja idealnie się w ten nurt wpisuje.
Książka:
Bogusław Drewniak: Teatr i film Trzeciej Rzeszy w systemie hitlerowskiej propagandy, wydanie II, wydawnictwo słowo/ obraz terytoria, Gdańsk 2011. ISBN: 978-83-7453-698-1.

czwartek, 21 lipca 2016

Przemoc i dzień powszedni w okupowanej Polsce

Przemoc i dzień powszedni w okupowanej Polsce pod redakcją naukową dr hab. Tomasza Chincińskiego to cykl tekstów naukowych polskich i zagranicznych historyków, których oś stanowi szeroko pojęte zagadnienie przemocy. Publikacja stanowi pokłosie konferencji naukowej o tytule tożsamym z publikacją, zorganizowanej -- co istotne -- przez Muzeum II Wojny Światowej i Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie w dniach 19-22 listopada 2009 r (przyczynkiem była 70. rocznica wybuchu drugiej wojny światowej w Europie). To taki prztyczek w stronę tych, którzy potrafią mówić jedynie o niemieckim zakłamywaniu historii.

Publikacja podzielona jest na 5 części. Pierwsze dwie dotyczą niemieckich oraz sowieckich struktur i obliczy przemocy -- z miast na warsztat wzięte są Poznań (Urzędnicy władzy czy świata? Polityka personalna Arthura Greisera w Poznaniu autorstwa Petera Kleina), Gdynia (Wybrane aspekty nazistowskiej polityki ludnościowej w okupowanej Gdyni w latach 1939-1940 autorstwa Małgorzaty Stepko). W przypadku tekstu dot. Poznania warto zaznaczyć, że pojawia się w nim również wątek Łodzi jako "jedynego dużego miasta przemysłowego, które nie było zarządzanie bezpośrednio z namiestnictwa" (s. 48-49), co w oczywisty sposób wpływało na utarczki personalne między tymi ośrodkami.
Podczas gdy Greiser snuł strategiczne rozważania na temat roli swojego terytorium w przyszłej reformie Rzeszy, podległy mu prezydent w Łodzi, jedynym wielkim mieście i metropolii gospodarczej, pracował nad podziałem jego obszaru. [s. 51]
Pozostałe teksty mają charakter mniej skonkretyzowany przestrzennie, ale tematy poszczególnych opracowań zostały ciekawie dobrane i rzeczywiście budują wieloaspektowy obraz drugowojennej rzeczywistości okupacyjnej (zahaczając też -- jeśli jest taka możliwość lub potrzeba -- o rzeczywistość powojenną). W zasadzie każdy z zamieszczonych tekstów jest warty dodatkowego omówienia oraz polecenia, ale ze względu na swoje zawodowe odchylenia wspomnę jeszcze tylko o tekście Daniela Boćkowskiego Sądownictwo pod znakiem sierpa i młota. Sowieckie orzecznictwo sądowe na okupowanych terenach wschodnich II Rzeczypospolitej. Poza opisem tworzonych struktur oraz wprowadzanych regulacji autor sporo miejsca poświęcił na opis tego, co moglibyśmy nazwać teorią i filozofią prawa radzieckiego z tego okresu.
Kara miała nie tylko charakter wychowawczy. Miała też skutecznie eliminować potencjalnych i rzeczywistych "wrogów ludu". Dlatego też ławnicy ludowi i sędziowie przy wydawaniu wyroku mieli obowiązek kierowania się nie tylko stosownym artykułem Kodeksu karnego i wydawanych przez władze dekretów, ale także "socjalistyczną świadomością prawniczą", co da się przełożyć jako zasadę, że zgodne z prawem jest wszystko to, co służy socjalizmowi i radzieckiej ojczyźnie, niezgodne zaś wszystko, co temu przeszkadza. Ponieważ przyznanie się do winy uznawano za wystarczający dowód do skazania, głównym celem organów ścigania było jego wymuszenie na oskarżonym. Fakt, czy zarzucany czyn osoba ta popełniła, miał drugorzędne znaczenie. [s. 212]
A tak swoją drogą -- w kontekście ostatniego fragmentu, dotyczącego przyznania się oskarżonego do winy. W europejskim systemie prawnym "przyznanie się oskarżonego do winy" już od długiego czasu nie jest tzw. "królową dowodów". Inaczej rzecz ujmując aby kogoś skazać -- także w Polsce -- niewystarczające jest to, aby ta osoba powiedziała Find Me Guilty [1]. Są na to nawet papiery.
Zdaniem składu orzekającego prokurator „nazbyt ufnie podszedł do oświadczenia oskarżonej, w którym przyznała się ona do popełnienia zarzuconego jej czynu, a nawet zadeklarowała wolę dobrowolnego poddania się karze. Przyznanie się do winy już dawno przestało być „koroną dowodów”, a składanych wyjaśnień nie wolno oceniać w oderwaniu od całokształtu materiału dowodowego”. Tymczasem w analizowanej sprawie nie ma podstaw do uznania winy oskarżonej. Jej relacja „podważyła sens jej „ przyznania się” do zarzutu i byłoby rażącą niesprawiedliwością na tym poprzestać, przemilczawszy niejednoznaczną wymowę pozostałych dowodów”. [2]
Także -- co do zasady -- nie macie co próbować tej sztuczki poza anglosaskim systemem prawnym.

Wracając jednak do samego tekstu dot. radzieckiego sądownictwa. Istotne jest aby zaznaczyć, że już na samym jego początku D.Boćkowski zwraca uwagę na fakt, że (samo w sobie) powołanie sprawnie funkcjonujących organów sądowych na okupowanych terytoriach w swojej istocie nie miało jedynie charakteru represyjnego.
Sądy rejonowe i dzielnicowe potrzebne były nie tylko do skazywania za sprzedaż kilograma cukru lub spóźnienie się do pracy. Na rozstrzygnięcia czekały dziesiątki tysięcy drobnych spraw cywilnych, w tym np. spadkowych. Poza tym brak sprawnego wymiaru sprawiedliwości spowodował w pierwszych miesiącach okupacji ogromny wzrost przestępczości, nad którym nie były w stanie zapanować świeżo utworzone oddziały milicji. [s. 210]
W tekście tym znalazłem też fragment, który pewnie dość długo będzie mi wracał w stanie "myślami przy poniedziałku (w pracy)". Ku chwale ojczyzny, rzecz jasna.

Pierwszy dużym sprawdzianem wydolności sądów była realizacja uchwały P[rezydium] R[ady] N[ajwyższej] ZSRR z 26 czerwca 1940 r. o wprowadzeniu odpowiedzialności karnej robotników i urzędników za ciężkie naruszenie dyscypliny pracy. (...) za nieuzasadnione spóźnienie się do pracy powyżej 15 minut [karano] karą do 6 miesięcy przymusowej pracy poprawczej w zakładzie, w którym obwiniony dotychczas pracował, z zachowaniem jedynie 25 proc. pensji. (...) W samym Białymstoku w trzeciej dekadzie lipca (...) za spóźnienie skazano 273 osoby (...). Tylko pomiędzy 10 a 20 lipca do sądu trafiło 215 spraw za spóźnienie się. [s. 214-215]
Trzy kolejne rozdziały publikacji, czyli Konflikty etniczne w cieniu wojny, Opór i konspiracja oraz Dzień powszedni w okupowanych miastach, są znacznie krótsze.

Pierwsza z nich, dotycząca konfliktów etnicznych, jest szczególnie warta polecenia w kontekście napinających się co jakiś czas relacji polsko-ukraińskich. Pierwszy z czterech tekstów, czyli Piekielna alternatywa. Ukraińskie i litewskie podziemie pomiędzy nazizmem a komunizmem Grzegorza Motyki stanowi ciekawe opracowanie otwierające.
Pewien wpływ na odbiór oporu społecznego przez Sowietów mogły mieć kwestie językowe. Język litewski, niełatwy do zrozumienia i nauczenia, nie tylko utrudniał sowieckim funkcjonariuszom nieznającym regionalnych uwarunkowań rozpracowanie podziemia, lecz także paradoksalnie pozwolił im z większym zrozumieniem (co nie znaczy w żadnym wypadku wyrozumiałością) przyjmować przejawy sprzeciwu. Różnica między Sowietami, przeważnie Rosjanami (Słowianami), a Litwinami była wszak wyraźnie wytyczona. Tymczasem opór zachodnich Ukraińców dla zwolenników tezy o jedności Słowian był całkowicie niezrozumiałym "wybrykiem natury", który (szczególnie wobec istotnego poparcia komunizmu na wschodzie Ukrainy) dawał się wytłumaczyć chyba tylko marksistowską teorią walki klas (czytaj: knowaniami burżuazji i kułaków). [s. 271]
W rozważaniach na temat zbrodni dokonanych na Wołyniu przez nacjonalistów ukraińskich zgubił się gdzieś zupełnie temat Litwinów, który może być z tej perspektywy niezwykle ciekawy. Zdaniem autora opracowania "na przełomie 1941 i 1942 r. znacznie większe obawy wywoływały ewentualne poczynania nacjonalistów litewskich, nie ukraińskich" [s. 276].
Jak pisał gen. Stefan Rowecki w meldunku wysłanym do Londynu: "Raczej należy liczyć się z usiłowaniem planowania i zaciekłego pogromu Polaków na Litwie i Wileńszczyźnie, gdy tylko Litwinom rozwiążą się ręce, co może nastąpić najpóźniej w okresie rozkładania się administracji i wojska niemieckiego, a może być świadomie zrobione przez Niemców już w okresie okupacji. Posiadanie w swych ręku/ach zorganizowanej administracji, policji i resztek wojska pogrom ten Litwinom znakomicie ułatwi". Na szczęście te przewidywania się nie spełniły i konflikt polsko-litewski ograniczył się do drobnych starć zbrojnych pomiędzy AK i litewską policją pomocniczą, którym towarzyszyły mordy cywilów w Glinciszkach i Dubinkach. Wobec Ukraińców takich obaw nie żywiono, spodziewając się jednak powtórzenia sytuacji z 1918/1919 r. (tzn. wybuchu walk o Lwów), tymczasem to właśnie ukraińskie środowiska nacjonalistyczne podjęły próbę eksterminacji Polaków na Wołyniu, a z Galicji Wschodniej postanowiły ludność polską wypędzić pod groźbą śmierci. [s. 277]
Z polskiego punktu widzenia, czemu trudno się dziwić, najważniejszym fragmentem historii Ukraińskiej Powstańczej Armii są ludobójcze czystki etniczne, których dopuściła się ta formacja w latach 1943-1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Ciekawe, że także litewskie podziemie miało krytyczny stosunek do Polski i Polaków. Tak jak dla Ukraińców rzeczą nie do pomyślenia była zgoda na polski Lwów, tak Litwini nie wyobrażali sobie możliwości pozostawienia Polsce Wilna. Z tego powodu, moim zdaniem, można wręcz mówić, iż Polska była traktowana - zarówno przez Litwinów, jak i zachodnich Ukraińców - jako wróg nr 2 (a dopiero na 3. miejscu znajdowały się nazistowskie Niemcy). [s. 276]
Jak zaś w innym miejscu słusznie zauważa autor opracowania:
Warto zauważyć, że antypolskie akcje UPA nie przyniosły sprawie ukraińskiej żadnej korzyści - o nowych granicach pomiędzy Polską i ówczesną Ukrainą Sowiecką i tak bowiem zdecydował Stalin - doprowadziły zaś jedynie do śmierci tysięcy niewinnych ofiar. [s. 277]
Relacje polsko-litewskie oraz polsko-ukraińskie (głównie w kontekście zachodniej Ukrainy -- co także znalazło odzwierciedlenie w tekście G.Motyki) to w przypadku omawiania konfliktów narodowościowych ciekawy materiał porównawczy. Nie bez znaczenie jest także uwaga prof. Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego /z którym niestety coraz częściej rozmijam się w poglądach na obecną sytuację polityczną, ale którego nadal szanuję jako świetnego historyka i specjalistę od polityki międzynarodowej/, która dotyczyła kwestii rzezi elit intelektualnych i duchowych zarówno po polskiej, jak i ukraińskiej stronie. To z pewnością nie pozostało bez znaczenia -- poza innymi istotnymi czynnikami -- na dalsze losy relacji polsko-ukraińskich.

Tak czy inaczej -- warto sięgnąć po teksty z tej części publikacji. Jako tekst porządkujący można potraktować również pracę Felixa Ackermanna Wojna i etniczność. Etniczność jako państwowa kategoria porządkująca i codzienna kategoria postrzegania mieszkańców Grodna w latach 1939-1949.
Można przy tym zaobserwować pewną logiczną zależność. W 1939 r. Sowieci byli przez dużą część ludności żydowskiej witani przyjaźnie jako wyzwoliciele. Podobna euforia zapanowała wśród przedstawicieli ludności katolickiej w lecie 1941 r. wraz z rozpoczęciem okupacji niemieckiej i końcem sowieckiej. [s. 295]
Zainteresowanym tematem Białegostoku, przed lekturą książki Marcina Kąckiego Białystok. Biała siła, czarna pamięć, w ramach wstępniaka polecam tekst Sary Bender Żydzi w okupowanym Białymstoku podczas II wojny światowej. Tak swoją drogą -- tekst może zaciekawić także osoby zainteresowane Łodzią (oraz analizą porównawczą funkcjonowania gett w Polsce). Hasło Unser einziger Weg ist Arbeit (Naszą jedyną drogą [wyjściem] jest praca) Chaima Rumkowskiego, znane z łódzkiego getta, znalazło swoje lustrzane odbicie w getcie białostockim.
Judenrat kładł nacisk na znaczenie pracy, opierając się na dwóch założeniach: po pierwsze, praca miała być przepustką do bezpieczeństwa, i po drugie praca zapewni mieszkańcom minimum środków pozwalających przetrwać w warunkach okupacji. [s. 328]
Pierwsze sygnały wskazujące, że równowaga życia w getcie wkrótce zostanie zachwiana przez zbliżającą się akcję, pojawiły się w październiku 1942 r., po mniej więcej roku względnego spokoju. Niepokój Barasza związany z plotkami na temat akcji skłonił go do jeszcze intensywniejszych wysiłków, by zagwarantować przetrwanie getta. Niepewność, zamiast podkopać jego wiarę w moc pracy, jeszcze bardziej ją wzmocniła. Stwierdził, że jeśli wszyscy Żydzi mieszkający w getcie będą zatrudnieni w pełnym wymiarze w październiku 1942 r., władze niemieckie nawet nie pomyślą o włączeniu Białegostoku do planu eksterminacji. [s. 331]

Zupełnie na boku -- od jakiegoś czasu frapuje mnie kwestia językowa, związana z użytym powyżej sformułowaniem "mieszkańcy getta". Na ile ludzi tych można nazwać mieszkańcami, na ile zaś więźniami. Co prawda słowo "więzień" pochodzi od "więzienia", jednak czy rzeczywistość getta takiego nie przypominała?

Część czwarta (Opór i konspiracja) to teksty Adama Puławskiego (Polityka informacyjna Polskiego Państwa Podziemnego w odniesieniu do Zagłady), Janusza Marszaleca (Polskie Państwo Podziemne wobec komunistów polskich 1939-1944) oraz Piotra Gontarczyka (W służbie Stalina? Komunistyczny ruch oporu w okupowanej Polsce). Pierwszy z tych tekstów jest o tyle ciekawy, że nawiązuje do kilku niedomówień związanych z relacjami polsko-żydowskimi z tego okresu -- m.in. postrzeganiem żydowskich oddziałów partyzanckich (jak również kwestią problemów z przyjmowaniem żydów do oddziałów Armii Krajowej) oraz tropieniem i eliminacją szmalcowników.
Podobnie było w kwestii utożsamiania przez AK żydowskich partyzantów z komunistami, a przecież partyzanci żydowscy wstępowali bądź przyłączali się do oddziałów komunistycznych nie dlatego [3], że ulegali ideologii, ale chcąc ratować życie, nie mieli innego wyjścia, nie byli bowiem przyjmowani do oddziałów akowskich. Byli zresztą często przez komunistów traktowani instrumentalnie, wykorzystywani, dyskryminowani, czasami mordowani. [s. 386]

Sprawa karania szmalcowników też nie należy do najłatwiejszych. Polskie Państwo Podziemne wydawało wyroki na osoby szantażujące Żydów, ale pierwszy wyrok wydano dość późno, bo dopiero w lipcu 1943 r. Zdaniem Dariusza Libionki "trudno mówić o determinacji w walce z plagą szantaży", mimo że "taka forma pomocy Żydom była o wiele bardziej realna niż np. pomoc zbrojna walczącemu gettu warszawskiemu". [s. 387]
Dla przypomnienia -- powstanie w getcie warszawskim wybuchło 19 kwietnia i trwało do około połowy maja 1943 r. Bezpośrednią przyczyną wybuchu była decyzja o likwidacji getta przez nazistów, a samo powstanie toczyło się już po licznych wywózkach i śmierci wielu uwięzionych tam ludzi. 16 maja 1943 r. Jürgen Stroop nakazał wysadzenie Wielkiej Synagogi na ul. Tłomackie, pisząc później w swoim raporcie: Była żydowska dzielnica mieszkaniowa przestała istnieć!. Lipiec 1943 r. -- Polskie Państwo Podziemne wydało pierwszy wyrok na szmalcownika.

Zagadką dla mnie jest całkowite przemilczenie w tak szczegółowym tekście ocenzurowania przez władze polskie raportu Jana Karskiego (zainteresowanych zagadnieniem odsyłam do mojego wpisu z 18 sierpnia 2015 r.: Cenzura raportu Karskiego (zagadnienia żydowskie w kraju) ), choć oczywiście sam temat raportu w opracowaniu się pojawia (Historia misji Jana Karskiego jest powszechnie znana, s. 381). Jest to tym dziwniejsze, że omówienie tego zagadnienia wydaje mi się niezwykle istotne w kwestii głównego tematu, czyli polityki informacyjnej Polskiego Państwa Podziemnego w odniesieniu do Zagłady. Mam chyba nowy konik w życiu -- wyszukiwanie tekstów dotyczących raportu Karskiego, w których przemilczano sprawę jego cenzury.

Dwa pozostałe teksty dotyczące komunistów w okupowanej Polsce byłyby całkiem ciekawe, gdyby się uzupełniały (jeden tekst z perspektywy Polskiego Państwa Podziemnego, drugi z perspektywy polskich komunistów). Nie liczcie na to. W tekście W służbie Stalina? Komunistyczny ruch oporu w okupowanej Polsce Piotra Gontarczyka (publicysty m.in. Naszego Dziennika, Uważam Rze, Do Rzeczy czy tygodnika Najwyższy czas!) znak zapytania to jedynie kwestia kurtuazji. Komunista zdrajcą był i basta, socjalista zaś nie lepszy. Całkiem zabawne jest zresztą znajdywanie "punktów stycznych" między tymi dwoma tekstami.
Podczas gdy Piotr Gontarczyk pisze, że
Wprawdzie w początkach 1943 r. czynniki kierownicze Polskiego Państwa Podziemnego podjęły krótkie rozmowy z przedstawicielami mocno zaskoczonego kierownictwa PPR, ale miały one charakter wyłącznie sondażowy [s. 444]
u Janusza Marszaleca czytamy
Na początku 1943 r. komuniści zaproponowali Delegaturze i AK rozmowy. 15 stycznia 1943 r. "Trybuna Wolności" opublikowała "List otwarty do Delegatury Krajowej Rządu Londyńskiego. (...) Odbyły się trzy spotkania, w których PPR reprezentował Władysław Gomułka a GL Jan Strzeszewski "Wiktor". Delegaturę miał reprezentować sam delegat - Jan Piekałkiewicz, ale został aresztowany przez Gestapo. Ostatecznie rozmowy z komunistami w lutym (18, 22 i 25) 1943 r. poprowadzili Stefan Pawłowski "Wiktor Komecki" i w imieniu wojska - Eugeniusz Czarnowski "Piotr Kostrzewa" z BIP. [s. 405]
Piotr Gontarczyk przemilczał także sprawę, którą poruszył Janusz Marszalec, czyli zmianę fundamentalnego stanowiska państwa podziemnego w kwestii współpracy politycznej z komunistami w związku z pogarszającą się sytuacją wojenną w 1944 r. [s. 428] (żeby była jasność -- czysta pragmatyka, o żadnej miłości do komunistów nie mogło być mowy).

Piąta część (Dzień powszedni w okupowanych miastach) to opowieść o miastach z okresu okupacji -- Łodzi, Warszawie oraz Lwowie. W tekście o Łodzi Adam Sitarek oraz Michał Trębacz przybliżają obraz "trzymiastowej" Łodzi na podstawie wybranych elementów dnia powszedniego w Litzmannstadt. Przygotowany materiał -- ze względu na specyfikę opracowania -- jest dość pobieżny, ale naszym lokalnym historykom z Centrum Badań Żydowskich Instytutu Historii Uniwersytetu Łódzkiego i tak udało się przemycić kilka smaczków, z którymi średnio zorientowana w historii miasta osoba mogła się dotychczas nie spotkać. Także tekst poleca się jako "wejściówkę" do wojennej historii. Drugi tekst, ten dotyczący stolicy autorstwa Stephana Lehnstaedta, jest godny polecenia ze względu na to, że w przeciwieństwie do wielu dostępnych w języku polskim tekstów odnoszących się do życia codziennego okupowanej Warszawy opowiada o tej rzeczywistości z perspektywy sił okupacyjnych (Codzienność okupanta w Warszawie w latach 1939-1944).

Podczas gdy zostało ono [życie codzienne] szczegółowo zbadane pod kątem doświadczeń ludności miejscowej, nie można powiedzieć tego o okupantach. Biorąc pod uwagę fakt, że w mieście żyło równocześnie do 50 tys. Niemców i volksdeutschów, ten stan rzeczy należy uznać za godny pożałowania, bo przecież wytworzyła się tu osobna społeczność okupantów, w której klimacie dopiero możliwa była "codzienna przemoc". [s. 479-480]
Z tej "miejskiej triady" najmniej smakowała mi część o darzonym przeze mnie dużym sentymentem Lwowie autorstwa Tarika Cyrila Amara (Okupacyjna codzienność we Lwowie (Lwiw, Lemberg, Lwow) w czasie II wojny światowej: przemoc i jej spowszednienie). Najtrudniej było mi w niej złapać rytm i podążać za myślą przewodnią autora, co -- między Borem Tucholskim a prawdą -- nie musi wynikać ze słabości tekstu; w końcu każdy komunikat ma nadawcę i odbiorcę... Tak czy inaczej umieszczę ciekawą uwagę z tekstu o Lwowie (Львові) dodając, że mówimy tu o mieście liczącym -- przed niemiecko-sowieckim atakiem na Polskę w 1939 r. -- około 330 tys. mieszkańców (łącznie ze stosunkowo dużą mniejszością żydowską -- ok. 1/3 ludności miasta -- która na deportacje na roboty przymusowe nie miała co liczyć).
(...) około 60 tys. mieszkańców unikało korzystania z przysługujących im oficjalnie racji żywnościowych, w nadziei że utrudni to niemieckiej władzy zakwalifikowanie ich do deportacji na roboty przymusowe. [s. 522]
Druga, nie mniej ciekawa kwestia, to stopień wyludnienia miasta w wyniku działań związanych z II wojną światową, jak również będących wynikiem powojennej polityki Związku Radzieckiego. Przyjmując to, że Łódź doświadczyła bardzo daleko idących zmian w strukturze ludności, bez wątpienia losy Lwowa należą do światowego ekstremum tego okresu (biorąc pod uwagę także czynniki takie jak wielkość miasta oraz jego znaczenie -- opierając się na samych wartościach bezwzględnych w oczywisty sposób ekstremum stanowić będą małe miejscowości całkowicie spacyfikowane przez najeźdźców). Warto nadmienić także, że zarówno Łódź, jak i Lwów w odniesieniu do tkanki materialnej miasta (w swoich historycznych obszarach) pozostały niemal nietknięte.
Przed niemiecko-sowieckim atakiem na Polskę miasto liczyło ok. 330 tys. mieszkańców, w chwili ponownego wkroczenia przez Sowietów w lipcu 1944 r. mniej więcej 150-160 tys., z których 110 tys. stanowili Polacy. (...) [s. 511]
Wypędzenia polskiej większości mieszkańców Lwowa w ramach tylko formalnie dobrowolnej wymiany ludności osiągnęło apogeum dopiero w 1945 r. i trwały aż do następnego roku. (...) W momencie wkroczenia oddziałów sowieckich administracja Lwowa składała się głównie z Polaków (...). w marcu 1945 r. lwowskie zakłady wodociągowe zażądały pilnego zastąpienia 96 proc. swoich pracowników, którzy mieli wkrótce wyemigrować do Polski. Pół roku później I sekretarz obwodowego komitetu partyjnego Iwan Hruszczecki donosił, że 80 proc. pracowników zakładów komunalnych wciąż jeszcze stanowią Polacy, którzy przecież wkrótce wyjadą. (...) Gdy Sowieci nastali ponownie, 776 z 826 pracowników taboru tramwajowego - a więc najważniejszego środka transportu - było Polakami. W grudniu 1946 r. prawie wszyscy zostali przesiedleni. Równocześnie nowi, szybko zatrudnieni motorniczy zniszczyli dużą część taboru. [s. 511, 523]
Według danych z rocznika statystycznego z 1931 roku, przed II wojną światową, Lwów zamieszkiwało około 63,5% Polaków, 24,1% Żydów, 7,8% Ukraińców, a także 3,5% Rusinów i 0,8% Niemców [4].
Już w lipcu 1946 r. w sprawozdaniu Komitetu Centralnego KP(b) Ukrainy podano liczbę ludności miasta przekraczającą 352 tys., tj. trochę większą niż przed wojną. [s. 511]
Jeśli ktoś chciałby pociągnąć temat okupowanego Lwowa (w literackim kontekście) gorąco polecam z tego miejsca tekst Wojciecha Orlińskiego Tajemnice Stanisława Lema. Co o przeszłości genialnego pisarza mówią jego książki? opublikowany niedawno na łamach Gazety Wyborczej [5].

Przypisy:
[1] Swoją drogą to chyba jedna z niewielu ról Vina Diesela, w której nie rozpier...tentego wszystkiego wokół siebie. Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałby -- niedrobny przecież -- Vin Diesel w rozmiarze + 15 kg to powinniście zobaczyć ten film.
[2] Natalia Ryńska, Przyznanie się do winy nie jest „królową dowodów”, Gazeta Prawna, 24.12.2015. Dostęp: 20.07.2016.
[3] W zasadzie ująłbym to jako "nie tylko dlatego" -- wszak część Żydów była zwolennikami ideologii komunistycznej, widząc w niej niejednokrotnie szansę na poprawę swojej pozycji jako mniejszości, ewentualnie obronę przed ugrupowaniami ze skrajnej prawicy.
[4] Spis ludności dla miasta Lwowa, 1931 rok - Drugi powszechny spis z dn. 09.12.1931 r.: Mieszkania i gospodarstwa domowe. Ludność. Stosunki zawodowe: Miasto Lwów.
[5] Wojciech Orliński, Tajemnice Stanisława Lema. Co o przeszłości genialnego pisarza mówią jego książki?, 11.07.2016. Dostęp: 20.07.2016.

Książka:
Przemoc i dzień powszedni w okupowanej Polsce, praca pod redakcją naukową Tomasza Chincińskiego, Muzeum II Wojny Światowej, wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2011. ISBN: 978-83-89923-72-1.

sobota, 9 lipca 2016

Kulturowe wymiary ludobójstwa

O tej publikacji nie da się w dwóch słowach. To jedna z tych książek, o których trudno coś syntetycznego napisać, ale nie ze względu na jej znikomą wartość -- a wręcz odwrotnie. Kulturowe wymiary ludobójstwa to taki sztambuch pojęciowy -- zestaw rozważań z obszaru filozofii, historii, literatury czy sztuk wizualnych, które koncentrują się wokół zbrodni ludobójstwa, ukazując to zagadnienie z różnych perspektyw. Jej zawartość stanowią teksty dotyczące m.in. Holokaustu, ludobójstwa w Rwandzie z 1994 r. czy ludobójstwa Ormian (oraz innych mniejszości) z lat 1915-1917, na warsztat zaś wzięte są m.in. prace Jeana Hatzfelda (Nagość życia: Opowieści z bagien Rwandy, Sezon maczet, Strategia antylop), Jeffrey'a Eugenidesa (Middlesex) oraz Jonathan Littell (Łaskawe, Suche i wilgotne). W tle pojawiają się konteksty teorii banalności zła Hanny Arendt, eksperymentów Milgrama i Zimbardo, problematyka estetyzacji ludobójstwa (rozważania w kontekście zdjęć Nhem Ena), mitologizacji oraz sakralizacji, języka a także samego zakresu pojęciowego terminu ludobójstwo.

W tym ostatnim kontekście ciekawy -- i prawdopodobnie mniej intuicyjny -- trop rozważań dotyczących tematyki ludobójstwa stanowią teksty Doroty Sobstel O nieobecności pojęcia ludobójstwa w dyskursie o Powstaniu Warszawskim oraz Piotra Tarczyńskiego Genocide - Politicide. Ludobójstwo w Argentynie: 1976-1983.

Ładunek wiedzy, trudny do przetrawienia za jednym razem. Każdy z tych tekstów to punkt wyjścia do osobnych rozważań.

Żeby zachować swoją świecką tradycję przytaczania choć fragmentu publikacji zamieszczę cytat z Jerzego Jedlickiego, który Daniel Brzeszcz zamieścił na końcu rozważań dotyczących powieści Middlesex J.Eugenidesa:
Literatura świadcząca jest osobistym oporem autora przeciw ciśnieniu koszmaru, jest wizją, ideologią i formą prywatną, często obsesyjną i z natury swej niesprawiedliwą. To należy wyraźnie powiedzieć tym krytykom, którzy raz po raz żądają od literatury miary, wagi i sprawiedliwości. Tego powinni żądać od historyków. [s. 44]
post scriptum

Chciałem to gdzieś zostawić nie do końca wiedząc gdzie powinienem to zrobić. Mój jest ten kawałek podłogi dlatego zostawię go na nim. Bez bicia się przyznaję -- nie znałem wcześniej tego wiersza Tadeusza Gajcego (z poezją jestem na bakier, zresztą z postawą ideologiczną Gajcego pewnie nie do końca byłoby mi po drodze), ale wciąż coś mnie w środku roznosi, kiedy go czytam. Tekst utworu znaleziono przy ciele poległego w trakcie powstania warszawskiego poety.
Święty kucharz od Hipciego
Wszyscy święci, hej, do stołu!
W niebie uczta: polskie flaczki
wprost z rynsztoków
Kilińskiego! [1]
Salcesonów misa pełna,
Świeże, chrupkie
Pachną trupkiem:
To z Przedmurza!
Do godów, święci, do godów,
Przegryźcie Chrystusem
Narodów!
Tadeusz Gajcy "Święty kucharz od Hipciego".

[1] Eksplozja „czołgu pułapki” na ulicy Kilińskiego w Warszawie.


Książka:
Kulturowe wymiary ludobójstwa, praca pod red. Radosław Filip Muniak, wydawnictwo Officyna, wydanie I, Łódź 2012. ISBN: 978-83-62409-29-7.