piątek, 31 sierpnia 2018

Depesze

Powiedzieć, że temat wojny wietnamskiej jest historycznie -- i kulturowo -- istotny, to jak nic nie powiedzieć (słowem: truizm). Czas apokalipsy (Apocalypse Now), Good Morning, Vietnam, Łowca jeleni (The Deer Hunter), czy -- żeby wspomnieć coś nowszego -- Byliśmy żołnierzami (We Were Soldiers) mówią same za siebie [1]. Temat jest wciąż żywy -- szczególnie w kulturze północnoamerykańskiej, co było widać w kontekście niedawnej śmierci Johna McCaina. Późniejsze konflikty zbrojne -- wojna w Afganistanie czy II wojna w Zatoce Perskiej -- nawet mimo swojej aktualności (w kontekście politycznym, kulturowym) nie przyćmiły Wietnamu.

W tym wszystkim jest też Michael Herr i jego Depesze (Dispatches). Wydane w 1977 roku, swojego pierwszego, polskojęzycznego tłumaczenia doczekały się dopiero w 2016 roku. W roku śmierci autora.

Chociaż niektórzy recenzenci (np. Rafał Hetman z CzytamRecenzuję.pl [2]) śmiało piszą o Depeszach jako o reportażu, czytając polskie wydanie miałem wrażenie obcowania z czymś pomiędzy -- ni to reportażem, ni powieścią (jakkolwiek -- co warto dodać -- klasyfikacja literatury zawsze jest śliską sprawą). Na szczęście z tych moich niepokojów wybawił mnie tłumacz, Krzysiek Majer, który tekst Herra nazwał hybrydowym [s, 305]. Przy okazji zresztą dowiedziałem się, czym jest Nowe Dziennikarstwo [3]. Zresztą -- jak się okazało -- sam autor po wydaniu Depesz ujawnił, że tekst (a nawet więcej -- jego znaczna część) zawiera elementy fikcji literackiej, stanowczo odżegnując się od przypisywania książce wartości walorów pracy dziennikarskiej.
"A lot of Dispatches is fictional. I've said this a lot of times. I have told people over the years that there are fictional aspects to Dispatches, and they look betrayed. They look heartbroken, as if it isn't true anymore. I never thought of Dispatches as journalism. In France they published it as a novel.... I always carried a notebook. I had this idea—I remember endlessly writing down dialogues. It was all I was really there to do. Very few lines were literally invented. A lot of lines are put into mouths of composite characters. Sometimes I tell a story as if I was present when I wasn't, (which wasn't difficult)—I was so immersed in that talk, so full of it and so steeped in it. A lot of the journalistic stuff I got wrong. [4]
Konwencją bawił się trochę sam autor, pisząc:
Wiedzieli, że tej wojny nie da się pokazać za pomocą konwencjonalnego dzienniarstwa, tak jak nie da się jej wygrać za pomocą konwencjonalnej siły. [s. 252]
Nie przeszkodziło to oczywiście umieścić książki Michaela Herra na liście 100 najważniejszych książek non-fiction (jak na ironię -- w dziale "dziennikarstwo" [5]).

Tak czy inaczej -- dostaliśmy do rąk książką wybitną, w świetnym tłumaczeniu Krzysztofa Majera. Dwie nominacje za tłumaczenie Depesz dla Krzyśka były z całą pewnością zasłużone [6]. W książce widziałem jedynie ślady zmagań, jakie musiał przechodzić tłumacz podczas pracy nad książką Michaela Herra, a i tak robią one wrażenie. Urzekli mnie Dzionek [s. 140] (Day Tripper) oraz Żółtek Farciarek [s. 148]. Przy okazji Dzionka warto wspomnieć o przypisach, które dodał tłumacz, pokazując dodatkowy kontekst -- a jednocześnie odsłaniając część swojego warsztatu translatorskiego.
Oryginalne przezwisko tego żołnierza, Day Tripper, to wielopiętrowa aluzja. Z jednej strony oznacza kogoś, kto jedzie na jednodniową wycieczkę, z drugiej odnosi się do przeboju Beatlesów z 1965 roku, gdzie określa raczej kogoś, kto od związków miłosnych woli przygody. W slangu narkotykowym z kolei odnosiłoby się do "niedzielnego ćpuna", okazjonalnego hipisa. [komentarz od tłumacza, s. 140]
Takich translatorskich perełek jest pełno. W pewnym miejscu narrator (Michael Herr) wspomina o podróżach z Karstenem Pragerem, pochodzącym -- najpewniej z Niemiec -- reporterem Time'a. Mowa jest o tym, że po niemieckim akcencie Pragera nie został nawet najmniejszy ślad, zamiast tego zaś mówił szorstkim, oszczędnym językiem brooklyńskich doków [s. 169]. Czytając ten fragment przed oczami stanął mi papież Benedykt XVI i jego klasyczne "pozdrawiam ciule wszystkich Polaków".
Spytałem go raz, jak to jest, że mówi po angielsku od tak niedawna, i w ogóle bez obcego akcentu. "Bo widzisz - odparł - takhe mahm szwhetne ucho do jenzykuf." [s. 169]
Depesze są spojrzeniem od środka i od dołu. Książka poświęcona jest przede wszystkim żołnierzom walczącym na pierwszej linii frontu oraz reporterom, którym Michael Herr poświęcił osobny rozdział książki (Koledzy). Dowództwo pojawia się niejako przy okazji (z konieczności), tzw. wielka historia (ofensywa Tết, morderstwo Martina Luthera Kinga [7]) -- również.
Naprawdę mnie ciekawiło, jak może wyglądać taka rozmowa, ale kiedy spytałem kilku reporterów, to zrobili się zaraz strasznie oficjalni, zaczęli coś mamrotać o "postawie Dowództwa" i patrzyli na mnie jak na wariata. Na jednego z nich chyba sam raz tak spojrzałem, kiedy mnie spytał, o czym ja tak cały czas gadam z szeregowcami; oczekiwał (jak sądzę) wyznania, że nudzę się z nimi tak samo jak on. [s. 251]
Pierwszy i ostatni rozdział zatytułowane został odpowiednio Wdech i Wydech, biorąc w klamrę całość nagromadzonych w książce emocji. Z jednej strony cóż istotnego można zmieścić między tymi dwoma kluczowymi dla ludzkiej fizjologii odruchami, niezbędnymi dla przeżycia. Z drugiej jednak -- to, co wydarzy się w tym momencie, stanie między wdechem a wydechem, będzie kluczowe dla całej egzystencji. Ważny jest zarówno sam wydech, jak i możliwość zaczerpnięcia kolejnego wdechu.

Ale tyle jest ważne jedynie z perspektywy jednostki. Herr (zgodnie z sentencją Śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka), wielokrotnie ukazuje nie tylko masowość, ale też bezsens tej wietnamskiej śmierci. Wytyka dziennikarzom, że tego jednego -- najważniejszego -- nie umieli w sensowny sposób relacjonować [s. 248-249].
I jeśli coś takiego trwało od tylu lat, że zdawało ci się, że trwa od zawsze, to kiedy w wieczornych wiadomościach mówili, że amerykańskie straty w tym tygodniu są najniższe od sześciu tygodni, raptem osiemdziesięciu zabitych, miałeś wrażenie, że dostajesz niezły rabat. [s. 249]
Obojętność wobec śmierci, która ostatecznie okazuje się przecież obojętnością pozorną, dotyka również samego autora. Zmarłego przyjaciela, który przedawkował leki, dopisuje do reszty trupów i idzie spać [s. 76].
Na poboczu leży "element wyposażenia" za dwa dolary: pałatka, którą właśnie przykryto martwego marine, ubłocona, unurzana we krwi, sztywniejąca od wiatru. (...) Idę tą drogą z dwoma czarnymi piechociarzami, i jeden z nich wymierza pałatce wściekłego, bezradnego kopa. "Wyluzuj, stary" mówi ten drugi, bez cienia jakiegokolwiek grymasu na twarzy, ani razu się nie ogląda. "Amerykańską flagę tak z buta?" [s. 133]
W domu: lat dwadzieścia osiem, czułem się jak zbudzony Rip Van Winkle. Moje serce przypominało jedną z tych małych papierowych pastylek, jakie robią w Chinach, wrzucasz taką do wody, a ona się otwiera i wyrasta z niej tygrys albo kwiat, albo pagoda. Z mojej wyrosła wojna i krzywda. [s. 290]
Przypisy:
[1] Jeżeli ktoś chce się filmowo wkręcić w temat, polecam zajrzenie do kategorii Vietnam War films na anglojęzycznej Wikipedii. Mamy tam zarówno wojnę wietnamską in carne ed ossa, ale też filmy z wojną wietnamską w tle. Lista mogłaby być jeszcze dłuższa -- nie ma np. Drużyny A (The A-Team), dla której kontekst wietnamski również był -- jakby na to nie patrzeć -- istotny.

Filmy wojenne -- czy też bardziej ich wpływ -- zostały również odpowiednio "sportretowane" przez autora Depesz.
Ciągle myślę o tych wszystkich dzieciakach, które załatwiło siedemnaście lat filmów wojennych, a potem pojechały do Wietnamu i na serio dały się załatwić. Nie wiesz, co to parcie na szkło, jeśli nie widziałeś, co niektórzy odpierdalają w walce, kiedy kawałek dalej stoi ekipa telewizyjna; oni po prostu kręcili w głowach filmy wojenne, szli w piechociarskie tany pod ostrzałem, flaki pchali ku chwale i pryszcze sobie dawali odstrzelić dla wielkich sieci telewizyjnych. Mieli nie po kolei we łbach, ale to nie wojna im to zrobiła. (...) Te pierwsze parę razy, kiedy ktoś do mnie strzelał albo widziałem śmierć na polu bitwy, nie czułem niczego szczególnego, wszystkie reakcje uwięzły w głowie. To była ta sama, dobrze znana przemoc, tylko w innym medium; jakaś zabawa w dżunglę, ogromne helikoptery i niesamowite efekty specjalne, aktorzy leżą w płóciennych workach na zwłoki, czekając, aż skończy się scena, żeby mogli wstać i rozchodzić mięśnie. Tylko że ta scena trwała i trwała (orientowałeś się po jakimś czasie) - bez żadnych cięć. [s. 242-243]
[2] W tym miejscu polecam serdecznie zerknięcie do tekstu Rafała Hetmana na temat polskiego wydania książki Michaela Herra: Depesze.
[3] Anglojęzyczna wiki odsyła -- w kontekście pisarstwa Michaela Herra -- również do pojęcia non-fiction novel, które pewnie gdzieś to Nowe Dziennikarstwo w sobie mieści.
[5The 100 greatest non-fiction books, The Guardian, 14 czerwca 2011.
[6] Co ciekawe, obie nominacje za przekład książki Depesze były z wybrzeża.


[7] O zabójstwie M.L. Kinga, co warto odnotować, Herr pisze: śmierć Martina Luthera Kinga wdarła się do świata wojny mocniej niż jakiekolwiek inne wydarzenie [s.183].

Książka:
Michael Herr: Depesze (ang. Dispatches), przekład: Krzysztof Majer, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016. ISBN: 978-83-65271-28-0.

piątek, 24 sierpnia 2018

Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Był kiedyś taki żart: Do pokoju, w którym siedzi dwóch adwokatów, wpada wzburzony facet i zaczyna krzyczeć do jednego z nich, że pies jego żony przed chwilą zaatakował jego szanowną małżonkę, pogryzł ją dotkliwie, szanowna małżonka w szpitalu z licznymi obrażeniami -- i jeżeli ten oto adwokat nie przekaże mu 30.000 PLN, to facet z miejsca rusza do sądu i zakłada sprawę w sądzie. A wtedy dopiero cała rodzinka adwokata będzie się miała z pyszna.
Adwokat chwilę myśli, po czym prosi faceta o chwilę cierpliwości, wstaje, wychodzi, wraca -- i wręcza mu rzeczone 30.000 PLN. Facet bierze pieniądze i znika.Całemu zajściu ze zdumieniem przygląda się drugi adwokat. Po wyjściu wzburzonego mężczyzny z gotówką pyta się swojego kolegi po fachu:
- Krzysiek, ale wytłumacz mi to proszę. Wpada do pokoju facet, krzyczy coś o psie, żonie, pogryzieniu... Żąda od ciebie 30.000 PLN (skąd w ogóle taka kwota?!), a ty jakby nigdy nic dajesz mu je do ręki. Przecież ty nawet żony nie masz, co dopiero mówiąc o jej psie!
Na to Krzysiek, adwokat lżejszy o 30.000 PL mówi do kolegi:
- To wszystko prawda. Faceta nigdy na oczy nie widziałem, żony nie mam, psa również. Ale wiesz, facet jeszcze gotów pójść do sądu, założyć sprawę -- a w sądzie to już nic nie wiadomo....
Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: szczęśliwi są ci, którzy mogą traktować tę historię jako mniej lub bardziej zabawną anegdotę. Im mniej dla nich zrozumiałą, tym jest dla nich lepiej.

Sprawa morderstwa Grzegorza Przemyka po pobiciu na komisariacie milicji przy ul. Jezuickiej 1/3 w Warszawie, tak samo jak sprawy zabójstw Stanisława Pyjasa oraz zamordowanego ponad rok po Grzegorzu Przemyku księdza Jerzego Popiełuszki, które swój finał miały na salach sądowych sprawiają, że puenta historyjki o dwóch adwokatach przestaje być zabawna.

Trzeba to powiedzieć na wstępie -- Cezary Łazarewicz w Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka wykonał kawał naprawdę dobrej, rzetelnej, reporterskiej roboty. Nie dziwią Nagroda Literacka Nike (2017), Nagroda Książka Historyczna Roku im. Oskara Haleckiego (listopad 2016, już za rządów Beaty Szydło) i wyróżnienie w plebiscycie studenckich nagród dziennikarskich MediaTory w kategorii ObserwaTOR (2016). Książka Łazarewicza dotarła także do finału Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (2017) [1]

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza, dłuższa część, to opis wydarzeń z 1983 oraz 1984 roku (od zabójstwa Grzegorza Przemyka do zakończenia pierwszej rozprawy). Druga część (oznaczona jako "2015") to przejście przegląd przez wydarzenia po 1989 r.

W pierwszej części naprzemiennie umieszczono rozdziały z kolejnych miesięcy (maj 1983, czerwiec 1983, lipiec 1983 itd.) oraz rozdziały poświęcone poszczególnym osobom: Barbarze Sadowskiej, Grzegorzowi Przemykowi, jego kolegom, w końcu także oskarżonym w sprawie pielęgniarzom. Ostatni rozdział drugiej części (Cichy z Czerkasów) -- domknięcie tej wieloletniej, polityczno-sądowej epopei -- poświęcony został Ireneuszowi Kościukowi. Człowiekowi, którego bezsprzeczna rola w zabójstwie Grzegorza Przemyka nigdy nie została prawomocnie osądzona.
Jelita pacjenta wyglądają jak durszlak, są poszarpane i podziurawione. [s. 21]
- Wiele razy operowałem osoby z urazami jamy brzucha, lecz takich obrażeń nigdy nie widziałem. Takie uszkodzenia powstają na skutek dociśnięcia jelit do kręgosłupa. Tu wyglądały, jakby przez brzuch tego chłopca przejechał samochód. [s. 22]
Sprawa wydaje się przesądzona. Tym razem zomowcom nie uda się wywinąć od odpowiedzialności. Zbyt dużo świadków, zbyt dużo dowodów. [s. 34]
Znakiem czasów jest rozwijanie w książce (przez autora lub wydawcę) skrótowców, które jeszcze dla mojego pokolenia są najczęściej oczywistą oczywistością, takich jak ZOMO, WRON [s. 16] czy KOR [s. 33]. Od zabójstwa Przemyka minęło już 35 lat, dzisiaj ten nastolatek byłby w wieku moich rodziców. Kolejne pokolenia sięgające po książkę Łazarewicza mogą już mieć z nimi problemy. Orła WRON-a nie pokona to dla części moich P.T. Czytelników i Czytelniczek może być już jedynie niezrozumiała gra słowna.

Tak samo jak niezrozumiała może wydawać się ta prosta z pozoru sprawa Grzegorza Przemyka.

Pułkownik Romuald Zajkowski, zaufany Czesława Kiszczaka, sprawdza sprawę na jego polecenie. Po sprawdzeniu teczek, działań operacyjnych esbecji miał stwierdzić. - To nie jest polityczna sprawa.
(...) tłumaczy Kiszczakowi, że najlepiej byłoby odsunąć od niej milicję i dać do prowadzenia jakiemuś prokuratorowi sympatyzującemu z opozycją. - Najwyżej wykryje kilku sadystów w milicji, ale to się przecież zdarza na całym świecie. [s. 50]
Także Mieczysław Rakowski (ówczesny Wiceprezes Rady Ministrów) uważał, że sprawa nie miała żadnego podtekstu politycznego (śmierć Przemyka była wynikiem sadyzmu kilku funkcjonariuszy), zaś nieukaranie odpowiedzialnych za pobicie milicjantów i ukręcenie łba sprawie miało być fatalnym błędem politycznym [s. 55].

Na tym ta sprawa mogła się zakończyć. Przeciwko oskarżeniu milicjantów występuje jednak generał dywizji MO Józef Beim, Czesław Kiszczak mu ustępuje. Przedstawia scenariusz, w którym za śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka mają odpowiadać sanitariusze z pogotowia [s. 50]. Tak rodzi się narracja, która będzie ciągnęła się przez wszystkie lata procesu w sprawie morderstwa Grzegorza Przemyka.
Na koniec apeluje do kolegów, by wzmocnili poczucie bezpieczeństwa w MO. "Jeśli to nie nastąpi, to nie wiadomo, jak milicja zachowa się przy następnej awanturze" - ostrzega Kiszczak. [s. 55]
Część osób z politycznej wierchuszki, odpowiedzialnych za tę sprawę (m.in. Czesław Kiszczak, Wojciech Jaruzelski, Mirosław Milewski) już nie żyje. Niech ich imiona pokryje wieczna infamia. Nie potrafiłem, a po lekturze książki Cezarego Łazarewicza tym bardziej nie będę potrafił, powiedzieć o nich jak Adam Michnik
– Przy okrągłym stole i wyborach zachowali się jak ludzie honoru. Chcę to powtórzyć nad grobem generała – powiedział na temat gen. Kiszczaka i gen. Jaruzelskiego naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik na antenie radia TOK-FM. Mówił też o śmierci Grzegorza Przemyka. Michnik stwierdził, że "jeżeli Kiszczak mataczył ws. Przemyka, to mataczył w dobrej wierze". [2]
Nie potrafię skomentować tych słów cenzuralnie, także nie chcę komentować ich tutaj w ogóle.

Są jednakowoż osoby, które mataczyły a dziś mają się dobrze. Być może mają też wciąż moc szkodzenia. W ramach podziękowań Cezary Łazarewicz napisał o anonimowej osobie:
Chciałbym mu podziękować za tę pomoc, ale boję się, że gdy wymienię choć jego imię, to przysporzę mu dodatkowych kłopotów, a tego bym nie chciał. [Ty wiesz, że chodzi o Ciebie. Bardzo  Ci dziękuję za wsparcie i pomoc]. [s. 309]
Dla porządku przypomnę, że w chwili pisania tych słów mieliśmy najpewniej 2017 rok, Grzegorz Przemyk nie żył od 34 lat, minęło też 28 lat od przełomu roku 1989.

Osobne miejsce w moim serduszku w związku z tą sprawą (i nie tylko!) ma Jerzy Urban -- ówczesny rzecznik prasowy Rady Ministrów. Najłagodniej potrafię go nazwać jedynie kanalią, w podorędziu mając mniej parlamentarne określenia.

Na początku składa Jaruzelskiemu propozycję przykrycia sprawy Grzegorza Przemyka taśmą kompromitującą Lecha Wałęsę [s. 54].
Stanisław Wałęsa rozmawiał (...) z Lechem o pieniądzach i bardzo przy tym przeklinali. [s. 54]
Skąd my znamy te metody, prawda?

W posiadaniu Urbana miałyby również być materiały kompromitujące samego Przemyka, jednak do późniejszego użytku, gdyż kompromitacja ofiary bestialstwa milicjantów po pobiciu na komendzie byłaby fatalnie przyjęta i zaogniłaby sprawę [s. 54]. Naciski na wyjaśnienie sprawy morderstwa nazywa zbijaniem na tragedii kapitału politycznego [s. 56] (to również skądś znamy! Nieśmiertelny tekst zamykający usta wszystkim oponentom politycznym przez kolejne dziesięciolecia). Jerzy Urban pojawia się jeszcze kilkukrotnie, m.in. przy próbie repliki na tekst mecenasa Władysława Siły-Nowickiego, odsuniętego przez władze od sprawy Przemyka (argumentem był jego podeszły wiek i konieczność przejścia na emeryturę; i tu znów znajome nam metody! [3]).
Nad odpowiedzią na list otwarty Siły-Nowickiego pracuje od kilku dni cały wydział prasowy MSW. Efekty są mizerne, bo wygląda to na politrucką agitkę, a nie na błyskotliwą szermierkę. (...) Generał Kiszczak prosi o pomoc byłego dziennikarza, ciętego felietonistę, a dziś rzecznika rządu - Jerzego Urbana. Chodzi o dodanie polotu, stonowanie ideologicznego jadu, ale też o dołożenie bezczelnemu mecenasowi. [s. 200-201]
Dziś ta kanalia, redaktor Urban, polotu dodaje tekstom w tygodniku "Nie". W życiu nie wezmę do ręki.

Sama sprawa Grzegorza Przemyka prowadzona była tak, żeby jak najmniej wyjaśnić -- jak najbardziej zaś zaciemnić obraz. Zaczynając od okazania milicjantów Cezaremu F. [4].
Komenda bardzo starannie wyselekcjonowała pozorantów. Wybierał plastyk z Zakładu Kryminalistyki KGMO na podstawie zdjęć tych, którzy brali udział w biciu na Jezuickiej. Miał dobrać osoby najbardziej podobne pod względem wzrostu, wagi, budowy ciała. Dla większego utrudnienia wszyscy, niezależnie od posiadanych stopni, zostali ubrani w jednakowe mundury, podobnie ostrzyżeni i uczesani. (...) Jest ich aż sześćdziesięciu. [s. 82]
Nękano oraz kompromitowano Barbarę Sadowską i osoby z nią związane, rozpracowywano pielęgniarzy, którzy wieźli karetką pobitego Grzegorza Przemyka -- później oskarżając ich o pobicie Przemyka, choć nie do końca było możliwe ustalenie, jak w zasadzie tego dokonali [5]. Przez szereg manipulacji oraz szantaż doprowadzono do sytuacji, w której dwaj niewinni sanitariusze (Jacek Szyzdek i Michał Wysocki [6]) oskarżali się nawzajem o zabójstwo Przemyka.
W trakcie szarpaniny Szyzdek złapał go chwytem za głowę.
Prokurator Gonciarz: - Na czym ten chwyt polegał?
Wysocki: - Nie mogę, panie prokuratorze. Jacek płacze.
Szyzdek: - Co robię?
Wysocki: - Nie wiem. Łzy z oczu ci lecą.
Prokurator: - Nie przerywajcie, panowie. Nie przerywajcie. [s. 211]
Inną z propagandowych wersji miała być historia o tym, że krzyki podczas bicia, które słyszał Cezary F., miały być odgłosami karate, które wydawał walczący z milicjantami Grzegorz Przemyk [s. 58]. Tę wersję mamy zawdzięczać profesorom Józefowi Borgoszy i Włodzimierzowi Szewczukowi. Być może źródłem teorii była obecność na placu Zamkowym (gdzie zatrzymano Przemyka) Piotra Kadlčika, który sam trenując przez lata sztuki walki miał podejmować próby nauki Grzegorza Przemyka. Ten jednak był długi, chudy, w ogóle nie wysportowany i bez żadnej koordynacji ruchowej [s. 154]. Ale komunistycznej propagandzie tyle wystarczyło.

Wiktor Woroszylski, który po pobiciu Grzegorza Przemyka wysłał list do Mieczysława Rakowskiego [s. 32-33] (Kiszczak za ten list domagał się postawienia go przed sądem za bezpodstawne oskarżanie władzy [s. 167]), staje się ofiarą szykan -- również przez oficjalne media, pełniące funkcję tuby rządowej [7]. W czerwcu 1984 r.  dostaje anonima z wyzwiskami. Język zdumiewająco podobny do tego, jakiego możemy uświadczyć na różnych forach internetowych. Zdumiewające, że mimo upływu tylu lat nawet "argumenty" podobne do tych dzisiejszych.
Ty wszawa gnido - pisze anonim. - Na naszą milicję potrafisz pisać skargi, a dlaczego nie piszesz na gestapo, o Niemcach i ich wyczynach, jak mordowali twoich braci w gettach, w obozach zagłady. Ty pierdolony wyrodku, nasza milicja powinna lać takich gnojków jak ty i tobie podobni, a nie głaskać was. (...) Wy pierdolone płatne pachołki dolarowe, jak wam się nie podoba w tej naszej ojczyźnie, to wypierdalajcie do Kohla i Reagana. Ty zdrajco naszego narodu, ty wszo na ciele naszej ojczyzny. [s. 257]
Tyle lat, a tak niewiele się zmienia w retoryce "prawdziwych patriotów".

Całość można domknąć klamrą, jaką jest wywiad Macieja Tomaszewskiego z Łazarewiczem [8] -- jeden z wielu tekstów, będących pokłosiem sukcesu jego książki. Kilka zdań z tego wywiadu nieźle podsumowuje nie tylko to, co działo się w pracy nad książką, ale także rzeczywistość popeerelowskiego państwa, które nijak ze zbrodnią nie potrafi sobie poradzić. Cezary Łazarewicz mówi m.in.:
Myślałem, że mi wszyscy będą chcieli pomóc. Było przeciwnie – niewiele osób mi pomogło. [8
(...) mieudolność państwa i wymiaru sprawiedliwości sprawiła, że ta sprawa się przedawniła. (...) Śledztwo trwało kilkanaście lat i w końcu zostało umorzone w 2012 r. z powodu przedawnienia. To świadczy o zupełnym bezwładzie państwa. [8
W 1990 r. śledztwo w sprawie śmierci Przemyka zostało wszczęte, a wyrok w pierwszej instancji zapadł w 1997 r. Siedem lat! Ci, którzy czekali na ten wyrok, sami siebie przekonywali, że musi to długo trwać, bo to nie PRL. Bardzo się zdziwili, gdy zapadł wyrok uniewinniający Ireneusza Kościuka, zomowca, który bił Przemyka. Czułem się tak, jakby nam wszystkim ktoś w pysk strzelił. To było trudne do zaakceptowania. Co tu dużo gadać, III RP nie poradziła sobie z tymi wszystkimi politycznymi śmierciami z lat 70 i 80. Ani z Pyjasem, ani z Przemykiem, ani z Popiełuszką. [8]
Czułem się tak, jakby nam wszystkim ktoś w pysk strzelił. Częste uczucie w tym państwie, choć nie zawsze aż tak dosadne, jak w sprawie Przemyka.

Cezary Łazarewicz (przynajmniej chwilowo) przywrócił zbiorową pamięć -- nie tylko o Przemyku, ale też o Barbarze Sadowskiej (z którą los mnie tak dziwnie, biograficznie splótł). I o Leopoldzie Przemyku, choć w tej historii, jak i w samej książce, ciężar jest przesunięty na Barbarę (śmiertelnie zranioną matkę Polkę i siostrę Hioba [s. 299]). Polskojęzyczna Wikipedia zna Barbarę Sadowską, link do strony Leopolda Przemyka pozostaje czerwony.

4 grudnia 2013 roku w Warszawie Leopold Przemyk umiera [9] (w książce jego druga żona mówi o śmierci w końcu listopada 2013 r. [s. 301]). Tak czy inaczej, dzieje się to krótko po tym, jak 17 września 2013 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka (na wniosek Leopolda Przemyka) stwierdza przewlekłość postępowania w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka [s. 300].

A nadużycia władz władzy były, są i będą. Jedyną różnicę zrobi nam to, jak wobec nich zachowa się władza -- aparat przymusu, aparat sprawiedliwości, kręgi rządowe.

Czy któryś z tych dwóch adwokatów w pokoju zdecyduje, że zamiast dać nieznajomemu 30.000 PLN, zdecyduje się skierować sprawę do sądu. Wierząc w sprawiedliwość.
Materiał Wojciecha Bojanowskiego o śmierci Igora Stachowiaka na komisariacie Wrocław Stare Miasto pokazano w TVN24 w maju ub.r. Ujawniono w nim nagranie z kamery w paralizatorze, którym policjanci razili Stachowiaka w toalecie. (...)
Kilka dni po jego emisji odwołano komendanta wojewódzkiego policji na Dolnym Śląsku i jego zastępcę oraz komendanta miejskiego policji we Wrocławiu. Ponadto utworzono specjalny zespół kontrolny mający wyjaśnić działania policji w tej sprawie [10].
Sprawiedliwość królewska jawi się jako sprawiedliwość zbrojna. Karzący winnego miecz jest tym samym mieczem, który spada na wrogów. [11].

Przypisy:
[1] Wśród nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego w 2017 r. -- poza Cezarym Łazarewiczem -- byli m.in. Monika Sznajderman ("Fałszerze pieprzu"), Witold Szabłowski ("Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia"), Justyna Kopińska ("Polska odwraca oczy"), Martin Caparrós ("Głód"). Ostatecznie zwycięzcą okazał się Rana Dasgupta ("Delhi. Stolica ze złota i snu"). Konkurencja była naprawdę mocna.
[2] Szokujące słowa Michnika o Kiszczaku, Fakt24pl, 9 listopada 2015.
[3] Emilia Świętochowska: Wiek emerytalny dla sędziów Sądu Najwyższego do zmiany, czyli odmładzanie składu, Gazeta Prawna, 3 kwietnia 2018.
[4] Zastanawiałem się w czasie lektury, skąd to "F" czy nazwisku głównego świadka w sprawie morderstwa Grzegorza Przemyka. Sprawę wyjaśnił sam Cezary Łazarewicz w wywiadzie, którego udzielił Maciejowi Tomaszewskiemu: Zbrodnia w PRL, bezkarność w III RP. "Czułem się tak, jakby nam wszystkim ktoś w pysk strzelił" (Magazyn TVN24) -- Cezary F. sam chce być F. i pozostać nadal anonimowy. Nazwisko w sieci można znaleźć, ale przynajmniej tutaj uszanuję jego wolę.
[5] Jedną z wersji było pobicie chłopaka w Fiacie 125p Combi. Kto jeździł, temu nie trzeba zanadto tłumaczyć absurdalności tego zarzutu -- biorąc pod uwagę skalę obrażeń. Nawet milicyjne eksperymenty, które miały udowodnić tę wersję, niewiele były w stanie wykazać.
[6] Po sukcesie książki Cezarego Łazarewicza temat zabójstwa Grzegorza Przemyka ruszył na nowo, a dziennikarze zaczęli ponownie (po latach) dobijać się do postaci z tego dramatu. Jedną z osób, które po latach wydobyto z cienia, był pielęgniarz Michał Wysocki. Trenował boks, karate, był zawodnikiem klubu kulturystycznego [s. 86]. Idealny kandydat na oskarżenie o pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Nawet na zdjęciach po latach wygląda na świetnie zbudowanego i wysportowanego faceta. Wywiad z nim przeprowadziła Magdalena Ragimonti: Sanitariusz wrobiony w śmierć licealisty: Miałem nadepnąć Przemykowi na brzuch... (Dziennik.pl, 13.02.2016).
[7] Część artykułów (np. do Życia Warszawy czy Trybuny Ludu) była pisana bezpośrednio przez funkcjonariuszy państwowych -- państwowa propaganda imitowała tym samym materiały prasowe. Teraz przynajmniej nie trzeba się aż tak kamuflować. Mediaworkerzy -- żeby nie nazywać ich już dziennikarzami -- dwoją się i troją za swoją opcją.
[11] Michel Foucault: Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, s. 50.

Książka:
Cezary Łazarewicz: Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017. ISBN: 978-83-8049-616-3.

piątek, 17 sierpnia 2018

Syrop z piołunu. Wygnani w akcji "Wisła"

Nadrabiam zaległości książkowe (szczególnie reportaże od Czarnego, które tłoczą mi się na półce). Wróciłem przy tej okazji do Pawła Smoleńskiego [1], chociaż to taki powrót nie-powrót. Jest trochę jak zawsze -- autor pozostawia z przeświadczeniem nieoczywistości. Ale jest też trochę gorzej, bo zamiast opisywać "dalekie krainy" autor zmaga się z własnym krajem, własną historią -- czyli w jakiejś części sam ze sobą. Uwiera bardziej niż zwykle.

Być może trochę tak, jak u Tuwima z  My, Żydzi polscy
Polak - bo moja nienawiść dla faszystów polskich jest większa niż faszystów innych narodowości. I uważam to za bardzo poważną cechę mojej polskości. [2]
Albo u Tomasza Arciszewskiego, którego słowa wykorzystuje na początku autor.
Nacjonalizm polega na tym, żeby inne narody doprowadzić do takiego szału, iżby nacjonalistyczna reakcja na ten szał wydawała się uprawnioną. [s. 6]
Do relacji polsko-ukraińskich pasuje jak znalazł.

Po II wojnie światowej w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej wygnania, przesiedlenia i uchodźstwo były niemal tak powszechne, jak śmierć, którą było jeszcze wokół czuć. Dlaczego Polska miałaby odstawać od ówczesnej mody? [s. 9] -- pyta retorycznie autor. Wielkie przesuwanie granic, które stało się polskim udziałem (przede wszystkim jednak za polskimi plecami, o czym przypomina zresztą wspomniana wcześniej postać Tomasza Arciszewskiego) miało swoje wymierne konsekwencje, także społeczne.

Granice były wyznaczone, ale jeszcze bez większej wiary w ich trwałość. W tych okolicznościach państwo polskie (jeszcze Rzeczpospolita Polska, ale już przecież niebawem Polska Rzeczpospolita Ludowa) zmagało się na swojej południowo-wschodniej granicy z pozostałościami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Pamięć o rzezi wołyńskiej była świeża. Mimo tego, że pacyfikacja oddziałów ukraińskich trwała już od dłuższego czasu, państwo polskie postanowiło przeprowadzić akcję „Wisła”.

Główny wróg interesów Polski i Ukrainy był co prawda wspólny, a UPA -- jak wskazuje historia -- mogła nie być taka zła, jeśli tylko w grę wchodziły wspólne interesy. Ale atak na Hrubieszów był jeden, inne wspólne akcje zapewne mniej spektakularne -- a pamięć wzajemnych krzywd zbyt silna.
Nasza wspólna historia obfitowała w różne momenty, choć niestety, wyróżniającą się jej cechą była głupota. Na naszej głupocie korzystali sąsiedzi, celowo podsycając napięcia, prowadząc taką politykę, by między Ukraińcami i Polakami nie było zgody. [Lubomyr Huzar, s. 71]
Czytając opisy, których Paweł Smoleński P.T. Czytelnikowi / Czytelniczce nie oszczędza, można byłoby się zagubić. Usuwając nazwy i dane nie poznał/-a by, o której stronie mowa. W szale zabijania zawsze ginęli bezbronni.
We (...) zabito sto dziewięćdziesiąt siedem osób, w większości (...). Mordu dokonał (...). (...) Żołnierze gwałcili kobiety, strzelali w głowy dwuletnich dzieci, zrzucali ze schodów osiemdziesięcioletnich starców. [s. 65]
Wiesz już o kim mowa? I czy jeżeli się dowiesz, to zrobi to dla Ciebie jakąkolwiek różnicę?
Gniew sam się nakręcał. [s. 61]
Tytułowy piołun ma działanie toksyczne. Zawarty w nim tujon wzmaga czynność kory mózgowej, powoduje niepokój ruchowy i podniecenie psychiczne, mogące prowadzić do psychoz; nadto izomer tujonu – absyntol działa silnie drażniąco. Piołun spożyty działa głównie na układ nerwowy (...). [3]

Wzajemnym zbrodniom miała postawić kres akcja „Wisła” (nazywana również akcją „W”; cóż za chichot złośliwego losu).
Nikt nie pytał o lojalność Ukraińców wobec Polski Ludowej. Każdy był wrogiem. Wywożono więc członków PPR, funkcjonariuszy milicji i Urzędu Bezpieczeństwa, byłych żołnierzy Armii Czerwonej i Wojska Polskiego, partyzantów Armii Ludowej, a wśród nich - tak, tak - kombatantów walk z UPA. [s. 27]
Paweł Smoleński -- na podstawie meldunków, raportów -- wskazuje, że po 1945 r. sytuacja niedobitków z UPA pogarszała się. Choroby zakaźne, pijaństwo, grabieże, dezercje, niesubordynacje [s. 94].
To już nie była partyzancka wojna, ale "dorzynki". Nikt nie zadzierał nosa, a jeśli, to świadomie kłamał. [s. 95]
Działania Wojska Polskiego, w tym utworzonej w 1945 r. formacji Wojsk Ochrony Pogranicza, stopniowo eliminowały partyzantów. Zjednoczenie sił przez WiN (czy może raczej AK?) oraz UPA w maju 1946 r. być może wskazywało nie tylko na dobrą wolę współpracy, ale też słabnące siły poszczególnych oddziałów (w czasie II wojny zdarzało się przede wszystkim samo "zawieszanie broni", czy raczej świadome ignorowanie wrogiej partyzantki w imię walki ze wspólnym, mocniejszym przeciwnikiem). Autor posuwa się do porównania stanu emocjonalnego tych meldunków do świadectw obrońców Czerniakowa z ostatnich dni powstania warszawskiego. Za mocno? Niektórym się to nie podoba.
Przywołanie wspomnień pokonanych, złachmanionych upowców i zestawienie ich z powstańcami warszawskimi ostatnich dni zrywu może wyłącznie zrazić bardziej wyczulonego czytelnika. [4]
Widocznie wyczulony nie jestem.
Autor nie porównuje działań, celów, okoliczności. Gdzieżby śmiał. Dorośli P.T.Czytelnicy i Czytelniczki dobrze wiedzą, z czym musiałby się autor na łby pozamieniać żeby dokonywać takich porównań. 
Autor porównuje stany emocjonalne -- brak poczucia sprawczości, wszechogarniającą beznadzieję, znalezienie się w sytuacji bez wyjścia. Te uczucia nie są w żaden sposób zależne od szlachetności lub podłości podejmowanych działań.

Poza tym były miejsca, które -- zdaniem autora -- świadczyły o tym, że chodziło głównie o wywózkę. UPA udałoby się spacyfikować samymi metodami wojskowymi.
(...) nikt w Rzeczycy nie organizował spółdzielni rolnej, posterunku Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, Samopomocy Chłopskiej. Wsi nikt nie chronił, bo i po co, skoro trzeba było się skupić na deportacjach. Została wnet spalona przez UPA, jak wiele innych wysiedlonych poukraińskich wsi. Ormowców zabito, a osadników wygnano. Nikt o tym nie napisał, ponieważ deportacja załatwiła definitywnie sprawę Rzeczycy. [s. 109-110]
Czy napisano o Rzeczycy jeszcze przed akcją? Reportaże i część zdjęć z akcji „Wisła” opublikowano przed rozpoczęciem wywózki. Akcja opóźniła się o kilka dni, materiały były już gotowe, cykl wydawniczy zaś -- bezwzględny [s. 68, s. 109-110].

Tło, samą akcję -- w tym deportacje -- opisuje dr Artur Brożyniak, pracujący w rzeszowskim oddziałem IPN.
Przesiedlani mogli ze sobą zabrać żywy inwentarz, podstawowy sprzęt rolniczy, naczynia kuchenne, pościel, zapas żywności na drogę i odzież. Każdy kto został we wsi był traktowany jako członek OUN lub UPA. Bezpośrednio po opuszczeniu rodzinnych domów wysiedlani pod eskortą wojska trafiali do punktów zbornych. Tam przebywali od 12 do 48 godzin. W dużych punktach, w sporadycznych przypadkach, czas wydłużał się nawet do kilku dni. Przy dłuższym oczekiwaniu był zapewniony ciepły posiłek. [5]
Pełna kultura, istny raj.

A później wnikamy w szczegóły. W wywiadzie nie znajdziecie ani słowa o relacjach Piłsudskiego i Petlury (i zawiedzionych, ukraińskich marzeniach o niepodległości). Nie znajdziecie też słowa o "polskim kulturkampfie": trwającej dwa miesiące (latem 1938 r.) akcji burzenia prawosławnych cerkwi, kaplic i domów modlitewnych na Chełmszczyźnie i Lubelszczyźnie.
Świątynie niszczyli żołnierze i policjanci, sekundowali im państwowi urzędnicy najwyższych szczebli i wielu zwyczajnych obywateli. Bezczeszczono ikony. Cegłę sprzedano, drewno z rozebranych dzwonnic szło na opał. Wszystko w majestacie II Rzeczypospolitej. [s. 34]
Nie znajdziecie informacji o polonizacji urzędów, zamykaniu tajnych, ukraińskich uniwersytetów. Nie znajdziecie nic o polskich błędach w kwestii Wielkiego Głodu. Słowem: nie znajdziecie nic o trudnych, polsko-ukraińskich relacjach [6]. Przypadkiem udało się je wszystkie zbiorczo przemilczeć.
Wybuchła wojna i skończyła się Polska burząca cerkwie. [s. 36]
Kiedy przyjrzymy się samym wysiedleniom również może okazać się, że rzeczywistość rozjechała się z obrazem nakreślanym przez Artura Brożyniaka.
Bo i o co się handryczyć? O chorych wynoszonych z domów w łóżkach, ponieważ do deportacji kwalifikowali się wszyscy Ukraińcy? O brak opieki medycznej i głód w transportach? (...) O gwałty w punktach zbornych i na stacjach zakładowych? Słynął z tego Przeworsk, gdzie bicie, rozbieranie kobiet do naga i gwałty należały do metod przesłuchań; jeśli jakaś się broniła, znaczy, że była banderówką, i wieziono ją do obozu koncentracyjnego w Jaworznie. Spalono kilkadziesiąt wysiedlonych wsi. Niszczono cerkwie. Polscy cywile, ale też żołnierze, milicjanci i ubowcy rozkradali majątek deportowanych, kiedy ci stali pod karabinami tuż za progiem własnych domów. Niektórych funkcjonariuszy postawiono za to przed sądem [s. 100]
Do deportacji Polacy wykorzystywali niemiecką infrastrukturę obozową z czasów II wojny światowej -- Bełżec (gdzie nadal śmierdziało spalonymi ciałami [s. 107] a stacja kolejowa była przygotowana na deportacje [s. 104]), Oświęcim, Jaworzno (nie minął miesiąc od końca niemieckiej okupacji, a w niemal nietkniętej infrastrukturze karceru zaczęto znów zamykać [s. 113] i kierować do przymusowej pracy [s. 114]).

Zdaniem wspomnianego wcześniej A.Brożyniaka w literaturze ukraińskiej Jaworzno kłamliwie nazywana się obozem koncentracyjnym. [s. 139]. Jak widać dla pracownika rzeszowskiego IPN więzienie, przymusowa praca oraz katowanie w Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie to zbyt mało.

O złym traktowaniu uwięzionych w obozie pisała nadzorująca go kanalia (prokurator wojskowy Oskar Karliner) (sic!) [s. 115-117]. O złym traktowaniu pisał w 1956 r. Juliusz Hübner [s. 144]. W tym wszystkim nic zdrożnego nie zobaczyli ani Artur Brożyniak, ani Bronisław Łagowski [s. 140-143] [7], ani Czesław Partacz [s. 143-144] [8].
Na podstawie otrzymanych danych z województw Szczecin i Gdańsk stwierdzić się zdaje, że katastrofalna sytuacja gospodarcza i ekonomiczna ludności ukraińskiej może w najbliższym okresie wywrzeć złe skutki na bezpieczeństwo tych terenów, szczególnie w województwie Gdańsk. (...) Przesiedleńcy pod wpływem nędzy mogą być skłonni do bandytyzmu, jak i wystąpień antypaństwowych. [s. 151]
- tak po akcji "Wisła" pisało dowództwo Okręgu Pomorskiego wojska. W 2002 r. profesor Łagowski zaś pisał:
Gdyby władze chciały się na ludności ukraińskiej mścić, nie przenosiłyby jej z gorszych warunków do lepszych. Ludność polska z własnej woli przesiedlała się na ziemie zdobyte (odzyskane – według dawnej terminologii) i tę zmianę uważała za polepszenie swojego losu. [7]
Pion śledczy IPN nie uznał akcji "Wisła" (mimo wszystkich przesłanek prawnych [s. 204]) za stalinowską zbrodnię przeciwko ludzkości. Nie było to -- zdaniem prokuratora -- "poważne prześladowanie" [s. 205].
Ten sam urzędnik, który uznał akcję "Wisła" za legalną, prowadził też śledztwa w sprawie sowieckich deportacji Polaków na Syberię i do Kazachstanu. Kwalifikował je jako zbrodnie komunistyczne i zbrodnie przeciwko ludzkości. [s. 206]
Ponad dwie dekady temu mogło się wydawać, że bolesna przeszłość odchodzi w imię pojednania [s. 120] Nawet papież nie pomógł. [s. 196-197] [9].
Było więc w czasie ukraińskiej pielgrzymki Jana Pawła II wszystko, co trzeba: wielki autorytet mówiący o potrzebie wybaczenia i prawdy, deszcz - symbol, niczym łzy nad paskudną historią, euforia tłumów. Kłopot w tym, że Jan Paweł II ma w Polsce najwięcej pomników, najwięcej ulic nosi jego imię, ale nauki, które głosił, należą do najbardziej lekceważonych. [s. 197]
Jakoś mnie to nie dziwi.

Przypisy:
[1] Inne książki Pawła Smoleńskiego, z którymi mogli zapoznać się P.T. Czytelnicy i Czytelniczki na blogu: Arab strzela. Żyd się cieszy (wpis z 11 czerwca 2013); Irak. Piekło w raju (wpis z 14 maja 2015); Izrael już nie frunie (wpis z 28 maja 2015).
[2] Cytat z Tuwima za 161infocafe, bo akurat tego tuwimadła pod ręką nie miałem.
[3] Hasło bylica piołun na polskojęzycznej stronie Wikipedii (stan z 17 sierpnia 2018).
[4] Filip Rudnik: Jeszcze nie jest za późno. O „Syropie z piołunu” Pawła Smoleńskiego, Kultura Liberalna, 9 stycznia 2018.
[5] Artur Brożyniak: W wyniku akcji "Wisła" UPA pozbawiona została źródła zaopatrzenia, dzieje.pl, 27 kwietnia 2017.
[6] Zdecydowanie lepiej sięgnąć o tekst Tomasza Turejko II RP nie lubiła Ukraińców? (Klub Jagielloński, 10 października 2016 r.). Warto przeczytać, choć z wnioskami mógłbym polemizować.
[7] Bronisław Łagowski: Akcja „Wisła” była słuszna, Przekrój, 29 kwietnia 2002.
[8] Czesław Partacz: Akcja „Wisła” – banderowcy mordowali, Polacy wysiedlali, Przekrój, 23 kwietnia 2017.

Książka:
Paweł Smoleński: Syrop z piołunu. Wygnani w akcji "Wisła", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 201X. ISBN: 978-83-8049-600-2.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Każdy został człowiekiem

Za każdym razem, kiedy skończę czytać książkę, muszę się przez chwilę dobrze zastanowić nad tym, po którą książkę sięgnąć w dalszej kolejności (najczęściej robię to stojąc bezradnie przed regałem, przeglądając okładkę po okładce). Tym razem było inaczej -- po Punktach za pochodzenie Agaty Zysiak książka Piotra Nesterowicza Każdy został człowiekiem wydała mi się dobrym pomysłem na pociągnięcie tematu. Nawet wspominany u Agaty Zysiak prof. Józef Chałasiński dogonił mnie w tej pracy, stając na czele grupy redagującej Młode pokolenie wsi Polski Ludowej, które było dla Piotra Nesterowicza punktem wyjścia.

Waga gatunkowa (praca naukowa vs reportaż) zdecydowanie inna, ale nie pomyliłem się -- praca Agaty stanowiła świetny, teoretyczny punkt odniesienia do reportażu P.Nesterowicza. Szczerze mówiąc sprzedawałbym je w pakiecie i polecał lekturę w tej właśnie kolejności.

W ramach reportażu zanurzymy się w życie czwórki młodych ludzi -- Reginy, Mariana, Jana i Adeli oraz historii kilku innych ludzi, które zostały z nimi powiązane [1]. Ich biografie łączą przede wszystkim cztery rzeczy -- dzieciństwo przeżyte w cieniu wojny, dorastanie przypadające na burzliwą dekadę lat 50., życiowa ambicja oraz niezaprzeczalny awans społeczny, który staje się ich udziałem.

Przeplatające się historie zostały uporządkowane -- co do zasady [2] -- chronologicznie w ramach czterech rozdziałów:
  • 1951-1952. Dziś wykujemy nowego człowieka
  • 1953-1955. Świat u naszych stóp
  • 1956-1958. A więc tak wygląda życie?
  • 1959-1960. Trzeba zachować marzenia
Szybko i łatwo chłonęli serwowane przez PeeReLowskie władze treści. Tym bardziej, że obiecywały one pokój (którego tak bardzo im brakowało w dzieciństwie przeżytym w wojnie i biedzie), sprawiedliwość społeczną oraz szanse dla takich, jak oni. Przeciw ich rosnącym z każdym rokiem ambicjom stawała nie tylko doskwierająca bieda, ale także ich najbliżsi, którzy nie rozumieli budzącego się w nich entuzjazmu.
- Idź do roboty, to ci pomoże - mówi matka
Nigdy nie rozumiała, że dla Reginy poza nauką nie ma życia. [s. 7]
Zresztą nawet gdyby rodzice Reginy mieli w co się ubrać, na wywiadówki i tak by nie przychodzili. Nie chcieli, żeby się uczyła. Ojciec nieustannie powtarzał, że jemu, analfabecie, żyje się całkiem dobrze. Zupełnie nie rozumiał ambicji córki. [s. 10]
Marian (ścieżką Agaty Zysiak: w ramach dewiacyjnego modelu kariery [3]), zrywając z reprodukcją swojego habitusu, idzie do liceum.
Nadzwyczaj łatwo przyswaja sobie język partyjnych liderów, który młodzieżowa przybudówka PZPR-u chętnie kopiuje. (...) "Planowaną produkcją dobrych uczynków", "współzawodnictwem w wynikach", "dyktaturą proletariatu" i "frontem walki ze spekulantami" rzuca równie często, jak słowami "aktyw" i "kolektyw". [s. 14-15]
Otaczająca rzeczywistość mówi im wprost. To jest czas ludzi pracy, pracą można dość tak daleko, jak tylko się chce. A praca obca im nie jest.

Drogą edukacyjną, którą często obierają, jest liceum pedagogiczne (o którym m.in. marzyła Regina [s.10]). Jak już wiemy z książki Agaty Zysiak, w praktyce prawie wszyscy rozmówcy (profesorowie) o chłopskim pochodzeniu kończyli licea pedagogiczne [4], realizując tym samym ścieżkę edukacyjną z tzw. bezpiecznym wyborem zawodowym [5] (edukacja średnia, gwarantująca późniejszą pracę jako nauczyciel -- w ramach trzyletniego nakazu pracy). Wybór ten był podyktowany często także ich wcześniejszymi doświadczeniami życiowymi -- nauczanie stawało się dla nich sposobem na przeżycie. Dodatkowo potrzeba nauczania mogła być w ich świadomości związana z potrzebą odpłacenia społeczeństwu za szansę, jaką -- w ich mniemaniu -- od niego otrzymywali. Relacja łącząca Adelę i młodszą od niej Halinkę jest pod tym kątem znamienna.
Adela widzi zbyt wiele dziewczyn, którym konieczność pracy na roli i wczesne małżeństwo niszczą życie i zdrowie. Dlatego kiedy spotyka Halinkę na ulicy, namawia ją, żeby wstąpiła do sekcji kobiet. [s. 200]
Dzieci -- często niepiśmiennych -- mieszkańców wsi, zdobywają wiedzę, o jakiej nie śniło się ich rodzinom. Wiedzę niejednokrotnie mocno zideologizowaną (choć wtedy, to już bardziej "wiedzę"); są na to zupełnie nieprzygotowani i wobec tego całkowicie bezbronni.

Nie ma wątpliwości. Oto wykuwa się nowy człowiek: z nieskazitelnym światopoglądem, żelazną wolą, gotowy do poświęceń i wolny od niepokojów. Taki jak posągi i płaskorzeźby na fasadach nowych warszawskich domów. [s. 47]
Janowi szczególnie podobają się lekcje biologii. (...) Bez zająknięcia mógł przytoczyć najważniejsze tezy z historii doktryn biologicznych i ich powiązania z dawnymi ustrojami: zastój, a wręcz degradacja nauki w czasach niewolnictwa i feudalizmu; eksplozja postępu w XIX wieku dzięki zdefiniowaniu marksizmu; wreszcie twórczy darwinizm, czyli najbardziej zaawansowane teorie Trofima Łysenki i Iwana Miczurina. (...) Wygłasza referat o błędach zachodniej genetyki formalnej, której nie uznaje się w krajach bloku komunistycznego. [s. 39; por. także s. 100]
Basia wzdycha wzruszona. - Jakże byłam dumna, że ja, córka zwykłego chłopa, mogę tu, w Warszawie, ślubować Polsce miłość, wierność i oddanie. [s. 89]
Dzięki pracowitości i oddaniu robią szybkie kariery zawodowe, uzyskują -- de facto -- stanowiska kierownicze chwilę po ukończeniu techników. Padają ofiarami braku wiedzy, doświadczenia oraz naiwnej wiary w system. O ich miejscach decyduje także ich zaangażowanie w struktury Związku Młodzieży Polskiej czy Powszechnej Organizacji „Służba Polsce”. W ramach tej drugiej organizacji niejednokrotnie trafiają do miejsc, które -- wbrew komunistycznej narracji (włączenie twórczego zapału młodego pokolenia do pracy nad rozwojem sił i bogactwa narodu [s. 72])-- przypominają obozy pracy przymusowej [s. 90].
Maj 1953 roku.
Marian:
- Jestem ostrzyżony na jeża i zakładam mundur junaka Służby Polsce.
Koledzy z ZMP:
- Przystępujemy do matury. [s. 82]
Czerwiec.
Marian:
- Ładuję kamienie na koleby i walczę o zachowanie resztek godności.
Koledzy:
- Odbieramy świadectwa dojrzałości. [s. 83]
Lipiec.
Marian:
- Dłonie mam popękane, na całym ciele liszaje i czyraki.
Koledzy z ZMP:
- Od opalania się nad brzegiem Sanu schodzi nam skóra na plecach. [s. 84]
Śmierć Józefa Stalina, Bolesława Bieruta (który zjadł ciastko z Kremlem [s. 144]) oraz gwałtowne przemiany 1956 roku (w tym Poznański Czerwiec) spadają na nich jak grom z jasnego nieba. Mają zaledwie nieco ponad dwadzieścia lat, a z dnia na dzień zostaje zanegowane niemal wszystko, czym dotychczas żyli, czym ich dotychczas karmiono.
Marian nie rozumie, dlaczego Edward Ochab, wybrany na pierwszego sekretarza PZPR po Bolesławie Bierucie, pozwolił na ujawnienie treści dokumentu [O kulcie jednostki i jego następstwach - JG]. Przecież ten sam Ochab trzy dni po śmierci Stalina mówił w audycji radiowej, że orle oczy radzieckiego przywódcy patrzyły daleko w przyszłość, która nie miała dla niego tajemnic. [s. 143]
O tekście Jerzego Urbana Wyznania nawróconego cynika [6] słyszał i nawet nie zamierza analizować słów, które poniżają organizację. [s. 145]
Agata Zysiak: Punkty za pochodzenie (...) s. 292.
Częściowo jednak zachowują wiarę w system, który dał im szansę na awans społeczny. Przywołując schemat modelu kariery akademickiej Agaty Zysiak (trajektorię biografii akademickiej), jednym z wyróżników biografii osób z awansu był sentyment wobec PRL. Podsumowując słowa przypisane przez autora Janowi można by uznać za Józefem Piłsudskim, że naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.
- Gdyby można było ułożyć życie według czystych zasad naszego ustroju, wszystko by działało. Ale zasady przechodzą przez drabiny różnych instancji i zanim dotrą do prostego człowieka, zostają wielokrotnie wypaczone. [s. 198]
W systemie, który tak samo jak i wcześniejsze oraz późniejsze układy społeczno-polityczne, premiował lepiej uposażonych [s. 11], w tym "kulturowych kapitalistów" [7], część osób doświadczyła tego, co w międzywojniu mogło stanowić jedynie wyjątek, cud - a miało stać się normą [8]. Choć (jak zaznacza autor) nie jest to obraz grupy reprezentatywnej, opis obiektywny - ani tym bardziej kompletny [s. 227].
Każdy został człowiekiem - taki tytuł nosi jeden z pamiętników. [s. 229]
Przypisy:
[1] O szczegółach konstruowania narracji, jak również o ukrytych w niej narracyjnych manipulacjach dowiemy się zamieszczonym Posłowiu. Także warto sięgnąć również do tej części, żeby przyjrzeć się zarówno motywom, jak i autorskiej kuchni.
[2] Znów muszę odesłać do Posłowia, które wyjaśni P.T. Czytelnikowi / Czytelniczce, że to nie tak do końca z tą chronologią.
[3] Agata Zysiak: Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście, Zakład Wydawniczy NOMOS, Kraków 2016 r., s. 262.
[4] Ibidem, s. 263.
[5] Ibidem, s. 292.
[6] Jerzy Urban, Wyznania nawróconego cynika, „Po prostu” 1956, nr 1.
[7] Agata Zysiak, op.cit., s. 234.
[8] Ibidem, s. 223.

Książka:
Piotr Nesterowicz: Każdy został człowiekiem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016. ISBN: 978-83-8049-444-2.

środa, 8 sierpnia 2018

Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście

Mój dystans do seriali (graniczący z niechęcią do ich oglądania) jest już tu i ówdzie znany, ale w przypadku tej książki dobrze jest jednak serialem zacząć -- w dodatku krajowym klasykiem. Książka Agaty Zysiak Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście to naukowe, wielowymiarowe spojrzenie na zjawisko ujęte przez Zbigniewa Chmielewskiego w serialu Daleko od szosy -- Leszka Góreckiego. Leszek za poznaną na wywczasie studentką Anną Popławską [1] wyrusza do Łodzi, natchniony siłą miłości, ale też rozbudzonymi ambicjami intelektualno-edukacyjnymi. Serialowy bohater nie idzie jednak na uniwersytet -- przerwaną naukę wznawia w szkole wieczorowej dla pracujących (technikum dla pracujących, mieszczące się w Technikum Samochodowym im. XX-lecia PRL w Łodzi). Po lekturze książki Agaty można stwierdzić, że jest w tym wyborze Leszka więcej "prawdy historycznej", niż można by było się spodziewać.

Autorka postawiła dwie hipotezy, które starała się zweryfikować. Pierwsza z nich dotyczyła istnienia powojennego projektu modernizacyjnego, zakładającego zwiększenie dostępu do uczelni wyższych osobom z klas pracujących, druga zaś dotyczyła uniwersytetu jako miejsca realizacji tego projektu [s. 300].

Już samo postawienie takich hipotez w odniesieniu do okresu powojennego w Polsce (szczególnie w kontekście tzw. okresu stalinowskiego) jest czymś, na co warto zwrócić uwagę i z czym warto skonfrontować swoje wyobrażenia na temat tego okresu. Mam też nieodparte wrażenie, że przyjęcie takiej optyki badawczej w naszych lokalnych warunkach jest możliwe jedynie przez osobę, która historią -- jako taką -- się nie para [2]. Tym bardziej, że dzięki IPN wiemy już, że propagować ustrój totalitarny można przez przemilczenie... [3] Autorka ma świadomość tej wyraźnej perspektywy (dominującej narracji), dlatego z jednej strony pisze
To, co inteligencja opisuje jako czas terroru, dla wielu było czasem awansu. (...) Historia terroru i opresji jest aż nazbyt obecna w polskim dyskursie naukowym, nie zostawiając miejsca na niuanse. Historia modernizacji, demokratyzacji [4] i emancypacji nie mieści się w tych ramach, ale właśnie jej dotyczy niniejsza praca. [s. 14]
z drugiej zaś zapewnia P.T. Czytelnika / Czytelniczkę:
Nie neguję mrocznego aspektu socjalistycznej modernizacji, nie umniejszam doznanych wówczas krzywd (...). [s. 14]
Powyższe ujęcia nie mają na celu wybielania polityki Związku Radzieckiego [5], marginalizacji terroru, gułagów, czystek, cenzury czy późniejszego spektakularnego fiaska całego systemu, chodzi raczej o zwrócenie uwagi na emancypujące i modernizujące aspekty tego projektu dla lepszego zrozumienia mniej i bardziej szczerego zaangażowania tysięcy obywateli, tak robotników, jak i intelektualistów w budowę państwa socjalistycznego [s. 32]
Do fragmentu ze strony 14 (To, co inteligencja opisuje jako czas terroru, dla wielu było czasem awansu) również powinienem zapewne dodać spory przypis, gdyż już oczami duszy widzę to aaalleeee! związane z dychotomią "uciskanej inteligencji" oraz "nieuciskanej reszty". Z jednej strony nie jest tajemnicą, że historia jest pisana przez zwycięzców (thank you, Mr. Churchill), w tym przypadku przez dominujące ekonomicznie i kulturowo grupy społeczne -- i w tym kontekście należy odczytywać pominięcie w głównym nurcie narracji grup niżej sytuowanych (w szczególności jeżeli narracja tych grup nie jest zgodna z narracją dominującą). Z drugiej zaś strony należy podkreślić (co przecież nie ulega najmniejszej wątpliwości), że okres ten był czasem terroru nie tylko dla warstw inteligenckich. Sięgając na chwilę do książki Piotra Nestorowicza Każdy został człowiekiem:
[Gospodarz - JG] ma szczęście. Każdy już słyszał o rolnikach, którzy za ukrywanie zboża otrzymali kilkuletnie wyroki. W samym listopadzie i grudniu 1951 roku za zaległości w dostawach do aresztu trafia pięć tysięcy chłopów. Setki tysięcy będzie musiało zapłacić wysokie grzywny. [6]
W zasadzie tę część rozważań mogę podsumować słowami autorki, pod którymi sam mógłbym się podpisać.
W istniejącej literaturze ujęcie tematu powojennych przekształceń polskiej akademii jako albo totalitarnego zniewolenia, albo propagandowego uwiedzenia niewiele tłumaczy, a często upraszcza ówczesną rzeczywistość społeczną. Krytycznie podchodzę do perspektywy zniewolonej czy spętanej akademii poddanej opresji pola politycznego, proponuję spojrzeć na powojenne zmiany na uniwersytecie jako element projektu modernizacyjnego i nowoczesnej demokratyzacji szkolnictwa wyższego (...). Narracja o złych "tamtych" i poddanych niewoli "naszych" niewiele tłumaczy. Raczej proponuje łatwy podział na to, co dobre i złe, receptę na wytłumaczenie świata oraz zachęca do zajęcia wygodnej, bo bezpiecznej, pozycji w tym podziale. [s. 13]
Przechodząc jednak do zasadniczej części (żeby nie utknąć w temacie jak Kol. Jarosław Dulewicz; por. przypis [2]). Książka została podzielona na 5 rozdziałów
  • rozdział I: Modernizacja, przedwojnie i rewolucja
  • rozdział II: Trzy uniwersytety Józefa Chałasińskiego (1945-1952)
  • rozdział III: Przebudowa imaginarium społecznego
  • rozdział IV: Projekt: nowe kadry
  • rozdział V: Akademicki model biografii
Jak zwykle omówienie każdego z tych działów byłoby tytaniczną pracą dla blogera (poza tym bądźmy szczerzy -- o wiele lepiej jest sięgnąć samemu po tę książkę i przekonać się o wszystkim samemu), dlatego ograniczę się do poruszenia kilku wybranych wątków.

Pierwszą sprawą, która przykuła moją uwagę, jest -- raczej zapomniana, także w powszechnym odbiorze Łodzi -- sprawa uruchomienia w tym mieście filii Wolnej Wszechnicy Polskiej. Dla twórców Uniwersytetu Łódzkiego w mieście bez długoletnich tradycji akademickich był to jedyny punkt zaczepienia [s. 49] -- tym bardziej istotny, że związany z lewicowym duchem emancypacyjnym. Mieszkając w Łodzi już prawie 13 lat musiałem poszukać informacji o tym, gdzie owa filia warszawskiej Wszechnicy się znajdowała. Z pomocą przyszedł mi artykuł Igora Rakowskiego-Kłosa pod niepozostawiającym wątpliwości interpretacyjnych tytułem Rząd przez 70 lat blokował Łódź. Akademicka historia Łodzi [7].
Wszechnica nie miała osobnej siedziby. Uczelnia mieściła się w budynku szkoły powszechnej przy ul. Sterlinga 24. Budowę własnego gmachu przy ul. POW 3/5 ukończono dopiero po drugiej wojnie światowej - dziś mieści się tam Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny.
I tu pojawił się niezły smaczek w kontekście relacji łódzko-warszawskich (na które mam wyczulone radary). Lewicowość lewicowością, ideały -- ideałami, ale opcja zamieszkania w Łodzi (nawet dla wykładowców Wolnej Wszechnicy Polskiej) to było zbyt duże poświęcenie dla sprawy. Wybierali Warszawę.
Poza Sewerynem Sterlingiem (który zmarł w 1932 roku) nikt z pracowników naukowych nie mieszkał na miejscu i nikt nie dał się przekonać do przeprowadzki, nawet po zaoferowaniu oddzielnego stanowiska i uposażenia rektora Oddziału WWP. W rezultacie spieszący się na pociąg wykładowcy nie mieli możliwości budowania więzi ze studentami, do pierwszych rozmów często dochodziło dopiero na egzaminie, nie mogło więc być mowy o tworzeniu jakiegokolwiek środowiska naukowego wokół WWP. [s. 48-49]
Jak widać nieco masochistyczne zapędy Juliana Tuwima z Kwiatów Polskich nie wszystkim się udzielały ;-)
Niech sobie Ganges, Sorrento, Krym
Pod niebo inni wynoszą,
A ja Łódź wolę! Jej brud i dym
Szczęściem mi są i rozkoszą!
Cóż, sam Tuwim także pisał te słowa będą już na wymuszonej (wojennej) emigracji. Łatwiej wtedy o sentymenty. Rzeczywistość łódzka jednak wyglądała tak, że -- jak dalej pisze autorka -- 57% studentów pochodzących z Łodzi studiowało w Warszawie, 20% w Poznaniu, a jedynie 10% w samym łódzkim oddziale Wolnej Wszechnicy Polskiej [s. 49].

Rozważania zawarte w drugim rozdziale, których jedynie pomruki mogliśmy usłyszeć podczas niedawnej batalii z tzw. ustawą Gowina (być może sarkastycznie przez obecny obóz rządzący nazywana konstytucją), dotyczyły trzech modeli uniwersytetu -- liberalnego, uspołecznionego oraz socjalistycznego. Przy okazji autorce udało się omówić polemiczne stanowiska profesorów Tadeusza Kotarbińskiego oraz Józefa Chałasińskiego (pierwszych rektorów Uniwersytetu Łódzkiego -- i znów: obu pochowanych w Warszawie). Niezwykle ciekawą kwestią jest to, jak te trzy teoretyczne modele do dziś kształtują nasze wyobrażenie o uniwersytecie -- sposobie jego funkcjonowania, roli w życiu społecznym, roli w nauce. Te -- zdawałoby się momentami sprzeczne -- wyobrażenia tkwią w naszych umysłach, przeplatając się. Dochodzi więc do tego, że wyrazicielami części socjalistycznych idei uniwersyteckich (łącznie z tymi z okresu stalinowskiego) zostają współcześnie politycy, których odżegnywanie się od spuścizny komunistycznej jest wręcz legendarne [8]. Nacisk na praktyczne wykorzystywanie działalności naukowej (dziś poszerzone o "współpracę z biznesem"), koncepcja tzw. doktoratów wdrożeniowych, parametryzacja działalności naukowej i samego procesu studiowania -- to nie są cechy przedwojennego habitusu uniwersyteckiego (z koncepcji Pierre'a Bourdieu), ani koncepcji uniwersytetu uspołecznionego (którego orędownikiem był prof. Kotarbiński [por. s. 91-92]), ale elementy socjalistycznej wizji prof. Chałasińskiego -- który i tak, jak pisze Agata Zysiak, z czasem dla obozu rządzącego okazał się zbyt niezależny [s. 73].
Według Chałasińskiego zreformowany uniwersytet to przestrzeń świadomej służby społeczeństwu i demokracji, nie zaś miejsce realizacji tylko indywidualnych zainteresowań w zamkniętej wspólnocie towarzyskiej. [s. 72]
W dobrze zaplanowanej strukturze socjalistycznego uniwersytetu otwieranie nowego kierunku i przyjmowanie studentów miało oznaczać, że dla danego zawodu jest miejsce w społeczeństwie. [s. 137]
Wraz z ofensywą sześciolatki, od około 1950 roku, naukowcy mieli podejmować coraz to nowe wyzwania w walce o jej realizację: praca naukowa ma być "powiązana ściśle z życiem, służąca socjalistycznej gospodarce, mająca na celu przyspieszenie budowania socjalizmu w kraju" (Rzadkie okazy roślin pomagają..., DŁ 01/53) [s. 145]
Mało tego, podobne dysputy na temat charakteru (czy może użyteczności?) akademii to jeszcze okres międzywojenny, z tym że dopiero powojenna, komunistyczna myśl "produkcyjna" pozwoliła im się zrealizować.
Protestowano argumentując, że państwowi urzędnicy nie rozumieją roli nauki. Tylko uczeni mogą decydować i podejmować tematy mające być użytecznymi. Spór ten towarzyszył także obradom I Zjazdu Nauki Polskiej w 1920 r. Głos innego historyka, prof. Władysława Semkowicza, nawołującego do planowanego i grupowego wysiłku uczonych zamiast anarchii i indywidualizmu, został zmarginalizowany jako zagrażający nauce będącej wartością samą w sobie i autonomii uczonego. [s. 35]
Zestawmy to zatem z koncepcją doktoratów wdrożeniowych Jarosława Gowina i sprawdźmy, czy rzeczywiście decyzja o podjęciu danego zagadnienia w jej świetle będzie podlegała jedynie uznaniowej woli uczonego -- nie zaś prawom rynku, które wyrażać mają bieżące potrzeby społeczne i gospodarcze.
Wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin oficjalnie zainaugurował na Politechnice Warszawskiej program "Doktoraty wdrożeniowe". W ramach tej inicjatywy 377 młodych badaczy zaczęło od października studia doktoranckie w trybie wdrożeniowym. Pod okiem dwóch opiekunów - z przedsiębiorstwa i z uczelni - będą oni pracować nad problemem istotnym dla konkretnych firm. [9]
Studiowanie dla samego studiowania miało zostać wyeliminowane jako przedwojenny przeżytek [s. 131], uniwersytet nie miał stać się znów (zgodnie z komunistyczną narracją) produkcją bezrobotnych [s. 136]. Do głosu w drugiej połowie lat 40. dochodziły antykapitalistyczne hasła, które wówczas miały uzasadniać szerokie wsparcie państwa dla nauki, dzisiaj zaś możemy je usłyszeć wśród przeciwników gowinowskiej reformy (wiedza to nie towar, uniwersytet to nie przedsiębiorstwo [s. 148-149]).

Pokłosiem parametryzacji nauki, powiązanym także z jej umasowieniem -- Drogi Studencie, Droga Studentko -- są także elementy, z którymi jesteśmy już na uczelniach tak zżyci, że wydają się nam (cytując klasyka) oczywistą oczywistością. To przekonanie o tym, że studia -- tak jak praca -- powinny być opisywalne wymiernymi wartościami i dawać wymierne efekty, przyczyniły się do ich dwustopniowości (trzyletni poziom "zawodowy" i rozszerzony poziom dwuletni), wprowadzenia zajęć obowiązkowych, a co za tym idzie -- sprawdzania i egzekwowania obecności studenta na zajęciach [s. 79], wprowadzenia regularnych kolokwiów sprawdzających wiedzę [s. 135]. Bez tego przecież byśmy powiedzieli, że student/-ka leń i nic nie robi cały dzień, prawda? Przywołując teorie prof. Jana Szczepańskiego autorka pisze, że uniwersytet stał się przedłużeniem szkoły średniej, jedynie z większą liczbą przedmiotów i nieco wyższym poziomem trudności [s. 221]. Coś w tym jest.

Co było jednak dla mnie bardziej zaskakujące (nigdy nie myślałem o tym w ten sposób), powyższe podejście, jak również fakt finansowanie edukacji wyższej z publicznych środków, sprawiały, że niezbyt przychylnie patrzono na studentów pracujących. W sumie logiczne (w świetle logiki powojennego komunizmu i jego gospodarki niedoboru -- o ile jakakolwiek gospodarka taką nie jest...), chociaż bardzo odległe od dzisiejszego modelu studiowania. Modelu, który -- tak swoją drogą -- jest naprawdę niezłym miksem koncepcyjnym.

Dziennik Łódzki, nr 262 z 22 września 1948 r.
Prawdziwą perełką w tym kontekście jest wyciągnięty przez Agatę Zysiak artykuł Władysława Orłowskiego z 22 września 1948 r. Jan drzemie na wykładzie. O warunkach, w jakich studiuje większość młodzieży łódzkiej [10]. Z dzisiejszej perspektywy tekst czyta się ze śmiechem przez łzy, ale w jakimś sensie pokazuje ówczesne nastawienie do łączenia pracy ze studiami. Za drzemki za wykładach Jana, tak samo jak za przepracowanie Piotra i Stefana, autor wini trudne warunki materialne, w jakich tym pierwszym adeptom studiów na Uniwersytecie Łódzkim przychodzi zdobywać wiedzę -- mimo stypendiów i innych zapomóg (zdaniem autora -- zbyt niskich). Można w tym miejscu dodać, że opisywane problemy były związane właśnie z umasowieniem studiów (za autorką: ich demokratyzacją), szerszym wprowadzeniem na uniwersytety osób pochodzących z innych kręgów niż inteligencja, ziemiaństwo czy nieliczne w Polsce mieszczaństwo [por. s. 40-41].
Ale przypatrzmy się nauce Jana. Przychodzi do domu zmordowany około godziny trzeciej. W pośpiechu łyka obiad i biegnie do tramwaju. I tak już spóźni się na pierwszą godzinę wykładu. Zgoniony dopada wreszcie do drzwi sali wykładowej i wślizguje się cicho do środka i osuwa się na jakieś wolne krzesło. Wykład jest w toku. Miarowy, nieco zbyt spokojny głos profesora to jest właśnie wiedza, której Jan łaknie, jak chleba. Nastawia więc czujnie uszu i chłonie ten głos. Po paru jednak minutach słowa wydają się oddalać od niego, przed oczyma jakby ktoś rozciągną zasłonę, głowa opada na piersi. Jan drzemie. [10]
Samo potępienie pracy studentów (dopuszczając jedynie wyjątki od tej reguły [s. 135]) ukazywało jednak inną twarz systemu, w którym dwójmyślenie było na porządku dziennym. Chyba że uznamy to po prostu za logiczną konsekwencję gospodarki niedoboru.
Jednocześnie było przyzwolenie na studencką pracę społeczną - w ten sposób mogli oni niejako oddać społeczeństwu to, co od niego otrzymali w czasie studiów. Praca społeczna miała być mniej uciążliwa, za to rozwijająca i mniej kolidująca ze studiami. (...) Studenci byli zachęcani do różnego rodzaju przedsięwzięć: budowali linie tramwajowe, kopali doły pod ulice, stawiali domy akademickie dla swoich kolegów (...). W latach późniejszych zobowiązani byli wspomagać chłopów podczas żniw. [s. 135, 136]
I tu znowu mamy nietypowe echo po latach. Przypatrzmy się przez chwilę koncepcji Rady Uczelni, którą wprowadziła gowinowska (tzw.) "Konstytucja dla Nauki". Praca w tym gremium co do zasady będzie wiązała się z uposażeniem finansowym w formie miesięcznego wynagrodzenia. Zgadnijcie, kto go nie otrzyma...?
Kadencja rady ma wynosić cztery lata, a miesięczne wynagrodzenie (nie przysługuje ono przewodniczącemu samorządu studenckiego) to - zgodnie z projektem rozporządzenia maksymalnie 4294 zł (67 proc. minimalnego wynagrodzenia profesora). [11]
Władze PRL (w ramach programów modernizacyjnych) podejmowały próby włączenia niższych grup społecznych do społeczeństwa akademickiego, zaś elementami tych starań były nie tylko tytułowe punkty za pochodzenie (wprowadzone dopiero w latach 60.[s. 195]), ale także wcześniejsze uruchomienie tzw. roku wstępnego [s. 55], budowa osiedla akademickiego (Lumumbowa) z całym dobrodziejstwem inwentarza, czy wspomniane już systemy stypendialne.

I w tym miejscu śmiało możemy przejść do tego, w jaki sposób uczelnia dzielnie broniła się przed tym klasowym mezaliansem (czy -- jakby ujął to prof. Kotarbiński -- obniżeniem poziomu studiów przez zbyt otwartą politykę rekrutacyjną [s. 64]).
Studenci po kursach  przygotowawczych stanowili około 30% uczestniczących w wykładach na akademii, pozostali przed studiami podążali klasyczną ścieżką, kończąc szkoły średnie i zdając maturę. Kursanci stanowili bardzo specyficzną grupę studentów, dla której wejście w środowisko akademickie było już dostatecznie trudne ze względu  na kontekst klasowy i konieczność szybkiego przyswojenia nieznanej sobie kultury dominującej. Dodatkowo, jak pokazały badania, napotykali oni objawy wrogości ze strony części studentów i pracowników akademickich, broniących idei elitarnego uniwersytetu. (...) Obserwowano (...) negatywny stosunek do samych kursantów, przybierający czasem dość okrutne formy nękania, jak dziś byśmy powiedzieli - mobbingu. Na uczelni występował klasizm [s. 181]
Przywołując prace Johna Connelly'ego Agata Zysiak pisze, że polscy komuniści nie posiadali de facto wystarczających wpływów i siły politycznej, aby móc skutecznie przeciwdziałać rekonstrukcji przedwojennych elit w uniwersyteckim świecie [s. 58]. Reprodukcja ta została niezwykle ciekawie opisana za pomocą pojęć (przywoływanego zresztą wielokrotnie) Pierre'a Bourdieu: pola, habitusu oraz zapożyczonej z nauk przyrodniczych koncepcji histerezy (przez autorkę uparcie określanej z łacińska / angielska jako hysteresis) [s. 226-230].
Zdaniem Bourdieu to przedstawiciele klas wyższych mogą łatwiej zrobić użytek z zachodzących zmian i szybko się dopasować - dzięki kompetencjom i sieciom powiązań są w stanie szybciej rozpoznać sytuację i zaadaptować się do niej. W rezultacie sukces osiągają już ludzie sukcesu, a inercja habitusu dotyka najmocniej klasy niższe. (...) Jednak inny przykład efektu hysteresis pokazuje także odwrotną możliwość - utraty sprawczości przez osoby o wyższych pozycjach w polu i lepszym dostosowaniu się do zmian w polu przez tych mniej uprzywilejowanych [s. 229]
Czy w tym drugim przypadku mamy do czynienia z sytuacją odwrotną? Tu już bym się spierał (o szczegóły, jak zwykle). Możliwość wykorzystania nadarzającej się sytuacji w stopniu umożliwiającym "przejęcie pola" również wymaga posiadania zasobów, których ci "najniżej" najczęściej nie mają. I nie chodzi jedynie o zasoby ekonomiczne, o czym -- również celnie -- pisze w swojej pracy autorka. W pracy Agaty pada sformułowanie o "kulturowych kapitalistach", dysponujących kapitałem symbolicznym i społecznym, bardziej odpornym na zmiany koniunktury niż kapitał ekonomiczny. Przez tę odporność te nieamaterialne kapitały "kulturowych kapitaistów" chroniły ich niejednokrotnie przed degradacją ekonomiczną [s. 234]. I to w zasadzie zamiata dużą część tematu. W końcu nie każda abiturientka (dzięki znajomym rodziców) miała możliwość rozmówienia się z prof. Władysławem Tatarkiewiczem i prof. Heleną z Rajchmanów Radlińską przed wyborem przyszłej drogi życiowej [s. 238] {Borze Tucholski, żeby tak móc porozmawiać z prof. Radlińską....}.
Akademickie pole obroniło się przed napływem nowych kadr o socjalistycznym habitusie. Narracje o zniewolonej czy spętanej akademii tracą z pola widzenia ten kluczowy wymiar - przemoc symboliczna pola politycznego nie była tak silna jak ta wewnętrzna pola akademickiego. Rację ma więc John Connelly, pisząc niejednokrotnie o porażce komunistów w starciu z polską profesurą [s. 289]
W przypadku narracji o "spętanej nauce" polityczny wymiar zmiany przysłonił wszystkie pozostałe [s. 290]
Inną celną uwagą, którą warto odnotować, jest odmienna optyka awansu społecznego w okresie komunizmu. W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, republice ludu pracującego, w którym władza należała do ludu pracującego miast i wsi [12], nie można było przecież deprecjonować robotnika (a i z tym nieszczęsnym "inteligentem" coś trzeba było zrobić; już teraz wiadomo, skąd się wzięło sformułowanie "inteligencja pracująca"...?).
Idea socjalistycznego awansu oznaczała zmianę rozpiętości hierarchii i podniesienie pozycji klasy pracującej. Celem było maksymalne "spłaszczenie" drabiny społecznej, tak na poziomie dochodu, prestiżu, jak i bezpieczeństwa socjalnego. (...) Socjalistyczna modernizacja nie mogła przecież oferować awansu poprzez porzucenie klasy robotniczej na rzecz inteligencji. [s. 208-209]
Czy nie było zatem awansu społecznego? Z pracy Agaty Zysiak wynika, że jak najbardziej -- był. Tylko dokonywał się innymi drogami, niż za pośrednictwem środowiska (habitusu) uniwersyteckiego (który, jak już napisałem za Agatą, dość skutecznie bronił się przed zmianami). Mało tego, sam współczynnik skolaryzacji na poziomie szkolnictwa wyższego nie przekroczył przez cały okres PRL wartości 10% [s. 164] Pomimo tak gigantycznych inwestycji infrastrukturalnych oraz obowiązującego dyskursu (to, co w międzywojniu mogło stanowić jedynie wyjątek, cud - miało stać się normą [s.223]). I tak wracamy do Leszka Góreckiego z Daleko od szosy, kształcącego się w technikum samochodowym.
Przed wojną Łódź była miastem o największym współczynniku analfabetyzmu w całej II RP, czego konsekwencje odczuwano długo po wojnie - jeszcze w 1957 roku 1/3 łodzian nie umiała ani czytać, ani pisać, a 7% dorosłych nigdy nie uczęszczało do szkoły. (...) W 1988 r., a więc po ponad 30 latach socjalistycznego eksperymentu, kiedy populacja Łodzi przekroczyła 850 tysięcy mieszkańców, już ponad 95% posiadało co najmniej wykształcenie średnie. Analogiczną zmianę było widać na poziomie krajowym - w 1960 roku jedynie 415 tysięcy osób w całym kraju posiadało wykształcenie wyższe, w 1988 - już prawie 2 miliony. (...) Szacuje się, że w okresie powojennym od 24 do 35% populacji Polski doświadczyło awansu społecznego. [s. 12]
Jedna z kilkunastu ilustracji, które znajdziemy w publikacji.
Mechanizm obronny środowiska uniwersyteckiego najlepiej zaś widać w przypadku badania akademickich biografii (rozdział V). Jak zapisała autorka, pytanie o demokratyzację pola akademickiego jest jednocześnie pytaniem o granice zasięgu tego procesu [s. 300]. Inaczej rzecz ujmując: jak daleko system pozwala ci dojść, jakim kosztem oraz dlaczego. Ciekawym wnioskiem w tym kontekście jest fakt, że według zebranych materiałów biograficznych kariery akademickie osób o pochodzeniu inteligenckim różniły się tylko kilkoma elementami od klas pracujących [s. 284]. Dodajmy tutaj dla pewności: tych nielicznych przedstawicieli spoza szeroko rozumianej inteligencji, którym udało się dojść do etapu profesorskiego (a przynajmniej wiemy o ich "pozainteligenckim pochodzeniu").

Spośród tych kilku elementów różniących (określonych podtytułem "drobna różnica" [s. 284]), najciekawszym -- i najmocniej warunkującym dalsze losy -- był właśnie dom rodzinny (pochodzenie). Jak możemy przeczytać nieco wcześniej, tym, co różnicuje populację, nie jest klasa, ale historia kariery edukacyjnej [s. 231, s. 269] (która jednakże z tą klasą jest tak mocno związana, że w powszechnym rozumieniu praktycznie się z nią spaja -- choć oczywiście warto ją "metodologicznie" wydzielić, bo tożsama nie jest). W ramach ścieżek karier edukacyjnych mieszczą się m.in. bezpieczne wybory zawodowe (widoczne na grafice powyżej [s. 292]). W praktyce oznaczało to wybór ścieżki edukacyjnej, która -- poza wykształceniem -- gwarantował także zdobycie fachu, pozwalającego się utrzymać.
Z jednej strony badania pokazywały wzrost aspiracji edukacyjnych, z drugiej - zatrzymanie się przeważającej części przypadków na wykształceniu średnim - większość pragnęła uczyć się do tego poziomu i nie dalej. (...) W okresie Polski Ludowej struktura klasowa młodzieży uczącej się w liceach ogólnokształcących, dających największe szanse na dalszą edukację, była znacznie bardziej zróżnicowana niż współcześnie (choć już w latach 60. udział licealistów z klas pracujących zaczął maleć (...) Pozostałe rodzaje szkół średnich były często tzw. ślepą ścieżką, w wyniku której trudniej było zdobyć maturę. [s. 206-207]
W praktyce prawie wszyscy rozmówcy o chłopskim pochodzeniu kończyli licea pedagogiczne [s. 263] (edukacja średnia, gwarantująca późniejszą pracę jako nauczyciel). Jeżeli mamy do czynienia z dewiacyjnym modelem kariery (biografie chłopskie i robotnicze w akademickim polu, niepasujące do systemu społecznej reprodukcji [s. 262]), osoba taka -- po trafieniu na uniwersytet i osiągnięciu wysokiej pozycji w świecie akademickim -- internalizowała akademicki habitus [s. 230], wzmacniała go i reprodukowała. Mówiąc zaś po ludzku, działała zgodnie z zasadą jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.

W zakresie powielania i wzmacniania akademickiego stylu w duchu uniwersytetu liberalnego poddałbym tu jeszcze krytyce jeden z elementów (na gruncie własnych doświadczeń).
Akademia sama odrzuca swoją akademickość przez karanie zbytniej scholastyczności wypowiedzi studentów z klas ludowych. Nad sumienne przygotowanie przedkłada elokwencję i odpowiedni gust, swobodę klas wyższych i jej struktury językowe. W ten sposób gust i swoboda klas wyższych stają się ważniejsze niż szkolne przygotowanie - uczenie się na pamięć, wierność interpretacji nauczycieli czy pewna ortodoksyjność wobec oficjalnej wykładni. Jednocześnie dokładnie te cechy, które umożliwiły dzieciom z klas pracujących w ogóle zaistnieć w systemie szkolnym, są już na poziomie liceum deprecjonowane, a na poziomie szkół wyższych wręcz niepożądane. (...) Tylko ten, kto zna kanon, może go podważyć, a to tak naprawdę jest oczekiwane na wyższych etapach edukacji [s. 264-265]
W zasadzie można jednak uznać, że edukacja wyższa -- bez wyjścia poza "szkolne przygotowanie" -- to (powtarzając się) przedłużenie szkoły średniej, jedynie z większą liczbą przedmiotów i nieco wyższym poziomem trudności [s. 221]. Jak się wydaje, odejście od tego modelu Polsce na razie nie grozi. Druga rzecz to to, że ten fragment wydaje się (częściowo) wewnętrznie sprzeczny. Z jednej strony mówimy o odrzuceniu scholastyczności, z drugiej zaś strony -- o konieczności poznania kanonu ("sumienne przygotowanie") w celu jego odrzucenia ("elokwencja i odpowiedni gust"). Po solidnym przygotowaniu (nawet w postaci "uczenia się na pamięć, wiernej interpretacji nauczycieli czy pewnej ortodoksyjności wobec oficjalnej wykładni), uniwersytet, który wymaga (ale również uczy!) krytycznej analizy, odrzucenia, kontestacji, jest wyjściem poza przedłużenie szkoły średniej.

Chociaż autorka wyraźnie podkreśla (zapewne głównie przez naukową rzetelność badawczą) zastosowanie zawartych w pracy rozważań jedynie do specyfiki łódzkiej (można tylko domniemywać, czy na uczelniach o przedwojennych tradycjach procesy te przebiegły podobnie [s. 291]), mam przekonanie graniczące z pewnością, że rozważania dotyczące powojennej modernizacji i uniwersytetu można w dużej części zaaplikować także do innych, polskich miast akademickich. Jestem ciekawy, jakie ta praca znajdzie odniesienia w ramach innych uniwersyteckich opracowań (doświadczeń Warszawy, Krakowa, Poznania). Oczywiście każde z tych miast nakreśli swoją narrację akademicką -- tak odmienną, jak odmienna jest sama historia tych miast. Ale nie ukrywam, że dla mnie ta książka (w szczególności zaś rozważania biograficzne kadry akademickiej) stały się ciekawym przyczynkiem do przemyśleń na temat mojej drogi edukacyjnej -- tego, gdzie w niej umieściłbym rodzinny dom i jego doświadczenia (np. odkrytą, realizowaną na własną rękę potrzebę czytania), jakie punkty uznałbym za istotne dla dalszych wyborów, last but not least -- jak przedstawiała się ścieżka edukacyjna moich rodziców, którzy załapali się przecież na okres wielkiej, peerelowskiej modernizacji.

Za bardzo... hm.. niepozorną okładką [13] niszowego (?) / znanego głównie w kręgach socjologów i socjolożek (?) Zakładu Wydawniczego NOMOS powstało bardzo ciekawe opracowanie, poruszające wiele strun. Konkurencja do Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego w 2017 roku wydawała się całkiem ciekawa i mocna (nominowani byli m.in. Aneta Prymaka-Oniszk za Bieżeństwo 1915, lubiany przeze mnie Marcin Napiórkowski za Powstanie umarłych czy w końcu Cezary Łazarewicz za Żeby nie było śladów). Wygrała Agata Zysiak i jej Punkty za pochodzenie.

Już samo to jest naprawdę dobrą rekomendacją do sięgnięcia po jej książkę.

A na deser polecam wywiad Marty Madejskiej z Agatą Zysiak w lokalnym czasopiśmie społecznym Miasto Ł.: Uniwersytet dla robotniczej Łodzi.

Jeżeli dodamy do tego, że na dniach ukaże się książka Marty Aleja Włókniarek (czekam z niecierpliwością!), to ten wywiad jest prawdziwym, łódzkim kombo. 

Przypisy:
[1] Co ciekawe, studentkę Annę zagrała Irena Szewczyk -- która, po zakończeniu kariery aktorskiej, zajęła się pracą naukową na Uniwersytecie Łódzkim. Jak czytamy na poświęconej jej stronie w  polskojęzycznej edycji Wikipedii: Po zakończeniu kariery została pracownikiem naukowym w Katedrze Pedagogiki Przedszkolnej i Wczesnoszkolnej Uniwersytetu Łódzkiego. Od lutego 2008 posiada stopień naukowy doktora habilitowanego i jest profesorem nadzwyczajnym UŁ (od 2011).
[2] Agata Zysiak jest socjolożką kultury, czego zresztą nie ukrywa -- i przede wszystkim z tej perspektywy napisała swoją pracę. Każdemu bliższa jego optyka, dlatego recenzję tej pracy autorstwa Jarosława Dulewicza na Histmagu (w której autor przede wszystkim karci za brak źródeł krajowych/archiwalnych) odczytuję w tym samym duchu. I dlatego też -- przez tę jednowymiarowość -- nie uważam jej za zbyt pomocną. Jeżeli P.T Czytelnik / Czytelniczka ma ochotę się z nią zapoznać, powinna być dostępna tutaj: Agata Zysiak – „«Punkty za pochodzenie». Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście” – recenzja.
[3] Fragment uzasadnienia do wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Łodzi -- sprawa ze skargi Miasta Łódź na zarządzenie zastępcze Wojewody Łódzkiego w przedmiocie nadania nazwy placowi Zwycięstwa "plac im. Lecha Kaczyńskiego" (całość wyroku dostępna jest tutaj: III SA/Łd 100/18 - Wyrok WSA w Łodzi z 2018-07-10)
Nazwa dawnego Rynku Wodnego w Łodzi to „Plac Zwycięstwa”, tymczasem opinia IPN skupia się nie tyle na niewłaściwości tej nazwy, ile na "przemilczeniach", czyli na tym, że nazwa nie oddaje cyt. „rzeczywistej refleksji nad losem Rzeczypospolitej Polskiej” - a zatem stanowi krytykę „braku nazwy”, która upamiętniałaby inne aspekty powojennej polskiej rzeczywistości. Innymi słowy, IPN krytykuje nie samą nazwę, ale to, że nie odnosi się do innych aspektów powojennej sytuacji Rzeczypospolitej Polskiej.
[4] Niejako uprzedzając pewne głosy, które (nie czytając książki) zakrzykną "Hejże! Jaka demokratyzacja po 1945?!" -- wielokrotnie stosowane przez Agatę sformułowanie "demokratyzacja" należy rozumieć nie tyle w kontekście wprowadzania "ustroju demokratycznego", ale jako pojęcie związane z otwieraniem uniwersytetu(-ów) na warstwy społeczne, dla których miejsce to było wcześniej praktycznie niedostępne [por. s. 40-41, s. 127].
[5] Wiem, że -- jak napisała Agata -- spór wokół tego jednego przymiotnika spowodował już produkcję zbyt wielu słów [s. 22, przypis nr 19], ale ja jednak konsekwentnie będę stosował formę "sowiecki", nie "radziecki". Ciekawych mojego stanowiska w tej kwestii odsyłam do Zakończenie. "Sowiecki czy radziecki" oraz ukłon w stronę tłumacza we wpisie Archipelag GUŁag, 22 marca 2017 r.
[6] Piotr Nestorowicz: Każdy został człowiekiem (wydanie II), Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, s. 29.
[7] Igor Rakowski-Kłos: Rząd przez 70 lat blokował Łódź. Akademicka historia Łodzi, GazetaWyborcza.pl Łódź, 30.10.2015.
[8] Co nie przeszkadza im w trzymaniu w swoim pierwszym szeregu Towarzysza Stanisława Piotrowicza (ksywa "Precz_z_Komuną), pierwszego antykomunistycznego prokuratora PRL, byłego członka egzekutywy PZPR w Prokuraturze Wojewódzkiej i Rejonowej w Krośnie.
[9] Ludwika Tomala: Gowin: zamiast mówić o innowacyjności, zaczęliśmy ją kreować, wortal Nauka w Polsce, 10 listopada 2017 r.
[10] Niestety przez zbyt ogólny zapis bibliograficzny musiałem go trochę poszukać (autorka podała jedynie miejsce publikacji, miesiąc oraz rok wydania -- a w przypadku dzienników to zbyt mało), ale udało się. Dokładne namiary tekstu to: Dziennik Łódzki. 1948-09-22 R. 4 nr 26.
[11] Ludwika Tomala: Ustawa 2.0: najważniejsze zapisy, wortal Nauka w Polsce, 21 lipca 2018.
[13] Co jak co, ale okładki z tego wydawnictwa w większości zupełnie do mnie nie trafiają. Inna rzecz, że kilka publikacji z chęcią zobaczyłbym na półce -- w tym Suburbanizację po polsku Katarzyny Kajdanek.

Książka:
Agata Zysiak, Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście, Zakład Wydawniczy NOMOS, Kraków 2016 r. ISBN: 978-83-7688-416-5.