poniedziałek, 10 marca 2014

Kuźnia Kampanierów

"Kuźnię Kampanierów", wydaną pod koniec zeszłego roku przez łódzkie INSPRO, dostałem od Rafała Górskiego stosunkowo niedawno (mając już "na wykończeniu" Dziennik 1954 Tyrmanda). Publikacja nie jest objętościowo potężna (193 strony), ale biorąc pod uwagę moje stosunkowo wolne tempo przetwarzania różnych publikacji akurat tę przeczytałem w zaskakująco szybkim tempie. Znaczy się -- czytelność książki jest w porządku, a więc można policzyć jej to za pierwszy plus ;-)

Założeniem publikacji -- przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu (popartym czynnikiem obiektywnym w postaci podtytułu "poradnik walczących społeczników") -- było przybliżyć obecnym oraz przyszłym kampanierom (i kampanierkom?), lub po polsku: ludziom prowadzącym kampanie -- różne aspekty prowadzenia tego typu działań, wykorzystując przy tym dużą różnorodność tematów prowadzonych kampanii.

W tym momencie pierwszy zawód dla tych, którzy liczą na dostanie w swoje społecznikowskie łapki zestawu narzędzi (najlepiej ułożonych w odpowiedniej kolejności), dzięki którym metodą kopiuj-wklej uda się rozkręcić co najmniej drugie "Nie czytasz -- nie idę z Tobą do łóżka" (lub inną sympatyczną akcję społeczną). Pod tym względem książka -- co do zasady -- jest dość regularna i zamiast dawać odpowiedzi stawia pytania, sugeruje, podpowiada i zmusza do refleksji. Ale nie odpowiada. Przynajmniej jednoznacznie.

No, prawie.

Całość składa się (formalnie) z trzech części -- wprowadzenia, cyklu pięciu rozmów z organizatorami różnych kampanii społecznych oraz z poradnika. Formalnie z trzech, gdyż pierwszy tekst z rozdziału poradnik "Jak chcesz zmienić świat" to słowa utworu Dezertera z 1994 roku (płyta, czy raczej kaseta Ile procent duszy?). Fragment zdecydowanie wyróżnia się z całości (zarówno w warstwie tekstowej, jak i wizualnej), także śmiało można to potraktować jako osobny element układanki Kuźni (a przynajmniej próbować udowodnić, dlaczego tak się uważa).

Mottem całej pracy może być zdanie wypowiedziane przez Rafała we wstępie, na samym początku pracy:
Siedząc wyłącznie we własnym okopie, społecznik bardzo łatwo może pomylić krawędź okopu z linią horyzontu. [s. 8]

Założeniem publikacji jest wyciągnięcie z okopu własnych działań i spojrzenie na problematykę kampanii szerzej, cudzymi oczami i cudzym doświadczeniem. Również tym historycznym (tekst "Polskie tradycje społecznikowskie" Olafa Swolkienia).

Sporym rozstrojem książki jest jednak ostatni tekst Pawła Tkaczyka "Kampania w praktyce" -- gdyby się uprzeć, nawiązując do wcześniejszego wątku, osobna, piąta część publikacji. Nie, nie jest to tekst zły, można się z niego co nieco dowiedzieć (poziom zdobytej nowej wiedzy zależy jak zawsze od poziomu, z którego się do tekstu "startuje"). Miejscami trochę mnie męczył tym charakterystycznym dla części ludzi PR / marketingowców stylem pisania (tak, chyba jest coś takiego, bo z części wypowiedzi Pawła Tkaczyka mimowolnie spoglądało na mnie kilka znanych mi osób zajmujących się zagadnieniami tożsamymi; przypadek? nie sądzę). Summa summarum czytało się nie najgorzej.

Wtrącając jednak swoje "ale": tekst znacząco odstaje od reszty publikacji długością (74 strony ze 193 stron całości), mimo tego nie został podzielny na (pod)rozdziały, które z poziomu "spisu treści" pozwalałyby się po nim swobodnie poruszać. Miałem też pewną trudność ze złapaniem wątku -- do pewnego momentu miałem wrażenie luźnego skakania po hasłach i zagadnieniach, omawianych na podstawowym (nawet z punktu widzenia laika) poziomie. Tak gdzieś mniej lub więcej w połowie złapałem rytm, pod koniec czułem się z tym tekstem całkiem dobrze ;-)

Tak zupełnie na boku: jestem ciekawy, czy Brand24.pl lub inne SentiOne wyłapie dla Pawła Tkaczyka ten tekst. Taki mój mały eksperyment. Żeby nie było, że nie doceniłem: Pawle Tkaczyku, moje miejsce numer 7,801 wśród Twoich subskrybentów na fb mówi samo za siebie.

Podsumowując: myślę, że warto. Przeczytanie -- ba, nawet przetrawienie -- nie uczyni z nikogo god-of-kampanier w 5 minut, ale lektura zdecydowanie ustawia perspektywę, podrzucając przy okazji sporo ciekawych tematów do przemyśleń. Jeżeli nie czytasz tego tekstu zbyt późno, być może będziesz miał/-a jeszcze szansę na dostanie własnego egzemplarza, który zamówić można na stronie Kampanierów (dokładnie to tutaj -- na stronie można również przeczytać część publikacji za pomocą ISSUU).

Książka:
Kuźnia Kampanierów. Poradnik walczących społeczników, praca pod redakcją Rafała Górskiego, Instytut Spraw Obywatelskich we współpracy ze stowarzyszeniem Centrum Inicjatyw na Rzecz Rozwoju "Regio", Łódź 2013. ISBN 978-83-936035-2-7. Publikacja bezpłatna.

niedziela, 2 marca 2014

Dziennik 1954

Mimo, że "Subkultury w PRL. Opór, kreacja, imitacja" Mirosława Pęczaka przeczytałem pod koniec stycznia, do dziś nie udało mi się zebrać w sobie i napisać choć kilku słów na temat tej -- skądinąd -- ciekawej publikacji Narodowego Centrum Kultury. Powód wydaje się o tyle trywialny, co i znamienny: publikację M.Pęczaka zakupiłem za jedyne 9,99 zł w Nexto.pl w wersji elektronicznej (polecam wszystkim zainteresowanym tematem PRL oraz miłośnikom ebooków), Tyrmanda zaś mam w swej pełnej krasie -- z kartkami, okładką, ilustracjami i tą całą książkową otoczką na wyciągnięcie ręki. Tym samym włączenie mojego Kundla, klikanie raz za razem w celu znalezienia interesujących fragmentów i przełożenie tego wszystkiego na spójną, ciekawą w treści "recenzję" odstręcza mnie -- jak widać -- skutecznie. Można zaryzykować stwierdzenie (jak w pewnej sympatycznej reklamie, którą co jakiś czas emitują), że papier ma jednak przyszłość.

Dlatego do subkulturowej twarzy polskiego peerelu jeszcze pewnie kiedyś tutaj wrócę, a na razie ugoszczę Was Tyrmandem.

"Dziennik 1954" (który -- o czym warto tutaj wspomnieć -- mam na półce dzięki życzliwej pamięci warszawskich dziewczyn: Jankosko Kaś i Justyny, za co z tego miejsca serdecznie dziękuję i się  nisko kłaniam) to zapis trzech pierwszych miesięcy 1954 r., widzianych oczami nietuzinkowego dziennikarza, publicysty, oraz -- co istotne dla zawartości dziennika -- intelektualisty z szerokimi kontaktami w ówczesnym świecie kultury i nauki, Leopolda Tyrmanda. Zawartość publikacji można w pewnym sensie streścić przez zamieszczone na samym końcu dwa indeksy: indeks dat oraz indeks nazwisk (miłym dodatkiem jest indeks zdjęć, których w wydanej przez wydawnictwo MG wersji "Dziennika" nie brakuje). W swoim egzemplarzu mam jeszcze dedykację od Kaś i Justyny oraz kilka komentarzy dot. historii Warszawy autorstwa tej pierwszej, ale w swoich książkach leżących na półce tego na pewno nie znajdziecie ;-)

Pisanie było dla Tyrmanda -- stopniowo spychanego przez komunistyczne władze do narożnika bezczynności, marazmu i braku perspektyw -- formą odreagowania, próbą intelektualnego zmierzenia się z otaczającą rzeczywistością totalitarnego kraju. W tym sensie podzielał on los innych dziennikarzy Tygodnika Powszechnego (między innymi Jerzego Turowicza czy Stefana Kisielewskiego), którego emisję władze wstrzymały w 1953 r. po odmowie publikacji oficjalnego nekrologu Stalina.

Co wieczór odkrywam burtę dział, unoszę klapę otworów strzelniczych, ładuję działa amunicją myśli, spostrzeżeń, wniosków, i z sercem wypełnionym rozkoszą walki strzelam w przestrzeń. Efekt - rzecz jasna - żaden. W ten sposób mogę walić kilkadziesiąt lat z floweru do skały Gibraltaru i skutek będzie ten sam. Ale strzelanie ma sens dwojaki, w równej mierze wpływa na ostrzeliwanego, jak na strzelającego. Sam fakt strzelania dowodzi tego, że jest w mym życiu jeszcze jedna reduta, z której mogę strzelać. A tym samym przestaję czuć się bezwolnym. Niczym wobec jakiejkolwiek opoki. To wszystko. [s. 192-193] 
Spośród wielu ciekawych myśli Tyrmanda można znaleźć również takie, po przeczytaniu których wyraźnie widać, że od 1954 r. w niektórych kwestiach pozostaliśmy nadal tym samym, smutnym krajem -- i nic tu nie da zrzucanie winy na tych lub tamtych komunistów, żydów, masonów, cyklistów czy innych dyżurnych winnych. Zmienił się język, zmieniła się technologia, jednak duch mocno trwa w narodzie.
Mróz dochodzi do dwudziestu pięciu stopni w ciągu dnia. (...) Czekanie na tramwaj czy trolejbus jest w tych warunkach męczeństwem. Wydaje mi się, że jeśli Warszawa zdobędzie się kiedyś na zbrojne wystąpienie przeciwko régime'owi, to rewolucja zrodzi się w taką pogodę na przystankach. Dzika nienawiść płonie w oczach czekających godzinami na autobus na widok limuzyn komunistycznych dygnitarzy; takiej nienawiści nie zauważyłem nigdy we wzroku bezrobotnych spoglądających na auta milionerów. Jest coś nieludzko okrutnego w fakcie, że w taki mróz ludzie czekają godzinami w ogonkach do tramwaju, podczas gdy prasa warszawska ocieka wazeliną, pisząc o "wspaniałym darze Związku Radzieckiego dla Warszawy", nikomu niepotrzebnym drapaczu chmur. Gdyby komuniści chcieli naprawdę pomóc Warszawie, rozwiązaliby przede wszystkim palący i haniebny problem komunikacji, zamiast ładować miliony złotych w inwestycje czysto prestiżowe czy propagandowe. Ale ja odczuwam zawsze niejasną pewność, widząc przemarzniętych, spychających się pod koła w bezwzględnej, potwornej walce o wpakowanie się do wagonu ludzi, że ktoś się temu z satysfakcją przygląda, powtarzając z cicha: "Niech się męczą, niech się mordują, dobrze im tak, lepiej nas potem będą kochać, bardziej nam potem będą wdzięczni...". [s. 213]
Wobec opornych z tego środowiska stosuje się chwyty finezyjniejsze. Pozwala im się na krytykę, ale w ściśle ograniczonych ramach. Na przykład: urządza się pokaz projektów architektonicznych na rozwiązanie śródmieścia Warszawy, sprasza się nań publiczność pod hasłem: 'Przyjdź, krytykuj, doradź! Twoje krytyczne wypowiedzi są potrzebne i pożyteczne, będziemy je brali pod uwagę w naszej pracy!...". Oczywiście - bzdura. Nikt uwag tych nie będzie brał pod uwagę. Co zaś najważniejsze - w dyskusji takiej wolno atakować tylko i wyłącznie szczegóły, nie wolno zaś atakować socrealizmu w architekturze, który czyni z oblicza artystycznego Warszawy obrzydliwy, tandetny jarmark, usiany tanimi, lukrowanymi ciastkami. [s. 265]

Dla tych, którzy niekoniecznie o Warszawie -- w książce można znaleźć także kilka wątków łódzkich. W Łodzi 3 września 1945 r. Tyrmand po raz pierwszy spotkał swoją matkę po sześciu latach wojny, o Łodzi Tyrmand pisze jako o jednym z miast niezniszczonych przez wojnę, w której wraz z tkanką materialną miały zachować się także pewne elementy swobód -- rozwiązań alternatywnych, wymykających się aparatowi władzy.
Trzeba dokonać zabiegu, facet nie ma dostatecznej forsy na to, a co gorsza - trudno mu jest cokolwiek w Warszawie zorganizować (...). Są to wszystko obecnie problemy ciężkie i skomplikowane, albowiem komuniści zajmują wobec nich stanowisko zgodne z przekonaniami najciemniejszego kleru. W miastach niezniszczonych, takich jak Łódź, Kraków czy Katowice, łatwiej jest jeszcze o jakieś wyjście, Warszawa jest jednak miastem zorganizowanym terrorystycznie, zupełnie niemal na modłę sowiecką, i ludzie boją się w niej o wiele więcej niż gdziekolwiek indziej. [s. 400]
Wreszcie w tekście pojawia się ciekawy epizod z II Zjazdu KC PZPR, opisywanego przez ówczesną prasę reżimową.
Odświeżające są tylko niebaczne wyznania, jak owego sekretarza partyjnego z Łodzi, który ubolewał nad opozycyjnością łódzkich robotników i tłumaczył ją endeckimi wpływami w fabrykach włókienniczych. To ci ideologia! Piętnaście lat, jak nie istnieje legalne Stronnictwo Narodowe, a mają wpływy! I pomyśleć, że ja zawsze miałem endeków za bezmyślnych spryciarzy i obskurantów. A tu - taka siła duchowa! Tfu, z tymi komunistycznymi analizami nastrojów mas. [s. 413]
Podsumowując i kończąc (bo coś czuję że dziś przeżywam niemoc i nie wszystko chce się tu skleić tak, jakby tego wymagał kunszt opisywanej pracy Tyrmanda) -- warto. Nad lekturą spędza się trochę czasu

Może chcesz przeczytać również:
Książka:

Leopold Tyrmand: Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa, cop. 2011, ISBN 978-83-7779-011-3.