niedziela, 15 marca 2015

Żydowskie dziecko z Warszawy

Nie trzeba włożyć zbyt wiele trudu, być znawcą lub koneserem fotografii, aby w którymś momencie życia natknąć się na koncepcję "decydującego momentu" (fr. le moment décisifHenriego Cartiera-Bressona.
Decydujący moment - ta jedna chwila, ułamek sekundy, w którym świat pogrążony w chaosie jawi się jako doskonała całość. Zdjęcie powinno streszczać wydarzenie, które za chwilę rozpadnie się w potoku życia" [dr Izabela Jaroszewska, przypis nr 1].
Teoria decydującego momentu niejako zrobiła fotografię reporterską, pozwoliła określić (nazwać) to coś, co przyciąga i zapada w pamięć na długo. Określa sytuację, kiedy w zasadzie nie trzeba dodawać nic więcej, za co później (jeśli jest się branżowym fotografem) można liczyć na Grand Press Photo.

Oglądając zdjęcie ludności cywilnej, wyprowadzanej z warszawskiej kamienicy (najpewniej z bunkra -- jak nazywano  specjalnie budowane schrony z systemem przejść; s. 79 oraz przypis nr 2) nie mam uczucia tego decydującego momentu. Nie bardziej, niż w przypadku wielu wielu innych, tragicznych zdjęć z tego okresu (nawet jeśli tragedia jest głębiej ukryta, jak w przypadku chłopca w czapce Jüdischer Ordnungsdienst z Litzmannstadt Ghetto).

Francuski historyk Frédéric Rousseau opowiadając historię zdjęcia wskazuje na drogę, jaką przeszło ono od publikacji w raporcie Jürgena Stroopa do zaistnienia jako symbol (element popkultury?), oderwany od pierwotnego kontekstu.

Obraz ten był jedynie jednym z 52 czarno-białych zdjęć, z których większość dokumentowała proces tłumienia powstania oraz niszczenia warszawskiego getta. Wszystkie te zdjęcia zamieszczone są na samym początku pracy Rousseau. Spośród nich tylko 18 znalazło się w Aktach Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze (w tym zdjęcie chłopca).
Jeśli chodzi o fotografię dziecka, to mimo iż figuruje w albumie norymberskim, nie została zaprezentowana przed Trybunałem. Nie zostaje potraktowana w żaden szczególny sposób. Należy do serii fotografii służących postawieniu zarzutów. Nie jest jednak najważniejszą fotografią oskarżenia. Nie zyskała jeszcze autonomii względem innych zdjęć z albumu Stroopa. [s. 109]
Frédéric Rousseau (co jest dużą wartością pracy) umieszcza historię zdjęcia w międzynarodowym kontekście społeczno-historycznym. Choć z dzisiejszej perspektywy może wydawać się to dziwne, jeszcze w czasie wojny oraz w pierwszych dekadach po jej zakończeniu to nie obraz ofiar dominował w narracji. Francja (według autora aż do końca epoki Charlesa de Gaulle'a) żyła mitem bohaterskiego Résistance -- maskując jednocześnie funkcjonowanie kolaboranckiego państwa Vichy. Przywódcy nowopowstającego państwa Izrael już w 1944 roku budowali na historii powstania w getcie mit założycielski.
Podczas gdy żydowskie masy i ich przywódcy są stygmatyzowani za poddawanie się eksterminacji bez walki, bojownicy z getta zostają utożsamieni z nowym żydowskim człowiekiem, który żyje wolny, walczy, ginie w obronie swojej ziemi i buduje ojczyznę w Palestynie. [s. 118]
Nie ma w tym wszystkim miejsca dla biernych i bezbronnych ofiar. Pamięć o powstaniu jest ważniejsza od pamięci o prześladowaniu [s. 121].
Jeszcze w 1961 roku podczas procesu Adolfa Eichmanna w Jerozolimie te same pytania prokuratora osaczają każdego z ocalałych, którzy zeznają przed trybunałem: "Czemuście nie protestowali? Czemu wsiedliście do wagonów? Było was tam 15 tysięcy, a strażników było kilkuset - czemuście się nie zbuntowali i nie rzucili do ataku?" [s. 121-122]
Z czasem jednak następuje transformacja społecznych i politycznych ram pamięci o Holokauście, czego następstwem jest też popularność zdjęcia przedstawiającego chłopca. Co ciekawe -- i warte odnotowania -- niemały wpływ na zmianę miał... niemiecki historyk Gerhard Schoenberner, który w 1960 roku wydał książkę "Żółta gwiazda. Prześladowania Żydów w Europie 1933-1945" (niem. Der gelbe Stern. Die Judenverfolgung in Europa 1933–1945).

Po pierwsze dzięki niemu do szerszej publiczności mogły dotrzeć informacje nie tylko o powstaniu w getcie warszawskim, ale także o powstaniach w Białymstoku i Częstochowie (nazywanym przez wiki oporem w getcie częstochowskim, zapewne ze względu na czas trwania i skalę), buntach w Treblince, Sobiborze oraz Oświęcimiu-Brzezince.

Po drugie wykorzystał on w swojej pracy zdjęcie chłopca z Warszawy -- jednocześnie kadrując je i powiększając.
(...) spośród wszystkich zdjęć z albumu Stroopa jedynie fotografia dziecka została tak bardzo powiększona. Efekt tego zabiegu jest wprost ujmujący; chłopiec niemal sam zajmuje stronę po prawej. [s. 129]
Takie wykadrowanie będzie istotne dla późniejszych dziejów fotografii, które "wyłączą" z niej chłopca.

Po trzecie zaś -- co również jest szalenie istotne -- Schoenberner pisze o walce wykraczającej poza dotychczasowe jej postrzeganie. Powstaje wyłom w obrazie wojennych bohaterów; wszyscy Żydzi w getcie stawiali opór. Szala stopniowo przechyla się na stronę ofiar.
Często podziwiano rezygnację narodu żydowskiego wobec śmierci. Jeśli jednak jest coś godnego podziwu, to jest tym niezłomna wola życia prześladowanych, którzy przez długie lata toczyli heroiczną walkę z tymi, którzy chcieli ich unicestwić. Każdy dzień odebrany śmierci, każda kromka chleba, którą mogli dać swoim dzieciom, była zwycięstwem nad ich katami. [s. 132]
W 1969 roku angielskie wydanie "Żółtej gwiazdy" Gerharda Schoenbernera (ang. The Yellow Star: The Persecution of the Jews in Europe, 1933-1945) ma już na okładce fotografię dziecka ze zbliżeniem na samego chłopca, w żółtej ramce na czarnym tle.

To jest jednak dopiero początek "wędrówki" zdjęcia chłopca.

Chłopiec staje się symbolem Shoah -- okładka drugiego wydania "Ery świadka" (fr. L'ère du témoinAnnette Wieviorki. Trafia -- w otoczeniu gwiazd flagi Wspólnoty Europejskiej -- na okładkę albumu "Europa i nienawiść" (fr. Europe et Haines) francuskiego zespołu rockowego Trust (jako symbol cierpienia i bezradności Europy związanej z masakrą w Srebrenicy z 1995 r.). Wizerunek chłopca zostaje wykorzystany (propagandowo) w sprawach Muhammada al-Durraha oraz Eliána Gonzáleza (2000 rok).
W latach osiemdziesiątych dziecko z fotografii uwolniło się więc od swoich towarzyszy, oprawców i osobistej historii. Od tego momentu zaczyna się jego szalona wędrówka, której etapy po dziś dzień trudno uchwycić. [s. 142]
Nie mogę pominąć także pojawienia nawiązań do zdjęcia w pracach Samuela Baka -- którego dla siebie przy tej okazji odkryłem, stawiając go obok Zdzisława Beksińskiego (zob. Beksińscy. Portret podwójny), Jerzego Dudy-Gracza  czy Bronisława Wojciecha Linkego.
Samuel Bak "Crossed out" (2007)

Na koniec kwestia, która pojawia się niemal zawsze przy okazji tematu tego zdjęcia -- tożsamość chłopca ze zdjęcia.
(...) pod koniec lat siedemdziesiątych tożsamość dziecka, jego nazwisko a także data powstania zdjęcia stały się przedmiotem sporu indywidualnej, rodzinnej i wspólnotowej pamięci. [s. 72]
Najczęściej (ewentualnie: w największej liczbie źródeł, do jakich udało mi się dotrzeć) pojawia się nazwisko Cwi Chaima Nussbauma (miał zgłosić się w 1982 roku). Wcześniej -- w 1978 -- Henryk Piasecki (członek rodziny Siemiontek) w paryskim Centre de documentation juive contemporaine miał złożyć oświadczenie, jakoby na zdjęciu utrwalony był Artek Siemiontek, pochodzący z Łowicza. Wersja ta -- przynajmniej w warszawskiej Gazecie Wyborczej -- utrzymuje się do dzisiaj (w artykule z warszawskiej GW na temat zdjęcia chłopiec jest podpisany jako Artur Siemiątek, syn Leona i Sary, urodzony w 1935 roku w Łowiczu; przypis nr 3). Jak jednak wskazywał Mateusz z Poznania (z niefunkcjonującego już niestety bloga blogbiszopa.pl), kandydatów było znacznie więcej.
Pod koniec lat 90-tych do izraelskiego Muzeum Bojowników Getta zadzwonił 95-letni Avrahim Zelinwarger mieszkający w Hajfie. Powiedział on, że chłopcem na fotografii jest jego 11-letni syn Levi i że wspomniane zdjęcie zostało wykonane na ulicy Kupieckiej w pobliżu Nalewek. Według Avrahima kobieta stojąca obok chłopca (ta, która odwraca głowę i patrzy na esesmana) to jego żona Chana Zelinwarger. W chwili wykonania zdjęcia Avrahim walczył w innej części getta. Nigdy więcej nie zobaczył swojej rodziny. 
Był także sygnał z Londynu. Anonimowy biznesmen skontaktował się z gazetą „The Jewish Chronicle” twierdząc, że to on widnieje na zdjęciu. Jego zeznanie zawierało jednak tyle błędów, że kategorycznie odrzucono możliwość by to on był „chłopcem z getta”. [4]
Na sam koniec zaś: tak się złożyło (co dopiero odkryłem), że niecały miesiąc temu zdjęcie "Chłopca z getta" zostało wybrane ikoną Warszawy, pokonując między innymi fotografię Chrisa Niedenthala z 14 grudnia 1981 r. "Czas Apokalipsy" (tu jest dopiero le moment décisif!).
Głosowanie polegało na stawianiu przy fotografiach na wystawie kropek w różnych kolorach. Czerwona oznaczała "dobrze znam to zdjęcie". Czarna - "to zdjęcie zrobiło na mnie największe wrażenie". Zielona - "to zdjęcie dobrze opowiada historię". Najwięcej kropek we wszystkich kolorach - w sumie ponad 875 - zwiedzający wystawę umieścili przy fotografii wykonanej przez Niemców podczas powstania w warszawskim getcie w kwietniu i maju 1943 r. [3]
Zaś już rok temu (w kwietniu 2014) Fakt.pl pisał: "to naj­bar­dziej znane zdję­cie z li­kwi­da­cji Getta Warszaw­skie­go" oraz "to zdjęcie wciąż ma status obrazu-symbolu." [5] (mówiąc szczerze: całkiem ciekawy materiał).

To chyba najlepsze podsumowanie tej zadziwiającej wędrówki jednej fotografii.

Georges Didi-Huberman miał powiedzieć:
Niszczenie i pomnażanie to dwa sposoby czynienia obrazu niewidzialnym: poprzez nicość i poprzez nadmiar. [s. 190]
Frédéric Rousseau z kolei ostrzega, iż każda z kolejnych reprodukcji (mutacji?) zdjęcia chłopca nakazuje jedynie współczucie i jedynie na nie pozwala.
(...) współczucie zbyt przegadane, a przy tym milczące, będące reakcją wolną od refleksji, pozbawioną kultury i pamięci, jak gdyby rezygnującą z odczytywania świata w kategoriach polityki. [s. 190]
-- pytając dalej: czy ten prymat emocji nad myśleniem nie podkopuje samych fundamentów demokracji? [s. 190]. Kiedy oglądam [6] pracę Zuzanny Marczyńskiej-Maliszewskiej, "Game Over" (serigrafia 2010) myślę, że autor w swoim czarnowidztwie może się mylić.

Ale doceniam kończenie pytaniem, nie odpowiedzią.

Zuzanna Marczyńska-Maliszewska, "Game Over", serigrafia 2010.


Przypisy:
[1] Anna Cymer, 100 najważniejszych zdjęć świata. Henri Cartier-Bresson. Decydujący moment, Świat Obrazu, 25.10.2010. [dostęp: 15.03.2015]
[2] Jerzy S. Majewski, Podziemne miasto w getcie: gdzie i jak powstały bunkry, Gazeta.pl Warszawa, 19.04.2013. [dostęp: 15.03.2015]
[3Chłopiec z getta - oto zdjęcie-ikona Warszawy, Gazeta.pl Warszawa, 19.02.2015. [dostęp: 15.03.2015]
[4] Mateusz z Poznania, Chłopiec z getta, Zapiski z Granitowego Miasta, 10.07.2010. [dostęp: 15.03.2015]
[5Kim jest dziecko z tego zdjęcia? Czy przeżyło?, Fakt.pl, 19.04.2014. [dostęp: 15.03.2015]
[6] Monika Krawczyk, Ostatnie miesiące Getta Warszawskiego, Forum Żydów Polskich na salon24.pl, 19.04.2013. [dostęp: 15.03.2015]

Książka:
Frédéric Rousseau: Żydowskie dziecko z Warszawy. Historia pewnej fotografii (fr. L'Enfant juif de Varsovie. Histoire d'une photographie), przełożył Tomasz Swoboda, wydawnictwo słowo / obraz terytoria, Gdańsk 2012. ISBN 978-83-7453-079-8; 978-83-61850-05-2.

niedziela, 8 marca 2015

Stacja Muranów

Stacja Muranów Beaty Chomątowskiej to kolejna książka o Warszawie, którą dostaliśmy z M. od warszawskich dziewczyn Kasi i Justyny (po raz kolejny dziękuję :-); niemal równo rok temu na blogu opisywałem Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda, którym cieszę się z tego samego źródła).

Praca pochodzącej z Krakowa warszawianki trochę czekała na swoją kolej. To, że jak wielu -- często nieświadomych -- cierpię na 積ん読 (tsundoku), to tylko jedna strona medalu. Drugą mogą być nietypowe parametry publikacji: 210 mm × 240 mm, 464 stron w twardej okładce -- w połączeniu z moim zwyczajem noszenia wszędzie ze sobą książki, którą akualnie czytam. W najbliższym czasie będę miał w torbie zdecydowanie więcej miejsca.

Nie zmienia to faktu, że Stacja Muranów została naprawdę dobrze wydana. Okładkę przygotowała łódzka ekipa Fajne Chłopaki, opracowanie graficzne i redakcja techniczna to praca Roberta Olesia z d2d.pl (wyszło zdecydowanie lepiej, niż wygląda ich strona...). Gwarantem jakości Stacji jest też marka Wydawnictwa Czarne -- dość wspomnieć, że wśród nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki (edycja: 2014) na 10 nominowanych pozycji 4 są wydane przez wydawnictwo z Wołowca. Trochę się nanosiłem, ale było warto.

Stacja Muranów to książka o Dzielnicy Północnej, o warszawskim getcie, o jednym z największych placów budowy w historii powojennej Polski, o czasie chwały i czasie upadku architektury Bohdana Lacherta (tak btw. -- jego syn Rudolf Lachert był autorem projektu nowego dworca kolejowego Łódź Kaliska; tej informacji oczywiście wcześniej nie było na polskiej Wiki).
Ale przede wszystkim Stacja Muranów to książka o pamięci miejsca, o tożsamości. O genius loci.
Mamy dla państwa niepowtarzalną ofertę. Nowiutkie mieszkania w pierwszorzędnej lokalizacji, projektowane przez wybitnych architektów. Samo centrum, ale jednocześnie spokój, przestrzeń i mnóstwo zieleni. Rekordowy termin oddania do użytku. (...) Z myślą o najmłodszych powstały żłobki i przedszkola. (...) Estetów ucieszy mała architektura - ławki, kolumienki, rzeźby, ozdobne poręcze balkonów, zwieńczenia schodów, utrzymane w jednakowym stylu, autorstwa najlepszych dekoratorów, rzeźbiarzy i kamieniarzy. (...)
Gdyby Muranów powstał dziś, tak mogłaby wyglądać propozycja inwestora - Zakładu Osiedli Robotniczych, państwowego poprzednika współczesnych deweloperów.
Jest tylko jedna, drobna kwestia, ale mamy nadzieję, że taka błahostka nie będzie państwu przeszkadzać: wszystko jest zbudowane na cmentarzu. [s. 294]

Nie jest przesadą stwierdzenie, że warszawski Muranów to unikat w skali światowej.
Jedyne osiedle wzniesiona na gruzach i z gruzów dawnego getta. Architektoniczna utopia, której twórcy czerpali z modernistycznych wzorców i socrealistycznych ideałów. I jedyna w Europie część dawnej "dzielnicy żydowskiej", w której zostało tak niewiele materialnych śladów. [okładka]

Ta historyczna część Warszawy stanowi punkt leżący na środku linii pamięci oraz tożsamości, rozpiętej między francuskim miasteczkiem Oradour-sur-Glane a inną, historyczną dzielnicą dużego polskiego miasta -- łódzkimi Bałutami (po których przykład Beata Chomątowska w swoich rozważaniach nie sięga -- a szkoda).


[powyżej: współczesne zdjęcie z Oradour-sur-Glane]

Autorka sięga jednak po wiele źródeł dotyczących bezpośrednio Muranowa -- obszerna bibliografia na końcu książki robi wrażenie, jednocześnie mówiąc dużo o ogromie pracy, jaką B.Chomątowska musiała włożyć w jej napisanie. Muranów widziany jest oczami jego projektantów (m.in. wspomnianego wcześniej Bohdana Lacherta), budowniczych (rozbudowany jest wątek dotyczący Pinkusa Szenicera), mieszkańców (również tych bardziej znanych -- na Muranowie przez pewien czas mieszkali Zygmunt Bauman z żoną Janiną), okiem przyjezdnych i turystów, którzy czasami zostawali na dłużej.

Osiedle-pomnik, jakie w powojennej rzeczywistości chciał stworzyć Bohdan Lachert, od samego początku było skazane na mocowanie się z własną tożsamością. Katastrofa Holocaustu, której ostatnim aktem było zrównanie z ziemią warszawskiego getta przez Jürgena Stroopa, uczyniła z tego ogromnego obszaru (położonego niemal w centrum miasta) zbiorową mogiłę. Pozostało -- cytując Jacka Leociaka -- miejsce-po-getcie, miejsce odarte z tożsamości i pamięci.
Architekci projektując osiedle, mogą wyznaczyć strefy do pracy, nauki czy odpoczynku, ale każda z nich przyjmie swą funkcję dopiero wtedy, gdy człowiek albo grupa ludzi oswoi ją, nadając jej własne znaczenie. [s. 49]

Nieocenione (szczególnie dla mnie, nie-warszawiaka) są dwie mapy, umieszczone na początku i na końcu książki. Jedna pokazuje Muranów z 1935 roku, druga -- ten sam obszar w 2012 roku. Widać na nich wyraźnie miasto, którego materialną historię wytarto z przestrzeni.

Jeśli jednak Muranów nazwano miejscem-po-getcie, jak nazwać obszar dawnego Litzmannstadt Ghetto, łódzkie Bałuty...? [zobacz: retrofotografie Stefana Brajtera]. Jakimi słowami określić miejsce, jeden z najbiedniejszych obszarów Łodzi, w którym współcześni nam ludzie mieszkają w tych samych kamienicach, w których kilkadziesiąt lat wcześniej umierali w brudzie, robactwie i niesamowitym głodzie uwięzieni w getcie Żydzi? Siedzą na tych samych podwórkach, wchodzą przez te same klatki schodowe, śpią w tych samych pokojach. Czasami wydaje się, że patrzą przez te same okna.

Czytając Stację Muranów od razu przyszedł mi do głowy tekst Maćka Stańczyka, pisany z perspektywy łódzkiego placu Strażackiego -- moim zdaniem jeden z ważniejszych (dziennikarskich) tekstów dotykających łódzkiej tożsamości.

Ci, którzy przyszli, czuli się obco. Oni byli u siebie. Zapytałem lokatora kamienicy: - Wie pan, co tu się dzieje? Wiedział, że coś o Żydach, ale co konkretnie - tego nie potrafił powiedzieć. O getcie tylko coś słyszał. [1]


[nagranie: Śladami getta łódzkiego: Plac Strażacki, Polska Agencja Prasowa]

Jest też Szymon Płóciennik, licealista z Zielonej Góry, który za swoją pracę Wiedza i poglądy uczniów warszawskich szkół ponadgimnazjalnych położonych na terenie byłego getta warszawskiego na temat getta i Zagłady Żydów otrzymał w 2010 roku nagrodę specjalną im. Soni i Szmula Tencer [2].
Sześć procent [badanych] było przekonanych, że Muranów wygląda teraz tak samo jak przed drugą wojną światową. Trzydzieści dwa, a więc jedna trzecia, nie miało pewności co do istnienia ewentualnych różnic. [s. 350]

Czy można rozbudzać w ludziach świadomość, jeśli im jej brakuje? Zmuszać do rozważań, na które być może wcale nie mają ochoty? [s. 308]
Przypisy:
[1] Maciek Stańczyk, 'Oddajcie mi wasze dzieci'. Wielka Szpera w łódzkim getcie, lodz.gazeta.pl, 7 września 2012.
[2] Nagrody dla laureatów konkursu "Historia i kultura Żydów polskich", naukawpolsce.pap.pl, 28 kwietnia 2010.

Książka:
Beata Chomątowska, Stacja Muranów, Wydawnictwo Czarne; Wołowiec 2012. ISBN 978-83-7536-449-1.