poniedziałek, 15 października 2018

Leningrad. Oblężenie i symfonia

Być może będzie to powód do wstydu (nigdy nie wiem, jak daleko powinna sięgać wiedza człowieka wykształconego), ale o VII symfonii Szostakowicza dowiedziałem się dopiero półtora roku temu, zwiedzając kijowskie Muzeum historii Ukrainy w II wojnie światowej (dawniej jedno z trzech muzeów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej -- dwie obecnie funkcjonujące instytucje tego typu znajdują się w Moskwie oraz w Mińsku). A że -- poza wspominanym już na tym blogu kinem Sci-Fi -- lubię kino wojenne, ze szczególnym uwzględnieniem snajperów oraz specyfiki walki w miastach, temat symfonii leningradzkiej został mi po muzealnej wizycie w głowie. Przy pierwszej lepszej okazji nabyłem zaś drogą kupna tłumaczenie książki Briana Moynahana Leningrad. Siege and Symphony (Leningrad. Oblężenie i symfonia).

Skala strat ponoszonych po obu stronach konfliktu była niewyobrażalna. Wszystko zgodnie z myślą przypisywaną Stalinowi -- śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć milionów ludzi to statystyka. Tylko w jednym kotle Rosjanie potrafili stracić 1249 czołgów, do niewoli niemieckiej oddając około ćwierć miliona żołnierzy [s. 537]. W samym mieście podczas oblężenia zapanowało zaś to, co po angielsku można wyrazić aż trzema słowami: hunger, famine i starvation, a co Rosjanie oddają tylko jednym - gołod [s. 238]. Choć i tego słowa w zasadzie nie było w użyciu -- sowiecka propaganda określała to jako "dystrofię żywieniową", występującą w "formie odmowej" oraz "formie kachektycznej" [s. 321].
Racjonowany ciemnobrązowy chleb miał niewielką wartość odżywczą. Mąka żytnia, z której go wyrabiano, była doprawiana w 25 procentach celulozą, a także olejem z wytłoków bawełnianych, mąką kukurydzianą i plewami. Mieszkańców zachęcano do zbierania jadalnej kory sosnowej i jodłowej. Każda z dzielnic miasta została zobowiązana do gromadzenia dwóch i pół ton trocin dziennie, które również uznano za substancję jadalną. (...) Przetrząśnięto także garbarnie, a ze znalezionych skrawków skór, zmieszanych z trocinami, otrzymywano kleistą masę, z której wyrabiano "paszteciki". W dokach znaleziono dwa tysiące ton baranich wnętrzności. Przerobiono je na rodzaj galaretowanej substancji, którą dla zabicia nieprzyjemnego zapachu przyprawiano aromatycznymi ziołami. Do owej galarety dodawano nasiona lnu i olej silnikowy, po czym produkt ten rozdzielano jako część dziennej dawki mięsnej. (...) Ze ścian zrywano tapety, po czym zjadano wyschnięty klej. (...) Niezbędne kalorie można było też znaleźć w glicerynie wchodzącej w skład mydła, proszku do zębów, leków na kaszel i maści kosmetycznych. Cenna okazywała się nawet dekstryna, substancja organiczna używana w procesie wytwarzania odlewów w odlewniach oraz procesie uszlachetniania tkanin. [s. 287-288]
W oblężonym Leningradzie kanibalizm, kilkukrotnie opisywany przez Briana Moynahana (m.in. s. 383, 425, 503 czy 509), stał się jedną ze strategii przeżycia. Roztapiający się śnieg wiosną 1942 r. odsłania widok nadjedzonych ciał z odpiłowanymi nogami czy kobiet odciętymi piersiami [s. 503].
Zdjęcia ofiar wojny (Muzeum historii Ukrainy w WW2 w Kijowie) 

Mimo katastrofalnej sytuacji wojennej, sanitarnej oraz żywnościowej, terror sowieckiego państwa nie ustaje ani na chwilę. Nawet odmowa opuszczenia otoczonego Leningradu stawała się podstawą do podejrzeń o kolaborację z nazistami (odczytywano to jako oczekiwanie na nadejście faszystów -- aby przejść na ich stronę [s. 436]). W tym wszystkim mamy Dmitrija Dmitrijewicza Szostakowicza, niezwykle uzdolnionego muzyka obdarzonego słuchem absolutnym, komponującym całe symfonie w myślach.
Pewnego razu w trakcie próby Gauk zauważył na twarzy Szostakowicza wyraz bólu. Kiedy zapytał, co złego się stało, ten odparł: "Aleksandrze Wasiljewiczu, drugi skrzypek w trzecim rzędzie za pierwszymi skrzypkami zagrał ciemną nutę zamiast jasnej". [s. 391]
Jego niezaprzeczalny talent stał się jego kartą przetargową w walce o przetrwanie, choć jego los był niepewny -- tak samo jak los innych więźniów państwa sowieckiego (bo o "mieszkańcach" tego państwa w zasadzie trudno byłoby mówić, o "obywatelach" nie wspominając). Jak celnie zauważa autor, symfonia VII Szostakowicza (której światowa prapremiera  odbyła się 5 marca 1942 r. w Kujbyszewie, dzisiejszej Samarze) stała się ważnym elementem sowieckiej percepcji na Zachodzie.
Time. July 20, 1942
(...) symfonia znalazła swoje miejsce w emocjonalnym krajobrazie wojny. Stała się głosem Leningradu, wyrażoną przez muzykę niezłomnością  odwagą tego oblężonego miasta. Jednocześnie przydała pozoru przyzwoitości czy wręcz humanitaryzmu funkcjonariuszom w granatowych czapkach, żołnierzom plutonów egzekucyjnych i śledczym: przyczyniła się do tego, że niezmienne zło reżimu jawiło się oczom aliantów przykryte kulturalnym fornirem. [s. 472]
Symfonia zdawała się dowodem, że Rosjanie przyjmują te same wartości. Z imperialnej Japonii i nazistowskich Niemiec wychodziło barbarzyństwo; ze Związku Radzieckiego pochodziła muzyka. [s. 476]
Dmitrij Szostakowicz trafił w 1942 roku na okładkę tygodnika Time. Ironią losu jest to, że jego wizerunek malował Boris Artzybasheff, uciekinier z Rosji (w zasadzie zaś z terytorium późniejszej Ukrainy) po jej zajęciu przez bolszewików, syn antybolszewickiego pisarza Michaiła Piotrowicza Arcybaszewa. Ten sam malarz miał namalować kilka miesięcy później -- również na okładkę magazynu Time -- samego Stalina [s. 556-557].

W tym parusetstronicowym dziele przeplatają się trzy główne wątki: sowiecki terror (widziany głównie z perspektywy spisanych wspomnień / pamiętników), kwestia rosyjskiej kultury i sztuki (ze względu na temat książki -- w dużej części historii muzyki) oraz szczegółowe opisy kolejnych działań wojennych, związanych z wątkiem leningradzkim frontu wschodniego. Tym wszystkim obficie oblany został opis codzienności oblężonego miasta, z drobiazgowymi statystykami dotyczącymi racji żywnościowych oraz śmierci. Przy bardzo dużej liczbie szczegółowych informacji miałem niestety wrażenie "przegadania" tematu, dlatego -- oczywiście tym mniej wrażliwym -- książkę można polecić na niezobowiązujące, jesienne wieczory (lub tak, jak było w moim przypadku, wakacyjny wyjazd). Ponad 600 stron tekstu robi jednak swoje.

Książka:
Brian Moynahan: Leningrad. Oblężenie i symfonia (ang. Leningrad. Siege and Symphony), przełożył Jerzy Korpanty, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016. ISBN: 978-83-280-2181-5.

niedziela, 14 października 2018

Aleja Włókniarek

Z Martą Madejską jesteśmy praktycznie równolatkami. Między innymi to spowodowało, że do Łodzi przyjechaliśmy mniej więcej w tym samym czasie -- i na tym samym etapie życia: licząc na zdobycie wyższego wykształcenia. Zarówno dla Marty, jak i dla mnie, Łódź nie była pierwszym i oczywistym wyborem -- z tym że o ile Marta miała do pokonania ładny kawałek drogi, o tyle dla mnie Łódź była wówczas najbliższym, dużym akademickim ośrodkiem. W zasadzie Łódź była opcją rezerwową po tym, jak z różnych (mniej lub bardziej zawinionych) względów nie udało mi się dostać na studia do Poznania oraz Torunia (wśród moich rówieśników bardzo popularnymi kierunkami były też Wrocław i Kraków; niekoniecznie Łódź).

Jeżeli chcę kogoś odesłać do Łodzi z tych czasów, podsyłam mu film zrealizowany przez znanego tu i ówdzie Michała Grudę Dwie twarze Łodzi (wkleję go gdzieś poniżej, ku pamięci). Film -- w skrócie -- to zestawienie obrazów z nowoutworzonego centrum handlowo-usługowo-rozrywkowego Manufaktura ze zdjęciami reszty centralnych obszarów miasta. Dzisiaj większości tych miejsc nowonapływający łodzianie i łodzianki mogą już nie rozpoznawać. W mieście zmieniło się dużo -- przede wszystkim wizualnie. Drugim z klasycznych już łódzkich obrazów filmowych -- dla mnie biograficznie istotniejszym -- jest film Piotra Szczepańskiego Aleja Gówniarzy z 2007 r. Tytuł to oczywiste nawiązanie do alei Włókniarzy [1], jednej z głównych arterii Łodzi. W warstwie toponimicznej aleja ta jest jednym z najmocniejszych świadectw przemysłowego dziedzictwa miasta. Łódź jednak lubuje się w toponimicznych pułapkach. Dlatego tak, jak Stare Polesie nie powstało na terenach leśnych, tak też to miasto nie było miastem włókniarzy -- ale włókniarek.
Nazwa ta jest poprawna gramatycznie, zgodna z zasadami tworzenia trzeciej osoby liczby mnogiej w naszym języku. Oni (włókniarze) i one (włókniarki) to razem oni (włókniarze). Dlaczego jednak potocznie mówiło się raczej o włókniarkach? Dlaczego, gdy patrzę na tabliczki z nazwą alei, mam poczucie, że coś nam odebrano? [s. 10]

Pisząc w kwietniu 2016 roku o Historii słabych prof. Urszuli Glensk zacząłem od klasycznego cytatu z Winstona Churchilla, który powiedział, że historia jest pisana przez zwycięzców. Rozmowę o Alei Włókniarek Marty Madejskiej w zasadzie mógłbym rozpocząć w ten sam sposób. Od wielu już lat -- choć mam wrażenie, że nie tak wielu, jak mieszkam w Łodzi -- co jakiś czas przetacza się dyskusja na temat upamiętniania włókienniczej (czy szerzej -- robotniczej) przeszłości miasta, często w kontrze do chętniej upamiętnianej historii łódzkich przemysłowców. Ostatnia batalia dotyczyła nazw w obszarze tzw. Nowego Centrum Łodzi [2]. Dwa najbogatsze rody fabrykanckie zostały upamiętnione, robotnicy i robotnice -- nie. W tym zestawieniu nietrudno przecież o ustalenie relacji między "zwycięzcami" oraz "przegranymi" łódzkiej, zbiorowej pamięci historycznej -- najpierw właściciele wspaniałych willi i fabryk, dużo dalej robotnicy. W silnie sfeminizowanym (praktycznie od samego początku) mieście -- robotnic w zasadzie nie stwierdzono. Marta Madejska pisząc Aleję Włókniarek wsadza do tego rzecznego nurtu pamięciowego kij. Zawrócić nie zawróci, ale co wodę zmąci -- to jej.
[Marta Madejska] – Studiując kulturoznawstwo, postanowiłam zająć się badaniem pamięci o włókniarkach. Byłam ciekawa, czy funkcjonuje ona w zbiorowej pamięci Polski. Zdziwiło mnie i dotknęło, kiedy uświadomiłam sobie, że nie. Dla mnie samej włókiennicza historia Łodzi była absolutną nowością, a przecież urodziłam się i wychowałam w tym samym kraju! Dopiero po zamieszkaniu w Łodzi zaczęłam to odkrywać. Wśród niektórych dzisiejszych akademików i publicystów w Polsce pokutuje poczucie, że klasę robotniczą badało się tylko z przymusu w PRL-u, a niektórzy uważają wręcz, że wtedy ją wymyślono, że to taki konstrukt, który nigdy naprawdę nie istniał. Porzuciłam doktorat i postanowiłam napisać książkę reporterską. [3]
Będąc niedawno na konferencji dość specyficznego środowiska, określającego siebie jako Łódzka Szkoła Rewitalizacji, usłyszałem, że każde spotkanie koła rozpoczynają od wysłuchania motywu muzycznego z ekranizacji Ziemi obiecanej Władysława Reymonta (reż. Andrzej Wajda, 1974 r.). [4] Gdybym był złośliwy napisałbym, że każdy pomysł całkiem celnie odzwierciedla poziom refleksyjności jego autorów -- ale przecież nie jestem. Marta Madejska zaś zauważa:
Współcześnie łódzcy decydenci i decydentki lubią przywoływać wyrwane z kontekstu cytaty z Ziemi obiecanej, najczęściej z dialogu Trawińskiego i Halperna ("wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz"). Sporo w tym nierozpoznanej ironii, bo książka to paszkwil na przemysłowe miasto szybkich fortun, "geszeftów", oszustw, plajt i robotniczego głodu. Trochę jak Wilk z Wall Street osadzony w XIX wieku z wariacjami antysemickimi i wkładką romansową, po której można poznać, że powieść pierwotnie wydawana była w odcinkach w "Kurierze Codziennym". [s. 34]
Jak widać powyżej, Marta bardzo fajnie, powiedziałbym: w swoim stylu (kto ją choć trochę zna, ten wie) -- rekonstruuje historię Łodzi, odzierając ją z części mitów. Wspomina między innymi o kwestii wielokulturowości (kolejnym z łódzkich, świetlanych mitów), którą przez wiele lat w Łodzi malowano w kolorach powszechnej szczęśliwości i wzajemnej miłości wszystkich ze wszystkimi. Taki łódzki towar eksportowy. Marta zaś pisze:
Szybko wykształcił się specyficzny wielokulturowy tygiel, pełen napięć i kompromisów. Relacje największych kultur - wykwalifikowanych niemieckich imigrantów, polskiej siły roboczej, żydowskiego handlu i rzemiosła - już zawsze miały układać się tu na trzech płaszczyznach: "ze sobą", "obok siebie" i "przeciw sobie". Na co dzień panowała pragmatyczna akceptacja odmienności. [s. 24]
Aleja Włókniarek zaś, wbrew innej, powszechnej w Polsce (w tym w Łodzi) narracji [5], skupia się na codziennym, mozolnym życiu -- widzianym oczami kobiet. W tym sensie książka jest głęboko feministyczna, konsekwentnie napisana w nurcie herstorii. Dlatego w Alei Włókniarek znajdziemy wszystko, co narracyjnie istotne dla tej optyki -- a co tak łatwo znika w "męskich narracjach". Jak ujęła to Marta na jednym ze spotkań autorskich w Łodzi -- ma nadzieję, że chociaż symbolicznie udało jej się wybrukować aleję Włókniarek.

Jednocześnie zaś obraz nakreślony przez Martę Madejską nie jest jednowymiarowy. Przy opisywaniu śmierdzącej, dusznej oraz hałaśliwej codzienności "Kominogrodu", autorka opisuje także motywy, które kierowały -- głównie bardzo młodymi [s. 42] -- dziewczynami, decydującymi się na przyjazd do Łodzi i podjęcie pracy w fabrycznych murach. W murach, w których czekały na nie "niebezpieczne zasłabnięcia", "ogólne osłabienie", "kurcze żołądka" [s. 36], kalectwo czy molestowanie przez mających władzę nad ich pracą fabrycznych majstrów oraz właścicieli fabryk [s. 75-77]. Oraz zarobki niższe od uposażenia mężczyzn.
Zbędne córki - tak określali je badacze społeczni (...) w dwudziestoleciu międzywojennym (...). Według badań ankietowych w połowie lat trzydziestych XX wieku 40 procent córek z drobnych gospodarstw rolnych było określane w ten sposób. Doliczyć trzeba córki rodziców bezrolnych, ludzi "luźnych" bez stałego miejsca zamieszkania i zatrudnienia oraz sieroty. Zbędne. [s. 42]
Zwykle wyruszały wyposażone wyłącznie w jeden tobołek z rzeczami, we własną wytrzymałość fizyczną i silną determinację, żeby utrzymać się na powierzchni życia. Nie było łatwo. Niektóre wracały później do rodzinnych stron z zaoszczędzonymi pieniędzmi. Inne wsiąkały w miasto. Jeszcze inne stawały się jego ofiarami. [s. 44]
Marta powiedziała kiedyś, że po przyjeździe do Łodzi brakowało jej książki, która pozwoliłaby jej zrozumieć to miasto. Inną jej myślą było zaś to, że chciałaby pisać takie książki, jakie sama chciałaby czytać. Myślę, że spośród różnych celów, jakie założyła sobie pisząc tę książkę, te z pewnością zostały przez nią osiągnięte.

I że po lekturze jej książki więcej osób patrząc aleję Włókniarzy zacznie w przestrzeni Łodzi szukać  alei Włókniarek [s. 14].

Przypisy:
[1] Aleja miała zostać hucznie otwarta w 1977 roku z okazji kolejnej rocznicy 22 lipca. Marta Madejska zaczyna od niej swoją opowieść, pisząc o alei Włókniarzy na s. 9-10.
[2] Marcin Bereszczynski: Nowe Centrum Łodzi. Nazwy nowych ulic mają być poświęcone fabrykantom, Dziennik Łódzki, 7 lipca 2016.
[3] Izabella Adamczewska: Łódzkie włókniarki wracają. "Każda z nich była wyjątkowa" (rozmowa z Martą Madejską), Gazeta Wyborcza Łódź, 24 sierpnia 2018.
[4] Dla osób niezwiązanych z Łodzią podrzucam:

[5] Łódź pod tym kątem jest w ogóle specyficzna, także na tle Polski. W tym mieście historie gloryfikujące fabrykantów -- czynnie współpracujących z caratem przeciwko robotnikom, wysyłającym przeciwko nim carskie oddziały kozackie -- wcale nie kłóci się z upamiętnianiem powstań, walką narodowowyzwoleńczą, kultem marszałka Piłsudskiego. Dwójmyślenie opanowane do perfekcji.

Książka:
Marta Madejska: Aleja Włókniarek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018. ISBN: 978-83-8049-708-5.