sobota, 8 września 2012

Kooperatywa

Książkę dostałem już dość dawno temu, w zasadzie nawet trudno mi sobie przypomnieć od kogo. Być może od Szymona, chociaż gdzieś się to w pamięci zatarło. Jednak od kogokolwiek -- dziękuję.

Książka na półce -- jak to się czasami mówi -- dojrzewała, chociaż może to ja dojrzewałem do jej przeczytania. Tak czy siak, coś się w tym czasie na pewno działo.
Konstytucja demokratyczna jest to tylko forma prawna, która sprzyja rozwojowi wolności; ale cała treść demokracji, jej rzeczywista siła i rzeczywista ochrona swobód ludzkich pochodzić musi od samego społeczeństwa, od jego kultury demokratycznej. Tam tylko, gdzie w życiu społecznym przejawia się szeroka tolerancja, odraza do narzucania komuś przemocą swoich przekonań i zwyczajów; gdzie ludzie umieją samodzielnie urządzać wszystkie swoje sprawy; gdzie czynnikiem publicznego życia nie jest nakaz i przemoc, ale solidarność i dobra wola - tam tylko demokracja istnieje naprawdę. [s. 104-105]
Jedno jednak trzeba przyznać -- myśl ekonomiczno-społeczna Edwarda Abramowskiego wypełnia lukę między bezgraniczną wiarą w niezawodność i brak wad wolnorynkowego systemu gospodarczego a "socjalizmem" postulującym upaństwowienie jako remedium na wszechobecne nierówności społeczne. Gdzieś po środku tego wszystkiego stanął Abramowski, który mówił "pomóżcie sobie sami nawzajem". I chociaż czasami zdumiewa poziom optymizmu u tak trafnego obserwatora rzeczywistości, celnie oceniającego polskie społeczeństwo, jego koncepcjom nie sposób nie przyznać [przynajmniej częściowej] racji.
Lud Polski takiej kultury [demokratycznej - JG] nie ma dotychczas. Nie jest to społeczeństwo nowoczesne, zorganizowane w różnorodne zrzeszenia i związki wolne, lecz, do niedawna jeszcze, zbiorowisko luźnych jednostek, wyczekujących, jakie reformy będą mu dane, w jakim nowym łożysku państwowym każą popłynąć jego życiu. Nie mając własnej instytucji społecznych, które by mógł dalej rozwijać i doskonalić, oczekiwał tylko na reformy policyjne. I ten zanik samodzielności tak głęboko wsiąkną  charakter narodu, że nawet umysły przodujące, programy partii i stronnictw, nie mogły zdobyć się na żadne inne postulaty społeczne, jak tylko takie, które zawierają się w formułce "czego żądać od państwa".

I tylko za chichot losu można uznać fakt, że to akurat ta ulica w Łodzi nosi imię tego politycznego myśliciela. 

A może to jest wyzwanie...?

Książka:
Edward Abramowski, Kooperatywa. Polskie korzenie przedsiębiorczości społecznej, wyd. Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom, Łódź 2010.

piątek, 7 września 2012

Auschwitz - medycyna III Rzeszy i jej ofiary

Książka Ernsta Klee była dla mnie kontynuacją tematu z pracy Vivien Spitz. Tym razem jednak autor był niejako z wewnątrz -- Niemiec, urodzony w czasie wojny, dla którego zmaganie się z tematyką Holokaustu to nie tylko zderzenie z brutalną, obcą rzeczywistością, ale także fragment własnej pamięci historycznej i tożsamości. Tożsamości odrzuconej.

Rządzący Trzecią Rzeszą oferowali lekarzom coś niesłychanie kuszącego, coś, co do tamtej pory nie istniało: zamiast świnek morskich, szczurów, królików mogli do swych doświadczeń wykorzystywać ludzi, masowo. [s. 7]
Autor od razu, niemal bezkompromisowo zaznacza swoje stanowisko, "rozprawiając się" z przedstawioną w dalszej części książki rzeczywistością.

Medycyna w czasach narodowego socjalizmu oznacza eliminację ludzi uznanych za nieużytecznych. (...) Na rampie w Auschwitz stoją lekarze. [s. 6]
I mocne uderzenie w splot [treść oraz układ tekstu oryginalne]

Wskazówka

Lekarze, o których
mowa w tej książce,
zaznaczają w swych
zeznaniach, że nigdy
nie naruszyli etosu
lekarskiego. [s. 9]

Tekst sączy się -- przez zęby, z ust i do umysłu. Później następuje precyzyjne (można rzec nawet -- niemieckie) przytaczanie kolejnych nazwisk, dat i faktów dotyczących doświadczeń przeprowadzanych w obozach koncetracyjnych (szczegółowo opisane doświadczenia w Buchenwaldzie, roli Niemieckiego Komitetu Badań Naukowych, badań nad malarią i zwalczaniem szkodników, pseudoeksperymentów SS oraz Wehrmachtu (dwa osobne rozdziały), działań Ahnenerbe -- kończąc na rozdziale poświęconym zbrodniarzowi wojennemu, Josefowi Mengele. Przystojnemu, świetnie wykształconemu mężczyźnie, wyperfumowanemu oraz w starannie uszytym mundurze oficerskim wśród więźniów z Auschwitz-Birkenau.

Nikt nie przeprowadzał selekcji z taką przyjemnością jak Mengele. Camille Bentata: 'Uśmiechał się, gwizdał albo śpiewał, także w najgorszych momentach. (...) Muszę dodać, że już podczas tej pierwszej selekcji z dwóch tysięcy osób na tymczasowe przeżycie wybrał tylko około stu'. [s. 451]

O znaczenie tych "badań" dla przyszłej nauki boję się pytać, nawet sam siebie. Bo gdy pomyślę jak u Vivien Spitz, że "Kolekcja mózgów doktora Hallevordena służyła do prowadzenia badań na uniwersytecie we Frankfurcie aż do roku 1990, kiedy to szczątki zostały pogrzebane na cmentarzu w Monachium" (czyt. Lebensunwertes Lebens, 26 lipca 2012) to albo nazwę się kłamcą, albo człowiekiem.

Kończąc z Ernstem Klee, bo do pozycji tej właściwie trudno już coś więcej dodawać.

Auschwitz nie było wypadkiem. Było punktem kulminacyjnym medycyny, którą rządzi selekcja. [s. 451]

Książka:
Ernst Klee, Auschwitz - medycyna III Rzeszy i jej ofiary (Auschwitz, die NS-Medizin und ihre Opfer), Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2005.