wtorek, 24 października 2017

Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia

Rok 2015 rozpocząłem na tym blogu wpisem o rodzinie Beksińskich, opisując moje impresje związane z książką Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińscy. Portret podwójny (w ramach ciekawostek: jest to obecnie najczęściej czytany wpis na moim blogu). Na swoje [ekhm] urodziny dostałem od M. wydaną w 2016 roku książkę Wiesława Banacha oraz Jarosława Mikołaja Skoczenia Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki/Rozmowy, także pora mi wrócić do tematu.

Wpis z 2 stycznia 2015 roku zacząłem słowami
Jeżeli A. poznałem latem 2000 roku, to o istnieniu Zdzisława Beksińskiego musiałem dowiedzieć się mniej więcej w tym samym czasie. A. pochodzi z Sanoka, Zdzisław Beksiński również, niecały rok wcześniej jego syn Tomasz popełnił samobójstwo w swoim warszawskim mieszkaniu na ul. Mozarta 6. Musiało być o tym wtedy głośno.
Jak się okazuje Sanok i sanockie dziewczyny mają coś w sobie [ ;-) ], gdyż w podobny sposób ze Zdzisławem Beksińskim zetknął się jeden z autorów książki, późniejszy wykonawca testamentu Zdzisława Beksińskiego, Wiesław Banach (wówczas -- w grudniu 1972 roku -- student pierwszego roku historii sztuki na KUL).
W ferie zimowe pojechałem do domu, do Kościana, i przy okazji odwiedziłem Muzeum Narodowe w Poznaniu. Trafiłem na wystawę sztuki współczesnej, pokazującą sztukę krajowych ośrodków: Krakowa, Warszawy, Poznania, Gdańska. Były tam prace różnych artystów i wśród nich jeden, zupełnie osobno, podpisany: Zdzisław Beksiński - Sanok. Nazwa miasta rzuciła mi się w oczy, ponieważ pochodziła z niego moja dziewczyna. Sam obraz mnie nie zachwycił, ale nazwisko autora zapamiętałem. [s. 16]
A tak swoją drogą -- jeśli zawierzyć jedynie słowom samego Beksińskiego, to nie przepadał on za Sanokiem ;-)
Środa 26.6.1996
(....) Po pierwsze nigdy nie lubiłem Sanoka. Nie przepadałem za własnym domem i ogrodem. [s. 245]
Książka Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki/Rozmowy podzielona jest na dwie części, jednak występują one w odwrotnej kolejności niż sugeruje to jej tytuł. Pierwszą część stanowi rozmowa Jarosława Mikołaja Skoczenia ze wspomnianym wcześniej Wiesławem Banachem.

Wywiad jest słaby. Banach (z punktu widzenia osoby zainteresowanej postacią Zdzisława Beksińskiego) mówi ciekawe rzeczy, dużo można dowiedzieć się o warsztacie malarskim artysty lub jego podejściu do sztuki, ale całość przeprowadzona jest fatalnie. Bez polotu, bez pazura, z bardzo długimi wypowiedziami Banacha (chyba tylko dla zachowania porządku i dla zmian wątku poprzetykanymi pytaniami Skoczenia). Niewiele ponad to.

Rozwiązaniem tej zagadki (częściowo?) jest zabieg, którego dokonało wydawnictwo -- ograniczając do minimum prace redakcyjne nad tekstem rozmowy (w przypadku Dziennika oraz rozmów przepisanych z taśm wideo z prac redakcyjnych zrezygnowano całkowicie [1]). Oficjalnym powodem jest "wiele emocjonalnych wątków historii". Wygodne, prawda?
Ze względu na wiele emocjonalnych wątków tej historii, opowiedzianych przez świadka i powiernika tajemnic artysty, staraliśmy się do minimum ograniczyć prace redakcyjne. Nie zostały im poddane fragmenty dzienników oraz wypowiedzi przepisane z taśm wideo. Chcieliśmy zachować autentyczny styl malarza, aby ludzie, którzy go znali, mogli niemalże usłyszeć jego głos. [s. 1, Od wydawcy]
W przypadku dziennika Beksińskiego i transkrypcji z taśm ten chwyt może się jakoś obronić. W przypadku rozmowy z Wiesławem Banachem -- niekoniecznie.

W wywiadzie pojawiło się jedno odniesienie do wspominanej wcześniej książki Grzebałkowskiej -- w mało przychylnej tonacji. Wiesław Banach zarzuca Grzebałkowskiej wpisywanie się w głosy tych, którzy oskarżają Zdzisława Beksińskiego o przyczynienie się do samobójczej śmierci swojego syna, Tomasza.
Mnie osobiście bardzo bolą te uproszczenia, które pojawiają się od dawna w ustach różnych komentatorów sugerujących, że winę za tragedię Tomka ponosi Zdzisław - swoją obojętnością i brakiem uczucia. Nawet pani Grzebałkowska w swojej książce użyła takiego sformułowania: "Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzył swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytulił swojego syna". Nawet jeśli od strony marketingowej wydaje się to być zgrabnym zabiegiem, rzeczywiście jest czymś niesprawiedliwym i krzywdzącym. Niby prawda, a jednak fałsz. To poczucie miłości między synem i ojcem było. Zdzisław mógł w rozpaczy po śmierci syna sam się oskarżać, ale to ferowanie wyroków przez innych, jest po prostu nieprzyzwoite. [s. 96]
W moim odczuciu jest to jednak nadinterpretacja intencji autorki Portretu podwójnego. Po pierwsze użytych słów nie trzeba rozumieć dosłownie -- można je traktować jako rodzaj metafory, obrazującej niełatwe relacje Zofii i Zdzisława z ich synem. Trudno mi uwierzyć, żeby Magdalena Grzebałkowska chciała stawiać -- w sensie dosłownym -- tak jednoznaczną i łatwą do falsyfikacji tezę. Tym bardziej, że garściami czerpała z "literatury źródłowej". Po drugie zaś nie odczytuję tych słów jako próby przerzucenia na Zdzisława Beksińskiego odpowiedzialności za śmierć Tomasza Beksińskiego. Bo niby dlaczego?
Środa 23.9.1998 [wpis z pierwszego dnia po śmierci Zofii Beksińskiej - JG]
Rozmawialiśmy z Tomkiem, który tu był do godziny 2:45 i potem dopiero położyłem się, ale nie bardzo mogłem zasnąć. (...) Rozmawialiśmy o Zosi i o nas i o jego dziewczynie i problemach jakie ma ze swoim życiem uczuciowym. Chciałby ją jakoś mi zaprezentować. Szkoda, że nie otworzył się tak nigdy przy Zosi. Wygląda jednak na to, że jej śmierć nas zbliży. Bardzo bym tego pragnął. [s. 277]

Wtorek 6.10.1998
Wczoraj wieczorem nie bardzo potrafiłem się zebrać za coś konstruktywnego i zacząłem gapić się w telewizor, gdy zadzwonił Tomek i zaprosił mnie do siebie. (...) Byłem zadowolony, że mogę z kimś spędzić wieczór. Tomek zrobił się nagle bardzo opiekuńczy. Boże, co za zmiana, ale czegoś takiego spodziewałem się jeszcze, gdy Zosia żyła. Nawet jej mówiłem o tym, że w wypadku jej śmierci zapewne zbliżymy się do siebie. [s. 281]

Czwartek 22.10.1998
Tomek wyjechał do Pragi, wraca dopiero w sobotę i jakoś mi pusto bez niego. Jak widać jego obecność jest mi potrzebna, nawet jeśli tylko oglądamy jakieś durne filmy. Pozwala nie czuć tej pustki wokoło. [s. 281]
Niestety Wiesław Banach w swojej odważnej tezie pominął to, co jest napisane zaraz pod przytoczonym -- zapewne w celach chwytliwo-promocyjnych -- hasłem.
To książka o miłości - o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności - tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć - życie. [2]
Pominął także inne, liczne fragmenty, które "u Grzebałkowskiej" wskazują na relacje ojca i syna.
Beksiński powie po śmierci Tomasza: "Ja sobie wyobrażałem, że przebrnę przez ten okres małego dziecka, którym się będzie zajmować moja żona, a ja będę miał kumpla, z którym będziemy mieli takie stosunki równe, będziemy się interesować tym samym, będziemy dyskutować. Tak go wychowywałem, z tą myślą. Tymczasem jakby się okazało, że z tego wcale nie to wyszło. Tego nie przewidziałem, że będzie niezadowolony z istnienia, z życia". [3]
Część "dziennikowa" publikacji zawiera wpisy dokonywane przez Zdzisława Beksińskiego między 22 marca 1993 r. a 21 lutego 2005 r. (ostatni wpis jest z dnia zamordowania Zdzisława Beksińskiego). Można jedynie zakładać, że są to wszystkie rejestry z tego okresu. Beksiński dokonywał wpisów nieregularne -- po wpisach "codziennych" zdarzają się nawet kilkumiesięczne przerwy (fragment podtytułu "dzień po dniu" możemy traktować co najwyżej metaforycznie). Co do samego podtytułu -- jego dramatyzm w żaden sposób nie odzwierciedla dramatyzmu treści. Beksińskiego zajmują głównie prozaiczne, codzienne sprawy (pogoda, samopoczucie, trochę technicznych uwag dot. tworzenia obrazów). Życie dzień po dniu kończy się tak, jak każdemu (z wyjątkiem dramatycznego finału, którego nic nie zapowiadało). Tak szczerze mówiąc Zdzisław Beksiński nie miał w Dzienniku nic szczególnego do powiedzenia. Domyślam się, że swój dziennik traktował bardziej jako podręczny notatnik, niż miejsce zapisywania wiekopomnych myśli. Zresztą wspominał w dzienniku, że zdarza mu się zapomnieć o tym, co komuś obiecał lub kiedy się z kimś umówił (nagrywał też swoich telefonicznych rozmówców). Refleksja na temat sensu / celu pisania pojawia się u Beksińskiego kilka dni po samobójstwie syna.
Poniedziałek 27.12.1999
Po co to wszystko? Dla kogo właściwie piszę to wszystko? Tylko dla siebie? Przedtem pisałem z myślą, że Zosia przeczyta po mojej śmierci. Później z niewielkim cieniem nadziei, że zajrzy do tego Tomek, ale przecież ja nie zajrzałem do notatek mojej matki, a nawet nie chce mi się słuchać taśm nagranych przez Tomka. Na razie także boję się ich słuchać, ale jednocześnie nie chce mi się, bo przewiduję co tam znajdę. Komu będzie się chciało czytać jaka była na Służewiu pogoda rano w poniedziałek 27 grudnia 1999. Dla kogo robić wszystkie inne notatki. Dla kogo wreszcie malować?
Na więcej refleksji egzystencjalnych Zdzisław Beksiński pozwalał sobie w okresie po odejściu jego najbliższych -- Zofii i Tomasza. Wpisy z dnia ich śmierci, biorąc pod uwagę zażyłe stosunki w rodzinie, pozostają jednak niezwykle zdystansowane, niemalże aptekarskie.
Wtorek 22.9.1998
Gdy robiłem korektę ortograficzną powyższego tekstu, bo osiągnął już granice pojemności "Prostego Edytora" i chciałem go zamknąć, usłyszałem z mieszkania jakiś odgłos, jakby coś spadło. Myślałem, że spadła drabina, z której wczoraj korzystała Zosia. Wyszedłem pytając co się stało, ale nie było odpowiedzi, a drzwi do kuchni nie dawały się otworzyć. Wepchnąłem je siłą. Zosia leżała tam wewnątrz oparta o drzwi i była już w agonii. Miała pełne usta jedzenia, więc chyba straciła przytomność w trakcie, gdy rozpoczynała śniadanie. Próbowałem coś do niej mówić, ale nie reagowała. Wydobyłem jej jedzenie z ust, myśląc, że się nim zadławiła, bo chyba jeszcze oddychała, ale już domyśliłem się, że nastąpiło pęknięcie tętniaka i ona umiera.. Była godzina 8:15, gdy wszystko się skończyło. Przesunąłem ją po podłodze i położyłem poduszkę pod głowę. Zadzwoniłem do Kuców, Tomka i Hoserów. Dzwoniłem też do Parafii w sprawie ostatniego namaszczenia ale przeor powiedział (za pośrednictwem osoby, z którą rozmawiałem), że po śmierci go nie udzielają. Tomek przyszedł po pół godzinie. Okazało się, że odsłuchał nagranie, bo coś go tknęło. Po chwili przyjechało już pogotowie.
***
Potem zabrałem się za notowanie wszystkiego, póki jeszcze pamiętam, bo dzień ten (może to i dobrze) przeszedł mi jakoś tak bez poczucia upływającego czasu. Teraz dzwonili już Kamil i Krzysia. Dałem ogłoszenie do "Gazety Wyborczej" i ukaże się pojutrze, ale prosimy z Tomkiem o nie składanie kondolencji. Na razie tyle. Muszę się w tym wszystkim jakoś odnaleźć. [s. 276-277]
Sobota 25.12.1999 [4]
(...) O godzinie 14:40 próbowałem zadzwonić do Tomka, ale sytuacja była taka jak poprzednio: automatyczna sekretarka i wyłączona komórka. O ile postanowił się (jak zapowiadał) przez Święta wyizolować i wyleżeć, to ściszył sekretarkę i wyłączył telefon w pokoju przy tapczanie oraz komórkę. W przeciwnym wypadku i tak już nic nie pomogę. Na dworze zachmurzyło się już ostatecznie. Temperatura -1,8. Nie widać prawie żywego ducha. Grobowa cisza. Do mnie absolutnie nikt nie dzwoni. W komputerze nie ma żadnego maila. Tak jakby wszyscy wymarli. Czyżbym w końcu został absolutnie sam? Jestem bezradny. Nie umiem zabrać się do pracy. Może coś szkicować? Ręce mi drżą. Człowiek w takiej sytuacji, myśli tylko o sobie.
***
O godzinie 15 znalazłem klucz. Leżał w porcelanowej donicy w przedpokoju, w której szukałem już wczoraj, ale szukałem na wierzchu, a on przykryty był i leżał całkiem na spodzie. Poszedłem to Tomka, ale on już nie żył i był zesztywniały. [s. 311]
Po śmierci najbliższych we wpisach, w których jak dotychczas Beksiński omawia swoje codzienne sprawy ("stereotypowe czynności"), zaczynają pojawiać się wątki samotności, pustki po stracie, pytania o cel dalszego życia oraz pracy. Nie stają się one jednak w żadnym momencie decydującym wątkiem -- najczęściej stanowią coś w rodzaju uwagi na marginesie.
Poniedziałek 27.12.1999
(...) Powoli, bardzo powoli dochodzi do mej świadomości to, że jestem już całkiem sam. Tzn. wiedziałem od początku, a nawet przed śmiercią Tomka, ale teraz pojawiają się szczegóły techniczne. Np. drzwi wejściowych nie trzeba już zamykać zamkiem ABLOY, lecz zasuwą. Nikt przecież nie ma do mnie klucza (może przekazać komplet Bogdanowi?) i nikt nie będzie mógł drzwi otworzyć, gdy nagle mi się coś stanie. Upraszcza to zamykanie, ale komplikuje życie. To zaledwie jeden z elementów, które teraz zaczynają pojawiać się jak rafy podczas odpływu. [s. 312]

Niedziela 26.3.2000
Zmiana czasu spowodowała, że o godzinie 17.15 świeci jeszcze słońce ale skłania się już ku zachodowi. Na wieczór, jeszcze przedwczoraj, zapowiedział się Grzesiek. Mamy wysortować książki, które przeniesie się do Tomka, a potem do jakiejś biblioteki. Skończyłem pracę, bo kolor słońca jest jakiś taki żółtawy. Obraz idzie nie najgorzej i może uda mi się go jutro lub pojutrze skończyć. Zosia nie żyje, Tomek nie żyje, życie straciło sens, a ja maluję i oceniam czy coś idzie dobrze, czy źle. Biedna głupia małpa z jej stereotypowymi czynnościami. [s. 325]

Część wpisu na temat Portretu podwójnego autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej poświęciłem motywom łódzkim w życiu Zdzisława i Tomasza Beksińskich. Kontynuując ten wątek w kontekście książki Wiesława Banacha i Jarosława M. Skoczenia należy zauważyć, że Łódź nie zajmowała w myślach Z.Beksińskiego jakiegoś szczególnego miejsca (mimo, że od końcówki lat 70. XX wieku malarz mieszkał w stosunkowo nieodległej Warszawie). Z Łodzią silniej związany był -- bardzo często przez Beksińskiego wspominany -- Piotr Dmochowski, który -- co z kolei możemy wyczytać z książki Grzebałkowskiej -- właśnie w tym mieście w 1976 roku po raz pierwszy zetknął się z pracami Beksińskiego (na rok przed przeprowadzką Beksińskiego do stolicy).
Wałęsaliśmy się po ulicy Piotrkowskiej. Wpadliśmy do galerii miejskiej i tam natknęliśmy się na wystawę Beksińskiego. Zrobiła na nas piorunujące wrażenie. (...) Zapytaliśmy babcię, która pilnowała obrazów, kim jest ten Beksiński. Ale ona tylko umiała powiedzieć, że to jakiś architekt, który daleko mieszka. [5]
W notatce poświęconej książce Grzebałkowskiej pisałem, że prace Zdzisława Beksińskiego były wystawiane w Łodzi co najmniej dwa razy: w 1968 r. oraz w 1976 r. Jak się okazało moje "co najmniej" nie było na wyrost, gdyż motyw łódzki pojawia się w książce Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia w kontekście wystawy, o której Magdalena Grzebałkowska nie wspomina.
Czwartek 7.9.1995
Dziś o godzinie 18, otwarcie wystawy w Łodzi. Ciekaw jestem, czy Dmochowski przyjedzie? Ma w Łodzi wielką ilość znajomych. Być może jednak, nie będzie chciał wyrzucać forsy. Chętnie bym zobaczył tą wystawę już po jej otwarciu, ale nie wiem czy będzie, gdy już naprawią wóz, szansa wyskoczenia do Łodzi. Jest to 135 km, a więc w obie strony 270. Może to zbyt wiele jak na wytrzymałość Zosi? Nie wiem też jaka będzie pogoda we wrześniu. Może przez cały czas taka jak ostatnio? [s. 205]
Środa 20.09.1995
Ukazała się dziś w "Gazecie Wyborczej" bardzo negatywna recenzja mej wystawy w Łodzi. Sygnuje ją facetka (Jarecka [6]), która już raz pisała na mój temat z okazji wystawy u Nyczka i też jej się nie podobało. (...) No cóż: człowiek wolałby być chwalony we wszystkim, jednak zarówno pochwały jak i nagany, są na tym samym poziomie. Należy sobie więc to odpuścić. Nie przeczytałem w sposób dokładny ani jednej recenzji pozytywnej i to samo stało się z recenzją negatywną. Na starość zostawia to człowieka obojętnym. Tekst przerzucam. Jedynym minusem jest myśl o tym, że przeczytają znajomi i że swoją opinię o tym, co robię, mogą (choć w części) oprzeć na tym, co przeczytali. [s. 207-208]
Jest w dzienniku Zdzisława Beksińskiego także fragment o tajemniczej studentce z Łodzi, która dzwoniła do niego po śmierci Tomasza.
Poniedziałek 27.12.1999
(...) Przed północą dzwoniła jakaś studentka z Łodzi, popłakując i smarkając oraz pytając, czy mógłbym jej listy do Tomka znaleźć u niego i jej zwrócić. Poszukam dziś, gdy pojadę z Emilem po obrazy, ale nie mam pojęcia gdzie (i czy) Tomek przetrzymywał listy. [s. 312]

Podsumowując: jeżeli chcesz poczytać o Beksińskim, możesz sięgnąć po tę książkę. Jeżeli chcesz przeczytać w swoim całym życiu tylko jedną książkę o Beksińskich -- sięgnij po Grzebałkowską.

Na koniec podrzucę fragment zapisów Beksińskiego na temat umiejscowienia jego prac w Częstochowie (dziś możemy je oglądać na wystawie stałej w Miejskiej Galerii Sztuki). To jedyny wpis, w którym Zdzisław Beksiński wspomina o tym miejscu -- a że niedawno byłem tam z M., fragment się do mnie przykleił i go tu zostawię.
Wtorek 1 lutego 2005
(...) Nawiasem: wczoraj Dmochowski napisał, że Częstochowa zaczyna się powoli wycofywać z projektu Muzeum Beksińskiego. Miasto już wycofało się z 3.000.000 na 1.000.000, a niedługo może zostać z tego kilkanaście tysięcy. W końcu muszą myśleć o przyszłych wyborach. Dmochowskiemu nie podoba się też nowy kalendarz, jednym słowem zaczynają się nieporozumienia. Obym stał od tego jak najdalej, ale tak się niestety nie da. Jestem już w to umoczony, a na końcu i tak Dmochowski obwini (przed enigmatycznie pojmowanym "światem" i władzami Częstochowy) o wszystko mnie, nawet gdy nie będzie o co obwiniać. [s.435]

Źródła:
[1] Pomimo informacji z pierwszej strony o tym, że w przypadku dzienników oraz transkrypcji nagrań zrezygnowano całkowicie z redakcji, uważny Czytelnik / Czytelniczka znajdzie co najmniej jedno miejsce, w którym zredagowano tekst. Chodzi o dopisek ze s. 344, gdzie redakcja "poprawiła" Zdzisława Beksińskiego, gdy ten pomylił Empik krakowski z Empikiem w Warszawie. Zapewne przypadkiem nie jest, że "sprostowywana" informacja dotyczy kwestii, którą Beksiński uzgadniał ze współautorem publikacji, J.M.Skoczeniem.
[2] Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny, Społeczny Instytut Wydawniczy "Znak", Kraków 2014 (napis na tylnej okładce).
[3] Ibidem, s. 89
[4] Śmierć Tomasza Beksińskiego datuje się na 24 grudnia 1999 r.
[5] Magdalena Grzebałkowska, op.cit., s. 255.
[6] Chodzi o krytyczkę i historyczkę sztuki Dorotę Jarecką oraz jej tekst Piekło w kolorach tęczy. z 20 września 1995 roku. Jeżeli ktoś z P.T. Czytelników / Czytelniczek ma ochotę dogrzebać się do niego -- bardzo proszę. Ja zamieszczę tutaj tylko wstęp, który łatwo wynorać z sieci: Te obrazy przyciągają i ekscytują tłumy, ale tylko pozornie są alegoriami. Na obrazach Zdzisława Beksińskiego widać szare i zielone trupy, szkielety wyjących psów, czaszki zarośnięte przegniłą skórą (...). Swoją drogą: można od razu podeprzeć się Beksińskim, który -- zgodnie ze słowami W.Banacha -- interpretacjom przez osoby trzecie (...) przysłuchiwał się trochę jak streszczeniom snów - każdy odsłania w nich własną podświadomość. [s. 21-22]


Książka:
Wiesław Banach, Jarosław Mikołaj Skoczeń: Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki/Rozmowy (wydanie I), Mavit Druk, Warszawa 2016. ISBN: 978-83-61443-15-5.