niedziela, 27 listopada 2016

Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy

Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy wyniosłem z łódzkiego Niebostanu. W zasadzie to było tak, że czekając na zamówioną kawę zapałałem gorącym uczuciem do kilku przeczytanych na szybko zdań -- i w efekcie zamiast samej kawy wyniosłem też książkę.

Oczami wyobraźni widziałem książkę Oty Filipa jako kapitalne uzupełnienie dla przeczytanego w sierpniu cyklu reportaży Mileny Jesenskiej Ponad nasze siły. Czesi, Żydzi i Niemcy. Wybór publicystyki z lat 1937-1939. Całość niestety nie sprostała wysoko postawionym oczekiwaniom. W kilku miejscach spotkałem się z porównaniami Wniebowstąpienia Lojzka Lapaczka do Blaszanego bębenka Güntera Grassa. Aleksander Kaczorowski pod koniec lutego 2006 r. pisał

Powieść Oty Filipa to czeska odpowiedź na "Blaszany bębenek" Güntera Grassa. Od pierwszych stron widać, że autor pozazdrościł sukcesu niemieckiemu nobliście i postanowił upichcić ostrawski odpowiednik jego gdańskiej epopei. [1]
O tej teorii napomknęła również Agnieszka Wilczyńska w tekście Tygiel Śląskiej Ostrawy we Wniebowstąpieniu Lojzka Lapaczka... Oty Filipa [2]. Być może teoria zaczęła już żyć własnym życiem. O ile jednak o Blaszanym bębenku już kiedyś zapewne słyszeliście, o tyle o sympatycznym Lojzku ze Śląskiej Ostrawy raczej nie. Cóż, Ota Filip nie popełnił dzieła wiekopomnego, ale dla tzw. momentów (oraz dla zdobycia kilku dodatkowych punktów w kategorii: znajomość literatury czeskiej) warto po książkę sięgnąć.

Osią książki są losy graczy lokalnego zespołu piłkarskiego FC Morawska Ostrawa. W drużynie tej jak w soczewce kumulują się wszystkie zawirowania w rzeczywistości. Choć drużyna stanowi istny tygiel, to jest to rzecz dla wielu mieszkańców Ostrawy najważniejsza. Dla głównego bohatera -- Lojzka -- w szczególności. Całe jego życie, od momentu urodzenia, związane zostało z tą drużyną.

Aha, zapamiętaj jeszcze jedno: zawsze i wszędzie, gdzie tylko się o coś grało, na boku obowiązywały żelazne reguły! Imperia upadały, giganci historii odchodzili w zapomnienie, rewolucje zmieniały ludzi albo i na odwrót, ale wbij sobie do łba: w sporcie wszystko zostało po staremu! [s. 403]
Całość narracji lawiruje między zdarzeniami realnymi a światem nadprzyrodzonym (m.in. dzięki paranormalnym zdolnościom Lojzka Lapaczka, który rozmawia ze zmarłymi czy unosi się nad miastem). Choć -- tak między nami mówiąc -- do "deliryczno-barokowego" stylu z Pod mocnym Aniołem Jerzego Pilcha bardzo dużo brakuje. Mimo tego, że widzimy kolejne wydarzenia z tzw. historii globalnej (o ile poprawnie użyłem tego określenia), które determinują życie mieszkańców Śląskiej Ostrawy, wiele razy mamy do czynienia z zaburzeniem kontinuum czasoprzestrzeni. Stoi za tym filozofia opisywania tego, co wokół / tego, co otacza.
Rzecz jasna mógłbym powiedzieć od razu, że dr Staniolowski skończył źle, lecz byłoby to tylko stwierdzenie faktu, a mój osobisty pogląd jest taki, że z faktami za wiele zrobić się nie da. Znacznie ciekawsze są prowadzące do przesilenia okoliczności i smaczki. [s. 307]
Ciekawym punktem do rozmowy o tej książce może być kwestia "trywializowania" konfliktów -- o ile z takim określeniem P.T. Czytelnik / Czytelniczka byłby skłonny / byłaby skłonna się w ogóle zgodzić (sam mam co do niego mieszane uczucia). W książce między poszczególnymi bohaterami czuć nieustające napięcie, które od czasu do czasu przeradza się w otwarty konflikt (wplątując życie lokalnej wspólnoty w koła toczącej się, wielkiej historii). Jednakże nawet bardzo dramatyczne wydarzenia opowiedziane zostały z dużym dystansem. Ich groza została wyciszona. Tak jak w przypadku linczu na Karolu Müllerze w czasie demonstracji, na której krzyczane przez demonstrantów hasło Nieder mit der Kamarille! (pozbawione większego znaczenia) przekształciło się w Nieder mit Karol Müller! i stało się przyczyną linczu (s. 380-381). Podobnie rzecz się ma z tragikomiczną historią demonstracji politycznej dr Staniolowskiego, który postanowił -- w manifestacji poglądów politycznych -- zrzec się czechosłowackiego obywatelstwa, przyjmując polskie. Stanął na granicznym moście w Śląskim Cieszynie, nie mogąc przejść na stronę polską (nieczuli na jego patriotyczne uniesienia strażnicy graniczni żądali od niego ważnego paszportu lub przynajmniej zaświadczenia z polskiej ambasady w Pradze), ani nie mogąc się wrócić na stronę czeską (my ho nie chceme, był antipanstwowy, tak ho wam dawame. To Polak, wasz człowiek!, s. 230). Finał tej historii to skok z mostu zdesperowanego dr Staniolowskiego i całkowita obojętność obu pograniczników.

Pan dr Staniolowski przekroczył barierkę i skoczył do wezbranej Olzy.
- Hej, ty! - krzyknął czeski celnik na polską stronę. -Dej swietlo na most, zda se mi, że skoczil do rżeki!
Po polskiej stronie ktoś włączył silną latarkę.
- Chuj z nim, pewnie się utopi! - krzyknął z mroku celnik z polskiego brzegu.
- Tak idieme spacz! - odrzekł mu głos z czeskiej wartowni.
- Już go nie ma na moście, to co, mamy to gdzieś, dobranoc - odpowiedział ktoś po polsku. [s. 233]
Konflikty narodowościowo-etniczne wybuchały w zasadzie w każdej relacji między Polakami, Czechami, Żydami i Niemcami. Z jednym zastrzeżeniem -- strona żydowska była często obiektem ataku pozostałych trzech nacji (jak w przypadku konfliktu o towarzystwo śpiewacze Słowik)

Podczas pierwszej rozprawy wiosną roku jeden tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego przed sądem wojewódzkim w Morawskiej Ostrawie doszło kolejno do trzech prowokacji: niemieckiej, polskiej i czeskiej. Policja zbaraniała. [s. 227]

Co ciekawe, Agnieszka Wilczyńska we wspomnianej wcześniej recenzji książki [2], zwróciła uwagę na te same momenty co ja (historia dr Staniolowskiego z mostem, kłótnia gazet o towarzystwo śpiewacze Słowik). Jak na książkę mającą prawie 600 stron jest to dość znamienne (w kontekście uwagi o tzw. momentach i jej całościowej oceny). Ma momenty, ale nie wciąga.

Zmorzony czarną kawą z rumem Ludwa po raz pierwszy uzewnętrznił swój narastający cynizm, co - jak gdzieś słyszałem - jest zjawiskiem towarzyszącym intelektualizacji osobowości. [s. 361]

Dwie rzeczy na koniec dla Czechofilów.

Po pierwsze: poleca się wywiad Tomasza Leszkowicza z Michałem Przeperskim, opublikowany 10 października br. na wortalu Histmag.org: Śląsk Cieszyński jak beczka prochu. Rozmowa związana jest z ukazaniem się w październiku nakładem Wydawnictwa Literackiego książki M.Przeperskiego Nieznośny ciężar braterstwa. Konflikty polsko-czeskie w XX wieku. Postaram się kiedyś do tego sięgnąć.

Po drugie: w 1994 r. Czechach wyświetlany był serial telewizyjny w reżyserii Otakara Koseka, którego fabuła oparta jest na książce Oty Filipa: Nanebevstoupení Lojzka Lapáčka (7 odcinków po 50 minut każdy). Polski Filmweb w ogóle o tym nie wspomina.

Źródła:
[1] Aleksander Kaczorowski, Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy , Ota, Filip, wyborcza.pl, 20 lutego 2006 r. [dostęp: 23 listopada 2016]
[2] Agnieszka Wilczyńska, Tygiel Śląskiej Ostrawy we Wniebowstąpieniu Lojzka Lapaczka... Oty Filipa, Młodsza Europa. Portal Europy Środkowo-Wschodniej, 12 grudnia 2010 (dostęp: 12 października 2016).

Książka:
Ota Filip, Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy (cz. Nanebevstoupení Lojzka Lapáčka ze Slezské Ostravy), z czeskiego przełożył Jan Stachowski, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2005. ISBN: 83-7391-483-8.

wtorek, 22 listopada 2016

Crème de la Kreml

Notatka o książce Oty Filipa Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze śląskiej Ostrawy rodzi się w ogromnych bólach -- widocznie nie mam ręki (lub serca) do beletrystyki. Nakreślę zatem kilka słów na temat innej publikacji, którą pochłonąłem w tak zwanym międzyczasie (tutaj ukłony dla O.B., która mi tę książkę dostarczyła).

Crème de la Kreml to zbiór felietonów Wacława Radziwinowicza, opublikowanych na przełomie lat 2012-2016. Chronologicznie ostatni z nich -- pełniący rolę wstępu -- datowany jest na 18 lutego 2016 r. Felietony te rzadko przekraczają swoją długością 2-3 strony (tylko kilka z nich jest nieznacznie dłuższych), co sprawia, że książkę można wziąć w ręce zarówno w czasie długiego, jesiennego wieczoru, jak i w czasie krótkiej przerwy na kawę.

Warto na samy początku wspomnieć o tym, co właściwie oznacza zawarte w tytule słowo "kreml". Otóż "kreml" (ros. кремль) to nazwa warownego grodu lub twierdzy, która była sytuowana w obrębie ruskich miast i stanowiła siedzibę [lokalnych] władców. Dziś najsłynniejszy jest oczywiście kreml w Moskwie (Московский Кремль), dzięki któremu bez problemu skojarzymy to rosyjskie słowo (choć czasami błędnie utożsamiamy je tylko z tym jednym miejscem). Jednak właśnie to szersze znaczenie słowa "kreml" pozwoli P.T. Czytelnikowi / Czytelniczce zrozumieć ideę książki Radziwinowicza. Crème de la Kreml to słodko-gorzka i śmieszno-straszna opowieść o społeczno-politycznej rzeczywistości Federacji Rosyjskiej. O władzy (w jej najróżniejszych mutacjach -- choć przeważnie jednym odcieniu), o zmaganiu się z władzą i o zmaganiu się z jej koncepcjami na bohaterskie rozwiązywanie problemów. Często przez nią samą stworzonych. Wszystko to okraszone sporą dawką humoru (a przynajmniej przymrużonego oka) i dobrym, reporterskim językiem.

W chwilach spojrzenia na otaczającą mnie rzeczywistość (mutatis mutandis), czytanie Radziwinowicza było bliskie śmiechowi przez łzy. Idée fixe związana z ciągłym wyszukiwaniem zdrajców narodu (str. 152), tworzenie informacyjnego monolitu propagandowego (str. 176), pomysły na państwowego, konkurencyjnego "Windowsa" (s. 199) -- nie wydaje mi się to wszystko aż tak bardzo odległe.
Dziś wciąż są cztery federalne kanały i nadal na każdym słyszy się dokładnie to samo. Wieczorem na NTW o godz. 19.00 główny program informacyjny "Siegodnia" ("Dzisiaj") codziennie powtarza: "Banderowcy, naziści, junta, faszyści, przestępcy wojenni, amerykańscy poplecznicy zbrodniarzy". O godz. 20.00 pałeczkę przejmuje główna, bo państwowa, Rossija 1, rozpoczynając swoje "Wiesti" ("Wieści"). Te same słowa, te same zdjęcia. Godzinę później déjà vu na Kanale 1, w programie "Wriemia" ("Czas"). O 22.00 znany w treści maraton informacyjny toczy się już na antenie TWC i jego "Sobytii" ("Wydarzeń"). Wielu Rosja, co zrozumiałe, co wieczór przykleja się do telewizora i w ogromnych emocjach ogląda wszystkie cztery dzienniki telewizyjne. Co najmniej 80 proc. audycji poświęcają one wyłącznie Ukrainie. "Skrzynka" codziennie aplikuje narodowi cztery godziny nienawiści odmieniając przez wszystkie przypadki epitety: "banderowcy", "naturalni faszyści", "zwyczajne ludobójstwo". W tych czterech godzinach nie ma ani jednego głosu przedstawicieli Kijowa. Najwyżej pojedyncze frazy, krótkie fragmenty wywiadów udzielonych innym mediom, natychmiast opatrzone wrogim komentarzem lektora. [Ofiary zombi-skrzynki, czyli godziny nienawiści, s. 176]
Całkiem znajoma wydaje mi się również rosyjska "dekretologia" -- filozofia, zgodnie z którą prawem i sankcjami można wszystko nastawić. Autor opowiada o dekrecie nr 436 "O obronie dzieci przed informacją wyrządzającą szkodę ich zdrowiu", zgodnie z którym "Calineczka" niosła treści pedofilskie, prowadzące dzieci na manowce rozmyślań o dopuszczalności związku osób niedojrzałych z dojrzałymi aż nadto (str. 303). Jest też felieton związany z regulowaniem matiernego jazyka (матери́ть - przeklinać). Potrzeba cenzurowania miałaby dotknąć nawet fragmentu "Wojny i pokoju" Lwa Tołstoja za słowa dupa, wilka przesrali (s. 156-157).

Forma felietonu rządzi się swoimi prawami. Publikacja nie pretenduje do miana kompleksowego opracowania tematu (w zasadzie -- jakiegokolwiek, bo formuła 172 odrębnych tekstów powoduje, że co i rusz P.T. Czytelnik / Czytelniczka przerzucany /-a jest nas na inną flankę). Brakuje też -- co w zasadzie jest oczywiste -- przypisów, dlatego jeśli ktoś chciałby weryfikować podawane przez Wacława Radziwinowicza informacje, czeka go naprawdę dużo pracy. Istota felietonu narzuca też nie tylko lekką formę, ale również mocno subiektywne (osobiste) spojrzenie na każde zagadnienie. Biorąc do ręki tę książkę trzeba mieć tego pełną świadomość. Nad Radziwinowiczem warto się jednak pochylić. Przepuścił on w swych felietonach Rosję -- jak to ujął Dmitrij Muratow -- przez swoje serce i umysł. Efekt jest całkiem dobry.

Książka:
Wacław Radziwinowicz: Crème de la Kreml. 172 opowieści o Rosji, wyd. Agora S.A, Warszawa 2016. ISBN: 978-83-268-2333-6.