czwartek, 26 marca 2020

Inny świat. Zapiski sowieckie

Inny świat. Zapiski sowieckie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego to jeden moich licznych wyrzutów czytelniczego sumienia. Jedna z tych książek, które -- jak myślę -- wypada w życiu przeczytać, a która z roku na rok sukcesywnie mnie omijała. Wyrzut tym większy, że już dawno przeczytałem Archipelag GUŁag Aleksandra Sołżenicyna -- a w rodzimej literaturze okołosowieckiej takie braki...Przeczytać powinienem jeszcze Wspomnienia z domu umarłych (aka Zapiski z martwego domu) Fiodora Dostojewskiego, do których w Innym świecie nawiązuje Gustaw Herling-Grudziński. I z której autor zapożyczył tytuł.
Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzie niezwykli. [F. Dostojewski, Zapiski z martwego domu]
Setna rocznica urodzin autora, która przypadała 20 maja 2019 roku, wydała mi się wystarczająco silnym argumentem za tym, aby w końcu dojrzeć do lektury. Przeczytałem zatem już wiele miesięcy temu, ale jakoś nie było okazji i czasu, żeby usiąść i choć kilka słów napisać...

Po Archipelagu GUŁag -- w warstwie faktograficznej -- Inny świat Herlinga-Grudzińskiego nie powinien wywoływać dużego szoku poznawczego. Rzeczywistość sowieckich obozów pracy przymusowej w ZSRS, bardzo szczegółowo opisana w trzytomowym opus magnum Aleksandra Sołżenicyna, nie różni się znacznie od doświadczeń Gustawa Herlinga-Grudzińskiego -- bo i dlaczego by miała...? Różnicować w stosunkowo niewielkim stopniu będą z pewnością szczegóły związane z pochodzeniem Herlinga-Grudzińskiego, jednak w codziennej rzeczywistości katorżniczej pracy sowieckich obozów zacierały się wszelkie różnice związane z pochodzeniem uwięzionych więźniów. Byli wykańczani i mordowani w ten sam sposób. Sołżenicyn, w przeciwieństwie do Herlinga-Grudzińskiego, nie opisał także próby ucieczki z obozu.

Diametralna różnica w narracji obu autorów pojawia się w opisie głodówki protestacyjnej, którą w obozie zorganizował -- z grupą polskich współwięźniów -- Gustaw Herling-Grudziński. Głodówka była związana z zawartym 30 lipca 1941 r. układem Sikorski-Majski -- protokół dodatkowy do porozumienia miał zagwarantować "amnestię" dla obywateli polskich (m.in. więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRS w więzieniach i obozach GUŁagu). Protest głodowy w obozie pracy był jednak czymś, co nie mieściło się w "realiach Sołżenicyna". Głodówka stanowiła zaprzeczenie podstawowego prawa obozowego -- przeżycia za wszelką cenę.

Gustaw Herling-Grudziński, podobnie jak Aleksandr Sołżenicyn, nie potępia. Nie potrafił potępić nawet tego, kto był sprawcą jego cierpień. Sołżenicyn w Archipelagu GUŁag pisał:
Wszystko to napisałem nie w trybie nagany. W tej książce już ta zasada jest przyjęta i stosowana będzie do końca: wszystkich, którzy cierpieli, wszystkich wziętych w cęgi, wszystkich zmuszonych do okrutnego wyboru raczej trzeba żałować, nie potępiać. Najlepiej okazać im wyrozumiałość. [t. 2., cz. 3., s. 234]
Na stronicach tej grubej książki znaleźliście już wiele słów przebaczenia. I oto słyszę głosy sprzeciwu, pełne zdziwienia i oburzenia: musi być jakaś granica! Nie wszystkich przecież wolno wybaczyć! A ja też nie wszystkim przebaczam. Tylko tym, co leżą w prochu. Dopóty, dopóki stoi jak bożyszcze na szczytach i marszcząc władczo brwi, z całą obojętnością i butą łamie życie tysiącom ludzi - dajcie mi, proszę, kamień, i to jak najcięższy! Ano, weźmy się razem całą kupą za taran i strąćmy go z piedestału! Ale gdy tylko runął, gdy upadł i od zetknięcia z twardą ziemią pierwsza szczelinka otwarła się w jego zakrzepłej świadomości - precz z kamieniami! On sam już wraca do ludzkiej gromady. Nie zagradzajcie mu tej ścieżki, sam Bóg ją wyznaczył. [t. 3., cz. 6., s. 417] 
Ta "niechęć" do potępienia drugiego człowieka, który został postawiony w sytuacji skrajnej, którego udziałem staje się tak bardzo nieludzkie (?) doświadczenie graniczne, wydaje się być wspólną cechą dwóch autorów, których życie zostało naznaczone piekłem sowieckiego GUŁagu.
Przekonałem się wielokrotnie, że człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach, i uważam za upiorny nonsens naszych czasów próby sądzenia go według uczynków, jakich dopuścił się w warunkach nieludzkich - tak, jakby wodę można było mierzyć ogniem, a ziemię piekłem.
Znalazłem w Innym świecie Herlinga-Grudzińskiego jedno zdanie, które stało się dla mnie lekcją głębokiego zrozumienia ludzkiego doświadczenia. Trudne do przyswojenia mogą być jednak wnioski, jakie z tego doświadczenia płyną. To lekcja patrzenia na wydarzenia z historii ludzkości z innego punktu niż wygodna kanapa Internetowego Bojownika o Wolność i Niepodległość Umiłowanej Ojczyzny. Doświadczenie to z jednej strony napełnia autora "przerażeniem", z drugiej -- "uczuciem głębokiego wstydu". Nie wiem, czy te uczucia targały autorem jedynie w momencie "uświadomienia",ewentualnie zapisywania tej myśli na stronach Innego świata, czy też towarzyszyły mu za każdym razem, kiedy do tej myśli wracał. Nie odbiera jej to jednak nic z bezwzględności brutalnej rzeczywistości.

Wracam do tego fragmentu co roku, 17 września.
Myślę z przerażeniem i głębokim wstydem o Europie przedzielonej na pół Bugiem, w której po jednej stronie miliony niewolników sowieckich modliły się o wyzwolenie z rąk armii hitlerowskiej, a po drugiej miliony niedopalonych ofiar niemieckich obozów koncentracyjnych pokładały ostatnią nadzieję w Armii Czerwonej.
Książka
Gustaw Herling-Grudziński: Inny świat. Zapiski sowieckie, wersja elektroniczna.

poniedziałek, 23 marca 2020

Wiara i wina. Do i od komunizmu

Wiara i wina. Do i od komunizmu Jacka Kuronia ma w sobie ten dyskretny urok książek politycznych, wydawanych w Polsce na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Nie potrafię napisać, co w głównej mierze mogło decydować o ich powstawaniu (to zawsze sprawa niezwykle indywidualna) -- potrzeba rozliczenia się z przeszłością, chęć zabrania głosu w "dziejowym momencie", wola włączenia się w toczące się dyskusje na temat przyszłości, ale również właśnie domykanej (jak mogło się wówczas wydawać) przeszłości. Tak czy inaczej -- w kategorie te wpisuje się autobiografia Jacka Kuronia.

Jacek Kuroń nie jest już dziś osobą, która porusza imaginaria społeczne po lewej stronie sceny politycznej. O jego współtowarzyszu wielu opozycyjnych przygód, Karolu Modzelewskim, zbiorowa świadomość fejsbukowych komcionautów przypomniała sobie niemal równo rok temu, kiedy tenże w wieku 82 lat przeniósł się na połoniny niebieskie. Być może pamięć na chwilę odżyje, jakby w duchu żydowskiej tradycji yahrtzeit, 28 kwietnia 2020 r. w pierwszą rocznicę śmierci -- ale co najwyżej w formie supernowej. Wydaje się, że nawet słowo kuroniówka, które pamiętam ze swojej "wczesnej młodości", jakoś społecznie wyparowało. Jakby niezgodnie z prawidłami ekonomii języka na powrót zwrot ten zastąpiło sformułowanie "zasiłek dla bezrobotnych".

Ostatnie publiczne odniesienie do osoby Jacka Kuronia, na które trafiłem, to wywiad z Adrianem Zandbergiem z partii Razem [1], który ukazał się dwa dni po śmierci K. Modzelewskiego (i z pewnością nie był to przypadek).

Byłem ciekawy tej osoby, w szczególności przebytej przez niego drogi ideologiczno-politycznej, dlatego zanim sięgnąłem po prawie 900 - stronicową pracę Heleny Łuczywo i Anny Bikont z 2018 r. (Jacek) postanowiłem przeczytać zgarniętą skądś-kiedyś, autobiograficzną pracę J. Kuronia Wiara i wina. To ciekawy przykład pracy, która poza refleksją nad przeszłością mieści w sobie sporą dawkę samooskarżenia autora, próbę rozliczenia się ze swoimi poglądami i decyzjami. Forma składanej samokrytyki, zawierająca w sobie -- jak każda porządna samokrytyka -- również elementy wyznania wiary. W przypadku Jacka Kuronia nie tyle "nowej", co "modyfikowanej", bo w zasadniczych jej elementach wydaje się Kuroń (na przełomie lat) niezmienny i nieustępliwy. W czasach, w których autobiografie służą głównie (auto)promocji, zaś elementy ekspiacyjne zdają się jedynie pełnić rolę uwiarygadniającą, lektura autobiografii Jacka Kuronia daje uczucie próby twardego (a co może ważniejsze -- w miarę uczciwego) mierzenia się z przeszłością -- z wyborami politycznymi i ideologicznymi.

A wybory dokonywane przez Jacka Kuronia nie pasują w żaden sposób do obrazu komunistycznego opozycjonisty Anno Domini 2020. Obraz ten został (jak mi się wydaje skutecznie) przejęty przez narracje antykomunistyczne, w których to narracjach trudno umieścić Jacka Kuronia, piszącego -- wraz ze wspomnianym wcześniej Karolem Modzelewskim -- "List otwarty do partii" z marca 1965 roku. Krytyka obozu komunistycznego z pozycji marksistowskich (a Karla Marksa Jacek Kuroń w Wierze i winie wielokrotnie nazywa "Mistrzem"), to jednak nie to samo co opowieść o Solidarności z lat 80.

A Jacek Kuroń jako zadeklarowany socjalista-marksista w partii tkwił mocno. Znamienny jest fragment odnoszący się do tłumienia przez sowietów rewolucji węgierskiej w 1956 r. i związanych z tym refleksji dotyczących członkostwa w PZPR. Z jednej strony świadomość dokonywanej zbrodni, zdecydowanie wbrew kuroniowym ideałom, z drugiej -- decyzja o pozostaniu w ramach struktur partyjnych.
Tymczasem właśnie wtedy na naszych oczach rozgrywała się tragedia Węgier. Dogorywał walczący Budapeszt miażdżony sowieckimi czołgami. W prasie szły niecenzurowane reportaże z Węgier,  (...) [których autorzy - JG] pisali prawdę, szczerą, uczciwą prawdę, opowiadali się jednoznacznie po stronie rewolucji. A my, durnie, nie rozumieliśmy, że ta wolność słowa nie jest dowodem solidarności z Węgrami naszych władz - jest po to, by spacyfikować naród polski. (...) Pojawił się wtedy pomysł: złóżmy legitymacje partyjne. W ścisłym kierownictwie wszyscy chyba byliśmy członkami partii. W dyskusji jednak zdecydowaliśmy, że nie. Mieliśmy już poczucie, że jesteśmy zdradzeni, że Gomułka to nie jest ten człowiek - tu się nie oszukiwaliśmy. Pamiętam Krzysia Pomiana, który powiedział:
- Nie oddamy im partii, z partii można się dać wyrzucić, ale nie można z niej wystąpić.
I Krzyś pozostał temu pomysłowi wierny. W 1966 roku, kiedy Karol Modzelewski i ja siedzieliśmy już w więzieniu, młodzież na Uniwersytecie Warszawskim nazwana później komandosami (...) porozumiała się z Krzysiem Pomianem i Leszkiem Kołakowskim i zorganizowała na wydziale historii spotkanie w X rocznicę Października. Tam Leszek Kołakowski i Krzyś Pomian wygłosili teksty o wykańczaniu Października, za które obaj wylecieli z partii. I oni to zrobili świadomie po to, żeby ich wyrzucili. [s. 131-132]
I takoż było z Jackiem Kuroniem. Trwał przy systemie, z nadzieją na jego wewnętrzną reformę, starał się go od środka "podgryzać" -- aż go wyrzucili. Zresztą niewiele wcześniej niż Leszka Kołakowskiego i Krzysztofa Pomiana. Powodem wyrzucenia Kuronia było przygotowywanie do publikacji wspomnianego już wcześniej „Listu otwartego do partii”, czyli krytyki systemu z pozycji marksistowskich. Jak sam zauważa, był to jego (niezamierzony) początek rewizji marksizmu [s. 202].
Byliśmy przeświadczeni, że znaczna część społeczeństwa – szczególnie młodzież – to przeciwnicy systemu, ale utożsamiają go z socjalizmem, przez co są również przeciwnikami socjalizmu. Trzeba przeprowadzić szeroką, wyczerpującą krytykę systemu z pozycji marksistowskiej. Trzeba wydać taki tekst i rozpowszechnić – to wystarczy, aby zdobyć rzesze zwolenników. Byliśmy bowiem przekonani, że robotnicy w Polsce, w tym systemie biurokratycznego socjalizmu, są żywiołowo zwolennikami socjalizmu opartego na robotniczej demokracji. [2]
Publicznej rewizji treści „Listu otwartego do partii” Jacek Kuroń z Karolem Modzelewskim chcieli dokonać po ich pierwszym wyjściu z zakładu karnego [s. 274], do czego -- zgodnie ze wspomnieniami Kuronia -- mieli dojść obaj w tym samym czasie, niezależnie od siebie. Rewizja ta dotyczyła "sprawy narodowej", którą pominęli w treści listu, nie docenili jej znaczenia. Nie dlatego, że sami nie byli patriotami -- dlatego, że w systemie myślenia lewicowego kwestie "spraw narodowych" były pochodną wartości reprezentowanych przez socjalizm (sprawiedliwość, równość, solidarność itd.). W niewybrednych słowach Kuroń krytyce poddał także utopię, którą tworzyli "rozwiązując różne problemy na papierze". Konstruowali utopię i wyprowadzali z wartości porządek wymyślony. [s. 204]
Ład taki, gdyby się go udało - nie daj Boże, wprowadzić w życie - dopiero okazałby wszystkie swoje słabości. Pomysł, że można wymyślić porządek społeczny - zupełnie niezależnie od historycznego dorobku ludzkości, a zwłaszcza społeczeństwa, które by miało być jego podmiotem - jest największym defektem lewicowego myślenia. [s. 204]
To zdecydowanie był punkt zwrotny w myśleniu Kuronia. Od teorii marksistowskich J. Kuroń odciął się dopiero w listopadzie 1970 r. [s. 310]. Być może pomocna w zrozumieniu tego przewartościowania w myśleniu będzie jego bardzo ciekawa refleksja, którą sformułował w odniesieniu do ludzi konstruujących modele teoretyczne -- bez znaczenia, czego one dotyczą.
Ludzie, którzy konstruują modele teoretyczne, mają na ogół taką właściwość psychiczną, że swoje modele przeżywają jak rzeczywistość. Jest to więc dla nich doświadczenie życiowe, a człowiekowi jest bardzo trudno uznać swoje doświadczenia życiowe za fałszywe. [s. 202]
Ciekawy jest też punkt wyjścia, który w tym kontekście można przyjąć do teorii, z którymi Jacek Kuroń się identyfikował -- lub też dopiero zaczął się identyfikować w momencie pisania Wiary i winy. Książka nie powstawała przecież w ideologicznej próżni, a i można przyjąć, że odchodzenie od przyjętych afiliacji dla J. Kuronia to może być proces długi i bolesny. Kiedy bowiem w listopadzie 1970 r. doszedł do nowego modelu "z głębokim żalem zauważył, że nie jest on zgodny z marksizmem" [s. 310]. I porzucił marksizm. Piszę w kontekście jego fascynacji (?) teoriami związanymi z nurtem teologicznym, Kościołem i Bogiem. Przechodzi do ich opisu dopiero w ostatniej części książki (Lewica - prawica. Bóg), ale robi to momentami z taką gorliwością neofity, że aż trudno było mi uwierzyć, że to ten sam refleksyjny i wnikliwy Jacek Kuroń.

Szczególne znaczenie dla Kuronia, jak również (zgodnie z jego opinią) dla jego przyjaciół miało spotkanie z ludźmi żarliwie zaangażowanymi w chrześcijaństwo [s. 337]. Mowa z pewnością o zbliżeniu lewicującego środowiska komandosów z członkami Klubu Inteligencji Katolickiej (KIK) [por. s. 339-340], co było elementem konsolidacji środowisk opozycji demokratycznej w okresie PRL. Po marcu 1968 r. Kuroń i jego towarzysze zrozumieć mieli, że "front walki o demokrację przebiegał w poprzek podziału na lewicę i prawicę", z kolei "lewica antytotalitarna miała być tak nieliczna, że praktycznie nie mogła występować jako samodzielna siła" [s. 337]. I jasne, wszystko prawda, przełomowe orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. potępienie antysemityzmu w Tygodniku Powszechnym w 1956 r. (a kto napisał w Trybunie Ludu, że nie można być komunistą i antysemitą? Nikt [s. 338]). Te wydarzenia i gesty wskazywały na pewną awangardowość środowisk inteligenckich, zbliżonych do instytucjonalnego Kościoła katolickiego, które tworzyły istotną jakość w ramach opozycji antykomunistycznej.

Tyle tylko, że Jacek Kuroń idzie w swoich przemyśleniach znacznie dalej -- i czasem robi się trochę śmieszno, czasem trochę straszno. Odkrywa bowiem nagle, że "do religii trzeba dorosnąć" [s. 338]. Przeciwieństwo wiary w Boga odnajduje w co najwyżej anegdotycznej historii o Trzęsiłebie, kierowniku więziennej pralni -- a jednocześnie przewodniczącym kółka Towarzystwa Kultury Świeckiej ("takim urzędowym ateistą na to więzienie") -- który zamiast w Absolut wierzy "w schabowego i setkę wódki" [s. 338].
Uświadomiłem sobie, że człowiek bez sacrum, bez czegoś, co przekracza jego życie i co jest najgłębiej zakorzenione w kulturze, co właśnie jest kulturą ludzką, staje się zwierzęciem. To był dla mnie wielki wstrząs. [s. 338-339]
To zakorzenienie odnajduje w religii. Co prawda deklaruje, że "nie doszedł wciąż do wiary w Boga osobowego i do Kościoła" [s. 370], ale jednocześnie w odrzuceniu Boga, religii i Kościoła widzi przyczynę przerzucania wiary na elementy zdecydowanie mniej transcendentne -- partię, doktrynę.
(...) w braku Boga i co za tym idzie religii, Kościoła - pewne ich cechy przypisuje się partiom i doktrynom. To bardzo groźna deformacja. Zdałem sobie sprawę i uświadomiłem sobie, że przed grzęźnięciem w błąd moralny może uchronić tylko transcendentne prawo moralne, o które bardzo trudno bez Boga. [s. 370]
Na starym lewicowcu wrażenie nagle zaczynają robić "salon z tronem, z portretami prymasów na ścianach" [s. 343]. Człowieka, który kiedy czegoś nie rozumiał, to bardzo trudno było mu coś wyjaśnić, ponieważ kiedy zadawał pytanie, miał już wyrobiony pogląd (sic!) i potem ciężko było się przez to przebić [s. 344], który nie był też kimś, komu można byłoby coś radzić [s. 345], nazywa -- zupełnie bezrefleksyjnie powtarzając narrację rzymskich katolików -- Wielkim Prymasem. Co w sumie zabawne, mowa o kardynale Stefanie Wyszyńskim, który w decyzji o systemie głosowania w wyborach parlamentarnych z 1957 r. jednoznacznie wsparł opcję Władysława Gomułki -- blokując tym samym działania opozycji (w których uczestniczył Jacek Kuroń) wobec aparatu komunistycznego.
Po raz pierwszy w historii PRL na listach było więcej kandydatów niż mandatów do obsadzenia (oczywiście nie porównuję z wyborami 1947 roku). Wtedy właśnie wprowadzono zasadę, że kartka oddana bez skreśleń jest głosem oddanym na kandydatów z początku listy - to znaczy umieszczonych na miejscach mandatowych. Gomułka wezwał do głosowania bez skreśleń, a wsparł go bardzo zdecydowanie prymas Wyszyński. Był to cios w nasze koncepcje politycznego, masowego działania, tym bardziej, że w całym kraju na miejscach niemandatowych znaleźli się ludzie tak zwanej październikowej lewicy (...). Wiedzieliśmy, że jeśli wystąpimy przeciwko autorytetowi Gomułki i Wyszyńskiego, to przegramy z kretesem. [s. 133]
Odbrązowiłem sobie w głowie Jacka Kuronia. Po tym wszystkim ogarnęła mnie smutna refleksja, która -- jakimś cudem -- zapędziła prosto w stronę dramatów Thomasa Bernharda. A był wśród nich dramat Rodzeństwo (Ritter, Dene, Voss) [3], z którego wynotowałem poniższy fragment. W ramach puenty.
W książki wchodzimy
jak do restauracji
głodni spragnieni
wygłodniali moje dziecko 
Najpierw przyjmują nas uprzejmie obsługują
ale potem coraz gorzej nas obsługują
potem jeszcze gorzej
a w końcu nas przepędzają
albo my sami w pewnej chwili opuszczamy te restauracje
bo nie możemy wytrzymać ich smrodu
źle ugotowane
byle jak podane
wychodzimy
ale oczywiście
nie przed zapłaceniem potwornego rachunku 
Wchodzimy w te filozofie
jak do otwartych restauracji
i od razu siadamy przy stoliku dla stałych gości
i dziwimy się
że nie od razu obsługują nas tak
jak tego oczekujemy 
Jesteśmy zirytowani
także z powodu tych wstrętnych ludzi
którzy rozsiedli się obok nas w tej restauracji 
Wzywamy właściciela
ale właściciel nie przychodzi
i jeśli nawet
byliśmy z początku zachwyceni
może na przykład wystrojem restauracji
to już wkrótce przejmuje nas ona wstrętem
siedzimy niewygodnie
w przeciągu
rozchodzi się jakiś odór
podczas gdy my spodziewaliśmy się subtelnego zapachu pieczeni 
Obsługują nas niscy obrzydliwi kelnerzy
którzy nic nie umieją
tylko bez przerwy biegają bezmyślnie tam i z powrotem
i wszystko w końcu przynoszą
tylko nie to
co zamówiliśmy 
Potrawy są niejadalne
trunki zatrute
a kiedy chcemy pociągnąć do odpowiedzialności właściciela
mówią nam
że właściciel dawno umarł
(...)
W końcu omijamy wszelkie restauracje
do żadnych restauracji już nie wchodzimy
szyld może sobie świecić nie wiadomo jak
my przechodzimy obojętnie 
Okazuje się
że już nie ma żadnych właścicieli
że są już tylko pozbawieni skrupułów dzierżawcy
Źródła
[1] Zandberg: Półkę z "Dziełami" Marksa stojącą za biurkiem Jacka Kuronia mam zamiar pamiętać długie lata, wywiad przeprowadzony przez Donatę Subbotko, 30 marca 2019 r. (dostęp: 2020.03.23).
[2] Cytat z Jacka Kurskiego za: Maciej Gach, Jacek Kuroń, Karol Modzelewski i „List otwarty do partii”, histmag.org, 19 marca 2020 r. (dostęp: 2020.03.23).
[3] Thomas Bernhard - dramaty, wpis z 7 kwietnia 2019 r., s. 316-318.

Książka
Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Biblioteka Kwartalnika KRYTYKA, wydanie III, poprawione, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990 r.. ISBN: 83-7054-000-7.

niedziela, 15 marca 2020

Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce

Pomysł, że ktoś w Polsce wziął się za porządną, naukową analizę kwestii płci kulturowej w kontekście doświadczeń z okresu komunizmu -- i jeszcze wypuścił to na szeroki rynek czytelniczy przez wydawnictwo W.A.B. -- niestety można na początku zarzucić, bo personalia autorki są w tej kwestii mylące. Autorka (Małgorzata Fidelis) rzeczywiście jest Polką pochodzącą z Białegostoku, jednak samo wydanie Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce to tłumaczenie jej książki Women, Communism, and Industrialization in Postwar Poland, wydanej przez Cambridge University Press w 2010. Tak się jeszcze niestety zdarza, że o niektórych kwestiach związanych z polską historią społeczno-polityczno-gospodarczą łatwiej nam będzie poczytać "w obcych językach", nawiązując do klasyka. Ewentualnie liczyć na ciężką pracę tłumaczy i tłumaczek (tutaj ukłony dla Marii Jaszczurowskiej).

Książka wpisuje się całkiem dobrze w nurt publikacji, które pozwalają zniuansować poznawczo pewne okresy w historii lub zagadnienia, identyfikowane w powszechnej opinii -- całkowicie błędnie -- en bloc. W kontekście literatury feministycznej, którą przybliżałem na tym blogu, wymienić można książki Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swiatłany Aleksijewicz (rozpoznanie tematu konfliktu zbrojnego) czy Aleja Włókniarek Marty Madejskiej (reportaż w pewnym stopniu dekonstruujący temat pracy kobiet w okresie PRL). W zasadzie w ramach "rozbrajania" pozornego monolitu, jakim zdaje się być obraz polskiej rzeczywistości z okresu (powiedzmy) między 1945 a 1989 rokiem, powinienem wspomnieć jeszcze co najmniej o książkach Każdy został człowiekiem Piotra Nesterowicza oraz Punkty za pochodzenie Agaty Zysiak, ale zostańmy już przy tym, że tematycznie najbliższej książce Małgorzaty Fidelis do pracy Marty Madejskiej.

Podrzućmy jeszcze tylko, w ramach literackich skojarzeń, Zakazane ciało. Historię męskiej obsesji Diane Ducret, bo z publikacji wyłania się obraz, który jasno wskazuje na to, że pozycja kobiety -- również w ramach komunizmu i industrializacji -- w znacznej mierze zależała od męskiej fantazji, która mogła też przybierać postać obsesji.

Małgorzata Fidelis opisuje sytuację kobiet w kontekście instalowania się w Polsce systemu komunistycznego oraz komunistycznej akcji industrializacyjnej na przykładzie trzech ośrodków przemysłowych -- Żyrardowa, Zambrowa i Katowic. Ciekawy wybór, związany z opisaniem trzech różnych perspektyw: miasta o przedwojennej tradycji robotniczej z niezwykle wysokim poziomem feminizacji przemysłu (Żyrardów) [1], miasta, dla którego sfeminizowany przemysł miał stanowić koło zamachowe rozwoju (Zambrów) oraz miasta, w którym kobiety miały wejść w ukształtowane w długoletniej tradycji przemysłowej role, które były (przynajmniej teoretycznie) im całkowicie obce (Katowice). Wspólnym polem dla książek M. Fidelis i M. Madejskiej będą kwestie związane z  migrację ze wsi (m.in. s. 20-21, s. 33) oraz awansem społeczno-ekonomicznym kobiet jako okazją do ich emancypacji, chociaż o ile kwestia emancypacji kobiet będzie wspólna dla trzech omawianych przez M. Fidelis ośrodków, o tyle zagadnienie migracji już nie.

Nawet niezbyt uważna lektura Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce pozwala się też zorientować w tym, że linia podziału w poglądach na temat miejsca kobiet w zmieniającej się rzeczywistości społeczno-gospodarczej niekoniecznie biegła po linii oddzielającej "komunistów" od "antykomunistów" (przynajmniej patrząc na projekt komunistyczny w szerszej perspektywie). Te pamiętne "kobiety na traktory" (zob. Magdalena Figur-Mulart) to jedynie uproszczony wycinek rzeczywistości, do tego co najwyżej z okresu sprzed tzw. "odwilży". Wykorzystując sformułowanie ukute przez Jana Karskiego można nawet stwierdzić, że kwestie miejsca i roli kobiet "stworzyły coś w rodzaju wąskiej kładki", łączącej idee komunistyczne z silnie zakorzenionymi w polskim społeczeństwie poglądami na temat roli kobiet. W ramach odchodzenia od "linii stalinowskiej" (destalinizacji) duże zaangażowanie zawodowe kobiet było wykorzystywane jako wynik "błędów i wypaczeń", które należało poddać krytyce w ramach tworzenia gomułkowskiej "polskiej drogi do socjalizmu". Z kolei argumentacja odwołująca się do "naturalnych" predyspozycji / zachowań kobiet to element wyjęty wprost z podręcznego zasobnika (polskiego) konserwatysty. Niepoślednią rolę odgrywała również sprawa kontroli seksualności kobiet, w której ręka w rękę potrafiły iść siły teoretycznie sobie przeciwstawne. Jak to ujęła autorka, "(...) nieścisłością byłoby zakładać, że Kościół w Polsce stał w ciągłej, czynnej i niezmiennej opozycji do komunistycznej władzy. Relacje między państwem a Kościołem były bardziej złożone, zwłaszcza w sferze kwestii społecznych." [s. 46].
Wyobrażenia o niekontrolowanym popędzie seksualnym kobiet stały się w dyskursie publicznym metaforą nienaturalnego ustroju stalinowskiego, który doprowadził do zepsucia socjalizmu, jak również polskiej tożsamości narodowej. [s. 43]
Również w pierwszych, powojennych latach kwestią łączącą stronę komunistyczną z polską prawicą była sprawa, że tak to ujmę, reprodukcji narodu polskiego. Bezkompromisowe podejście katolików do aborcji -- paradoksalnie -- otwierało drogę do pragmatycznego sojuszu z państwem zainteresowanym wzrostem demograficznym kraju [s. 74]. Być może w przeświadczeniu części P.T. Czytelników / Czytelniczek "za komuny to skrobanki były na porządku dziennym", ale lektura książki M. Fidelis pozwala i tę kwestię poukładać sobie w głowie. Autorka pokazuje bowiem ewolucję podejścia do praw reprodukcyjnych, która rzeczywiście była liberalizowana... po zniesieniu stalinowskich ograniczeń [1]. Z drugiej zaś strony przeczytamy o posłach katolickich, którzy w okresie wzmożonej dyskusji na temat prawa do aborcji (w czasie destalinizacji) potrafili powoływać się na Lenina potępiającego neomaltuzjanizm [s. 217].

Książka w kilku miejscach otwiera też ciekawe perspektywy poznawcze, przejeżdżając przez utrwalone w sformatowanej przez kulturowy obraz płci schematy. Z jednej strony dostaniemy zatem historię kobiet z Żyrardowa, które w czasie strajku zorganizowały "sztab operacyjny" w damskiej toalecie, wykorzystując -- jak widać dość skutecznie -- utrwalone normy społeczno-kulturowe, związane z kobiecą cielesnością oraz wstydem [s. 105]. Z drugiej strony przekonamy się, że (demonizowane) zejście kobiet do pracy pod ziemię mogło wiązać się nie tylko z wyższym wynagrodzeniem i wzrostem prestiżu wykonywanych prac, ale również ze zmniejszeniem fizycznego obciążenia pracą.
W przypadku pracy w kopalniach węgla [tak zwane] nowe zawody dla kobiet, a więc przede wszystkim stanowiska pod ziemią, stanowiły przeciwieństwo nisko płatnej i ciężkiej pracy fizycznej, którą tradycyjnie oferowano kobietom na powierzchni. [s. 147-148] 
Jak na ironię, praca kobiet pod ziemią była prawie całkowicie zmechanizowana, a więc lżejsza niż zajęcia, które proponowano im na powierzchni. [s. 172]
Paradoksalnie zatem praca kobiet na powierzchni mogła być o wiele cięższa -- w śląskich kopalniach zatrudniano bowiem kobiety na najniżej zaszeregowanych stanowiskach, które z jednej strony nie wymagały żadnych kwalifikacji, z drugiej jednak wiązały się z ciężką pracą fizyczną [s. 158]. To powinno całkowicie eliminować argument o niechęci zatrudniania kobiet pod ziemią z uwagi na brak "naturalnych predyspozycji" do tego typu pracy. Jedną z tych, do których kierowano kobiety w kopalniach, była mało prestiżowa praca na sortowni, do której "zsyłano" mężczyzn w ramach kary.
Górników, którzy pracowali pod ziemią, często wysyłano do sortowni za karę. Jeśli sztygar przyłapał podwładnego na łamaniu przepisów bezpieczeństwa - na przykład na paleniu papierosów pod ziemią - wówczas na kilka miesięcy przesuwał winowajcę na górę, gdzie miał pracować z kobietami. Kiedy kilku takich górników dołączyło do zatrudnionej na sortowni Emilii D. - 'na dwa miesiące do pomocy, do trzaskania tych kamieni' - nie mogli uwierzyć, że wytrzymuje ona tak ciężkie warunki. [s. 159]
Przeciwko pracy kobiet w tzw. "nowych zawodach" związanych z górnictwem (np. pracy pod ziemią) protestowały też żony górników -- co znów pokazuje te mniej oczywiste linie podziałów społecznych. Zarzuty żon górników wobec górniczek dotyczyły, a jakże, "pokus natury seksualnej, na które mieli być narażeni ich mężowie [s. 183-184]. Ciekawym jest to, że o analogicznych zarzutach wobec żołnierek wracających z wojny (ze strony żon żołnierzy) przeczytamy w Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swiatłany Aleksijewicz.

Na boku warto też odnotować to, że państwo polskie zabroniło pracy kobiet pod ziemią dopiero w 1924 r. [s. 170], do tego czasu zaś nie było tego typu zakazu, dlatego też niewielka grupa kobiet pracowała pod ziemią już na przełomie XIX i XX w. Co więcej, praca jest zupełnie nieobecna w głównych nurtach narracyjnych w historii górnictwa, chociaż -- jak pisze M. Fidelis -- badania historyczne pokazują, że aktywność ta była zajęciem rodzinnym. Angażowała nie tylko mężczyzn (którzy stanowili zdecydowaną większość górników), ale również kobiety i dzieci. Koncepcja górnictwa jako zawodu męskiego miała pojawić się w Europie Zachodniej w XIX w. jako konsekwencja dominującej ideologii klasy średniej, które postrzegało określone zajęcia jako (nie)odpowiednie dla kobiet [s. 170-171].

Książkę generalnie polecam -- dobre kompendium wiedzy, zagospodarowujące istotny społecznie i historycznie temat, z ciekawą (w dużej części zagraniczną) bazą źródłową. Jeżeli ktoś preferuje odsłuch, mogę odesłać do nagrania ze spotkania z autorką, przeprowadzonego 12 grudnia 2017 r. w siedzibie partii Społem Razem przy Jezierskiego w Warszawie. Co prawda pierwsze (niecałe) 39 minut spotkania nieszczególnie mnie porwało (w tym czasie wyczerpała się pula pytań od prowadzącej spotkanie Sylwii Borowskiej), ale też jestem już po lekturze książki, tak że zbyt wiele w odpowiedziach na tak zadane pytania nie mogło mnie zaskoczyć. Spotkanie trochę się rozkręca w fazie pytań.


Przypisy
[1] Co ciekawe, odsetek kobiet zatrudnionych w Żyrardowie pod koniec XIX wieku (50%) przewyższał odsetek kobiet pracujących w przemyśle włókienniczym w Warszawie (45%) oraz w Łodzi (40%) [s. 79-80].
[2] Stalin wycofał w Związku Sowieckim zliberalizowaną ustawę aborcyjną z lat dwudziestych w 1936 r., zaostrzając jednocześnie prawa dotyczące przepisów rozwodowych [por. przypis nr 14 ze s. 323].

Książka
Małgorzata Fidelis: Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce (en: Women, Communism, and Industrialization in Postwar Poland), przełożyła Maria Jaszczurowska, wydanie I, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015. ISBN: 978-83-280-1532-6.