poniedziałek, 25 stycznia 2016

Władca much

Gdybym chciał opisać rzeczywistość ujętą we Władcy Much Williama Goldinga (wydanej po raz pierwszy 17 września 1954 r.), najchętniej użyłbym trzech elementów, które ta książka w swoim przesłaniu wyprzedziła -- późniejszej o niemal dekadę teorii banalności zła Hannah Arendt (sformułowanej w pracy Eichmann w Jerozolimie: rzecz o banalności zła z 1963 r.), serii eksperymentów Milgrama z 1961 i 1962 r. [1] oraz młodszego o dekadę Eksperymentu więziennego Philipa Zimbardo z 1971 roku. Co prawda dystopijna rzeczywistość bezludnej wyspy zastąpiła rzeczywistość wojenną, zaś przypisanie ról (eksperyment prof. Zimbardo) odbyło się w sposób "naturalny" (przez podział grupy młodych bohaterów na dowodzących i dowodzonych, opartego -- jak się wydaje -- na sile autorytetu i autorytecie siły), to jednak wyraźnie zarysowane elementy powszechności zła pozwalają na podjęcie próby zmierzenia się z przytoczonymi odniesieniami.

Ach, i oczywiście tym razem nie chodziło o dorosłych, lecz o dzieci, co z jednej strony można odczytywać jedynie w charakterze alegorycznym (proces kształtowania się społeczeństwa z nietypowym punktem wyjścia), z drugiej zaś strony buduje dodatkowy klimat tragizmu sytuacji (niszcząc wizję tego, co z założenia powinno być niewinne i nieskażone błędami świata dorosłych).

Grupka dzieci (co ciekawe są wśród nich jedynie chłopcy [2]) w wyniku katastrofy lotniczej znajduje się na bezludnej wyspie. Szybko następuje organizacja działania tej przypadkowo powstałej społeczności, przy czym od samego początku prym wiodą Ralf i Jack Merridew (jako jedyny chłopiec przedstawiony z imienia i nazwiska). Trzecią w kolejności postacią jest Prosiaczek -- jak się wydaje najsłabszy ze starszych chłopców (otyły astmatyk z dużą wadą wzroku). Jest również koncha -- odnaleziona przez Ralfa i Prosiaczka muszla, symbol równości mieszkańców wyspy i ich prawa głosu w dyskusji na temat jej teraźniejszości oraz przyszłości.

Jack wyciągnął ręce po konchę i wstał, ostrożnie trzymając delikatny przedmiot w czarnych od sadzy dłoniach. - Zgadzam się z Ralfem. Musimy ustanowić prawa i szanować je. Ostatecznie nie jesteśmy przecież dzikusami. Jesteśmy Anglikami, a Anglicy we wszystkim są najlepsi. Musimy więc robić to, co trzeba. [s. 38]

Początkowa beztroska przeradza się w rywalizację dwóch przywódców (wybranego na samym początku Ralfa oraz samozwańczego przywódcy Jacka), dwóch wizji funkcjonowania małej społeczności zamieszkującej wyspę. W wyniku zaogniającego się konfliktu dwaj chłopcy (Simon oraz Prosiaczek) giną [3]. O ile śmierć tego pierwszego -- która szybko przeradza się w temat tabu -- można rozpatrywać w kategoriach nieszczęśliwego wypadku, o tyle śmierć Prosiaczka jest efektem działań prawej ręki Jacka -- Rogera, urzeczywistniającego oraz utrwalającego rządy tyrana. W symbolicznej scenie śmierci Prosiaczka i jednoczesnego stłuczenia konchy dokonuje się ostateczny podział -- tyran Jack kontra banita Ralf, na którego rozpoczyna się polowanie.

Mimo tego, iż w części opracowań (w tym cytowanej przez polską Wikipedię analizie głównych charakterów powieści ze SparkNotes) Ralf przedstawiany jest jako alegoria rządów demokratycznych, rządów prawa, dążenia do kompromisu, racjonalności decyzji -- i w ogóle tego, co uważa się za dobre cechy rozwiniętych systemów demokratycznych -- ja podchodzę do takiej oceny tej postaci z większym sceptycyzmem. Przesłanie powieści odczytuję jako wyraz braku wiary w rozwój społeczeństwa demokratycznego / egalitarnego -- i to nie tylko dlatego, że ostatecznie na wyspie wygrywa brutalna siła i tyrania (jak przystało na dystopię). Jedną z ciekawszych z mojego punktu widzenia kwestii, wypowiadanych przez tego bohatera już na samym początku powieści, jest ten fragment:

- Zebrania. Bardzo lubimy zebrania. Codziennie je robimy. Dwa razy na dzień. I gadamy. - Oparł się na łokciu. - Założę się, że gdybym w tej chwili zatrąbił, zaraz by przybiegli. Zaraz by się zrobili poważni i zaraz by któryś powiedział, że powinniśmy zbudować odrzutowiec albo łódź podwodną, albo telewizor. A jak zebranie się skończy, pięć minut popracują i rozlezą się albo pójdą polować. [s. 45]

Z jednej strony mamy do czynienia z trzeźwą oceną rzeczywistości, z drugiej zaś brakiem wiary w jeden z podstawowych mechanizmów demokratycznych -- sens debaty i wspólnego podejmowania decyzji (nieracjonalne pomysły mieszkańców wyspy, brak chęci wdrażania postanowień). Taka filozofia przejawia się w dalszym postępowaniu "demokratycznego" przywódcy Ralfa, u którego motywowanie pozostałych chłopców do podtrzymania na wyspie ognia momentami przypomina próbę narzucenia swojej woli reszcie towarzyszy. Pomijam oczywiście to, że jego pomysły rzeczywiście wydawały się najbardziej rozsądne oraz że w zestawieniu z tyrańskimi zapędami Jacka Ralf był krystalicznym demokratą.

Także jego przyjaźń z Prosiaczkiem -- a także uznawanie tego chłopca za swojego głównego doradcę -- nie były od samego początku aż tak jednoznaczne. Prosiaczek przez większą część powieści jest postacią wyśmiewaną przez większość chłopców, także Ralf podchodzi do niego z pewnym dystansem. Autorytet Prosiaczka ratują jedynie momenty posiadania przez niego konchy (w której demokratyzującą moc wierzy do samego końca) oraz fakt, że jako jedyny z chłopców ma okulary, które umożliwiają rozpalenie życiodajnego ognia. Dopiero zaogniająca się sytuacja i narastający konflikt uświadamiają Ralfowi to, jak bardzo potrzebuje racjonalnego Prosiaczka. Temu drugiemu zaś radość sprawia chociażby najmniejsze uznanie ze strony przywódcy.

Tylko - stwierdził Ralf, stojąc przed miejscem wodza - tylko że ja nie potrafię myśleć. Nie tak jak Prosiaczek. Raz jeszcze tego wieczora musiał Ralf dokonać pewnych przewartościowań. Prosiaczek umie myśleć. Potrafi pracować tą swoją wielką głową, tylko że nie on jest wodzem. Ale Prosiaczek mimo swej śmiesznej figury ma łeb na karku. Ralf stał się teraz specjalistą od myślenia i umiał poznać się na tym, że ktoś inny też myśli. [s. 70-71]

Mimo tych zastrzeżeń muszę przyznać, że Ralf jest postacią dojrzewającego do swojej roli przywódcy. W tym samym czasie Jack dojrzewa do przejęcia przez odwołania do pierwotnych instynktów pełni władzy.

Inną postacią, która w pewnym sensie przechodzi przemianę (wspierając tym samym adekwatność koncepcji banalności zła) jest Roger. Na długo przed tym, zanim stał się prawą ręką tyrana, można wyłapać elementy zdradzające jego sadystyczną naturę. Jednocześnie w tym fragmencie autor nie pozostawia cienia niedomówień na temat wizji człowieka jako bestii krępowanej konwencją społeczną.

Podglebie palm stanowiło wzniesienie plaży i całe pokolenia tych drzew kruszyły w nim kamienie, które leżały teraz na piasku. Roger pochylił się, wybrał jeden kamień, zamierzył się i rzucił w Henry'ego - rzucił specjalnie tak, żeby nie trafić. Kamień, ów symbol niedorzecznej epoki, śmignął o kilka kroków w prawo od Henry'ego i plusnął w wodę. Roger zebrał garść kamyków i zaczął nimi rzucać. Wokół Henry'ego była jednak przestrzeń o średnicy może sześciu jardów, w którą Roger nie śmiał trafić. Oto niewidzialne, jednakże silne tabu dawnego życia. Bawiące się dziecko było nietykalne - strzegli go rodzice, szkoła, policja i prawo. Ruch ręki Rogera warunkowała cywilizacja, która nie wiedziała o nim nic i leżała w gruzach. Henry zdziwił się pluskami w wodzie. Porzucił bezgłośne żyjątka i wyciągnął szyję jak seter w stronę rozszerzających się kręgów na wodzie. Kamienie padały to z jednej, to z drugiej strony i Henry posłusznie odwracał głowę, lecz zawsze za późno, żeby zobaczyć śmigający kamień. W końcu zobaczył i roześmiał się, szukając wzrokiem przyjaciela, który mu płatał figle. Roger jednak czmychnął za pień palmy i stał przyciśnięty do niego, oddychając szybko i mrużąc oczy. Wówczas Henry przestał interesować się kamykami i odszedł. [s. 56]

Choć żaden z chłopców w przedstawionym obrazie nie dorównał w sadyzmie Rogerowi, to jednak znamienny jest fakt tak powszechnego przyłączenia się mieszkańców wyspy do okrutnych praktyk tyrana: rządów twardej ręki, nagonki urządzonej na Ralfa, brutalnych zabaw w "zabijanie świni". Próbę usprawiedliwienia / wyjaśnienia zachowania chłopców może stanowić postać bliźniąt, nazywanych Samieryk (zawsze robili i mówili razem, przez co niejednokrotnie na kartach powieści byli traktowani jako jedna postać). Zastraszeni czuli się niepewnie w tym starciu tytanów, opowiadając się ostatecznie po stronie Jacka. Co -- jak wynika wyraźnie z kart powieści -- nie do końca było ich suwerenną decyzją.

- Samieryk...
Usłyszał okrzyk i poruszenie na skale. Bliźniacy przycisnęli się do siebie i zaczęli coś mamrotać.
- To ja. Ralf.
Przerażony, że uciekną i narobią wrzasku, dźwignął się w górę unosząc głowę i barki ponad krawędź. Daleko w dole spostrzegł rozkwitającą biel wokół skały.
- To tylko ja. Ralf.
Wreszcie pochylili się ku niemu i zajrzeli mu w twarz.
- Myśleliśmy, że to...
- ...nie wiedzieliśmy, co...
- ... myśleliśmy...
Przypomnieli sobie obowiązującą ich teraz haniebną lojalność. Eryk milczał, lecz Sam próbował spełnić obowiązek.
- Musisz stąd iść, Ralf. Idź sobie zaraz...
Potrząsnął włócznią i udał srogość.
- Zjeżdżaj.
Eryk kiwnął solidarnie głową i dźgnął włócznią powietrze. Ralf oparł się na rękach i nie odchodził. [s. 168-169]

Ostatecznie ratunek przychodzi dla chłopców -- a może nawet bardziej dla Ralfa, którego życie było bezpośrednio zagrożone -- przychodzi przez pożar, który zamiast doprowadzić do kolejnego morderstwa ratuje życie. Strategia banity, upadłego pod naporem tyrana przywódcy, okazała się skuteczna. Zaskakujące może być to, jak w ostatniej scenie książki jej bohaterzy niejako odzyskują dzieciństwo. Postać oficera -- dorosłego, na którego tak czekali -- przywraca wszystkiemu swoje miejsce. Nie da się jednak zapomnieć o dwóch dokonanych morderstwach. Dorosły widząc grupę brudnych, samotnych, zakrwawionych -- ale też pomalowanych w barwy wojenne -- dzieci widzi w tym jedynie ich nieroztropną zabawę, która doprowadziła do pożaru wyspy.

Zupełnie osobną kwestią, która ma także niebagatelny wpływ na odczytanie przesłania powieści, są nawiązania do wątków biblijnych w niej zawartych -- począwszy od samego tytułu, który odczytuje się jako hebrajskie imię Belzebuba (בעל זבוב, Baal-Zevuv – pana much i komarów). W podstawowym zakresie zostały one omówione na stronie hasła "Władca much" na Wikipedii, dlatego żeby nie powtarzać odsyłam bezpośrednio do rozdziału nawiązania biblijne.

Na sam koniec krótko o nawiązaniach do powieści w kulturze filmowej. Powstały aż dwie ekranizacje (obie w kręgu kultury anglosaskiej), co ciekawe obie o tym samym, oryginalnym w stosunku do punktu wyjścia tytule.

Pierwsza z nich to film Petera Brooka z 1963 roku, nagrodzony dwiema nominacjami. Pierwsza z nich to nominacja do Złotej Palmy w Cannes; brał udział w konkursie głównym, gdzie w 1963 konkurował m.in. z polskim obrazem Wojciecha Hasa Jak być kochaną, dziełem Masakiego Kobayashiego Harakiri (nagrodzonym Specjalną Nagrodą Jury) czy wielokrotnie nagradzaną ekranizacją powieści amerykańskiej pisarki Harper Lee -- Zabić drozda. Co ciekawe konkurencję o Złotą Palmę w 1963 r. wygrało monumentalne (czasowo...) dzieło Luchino Viscontiego Lampart. Cóż, jak donosi Wikipedia:

W roku 1995, z okazji stulecia narodzin kina, film znalazł się na watykańskiej liście 45 filmów fabularnych, które propagują szczególne wartości religijne, moralne lub artystyczne.

Drugą nagrodą, do której nominowała była ta ekranizacja Władcy much, był National Board of Review 1963 (kategoria: Najlepszy film). Tutaj również przegrał z konkurencją, nie uzyskując przy tym także żadnego wyróżnienia.

O wiele młodszą -- choć nadal trzymającą się dość wiernie klasycznego tekstu powieści -- ekranizacją jest film Harry'ego Hooka z 16 marca 1990 r. Tutaj już bez rewelacji -- nominacji znaczy się. W tzw. powszechnym odbiorze film słabszy od brytyjskiej ekranizacji, starszej o 27 lat. Ale za to na Filmwebie można zobaczyć fotosy, które "urealniają" (pod względem plastycznym) wizję Goldinga z 1954 roku.

Polskim akcentem w tej kwestii jest popularny (?) głównie wśród młodzieży (?) [4] animowany serial komediowy Włatcy móch. Z przyzwoitości obejrzałem kiedyś jakieś fragmenty tego "dzieła", bardziej nie zamierzam się poświęcać. Z pierwowzoru wzięto chyba jedynie to, że głównymi bohaterami serialu są młodzi chłopcy. Na tej zasadzie serial równie dobrze mógłby nosić tytuł Hłopcy z placó Bronji. Za przeproszeniem drogich Węgrów i ich pięknego Budapesztu.

No to melodyjka pod tę smutę.

I like all the mixed emotion and anger
It brings out the animal the power you can feel
And feeling so high on this much adrenalin
Excited but scary to believe what we've become

Saints and sinners
Something willing us
To be lord of the flies




Przypisy:
[1] Opracowań na temat już kultowych (w trzecim rozumieniu tego słowa) eksperymentów Stanley'a Milgrama zapewne znajdziecie dość dużo, ale jeśli wcześniej nie spotkaliście się z nimi polecam zacząć od tekstu Techniki manipulacji psychologicznej/Siła autorytetu.
[2] Domyślam się, że brak dziewczyn w powieści Williama Goldinga jest jedną z tych rzeczy, które trapiły już umysł niejednego czytelnika. Moje pierwsze skojarzenie to chęć odzwierciedlenia patriarchalnego społeczeństwa, w którym prym wiedli jedynie mężczyźni. Nie przeszkadzałoby to jednak umieścić dziewczynek w rolach drugoplanowych (np. wśród najmłodszych dzieci, które w wielu momentach są przedstawiane jako bezimienna i bezbronna masa, zdana na wolę rządzących wyspą starszaków). Tak czy inaczej -- na wyspie są jedynie chłopcy. Jeśli znajdę kiedyś wiarygodne wytłumaczenie tego faktu postaram się je tu podrzucić.
[3] Pominąłem tu oczywiście zaginięcie / śmierć jednego młodszych chłopców (z charakterystyczną skazą -- "myszką" -- na twarzy), która nastąpiła przy okazji pierwszego pożaru na wyspie. Wątek tej śmierci przewija się na dalszych stronach powieści (w formie tematu tabu), jednak nie jest on bezpośrednio związany z rywalizacją przywódców wyspy, która stanowi główną oś wydarzeń.
[4] Przyznaję -- nigdy tego nie badałem, choć Wikipedia daje możliwość podejrzenia oglądalności odcinków z IV i VI sezonu. Ten format jest dla mnie na tyle nieinteresujący, że nie zamierzam zgłębiać dalej tego wątku. Wystarczy mi wiedza o tym, że to coś jest. Co najwyżej mogę polecić ciekawy tekst mojej młodszej koleżanki, Ady Kotowskiej Włatcy Móch – fenomen krótkotrwały, opublikowany na stronie czasopisma studenckiego 16 milimetrów.

Książka:
William Golding, Władca much (ang. Lord of the Flies), przekład Wacława Niepokólczyckiego, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 2004; ISBN: 83-89651-78-5.

niedziela, 17 stycznia 2016

Zaduch. Reportaże o obcości

Debiut literacki Marty Szarejko to niestety jeden z większych zawodów czytelniczych ostatniego czasu. Nawet nie dlatego, że książka jest jakoś szczególnie zła -- nadal uważam, że warto po nią sięgnąć. Po prostu spodziewałem się po niej znacznie więcej.

Zaczęło się od rozmowy Emilii Dłużewskiej z autorką "Zaduchu" [1], opublikowanej na stronie warszawskiej gazety wyborczej. Rozmowę podlinkował na swojej stronie fb Leszek Jażdżewski z komentarzem Ciekawa rozmowa zapowiadająca wnikliwą książkę. Rozmowę rzeczywiście łyknąłem bardzo szybko (szczerze polecam) i narobiłem sobie takiego smaku na tę książkę, że w zasadzie od razu znalazła się w moim koszyku na stronie wydawnictwa. Książka, co warto podkreślić, została wydana przy wsparciu Fundacji im. Ryszarda Kapuścińskiego - Herodot, co stanowiło dla mnie dodatkową gwarancję jakości. Miałem przeczucie, że ma ona zadatek na fantastyczną pozycję o pamięci i tożsamości. Temat książki jest rzeczywiście niebanalny i podjęcie się pracy nad nim musiało stanowić poważne wyzwanie (szczególnie w kontekście debiutu literackiego). Dodatkowo moją ciekawość podkręcał fakt, że sam jestem niewarszawskim słoikiem. Co prawda nie przyjechałem z aż tak małej miejscowości, jak bohaterowie książki M.Szarejko, ale nawet mimo to doświadczenie wyjścia ze swego rodzaju prowincji do o wiele większego miasta (i wszystkie związane z tym "atrakcje") nie są mi obce. W wielu fragmentach z książki znajdowałem lustrzane odbicie swoich myśli oraz / lub doświadczeń.
Czasami uderza mnie to, jak ludzie nie doceniają tego, z jakich domów pochodzą. Tego, że babcia jest profesorem medycyny, a dziadek profesorem prawa. Nie chodzi o majątek, kapitał, tylko o ładunek intelektualny, który wynosi się z domu. O sposób rozmawiania, postępowania, pewność siebie, naturalną umiejętność zachowania w pewnych sferach [s. 31]
Fantastycznym pomysłem było zatytułowanie kolejnych rozdziałów imionami ich bohaterów, które -- przez dodanie do nich przyimka "od" -- wyraźnie nawiązują do tradycji hagiograficznych, jednocześnie łącząc je z określeniami do bólu przyziemnymi (Tadeusz od nieudanych powrotów, Anna od mezaliansu, Piotr od matematyki).

Tak więc gdzie jest haczyk...?

Mam niestety wrażenie, że autorka nie udźwignęła ciężaru gatunku. Być może jestem w tej ocenie zbyt surowy (w końcu częściej mam do czynienia z reportażami takich autorów jak Paweł Smoleński czy Filip Springer), z drugiej zaś strony Marcin Gutowski (rówieśnik Marty Szarejko) po swoim reporterskim debiucie Święta Ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny naprawdę bardzo wysoko postawił poprzeczkę.

Moim głównym zarzutem wobec książki "Zaduch. Reportaże o obcości" jest paradoksalnie to, co w wielu dobrych pracach reporterskich stanowi ich atut. Mogę sobie jedynie wyobrazić jak niezwykle trudną sztuką jest stworzenie takiego reportażu, w którym autor (samemu pozostając w tle) prowadzi narrację, jednocześnie oddając głos swoim bohaterom, nie ingerując w ich opowieści, nie zaburzając ich wypowiedzi. Marta Szarejko zdecydowanie starała się pójść tą drogą, wytyczoną przez mistrzów gatunku... Cóż, wydaje się, że poszła nią zbyt daleko.

O ile pierwsze historie czyta się w miarę dobrze, to wraz z kolejnymi opublikowanymi tekstami miałem wrażenie obcowania nie z reportażem, ale z czymś przypominającym listy do redakcji na temat. Słowotok ich autorów zaczynał zwyczajnie męczyć. Wyczuwalny był brak myśli przewodniej, porządkującej ręki reportera -- czegoś, co nadaje reportażowi charakteru.

Trochę szkoda (bo potencjał w pracy jest ogromny), ale z drugiej strony -- jak mówi sadystyczne, polskie przysłowie -- pierwsze koty za płoty.

Przypisy:
[1] Przyjechali z małych miejscowości. "Nigdy nie będziemy u siebie, rozmowa Emilii Dłużewskiej z Martą Szarejko, wyborcza.pl, 04.12.2015.

Książka:
Marta Szarejko, Zaduch. Reportaże o obcości, Dom Wydawniczy PWN Sp z o.o., Warszawa 2015. ISBN: 978-83-7705-883-1.

środa, 6 stycznia 2016

Fotografia i propaganda. Polski fotoreportaż prasowy w dwudziestoleciu międzywojennym

Praca Marcina Krzanickiego "Fotografia i propaganda. Polski fotoreportaż prasowy w dwudziestoleciu międzywojennym" to książka, która jest dobra na każdy czas, nie tylko obecnie jaśnie nam panującą rzeczywistość społeczno-polityczną. To jedna z tych publikacji, które -- poza samą przyjemnością z jej lektury -- daje czytelnikowi / czytelniczce dodatkowe narzędzia poznawcze. A że jej istota dotyka kwestii, która pozostaje immanentnym elementem procesów (dez)informacji -- tym lepiej dla wnikliwego odbiorcy.

Książkę (poza wagą poruszanego zagadnienia) warto przeczytać z co najmniej kilku względów.

Po pierwsze autor (w moim udczuciu) zabrał się do tematu bardzo profesjonalnie. W telegraficznym skrócie: przeszedł od omówienia warsztatu badawczego (określenie istotnych pojęć, uzasadnienie wyboru źródeł), po wprowadzenie przybliżające proces oswajania się ludzkości z wynalazkiem, jakim była fotografia, przez przykłady definiowania opinii publicznej (s. 59-60) aż po omówienie -- z użyciem licznych materiałów z epoki -- sposobów kreaowania wizji rzeczywistości za pomocą prasy w okresie II RP (objętej -- co również warto podkreślić -- coraz silniejszą cenzurą).
Pisząc tę książkę, stawiałem przed sobą nieco inne zadanie, mianowicie próbę zrozumienia, jakim źródłem była fotografia, ale nie do poznania przeszłości przez historyka, ale do poznania teraźniejszości dla ówczesnego odbiorcy. [s. 260]
Po drugie okres II RP uważam za silnie zmitologizowany. Choć był on stosunkowo krótki, to jednak bardzo ważny dla obecnej kondycji społeczno-politycznej -- ale ważny głównie w warstwie symbolicznej (w formie zmitologizowanej), nie w kontekście jego rzeczywistej analizy, oceny oraz wyciągnięcia wniosków dla następnych pokoleń. Być może tę ocenę utrudnił (uniemożliwił?) gwałtowny i tragiczny koniec tamtego ustroju -- a tragedie są "dobrą" bazą do budowania mitów, ale w mojej ocenie niebagatelny wpływ na obraz tamtych czasów miała również silna propaganda [1] władz w okresie międzywojennym. Książki takie jak praca Marcina Krzanickiego pozwalają w ciekawy sposób przybliżyć czytelnikom -- w oparciu o dany kontekst -- dwudziestolecie międzywojenne. Przy okazji demaskując też jedno ze źródeł mitu II RP.

Wydarzenia z pierwszych lat walki o nowe państwo stawały się historią. Można było na nich wychować kolejne pokolenia. Fotografie je dokumentujące były nie tylko uwiecznieniem chwili - dla tych, którzy nie pamiętali tych zdarzeń, stawały się ich symbolem (...). Dzięki zapisowi czasu na materiale światłoczułym i odpowiednim doborze opisu można było praktycznie dowolnie i w sposób nieograniczony manipulować obrazem tego czasu. [s. 159]
Cenzura prasy w dwudziestoleciu międzywojennym. Powyżej nagłówek wydania "Naszego Przeglądu" z 1 kwietnia 1935 r. Nad tytułem informacja o konfiskacie pierwszego nakładu.
Swoją drogą kolejnym powodem braku demitologizacji okresu międzywojennego może być właśnie zbyt krótki czas jego trwania. Tym bardziej, że sytuacja "wyjściowa" dla budowania ówczesnego ustroju była niezwykle trudna -- po 123 latach zaborów należało scalić w jeden organizm państwowy trzy byty (różnicące się między sobą prawem, ustrojem, stopniem rozwoju społecznego czy gospodarczego). Ciekawą analogię przytacza sam autor, pisząc -- w odniesieniu do tworzenia nie tylko wizerunku RP, ale też opowieści o tym, jak doszło do jej powstania:

Analogiczny proces toczył się na przełomie XX i XXI wieku w Polsce, kiedy to budowano wizerunek przełomu lat 1989/90 i zmian polityczno-ustrojowych. Podobnie jak wiek wcześniej do rangi symboli urastały jedne wydarzenia i związane z nimi osoby (Lech Wałęsa), inne zaś, w najlepszym wypadku, stanowiły tło. [s. 159]

Warto sobie uświadomić fakt, że od przełomu lat 1989/90 do dziś minęło więcej czasu, niż trwał cały okres II RP (21 lat).

Takie elementy zaś jak ustawa z dnia 7 kwietnia 1938 r. O ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, Pierwszego Marszałka Polski, polsko - niemieckie porozumienie prasowe z ostatnich dni lutego 1934 roku, strajki chłopskie z połowy lat 30. czy konfiskata amerykańskiego czasopisma LIFE to wydarzenia, które nie funkcjonuję w społecznej pamięci zbiorowej.

Jeszcze ostrzej niż zaburzenia robotnicze traktowane były strajki chłopskie. W ich przypadku dla wyciszenia praktycznie wszystkich informacji stosowano artykuły 171 i 217 kodeksu karnego. Skonfiskowane zostały praktycznie wszystkie wzmianki o proklamowaniu i przebiegu strajków z lat 1932, 1933 i 1937 - w obiegu prasowym wydarzenia te nie istniały. Przynajmniej na łamach prasy krajowej [2]. [s. 233]
Ze względu na naciski ambasady niemieckiej zarekwirowano w latach 1934-1939 blisko osiemset artykułów, zwykle opierając się na art. 111. §2 kk w wypadku osób i art. 108 kk w wypadku stosunków wewnętrznych. Taka polityka wyciszania artykułów i informacji mogących wywołać antyniemieckie nastroje nasiliła się szczególnie od wiosny 1939 r. [3] [s. 250]
Urząd Wojewódzki prosi o niezwłoczne zarządzenie zajęcia wszystkich egzemplarzy tyg. "Life" z 29.VIII.1938 r. wydawanego w języki angielskim w New Yorku i Chicago. Zajęcie należy przeprowadzić w sposób nagły i jak najszybciej, aby żaden egzemplarz nie został sprzedany, względnie nie dostał się w ręce prenumeratorów... Wszystkie zajęte egzenplarze, z wyjątkiem pojedynczych, niezbędnych dla sądów, należy natychmiast przesłać w zalakowanych kopertach wprost do MSW. [4] [s. 267]

Po trzecie zaś jak już wspomniałem na początku -- ale chciałbym i na końcu podkreślić -- praca Marcina Krzanickiego jest jedną z tych, które nie prędko będą się dezaktualizowały. Wynika to z faktu, że jej clou nie tkwi w opisie tej lub innej rzeczywistości historycznej, ale w pokazaniu działania mechanizmów, które w moim odczuciu ze względu na coraz większe możliwości techniczne -- ale też coraz szybszy obieg informacji, docierającej do coraz większej liczby odbiorców -- będą mogły jedynie przybierać na sile.

Ale i sam opis rzeczywistości dwudziestolecia międzywojennego wydaje się dziś w wielu miejscach szalenie aktualny...

Sprawa, której dziś pełno w dziennikach i rozmowach, jest oczywiście obficie komentowana w prasie zagranicznej. Z tego powodu pojawiły się u nas liczne głosy, które z jednej strony dość wyraźnie się z tego radują, z drugiej - sieją panikę na temat "moralnej zdrady stanu" i wynoszenia własnych spraw na jarmark światowy. [...] jesteśmy u siebie i sami sobie z tym Brześciem poradzimy, sami go odcierpimy i odpokutujemy. [s. 213]

[1] Słowa "propaganda" używam tutaj w rozumieniu pojęcia z okresu międzywojennego. Propaganda rozumiana jest w pracy M.Krzanickiego jako "mechanizm dostarczania odbiorcy treści" (w rozumieniu szerszym) oraz świadoma i inteligentna manipulacja zorganizowanymi nawykami i opiniami mas (w rozumieniu węższym), bez odniesień do współczesnego, potocznego łączenia terminu propaganda z pojęciami takimi jak fałsz, kłamstwo, półprawda". [s. 8]
[2] W dalszej części znajduje się tłumaczenie ciekawego materiał z założonego zaledwie dekadę wcześniej magazynu TIME, komentującego Wielki Strajk Chłopski z 1937 r. (Embattled Farmers, TIME, 6 września 1937). Fragment tego tekstu w oryginale można przeczytać bezpłatnie na stronie czasopisma.
[3] Dla zainteresowanych tematem na początek polecam materiał Eugeniusza Rudzińskiego Dokumenty o porozumieniu prasowym polsko-niemieckim z 1934 r., opublikowany w Roczniku Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego 4/2, 171-178 w 1965 r. (.pdf).
[4] Po szczegóły dot. artykułu, za który skonfiskowano w 1938 r. Life odsyłam do wpisu "Life" o polskiej idylli 1938 roku z 21 marca 2014 r.

Książka:
Marcin Krzanicki, Fotografia i propaganda. Polski fotoreportaż prasowy w dwudziestoleciu międzywojennym, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2013. ISBN: 97883-242-2341-1.