poniedziałek, 29 czerwca 2015

Berlin. Miasto z wyobraźni

Berlin zawsze będę wspominał ciepło. Być może dlatego, że było to pierwsze zagraniczne miasto, które miałem okazję oglądać (i uświadomić sobie, że miasto / społeczeństwo rzeczywiście może funkcjonować inaczej -- transport publiczny może być częsty i punktualny, piwo może dobrze smakować na trawniku przed gmachem niemieckiego parlamentu, ludzie mogę być różnorodni i dla nikogo nie stanowiło to problemu). Być może dlatego, że z Berlinem wiąże się jedno z moich najlepszych wspomnień wyjazdowych. Tak czy inaczej -- do Berlina zawsze będę z chęcią wracał.

Pewnie dlatego w komplecie z Nadzorować i karać Michel Foucault dostałem od M. książkę o Berlinie.

Jeżeli ktoś kupując "Berlin. Miasto z wyobraźni" spodziewa się naukowego opracowania dziejów miasta (kompendium wiedzy historycznej), z pewnością może poczuć się nieco zawiedziony. Nie oznacza to jednak, że z książki brytyjsko-kanadyjskiego podróżnika i pisarza (członka Królewskiego Towarzystwa Literackiego) nie dowiemy się niczego konkretnego -- wprost przeciwnie! "Berlin. Miasto z wyobraźni" to opowieść o mieście widzianym oczami polityków, architektów, aktorów, robotników -- wreszcie oczami samego autora. To portret miasta, tworzony przez wieki jego istnienia (dlatego też amerykański tytuł książki wydaje mi się bardziej odzwierciedlać jej rzeczywistą istotę, ale o różnych jej wydaniach niech później).

Ciekawym zabiegiem jest to, że w ostatniej części książki (posłowiu i bibliografii) autor sam zdradza swój warsztat literacki oraz sposób, w jaki skonstruował swoją opowieść i bohaterach jego pracy -- m.in. Frederyku II Wielkim, Karlu Friedrichu Schinklu, Käthe Kollwitz czy Leni Riefenstahl. Nie będę nic zdradzał żeby nie psuć zabawy -- po zakończeniu lektury można zweryfikować swoje domysły.

Poza wcześniej wymienionymi postaciami, tak ściśle związanymi z niemiecką historią czy kulturą, w książce znalazło się również miejsce dla historii tych "z zewnątrz", którzy na swój sposób tworzyli to miasto -- Billa Harvey'a, Johna F. Kennedy'ego czy Davida Bowie.

Wartym wspomnienia jest także to, że autor pisząc opowieść danej postaci odwołuje się również do historii innych bohaterów, co daje czytelnikowi literacki obraz miasta, w którym wszystkie historie przenikają się na przestrzeni wieków.

Pięćdziesiąt lat po śmierci Käthe Kollwitz, po zjednoczeniu Niemiec, Nowy Odwach [Karla Friedricha] Schinkla stał się narodowym pomnikiem ku czci "ofiar wojny i tyranii". W jego wnętrzu umieszczono Pietę Kollwitz, rzeźbę matki opłakującej zabitego syna. Pod nią spoczywają szczątki dwóch innych chłopców - nieznanego żołnierza niemieckiego i nieznanego bojownika ruchu oporu - a także ziemia z dziewięciu pól bitewnych w Europie oraz w Auschwitz, Buchenwaldu, Dachau, Mauthausen i Natzweiler. [s. 152]

Ostatnie dwa rozdziały zawierają sporo osobistych historii autora i tego, jak on odkrywał Berlin -- a wraz z Berlinem poznawał tożsamość tworzących to miasto ludzi. Tożsamość kolektywną, pochodną niemieckiej tradycji historycznej, która jednocześnie na przestrzeni wieków rodziła silne indywidualności.

Na chodnikach było dużo ludzi i z innymi przechodniami czekałem na czerwonym świetle, żeby przejść przez główną ulicę. Zerknąłem w lewo, zerknąłem w prawo. Ulica była pusta. Zdziwiłem się, że wszyscy stoją i czekają. Spojrzałem po przechodniach, starając się uchwycić czyjeś spojrzenie, ale nikt na mnie nie patrzył. W końcu zapytałem stojącego obok mężczyznę:
- Dlaczego pan nie idzie?
- Jest czerwone światło.
- Ale przecież nic nie jedzie.
- Jest czerwone światło.
Gadaj zdrów, pomyślałem sobie, i ruszyłem przez pustą ulicę.
Czekała mnie niespodzianka.
Na chodniku po drugiej stronie ulicy też stał tłumek przechodniów, czekających na zielone światło. Kiedy zbliżyłem się do krawężnika, zwarli szeregi i zatarasowali mi drogę. Nie wymienili między sobą ani słowa, była to samorzutna, zbiorowa reakcja. Stałem bez ruchu naprzeciwko nich, bezgranicznie zdumiony ich zachowaniem, i chciało mi się śmiać. Nie dość, że czekali na zmianę świateł jak stado baranów, to jeszcze karali mnie za to, że ośmieliłem się postąpić inaczej. Nie pozwalali mi zejść z ulicy, chociaż teraz do skrzyżowania szybko zbliżały się samochody. (...) W autobiografii Świat wczorajszy Stefan Zweig napisał, że Niemcy zniosą wszystko: klęski wojenne, nędzę i poniżenie, ale nigdy nie zniosą nieporządku. [wspomnienie autora z jego pierwszego pobytu w Berlinie Zachodnim przed czterdziestu laty; s. 354-355]

Stefana Zweiga uważa się podobno za dobrego znawcę ludzkiej psychiki, który -- zapewne ze względu na swoje żydowskie pochodzenie, ale również antyfaszystowskie i pacyfistyczne poglądy -- musiał emigrować z Austrii w 1934 roku -- także pewnie coś było na rzeczy. Szybko jednak sam autor (R.MacLean) tłumaczy, dlaczego mimo to -- mimo umiłowania tradycji i porządku -- sam Goebbels miał określać Berlin jako "kamienną pustynię", "grzeszną kloakę", "odrażające mrowisko piratów, pederastów, gangsterów i im podobnych" (s. 231).

Około 1930 roku rozpustną stolicę odwiedzało ponad dwa miliony turystów rocznie. Wielu z nich przyjeżdżało szukać przygód w sypialniach i homoseksualnych barach, spełnić swoje marzenia na tutejszych balach maskowych i hucznych zabawach. (...) Erotyczny przewodnik po "wyuzdanym" -  Berlinie -- Führer durch das "lasterhafte" Berlin Curta Morecka z 1931 - podawał nazwy ulic, klubów i kawiarni, w których można było przeżyć seksualną przygodę. [s. 157]

Rory MacLean ciekawie podsumował ten paradoks.

Jest naturalne, że społeczeństwo konformistyczne wydaje z siebie radykałów. Utarty zwyczaj rodzi bunt, który jest nierozdzielnie z nim związany. Tak więc na fundamentach Berlina, położonych przez obowiązkowych, pracowitych mieszczan z ich poczuciem posłuszeństwa i ukrytymi lękami, wolnomyśliciele, reformiści, anarchiści i artyści atakowali status quo, prowokując konformistów, by zastanowili się nad sobą, zadawali pytania, myśleli samodzielnie.
Te przeciwstawne siły zmagały się ze sobą przez całą burzliwą historię Berlina - porywczej i kapryśnej megiery. Zrodziły złożone społeczeństwo, pełne sprzeczności, niepewne siebie, lecz dumne, zarazem stoickie i hedonistyczne, odporne i kruche, posłuszne i buntownicze. Tu wytatuowane i poprzekłuwane punki wciąż czekają na zmianę świateł, choć ulica jest pusta, a dzieci zbrodniarzy chylą czoła przed ofiarami swoich rodziców. [s. 356]

I nawet jeśli jest to jedynie fragmentaryczny obraz miasta / społeczeństwa, przepuszczony przez sito -- z natury rzeczy subiektywnej -- percepcji autora, to zachęca on do własnych refleksji oraz własnych doświadczeń miasta, które nazwę wzięło od połabskiego słowa "mokradła".

Książka w Polsce ukazała się w 2014 roku. Wydana została w tym samym roku przez londyńskie wydawnictwo Weidenfeld & Nicolson, jak i polskie wydawnictwo Magnum.

Ale -- jako ciekawostka -- w anglojęzycznej wersji można dostać już trzy publikacje: Berlin: Imagine a City (wydana przez londyńskie wydawnictwo Weidenfeld & Nicolson 13 lutego 2014 roku) oraz Berlin: Portrait of a City Through the Centuries (publikacja wydana przez nowojorskie wydawnictwo St. Martin's Press 21 października 2014 roku). 13 października 2015 roku ukazało się dodatkowo wznowienie amerykańskiej edycji książki (Berlin: Portrait of a City Through the Centuries), tym razem przez wydawnictwo Picador (w Polsce znane jako Macmillan Polska).

Tutaj zebrałem komplet okładek do kolekcji.
"Berlin: Imagine a City" (13.02.2014)
"Berlin: Portrait of a City Through the Centuries" (21.10.2014)
"Berlin: Portrait of a City Through the Centuries" (13.10.2014)

Nowojorska "wersja" tytułu książki (Berlin: portret miasta przez stulecia) wydaje mi się najbardziej odpowiadać temu, czym w rzeczywistości jest praca MacLeana.

Guten Morgen Berlin,
du kannst so hässlich sein,
so dreckig und grau
du kannst so schön schrecklich sein.


Książka:
Rory MacLean, Berlin. Miasto z wyobraźni (ang. Berlin. Imagine a city), przełożył Władysław Jeżewski, wydawnictwo Magnum; Warszawa 2014. ISBN 978-83-63986-60-5.

wtorek, 9 czerwca 2015

Bohater z cienia: losy Kazika Ratajzera

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego posta sięgnąłem po "Rury" Etgara Kereta. Świetny język, dobry warsztat i zmysł literacki -- ale jednak nie dla mnie (odłożyłem po kilkudziesięciu stronach). Może kiedyś.

Pod ręką miałem publikację Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki "Bohater z cienia" o Szymonie "Kaziku" Ratajzerze (Symsze Rotemie) i postanowiłem skorzystać.

Książka składa się z dwóch przeplatających się części -- "wczoraj": opowieści o Szymonie Ratajzerze / Szymsze Rotemie oraz "dziś": zapisów cyklu rozmów autorów z Kazikiem, które odbyły się w latach 2007-2011 w Jerozolimie, Warszawie oraz Krakowie i zapisu rozmowy Symchy "Kazika" Rotema z Markiem Edelmanem (Łódź, 1995). Dzięki książce mamy możliwość poznania nie tylko przedwojennych losów głównego bohatera oraz jego działań w czasie II wojny światowej (w tym brawurowego wyprowadzenia kilkudziesięciu ocalałych z powstania w getcie warszawskim kanałami na ulicę Prostą), ale także powojennych losów Kazika -- udziału w akcji "Nakam" (Zemsta) [1], kolejnych wojnach od pierwszych lat istnienia państwa Izraela, zarządzania siecią sklepów SUPER.



Ten "bohater" z tytułu książki nieco drażni -- od samego początku jest obawa, że bierze się do ręki publikację pisaną z pozycji klęczącej. W zasadzie wczytując się w wypowiedzi samego Ratajzera / Rotema można dojść do wniosku, że i on mógłby mieć do tego pewne zastrzeżenia.

Lata później pojedzie do Polski z grupą izraelskich uczniów w ramach tzw. delegacji szkolnych, mających kształcić świadomość narodową młodzieży. Kiedy idą spod pomnika Bohaterów Getta na Umschlagplatz, przewodniczka mówi, że to Szlak Bohaterów. Kazik nie wytrzymuje:
- Jakich bohaterów?! Czy mogłem obronić swoich rodziców w getcie? Czy mogłem w ogóle kogoś obronić? Przecież myśmy nie zwyciężyli! Jeszcze jedno takie bohaterswo i żaden Żyd nie zostanie przy życiu! [s. 213]

Koresponduje to ze znaną deklarację Marka Edelmana -- chodziło tylko o wybór sposobu umierania. W kilku miejscach można się zastanowić, czy oby przypadkiem ktoś nie stawia Kazikowi pomnika za życia (opowieści o tym, jak prowadził sieć sklepów SUPER wprost nie do uwierzenia!), ale poziom brązowienia postaci zjadliwy i nie razi zanadto.

W książce bez ogródek mówi się za to o trudnych relacjach polsko-żydowskich -- z nimi zresztą miał być związany przydomek Szymona Ratajzera: "Kazik".

(...) ŻOB musi zdobywać pieniądze na zakup broni. Robi to, przeprowadzając tzw. ekspropriację, czyli - mówiąc wprost - rabując bogatych mieszkańców getta. Podczas jednej z takich akcji, kiedy napadnięty nie chce wydać kosztowności na hasło "na potrzeby Żydowskiej Organizacji Bojowej", dowódca Ratajzera w przebłysku geniuszu krzyczy do niego po polsku: "Kazik, zrób z nim porządek". Że niby Ratajzer, ten chłopak ze słowiańskim wyglądem, jest Polakiem, a tacy, jak wiadomo, z Żydami nie żartują... Więc już nie Szymek, ale Kazik Ratajzer, przykłada lufę rewolweru do brzucha mężczyzny i pcha go w kąt pokoju, sycząc: "Ze mną nie ma żartów". Od razu dostają pieniądze. [s. 40]

Później jeszcze wiele razy Symcha Rotem (mając po matce tzw. dobry wygląd) udawał w czasie podobnych akcji polskiego akowca pomagającego Żydom -- i plotka szła dalej [s. 81].

Musi udawać przed ludźmi człowieka powiązanego z polskim podziemiem, niedwuznacznie dając do zrozumienia, że jeśli nie będą go słuchać, to będą mieli do czynienia (w zależności od rozmawiającego) albo z Armią Krajową, albo z Armią Ludową. [s. 101]

Jest również historia z węgierskimi żydami, oswobodzonymi w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego z więzienia na Gęsiówce (wówczas obozu koncentracyjnego), którzy po oswobodzeniu (jeszcze ubrani w pasiaki) mieli być pod bronią wpychani w w czeluść płonącej Hali Mirowskiej, skąd mieli wynosić jedzenie (s. 123-124). Dalej czytamy o Jerzym Grasbergu (członku ścisłego kierownictwa ŻOB), który został rozstrzelany przez oddział AK, "(...) który spotkał go na ulicy i uznał, że jeśli to Żyd, to mógł przeżyć getto tylko jako zdrajca." [s. 125].

Jurek z kolei, choć przez całą okupację nie wychodzi z mieszkania na Pańskiej (ten przeklęty semicki wygląd!), teraz wychodzi z domu. Chce walczyć! Bierze więc broń. Wtedy zatrzymuje go patrol AK. I dzieje się to, co się dzieje... [s. 125]

W czasie powstania w podobnych okolicznościach miało zginąć około 60 Żydów, w tym 44 w wyniku dwu zbiorowych mordów.
Pomnik Ewakuacji Bojowników Getta Warszawskiego na ul. Prostej 51 w Warszawie, autorstwa architektów: Konrada Kuczy-Kuczyńskiego i Jana Kuczy-Kuczyńskiego oraz rzeźbiarza Maksymiliana Biskupskiego. Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta.


Ciekawą kwestią na koniec, dla wielu pewnie mało znaną lub nieznaną (w tym dla mnie -- mam o niej na razie mgliste pojęcie) jest sprawa losu / roli ocalałych z Shoa w nowopowstałym państwie Izrael (w tym Kazika Ratajzera, który tam osiadł). To, co obecnie kojarzymy ze znaną na całym świecie instytucją Jad wa-Szem, na samym początku państwowości izraelskiej nie za bardzo pasowało do lansowanej wówczas polityki tożsamościowej.

Spotkania bojowców ŻOB mają charakter czysto prywatny. Oficjalna doktryna państwa Izrael długo zakłada bowiem niemal wymazanie Szoa z tradycji. Ben Gurion w 1949 roku oznajmia bez ogródek: "Tym, którzy ocaleli, na pewno by się to nie udało, gdyby nie byli tymi, kim byli: złymi, brutalnymi egoistami. To, co przeżyli, wyrwało z ich duszy wszystko, co najlepsze. Ponadto w myśl ideologii syjonistycznej ci, którzy doświadczyli Zagłady... sami sobie byli winni. Bo gdyby przed wybuchem wojny posłuchali ostrzeżeń syjonistów i przenieśli się do Palestyny, uniknęliby zagrożenia i tego, co ich spotkało. [s. 207-208]

Temat szeroki jak San Francisco-Oakland Bay Bridge, nie będę więc próbował go wyjaśniać (tym bardziej, że to M. jest specjalistką -- być może przeczyta i mnie zruga, że coś przekręciłem). Po więcej informacji autorzy odsyłają do Idith Zertal Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela (M. mówi, że książka bardzo dobra i będzie mi się podobała, sama do niej często wraca). Może po jej lekturze będzie okazja do napisania kilku słów na ten temat. Na tę chwilę mogę podrzucić do przeczytania świetny tekst profesora Stanisława Krajewskiego Zwycięskie klęski Izraela - o książce Idith Zertal "Naród i śmierć" [2].

Dopiero dziesięć lat po powstaniu w getcie warszawskim państwo Izrael decyduje się uczcić tych, którzy przeżyli. (...) W 1953 roku ustawę o powołaniu Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Zagłady Jad wa-Szem Kneset przyjmuje przy niemal pustej sali, co pokazuje, jak wciąż silny był sprzeciw klasy politycznej wobec pomysłów upamiętnienia Zagłady. [s. 211]

שמחה ראטהייזר-רותם (Symcha Ratajzer-Rotem) 10 lutego 2015 roku skończył 90 lat. Do dziś nosi w sobie odłamki spowodowane przez bombę, jaka spadła 26 września 1939 roku na jego rodzinną kamienicę przy ul. Podchorążych 24. Dzień po święcie Jom Kippur -- Dniu Pojednania.



Przypisy:
[1] Więcej o akcji "Nakam" można przeczytać w ciekawym tekście Marcina Masłowskiego i Tomasza Patory "Nasz Bóg ich zgubi" (Duży Format, wyborcza.pl, 06.02.2007). Z tekstu obficie korzystali autorzy książki "Bohater z cienia" [s. 152-154]. Z tego samego artykułu korzystała również Marta Tychmanowicz pisząc w 2013 roku felieton "Zemsta żydowskich mścicieli" (wp.pl, 15.04.2013).
[2] Stanisław Krajewski "Zwycięskie klęski Izraela - o książce Idith Zertal "Naród i śmierć" ", wyborcza.pl, 10.05.2010.

Książka:
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Bohater z cienia: losy Kazika Ratajzera, wydawnictwo Świat Książki - Weltbild Polska, Warszawa 2012. ISBN: 978-83-7799-373-6.