niedziela, 30 czerwca 2013

Dzieci wolności

Z "Dziećmi wolności" Marca Levy'ego (kolejnej książce zgarniętej za grosze z półki w Realu) mam pewien problem.

Z jednej strony pomysł opisania działalności francuskiego Résistance z perspektywy wspomnień zaledwie dwudziestoletniego chłopaka wydaje mi się (mimo wszystko) fajną ideą. Opowieść, podzieloną na trzy rozdziały (odpowiadające trzem kolejnym okresom w życiu Jeannota -- ojca autora książki, jego brata Cloude'a i ich współtowarzyszy i współtowarzyszek z 35. brygady Résistance), czytało się całkiem płynnie, jak na poruszaną tematykę nawet nie aż tak bardzo obciążała psychikę -- choć opisy realiów codziennego życia w pogrążonej w wojnie Francji dawały do myślenia.

Z drugiej zaś strony cała opowieść "naładowana" problemami życia francuskiej młodzieży z ruchu oporu wydawała się w wielu miejscach taka... nijaka. Poczynając od opisów kolejnych "miłostek" głównego bohatera (które pojawiały się i znikały bez zgłębiania tematu i znaczących przyczyn), opisywane jak w średnim amerykańskim filmie wojennym (z koniecznym podkreśleniem po sto wielokroć -- aż do znudzenia, że kochać wówczas nie było wolno), przy czym opisy i dialogi wielokrotnie były niezwykle toporne. Na szczęście dla autora żeby w pełni wyczuć ten ciężki klimat, trzeba wczytać się w książkę.

"Żegnając się z nią tego wieczoru, nie widziałem, że była do szaleństwa zakochana w Marcu. Spotykali się w tajemnicy, podobno chcieli nawet razem zwiedzać muzea" [s .81]


- Zaczekajcie, to jeszcze nic - ciągnęła, coraz bardziej rozbawiona.
Claude i ja uprzejmie słuchaliśmy zakończenia jej opowieści. [s. 129]


Następnie: opisy akcji -- jak gotowce do scenariusza do filmu z Jamesem Bondemem...

"Nikt za jej plecami nie krzyknął: "Łapać złodzieja", facet jeszcze nie zauważył, że ukradziono mu rower. Przejechała na czerwonym, jej apaszka rozwiązała się, kiedy pojawił się samochód i rozległ się klakson. Przód auta lewą stroną zderzaka otarł się o udo Catherine, klamka drzwi uderzyła się w biodro. Zachwiała się, ale zdołała utrzymać równowagę. Nawet nie poczuła bólu, skrzywiła się tylko. Chciała przyspieszyć, zmusiła więc nogi do wysiłku, szprychy połyskiwały w słońcu, tempo było mordercze". (...) Piekielnie bolały ją nogi, ale kontynuowała dramatyczny wyścig z czasem. (...) To krew, która pulsowała w skroniach, nie głos śmierci, jeszcze nie. [s. 99]

... aż po opisy ociekające patosem jak golonka tłuszczem.

W przeciwieństwie do tych, którzy jawnie kolaborowali z nazistami, denuncjowali, aresztowali, torturowali, deportowali, do tych, którzy wydawali wyroki, rozstrzeliwali, do tych, którzy wolni od jakichkolwiek rozterek, udrapowali na sumieniu togę tak zwanego obowiązku, by nasycić rasistowską nienawiść, a więc - w przeciwieństwie do nich wszystkich, choć byliśmy gotowi ubrudzić sobie ręce, te ręce miały pozostać czyste. [s. 72-73]

Bohaterowie -- jeśli tylko popełniali błędy -- to jedynie te wynikające z młodzieńczej fantazji, nadmiernej ambicji czy świętego szaleństwa w świętej sprawie, godnego Joanny d’Arc. Wykreowanie niemal krystalicznych postaci można zrzucić na karb silnego związku emocjonalnego autora z opisywaną historią, jak również na przysługującą mu licentia poetica. Książka -- choć oparta na faktach -- w żadnym miejscu nie aspiruje do roli pracy historycznej. 

Tak czy inaczej -- książka nie porywa, ale czyta się całkiem dobrze. 5 na 10 punktów to bez mrugnięcia okiem.

Książka:
Marc Levy, Dzieci wolności (Les enfants de la liberté), wyd. Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2009, ISBN 978-83-7359-903-1.

wtorek, 11 czerwca 2013

Arab strzela, Żyd się cieszy

Jeżeli komuś zdarzy się sięgnąć po "Podpalić Gazę" Ewy Jasiewicz i konieczne będzie podanie odtrutki (bo sam/-a z jakichś względów oczyścić organizmu nie będzie w stanie)  -- z czystym sumieniem mogę polecić "Arab strzela, Żyd się cieszy" Pawła Smoleńskiego.

Każde z 18 opowiadań składających się na reportaż ma co najmniej dwie wspólne cechy -- tytuł jest nazwą miasta / miejscowości, której dotyczy rozmowa, każda część ma również swojego "bohatera", który za pośrednictwem Pawła Smoleńskiego oprowadza czytelnika po Izraelu widzianym jego oczami.

Świat przedstawiony przez autora jest widziany ze specyficznej perspektywy -- jego rozmówcami (a zarazem bohaterami jego książki) są Arabowie, obywatele Izraela. Ludzie na pograniczu, rozerwani między światem wspomnień a próbą znalezienia swojego miejsca w swoim państwie.

- Gdy ktoś krzyczy "zniszczyć Gazę", czuję złość. Gdy słyszę "zniszczyć Izrael", też jestem zły. Nie rozumiem tych moich uczuć, zdaje mi się, że jestem znikąd. To dziwne, bo w Izraelu nie jestem obcy, ale do końca nie jestem u siebie. Jadę do Europy i czuję, że jestem obcy, ale jakoś na swoim. [s. 120]

W przeciwieństwie do książki Ewy Jasiewicz "Arab strzela, Żyd się cieszy" nie jest książką jednowymiarową, nie indoktrynuje. Paweł Smoleński odsuwa się w cień, jedynie prowadząc czytelnika od miasta do miasta, gdzie głos w zasadzie w pełni oddaje swoim rozmówcom. Bohaterowie są pełni wątpliwości, pokazują świat pełen odcieni, sprzeczności i niezrozumiałej sytuacji, z której nikt nie potrafi już znaleźć dobrego wyjścia.

- Widzę - odpowie - Araba, dziecko uchodźców we własnym kraju, który jest państwem żydowskim, a więc nie moim, choć przecież jest bardziej moje, niż się komukolwiek wydaje. Widzę też chrześcijanina, czyli takiego Araba-nie-Araba, Araba gorszej próby, przynajmniej dla wielu muzułmanów. Jestem w Paryżu albo w Londynie i wtedy oglądam Izraelczyka; w Europie nie lubią mojego izraelskiego paszportu. I tak mi się zdaje, że gdzie nie pójdę, będę należeć do mniejszości, która ma lekko w plecy. [s. 156]
Powiedzieć, że [Izrael] dzieli się na żydowską większość i arabską mniejszość, to nie powiedzieć nic [s. 158].

- Modlę się, żeby na drogowym patrolu, który może mnie zatrzymać dla jakiejś idiotycznej kontroli, nie było żadnego Araba. Na Ben Gurionie modlę się, żeby pogranicznikiem nie był Arab; widziałem, jak jakiś druz po chamsku obszedł się z arabską kobietą, która mogłaby być jego babcią. Gdy idę na policję po jakieś zaświadczenia. zaciskam kciuki, by moją sprawę załatwiał Żyd, bo Arab dopiero da mi popalić, pokaże swoją władzę.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Coś się z nami stało w tym Izraelu. [s. 113]

Tak zupełnie na koniec. O książce można pewnie napisać dużo, ale im więcej próbuję napisać, tym większe mam przeczucie, że nie warto. Przedstawione w książce historie bronią się same. Szkoda czasu na dodawanie czegoś więcej.

Fahdi poprosił o przerwę w rozprawie, zapytał młodziaków i dał sędziemu odpowiedź: rzucali kamieniami, bo wcześniej oglądali w izraelskiej telewizji film o powstaniu w getcie warszawskim. [s. 67]

ps. Książkę wydaną zaledwie rok temu kupiłem zupełnie przypadkiem, za grosze... w Realu. Od tego dnia polecam rozglądanie się po supermarketach za książkami ;-)

Przeczytaj również:

Książka:
Paweł Smoleński, Arab strzela, Żyd się cieszy, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2012, ISBN 978-83-7799-006-3.