niedziela, 22 lutego 2015

My, dzieci z dworca ZOO

To najprawdopodobniej pierwsza książka, którą (świadomie) sobie kupiłem. O jej istnieniu przypomniała mi jakiś czas temu Bratowa, która znalazła ją u siebie na półce. Miałem w swoim krótkim życiu jakiś dziwny czas na podpisywanie swoich książek -- ten egzemplarz na pierwszej stronie ma niemal wykaligrafowane (piórem!) moje dwa imiona i nazwisko. Pewnie tylko dlatego książka trafiła do mnie z powrotem po tylu latach.

Właściwie zagadką jest dla mnie to, z którego roku jest ten egzemplarz. Copyright Iskier datowany jest na rok 1987. Numer ISBN książki według Katalogu Biblioteki Narodowej wskazuje na okres między 1987 a 1998 rokiem (kolejne wydania z tym numerem to lata 1987, 1990, 1997 oraz 1998). Dane kontaktowe do wydawnictwa na ostatniej stronie zawierają siedmiocyfrowy numer telefonu stacjonarnego -- jednak dziewięciocyfrowe numery stacjonarne w Polsce funkcjonują dopiero niecałe 10 lat -- od 1 grudnia 2005. Nie pomógł też trop z adresem redakcji -- siedziba na ul. Smolnej 11 działała aż do 2014 roku. Gdyby ktoś miał zatem pomysł, jak można ustalić rocznik danego wydania (poza pytaniem -- w tym wypadku -- jakiegoś do maniaka, który zbiera wszystko na temat Christiane F.), byłbym wdzięczny.

"My, dzieci z dworca ZOO" nie jest jakąś szczególnie wybitną lekturą (nawet jako literatura faktu). Zapis rozmowy dwóch dziennikarzy magazynu Stern (Horsta Riecka i Kaia Hermanna) z 1978, wydany przez to samo wydawnictwo rok później jako pierwszoosobowa narracja Christiane F. (którą dziś już bez problemu identyfikujemy jako urodzoną 20 maja 1962 roku Christiane Verę Felscherinow). Myślę, że żaden z nich w chwili robienia tego materiału nie spodziewał się, że książka rozejedzie się w milionach egzemplarzy. Nie spodziewała się tego również sama "bohaterka" [1].

Nawet jeśli książka byłaby wygładzoną wersją rozmowy, to nie została ona wygładzona za nadto. Język jest bardzo bezpośredni, opisy bardzo sugestywne. Właściwie żadne szczegóły nie zostają pominięte ani przemilczane.
Poszliśmy do pokoju obok. Zaczęliśmy się pieścić i rozebraliśmy się. Nagle usiadł koło nas Jürgen i zaczął się przyglądać. Nawet mi to za bardzo nie przeszkadzało, bo przecież w tym domu był taki luz, a poza tym pomyślałam sobie, że mamy dostać od Jürgena forsę. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie próbował się do nas dobierać. Ale on się tylko przyglądał. Kiedy myśmy się kochali, on obciągał sobie małego. Potem, jak już wychodziliśmy, bo musiałam wracać do domu, zupełnie mimochodem wcisnął Detlefowi do ręki stówę. [s. 116-117]
Książka o nastoletnich, berlińskich narkomanach z przełomu lat 70. i 80. jest ciekawa, ale niekoniecznie ze względu na główną bohaterkę (która sama ma świadomość swojej "niewyjątkowości").
Nie jestem specjalna. Nie zrobiłam nic wybitnego. Nie jestem nawet wyjątkową narkomanką – tysiące ludzi mają historie takie, jak moja. [1]
Wywiad ten uchwycił i zatrzymał wyjątkowy obraz niemieckiego społeczeństwa z tamtego okresu, które bezradnie patrzyło na nagły wybuch narkomanii wśród dzieci z największych niemieckich miast. Bezradność społeczeństwa przekładała się na bezradność instytucji państwa, nieefektywność ośrodków pomocowych, służby zdrowia, policji.
Jeden facet, taki pod pięćdziesiątkę, koniecznie chciał chociaż raz spróbować haszu, bo twierdził, że teraz wszyscy młodzi to palą. Więc za dodatkową forsę przeleciałam z nim pół Berlina, zanim udało nam się przydybać jakiegoś handlarza, który miał hasz. Nigdy nie zwróciłam na to uwagi, ale to obłęd, heroina była na każdym rogu, a haszu za cholerę. Żeby kupić odrobinkę, potrzebowaliśmy prawie trzech godzin. [s. 180]

Świetną analizę sytuacji można znaleźć wśród dodatkowych rozmów, które zostały wplecione w treść "wywiadu" -- wywiad z psychologiem Horstem Brömerem, pracownikiem poradni dla narkomanów przy Caritasie (czyżby to był ten oraz ten...?).
Łącząc w sobie uderzająco duży potencjał agresji z jednej strony i dziecinną potrzebę opiekuńczego nadzoru, życzliwości, ciepła z drugiej, wszyscy oni wykazują cechy typowe dla tej nowej generacji młodocianych narkomanów. (...) Wszystkie (...) służby -- poradnictwo, zabiegi, leczenie -- są jak dotąd skrojone na miarę tego mniej lub bardziej dorosłego narkomana. Zasadniczą ideą jest tutaj pomoc w uaktywnieniu woli wyleczenia się na bazie absolutnej dobrowolności. [s. 170].

Ta absolutna dobrowolność okazywała się nieskuteczna w przypadku uzależnionej od heroiny młodzieży w dolnej granicy wieku dla tego pojęcia -- 13, 14 - latków.
Aby zamanifestować symbolicznie zerwanie ze środowiskiem narkomanów, delikwent musi obciąć na krótko włosy, zrezygnować z typowego dla tego środowiska stroju i ze słuchania "awangardowej" muzyki, którą dotychczas uznawał. Dla czternastolatka jednak uczesanie, moda i muzyka mają nieporównywalnie wyższą wartość niż dla, powiedzmy, dwudziestolatka. Być może całe dwa lata walczył z rodzicami o długie włosy, obcisłe dżinsy, o płyty. A teraz nagle wszystkie te atrybuty, dzięki którym zdobył sobie uznanie wśród kolegów w grupie, ma poświęcić jako formę karty wstępu na kurację, która i bez tego wydaje mu się czymś strasznym. Naszym zdaniem są to za wysokie wymagania dla tych dzieci. [s. 171]

Całość tego -- moim zdaniem -- jednego z kluczowych tekstów książki na stronach 170-177.

Poza filmem My, dzieci z dworca ZOO (Christiane F. - Wir Kinder vom Bahnhof ZOO) z 1981 roku o temacie przez wiele lat było cicho (pssst, film do zobaczenia tutaj). Chichotem losu jest to, że odtwórczyni tytułowej roli Christiane (piętnastoletnia Natja Brunckhorst) ze względu na swój młody wiek i brak zgody rodziców... nie mogła wyjechać na premierę filmu do USA [2]. Zamiast niej do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej pojechała nieco starsza "oryginalna bohaterka".
Christiane F. brała narkotyki. I dlatego właśnie, jeszcze zanim skończyła 20 lat: na jej konto wpłynęło pół miliona marek; chodziła po czerwonym dywanie w Hollywood w towarzystwie aktorów i reżyserów; imprezowała z zespołem AC/DC w kalifornijskim pałacu z marmurową posadzką; miała tyle samo fanek, które pisały do niej listy i zakładały fankluby, co David Bowie. [2]

Temat ponownie ruszył, gdy w 2013 roku ukazała się nowa książka autorstwa "bohaterki" My, dzieci z dworca ZOO -- Życie mimo wszystko (o czym nie wiedziałem zaczynając czytać książkę).

Ciekawostką jest to, że w materiale Vice mowa jest o książce "Christiane F. -- moje drugie życie" [1], co byłoby wierniejszym tłumaczeniem oryginalnego tytułu "Christiane F. Mein zweites Leben". Książka "w oryginale" była do zdobycia od 10 października 2013 roku, tłumaczenie wywiadu w Vice opublikowane zostało w grudniu 2013 roku, polskie wydanie książki Christiane Felscherinow to 30 kwietnia 2014. Bот cała tajemnica.

W przeciwieństwie do czasu, kiedy po raz pierwszy sięgałem po tę książkę, teraz można już bez problemu dopowiedzieć sobie, jakie były dalsze losy dzieci z dworca ZOO. Artykułów o Christiane (szczególnie po 2013 roku) nie brakuje. Polecam m.in cytowany wcześniej materiał Urszuli Jabłońskiej Życie po dworcu Zoo. Jak się ma najsłynniejsza niemiecka narkomanka? Można się już też natknąć na informacje o jej przyjaciołach z tamtego okresu -- nawet na jakichś nietypowych blogach... (dahlia.1991 -- cykl wpisów z 2013 roku, poświęcony bohaterom książki Christiane F. ze zdjęciami i nagraniami). Innym tekstem, który warto przeczytać, jest (także już cytowany) wywiad z Christiane z 12 grudnia 2013 r. Niedługo umrę. Wiem o tym”: poznajcie prawdziwą Christiane F., opublikowany na Vice | Polska (swoją drogą pierwszy raz trafiłem na ten portal -- medium nie ma nawet artykułu na polskiej Wiki).

Te materiały pozwalają spojrzeć na książkę, film oraz życie samej Christiane F z zupełnie nowej, niedostępnej wcześniej perspektywy.
Christiane F. jest ciekawa z daleka, ale niech się do nas nie zbliża! Nie interesuje ich we mnie nic poza byciem ćpunką. Dlatego żałuję, że powstała ta książka i film. [1
Gdyby nie film nie miałabym żadnych tantiem, więc pewnie nie mogłabym kupować heroiny przez tyle lat. Może wcześniej bym to rzuciła i była dziś w lepszym stanie. [1]
Out-of-control

W ramach bardzo luźnego nawiązania tematycznego.


Przypisy:
[1] „Niedługo umrę. Wiem o tym”: poznajcie prawdziwą Christiane F., wywiad przeprowadzony przez Maxa Daly'ego (tłumaczenie: Robert Kamionek), Vice | Polska, 12 grudnia 2013 r.
[2] Urszula Jabłońska, Życie po dworcu Zoo. Jak się ma najsłynniejsza niemiecka narkomanka?, Gazeta Wyborcza / Duży Format, 8 maja 2014 r.

Książka:
Christiane F. (wł. Christiane Vera Felscherinow), My, dzieci z dworca ZOO (niem. Wir kinder vom Bahnhof ZOO), z zapisu magnetofonowego podali do druku Kai Hermann i Horst Rieck, przełożył Ryszard Turczyn (przekład z 22 wydania 1981), wydawnictwo ISKRY; ISBN 83-207-0801-X.

czwartek, 19 lutego 2015

Nadzorować i karać. Narodziny więzienia

Po tym, jak nie przebrnąłem przez Tako rzecze Zaratustra Friedricha Nietzschego w październiku 2012 poprosiłem o solidnego kopa zanim znów sięgnę po filozofa.
Wszem i wobec -- nie przebrnąłem. Kilkadziesiąt stron i miałem dość. Następnym razem niech mnie ktoś kopnie zdrowo zanim znowu połaszczę się na jakiegoś filozofa... [wpis z 2 października 2012]
Kopa nie było, a że od M. dostałem na święta Michela Foucault -- cóż. M.Foucault podkreślał wpływ, jaki wywarł na jego pracy Nietzsche (urodził się 26 lat po śmierci swojego mistrza), od przeznaczenia ucieczki widać nie ma. A że został uznany przez The Times Higher Education Guide za najczęściej cytowanego autora w naukach humanistycznych w pierwszej dekadzie XXI wieku wypadało, c'nie?

Nadzór -- oraz nieodłącznie towarzyszący mu system kar -- to zjawiska, które rozwinęły się wraz ze zmianą filozofii karania.
Kara zmieniła się z ze sztuki niemożliwych do zniesienia doznań [tortury, kaźń -- JG] w ekonomię zawieszonych praw [s. 14]
Stopniowe odchodzono od karzącej ręki władcy, gdzie brutalność kary miała stanowić przejaw bezwzględnej dominacji, pokazu siły. Złamanie prawa pochodzącego od władcy nie było złamaniem umowy społecznej, lecz obrazą tego, kto prawo (jako swą wolę) stanowił. 
Interwencja suwerena nie jest (...) arbitrażem pomiędzy dwoma przeciwnikami ani też działaniem mającym zapewnić prawa każdemu z nich; jest to bezpośrednia odpowiedź dana temu, kto go obraził. [s. 48]
Wszystko to miało wówczas swoje uzasadnienie w ekonomii władzy -- sprawowanej tak wewnątrz, jak i na zewnątrz.
Sprawiedliwość królewska jawi się jako sprawiedliwość zbrojna. Karzący winnego miecz jest tym samym mieczem, który spada na wrogów. [s. 50]
Motorem zmian była zmiana ekonomii sprawowania władzy. Tu już właściwie nie da się ani skrócić, ani uprościć (aby prostackim nie było), także odsyłam bezpośrednio do książki.

Rozwój systemu nadzoru i karania to nie tylko rozwój sądownictwa, policji i systemu penitencjarnego (z czym naturalnie będą się się nam kojarzyły te dwa pojęcia), ale także rozwój systemu wojskowości (musztra), medycyny (szpitalnictwa) czy edukacji (szkolnictwa). Pochodną dla wielu rozwiązań był z kolei system zakonny (dyscyplina klasztorna: ustalenie rytmu, narzucenie określonych czynności i regulacja powtarzających się cyklów [s. 144], cela klasztorna: kontrola jednostki wyrażona w formie rozwiązania architektonicznego).
(...) domy poprawcze i instytucje pomocy społecznej stanowiły przedłużenie życia klasztorów, przy których zresztą funkcjonowały. (...) w XVII wieku regulamin dużych manufaktur precyzyjnie wyznaczał modlitwy, które miały nadawać rytm pracy. (...) Przez wieki całe zakony religijne pełniły rolę nauczycieli dyscypliny: specjalistów tempa, wielkich techników rytmu i regularnych zajęć. [s. 144-145]
Ciekawym aspektem rozwoju systemu karnego, na który wskazuje Foucault, był rozwój roli więziennictwa i wzmocnienie roli służby więziennej w procesie odbywania kary. Akt skazania -- który wcześniej poprzedzał jedynie wykonanie kary -- stawał się jedynie punktem wyjścia do długiego procesu ekspiacji (socjalizacji?). W procesie tym rolę quasi sędziów przejmowali zarządzający placówkami karnymi, którzy na co dzień obcowali ze skazanym, widząc zachodzące zmiany (lub brak postępów), zyskując stopniowo wpływ na intensywność czy długość odbywania kary.

Wykład o zgubnych skutkach alkoholizmu w audytorium więzienia we Fresnes
Szkoła ewaluowała w kierunku systemu klas, przechodzenia do kolejnych poziomów na podstawie wyników egzaminów. Hierarcha szkolna (w relacji uczeń-nauczyciel, ale także relacji między uczniami), oparta o system dyscyplinarno-karny, stawała się coraz bardziej rozbudowana.
Elementy te -- dla nas tak oczywiste -- były wynikiem rozwoju "nadzoru i kary".
(...) po 1762 roku -- przestrzeń szkolna rozwija się; klasa staje się jednorodna, składa się już teraz wyłącznie z indywidualnych elementów, które zajmują miejsca obok siebie pod okiem nauczyciela. [s. 142]
Istotnym (oraz ciekawym) motywem jest rozwój idei więzienia-panoptykonu. Tak, to "ten sam panoptykon", od którego nazwę wzięła jedna z najbardziej znanych polskich organizacji pozarządowych: Fundacja Panoptykon (swoją drogą po przeczytaniu "Nadzorować i karać" jeszcze lepiej rozumiem ideę organizacji watchdogowej, działającej na rzecz wolności i ochrony praw człowieka w społeczeństwie nadzorowanym).

XVIII-wieczna idea Jeremy'ego Benthama była na tyle trwała, że stanowiła inspirację dla budowniczych więzienia Presidio Modelo w końcówce lat 20. XX wieku (można porównać układ z grafiką poniżej).

Dla samego poznania idei panoptykonu -- więzienia, które (znów) wychodziło na przeciw ekonomice sprawowania władzy, karania i nadzorowania, warto sięgnąć po "Nadzorować i karać". Publikacja, po jaką w którymś momencie powinien sięgnąć każdy student prawa. Choć z pewnością nie jest to lekka, relaksująca lektura do poduszki (no dobrze, ja czytałem ją sobie przed snem).

Książka:
Michel Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia (fr. Surveiller et punir), tłum. Tadeusz Komendant, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2009; ISBN 978-83-62858-04-0.