czwartek, 26 lipca 2018

Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie


Zacznę od początku, czyli od tytułu. Tytuł polskiego wydania -- z całym szacunkiem dla tłumacza, któremu przecież językowo nawet do pięt nie dorastam (a i nie wiem ile miał na to wpływu) -- w moim odczuciu może wypaczać sens publikacji dla tych, którzy dopiero planują po nią sięgnąć. W oryginale książka dostała tytuł Contesting Democracy (...), co przetłumaczyłbym najbardziej łopatologicznie jako "kontestowanie demokracji", "spieranie się z demokracją" -- lub w podobny, ale bardziej finezyjny sposób. "Przeciw demokracji" kojarzy się z oporem wobec niej, tworzeniem alternatywnej wobec demokracji formy rządów -- gdy tymczasem najczęściej chodziło o alternację zasad, a nawet o jeszcze lepszą realizację idei demokracji (w oczach tych, którzy daną ideę wcielali w życie).
(...) w bardzo specyficznym znaczeniu tego słowa, XX wiek - po I wojnie światowej - był stuleciem demokracji. (...) nawet polityczne eksperymenty bardzo ostro odcinające się od demokracji liberalnej - z jednej strony realny socjalizm i komunistyczne społeczeństwo przyszłości jakie obiecywał, z drugiej faszyzm - odwoływały się do pewnych demokratycznych wartości. Czasem nawet twierdziły, że to właśnie one reprezentują prawdziwą demokrację. [s. 10]
Książka, wydana siedem lat temu (polskie tłumaczenie ma zaledwie dwa lata) trafiła w ten czas, kiedy nie wystarczą już wyświechtane słowa Winstona Churchilla z Izby Gmin, o ile kiedykolwiek w ogóle wystarczały.
Stwierdzono, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu. [1]
Demokracja to stan ciągłego sporu, czego ostatnio -- wydawałoby się -- doświadczamy silniej (tak, wiem -- pułapka krótkiej pamięci vs długie trwanie Fernanda Braudela, z innej zaś strony okcydentalne myślenie temporalne, o którym dużo pisał Kacper Pobłocki w książce Kapitalizm. Historii krótkiego trwania). Jak z kolei wspomniał sam Jan-Werner Müller (...) i faszyzm, i komunizm obiecywały pełną realizację wartości powszechnie kojarzonych z demokracją. [s. 11]
(...) w tej książce skupię się na figurach działających w (...) obszarze "pomiędzy" : politykach-filozofach, prawnikach konstytucyjnych, ciekawych (i na pierwszy rzut oka dość schizofrenicznych) przypadkach "biurokratów z wizją", teretykach bliskich partiom i ruchom społecznym oraz na grupie, którą Friedrich von Hayek raz nazwał "zawodowymi sprzedawcami używanych idei". [s. 9]
Na omawianie poszczególnych wątków, postaci i zagadnień nie wystarczyłoby mi ani czasu, ani chęci. Szerzej omawiane są m.in. poglądy Maxa Webera [s. 59-60], jest też kilkustronicowy opis życia i działania filozofów maksistowskich, m.in. György'a Lukácsa [s. 96-105] czy Ernsta Blocha [s. 105-109]. Jest też i Georges Sorel, który inspirował Mussoliniego [s. 130] oraz Emmanuel Mounier z jego próbami pogodzenia wartości katolickich i socjalistycznych [s. 186]. Autor płynnie przechodzi od nazwiska do nazwiska.

Szczególne miejsce w moim serduszku zajęli zaś włoscy futuryści (tu Filippo Tommaso Marinetti), o których jakoś dotychczas nie miałem okazji poczytać. Futuryzm, jak możemy przeczytać, chciał całościowo, na nowo urządzić ludzkie życie, od polityki do prostych spraw takich jak gotowanie (odrzucenie jedzenia makaronu i sięgnięcie po sardynki z ananasem) [s. 141]
Chcemy sławić wojnę - jedyną higienę świata - militaryzm, patriotyzm, gest niszczycielski anarchistów, piękne idee, za które się umiera, oraz pogardę dla kobiet. [...] Chcemy zburzyć muzea, biblioteki, akademie wszystkich rodzajów, chcemy zwalczyć moralizm, feminizm i wszelką oportunistyczną lub utylitarną podłość. [2] [s. 140]
Zapewne P.T. Czytelnik / Czytelniczka może się w tym miejscu zastanawiać, co to wszystko mogłoby mieć wspólnego z demokracją. Być może jest tak dlatego, że demokrację większość z czytających poznała (na szczęście) jedynie w jej liberalnej odsłonie -- o ile w ogóle jakakolwiek inna jest możliwa. Tak, chodzi o tę samą, której koniec niedawno ogłaszał dobry kompan Władimira Putina, Viktor Orbán.
- Zastępujemy rozbitą liberalną demokrację XXI-wieczną chrześcijańską demokracją, która gwarantuje wolności osobiste i bezpieczeństwo - powiedział premier Węgier. [3]
Tymczasem jeszcze niecałe 100 lat temu różni ludzie używali "demokratycznego wytrycha", żeby uzasadniać projekty polityczne, które -- z dzisiejszej perspektywy -- ze znaną przez nas demokracją (lub bardziej jej teoretycznym konstruktem) mają niewiele wspólnego.
Gentile pisał, że faszyzm jest najbardziej autentyczną formą demokracji. Przekonywał, że to "prawdziwa demokracja, gdzie wola kilku osób, a nawet jednej, przejawia się w woli mas". Carl Schmitt, który stał się "koronnym jurystą III Rzeszy", po dołączeniu do partii w 1933 roku przekonywał, że demokracja niekoniecznie musi wiązać się z polityczną reprezentacją. Prawdziwa demokracja opiera się na wspólnej tożsamości łączącej rządzących i rządzonych. Z tego wyprowadził dalej wniosek, że wola powszechna może skupić się w jednej osobie - dlatego też dyktatura taka jak Mussoliniego może być o wiele bardziej wiarygodnym wyrazem demokracji niż rządy parlamentarne. [s. 162]
W to miejsce wkracza zaś ciekawe, choć raczej nieobecne w polskiej debacie publicznej pojęcie demokracji obronnej [4] (militant democracy), której częścią stały się powstające w powojennej Europie sądy konstytucyjne (nazwane przez autora jedną z najważniejszych innowacji w XX-wiecznej Europie [s. 202]). Tak, chodzi o ten sam konstrukt sądu konstytucyjnego, o który było jeszcze do niedawna w Polsce aż tyle hałasu -- aż przyszła Szanowna Małżonka TW "Wolfganga", Julia Przyłębska, i wymiotła po linii.
Jeden kraj w powojennej Europie okazał się szczególnie gotowy, by zwalczać ogień ogniem: Republika Federalna Niemiec. Niemiecki sąd konstytucyjny sięgnął po koncepcję demokracji obronnej, gdy w latach 50. zdelegalizował qasi-nazistowską Socjalistyczną Partię Rzeszy i partię komunistyczną; posłużyła ona także do usprawiedliwienia drakońskich środków podjętych przeciwko osobom podejrzanym o związki z terroryzmem w latach 70. [s. 203]
Zasada ograniczania przełożyła się na osłabienie parlamentów, zwłaszcza odebrania im prawa do delegowania swojej suwerenności. Wierzono, że dzięki temu uchroni się zachodnie demokracje przed samobójstwem, jakie popełniły Republika Weimarska w Niemczech i III Republika we Francji: liczono, że nigdy więcej żadne zgromadzenie ustawodawcze nie abdykuje przed Hitlerem czy Pétainem. [s. 204]
Osłabienie parlamentów -- analogicznie do osłabienia rad gmin -- spowodowało wzmocnienie władzy wykonawczej [s. 206] (zasada zachowania energii i prawo zachowania masy w jednym). Co istotne, podobną genezę przypisuje autor przekazywaniu uprawnień instytucjom Wspólnot Europejskich, czyli poprzedniczkom dzisiejszej Unii Europejskiej. Także wyraźnie widać, że wszelkie obecne konflikty wobec struktury władzy w Polsce można przy takim podejściu (w dużym uproszczeniu) sprowadzić do realizacji jednego konceptu.
Wyroki z 1963 i 1964 roku potwierdziły, że prawo Wspólnot Europejskich stoi ponad prawem krajów członkowskich i ma w nich bezpośredni efekt: obywatele tych krajów mogą się na nie powoływać przed sądami krajowymi, które mają obowiązek je stosować, nawet wbrew polityce swoich rządów. [s. 206]
Na koniec zaś: po rozważania dotyczące istoty demokracji (w polskim kontekście) warto sięgnąć także do pracy Darii Nałęcz Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości, którą także opisywałem swego czasu na tym blogu.
Setna książka opisana na blogu :-)

Przypisy:
[1] Słowa W.Churchilla w szerszym kontekście brzmiały: Many forms of Government have been tried and will be tried in this world of sin and woe. No one pretends that democracy is perfect or all-wise. Indeed, it has been said that democracy is the worst form of government except all those other forms that have been tried from time to time.
[2] Fragment Manifestu futurystów F.T. Marinettiego z 1909 r.
[3] Michał Wilgocki: Orbán ogłasza koniec ery liberalnej demokracji. I zapowiada, że chce rządzić do 2030 r., 10 maja 2018 [wyborcza.pl]
[4] Po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła "demokracja obronna" pokazuje się przede wszystkim krótka, zaledwie pięciostronicowa praca dr Michała Urbańczyka Koncepcja „demokracji obronnej” a działalność organizacji skrajnychZakładu Historii Doktryn Polityczno-Prawnych i Filozofii WPiA UAM. Co znamienne, we wskazanej w opracowaniu liście pięciu wybranych lektur nie ma ani jednej pracy napisanej w języku polskim. Temat obronności nieśmiało pojawiał się przy pojawiającej się tu i ówdzie grafice ilustrującej paradoks tolerancji Karla Poppera z 1945 r., ale nigdy jakoś szczególnie się u nas nie zadomowił.

Książka:
Jan-Werner Müller: Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie (Contesting Democracy: Political Ideas in Twentieth Century Europe), tłumaczenie Jakub Majmurek, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.

wtorek, 17 lipca 2018

Kapitalizm. Historia krótkiego trwania

Nareszcie udało mi się zabrać za książkę Kacpra Pobłockiego Kapitalizm. Historia krótkiego trwania. Usłyszałem dotychczas o niej tyle dobrego, że nie mogłem się doczekać zderzenia z rzeczywistością (czyli weryfikacji pojawiających się z różnych miejsc ochów i achów). Nie często przecież się zdarza (przynajmniej w Polsce), żeby antropolog porywał się na sporej objętości pracę tak mocno zahaczającą o sferę ekonomii (choć przecież nie tak bardzo odległą od naukowych korzeni Kacpra -- antropologii; wszak ekonomia to nauka społeczna).

Czekałem na tę książkę tym bardziej, że autor porwał się na opisanie czegoś z pozoru tak oczywistego, jak kapitalizm. Bo z kapitalizmem jest trochę jak z koniem [1]. Przyznaje to zresztą sam autor, który pisze, że nikomu w Polsce nie trzeba tłumaczyć co najmniej dwóch rzeczy -- czym jest Zachód oraz czym jest kapitalizm (jako pojęcia zrozumiałe "same przez się" [s. 51]). Co nie znaczy, że te pojęcia są aż tak oczywiste, jak się wydają. Już zamieszczone na samym początku tabele (do których PT. Czytelnik / Czytelniczka będą odsyłani w trakcie lektury) zdają się mówić to, co pewien już dziesięcioletni wykwit polskiej kinematografii -- to nie tak jak myślisz, kotku.

Trzy metodologiczne fundamenty książki, o których wspomina jej autor [s. 51], stanowią:
  • przyjęcie założenia, że myślenie jest de facto czynnością publiczną, nie prywatną -- zawsze ma charakter porównawczy (przy czym idąc za myślą Benedicta Andersona zaznacza, że tylko zaskakujące porównania są warte wysiłku [s. 52]);
  • odrzucenie okcydentalizmu jako spojrzenia, które zdominowało nasze myślenie o świecie;
  • postrzeganie ciągłości historycznej przez prymat materialności.
Jedną z największych zalet tego opracowania jest to, że pozwala ono odwrócić silnie zakorzenione w naszej świadomości myślenie okcydentalne. Jak pisze Kacper Pobłocki, w swojej książce przedstawia aparat teoretyczny, dzięki któremu czytelnik i czytelniczka będą mogli zrewidować kilka stereotypów na temat zjawisk takich jak kapitalizm, miejskość czy relacje centrum-peryferie [s. 52-53]. Podczas lektury wielokrotnie można odkryć to, jak bardzo jesteśmy zakładnikami tego, co widzimy, tego czym obecnie żyjemy -- oraz jak szybko zapominamy o tym, co było. A może nawet bardziej -- tego, jak nam się wydaje, że było. Autor stara się rozwiewać nawarstwione przez lata mity, ale też nie wyjaśnia wszystkiego -- mając jak się wydaje na celu przede wszystkim odwrócenie optyki myślenia.
Jedna z pierwszych lekcji o współczesnym kapitalizmie
Nie chodzi [w tej książce] o zuniwersalizowanie własnej historii, ale o zrozumienie swojego faktycznego miejsca w globalnym porządku. Jak dokonać tego tak, by dowiedzieć się czegoś nowego, a nie tylko utwierdzić się w już przyjętym przekonaniu? [s. 22]
Wielokrotnie pojawiło mi się w głowie pytanie o to, na ile tak naprawdę jesteśmy zainteresowani tym, jak wyglądała nasza historia -- a na ile wystarczają nam podania i legendy. Wydaje się, jakby Kacper próbował nakłonić czytelników, żeby na swoją rzeczywistość spojrzeli z odpowiedniego dystansu. Zachęca nie tyle do spojrzenia w innym kierunku, co w inny sposób.
Coraz więcej wskazuje na to, że nowy porządek światowy wcale nie jest taki nowy, tylko bardzo stary, i że krótki w perspektywie długiego trwania okresu dominacji  Euroameryki stanowi wyjątek, nie regułę. [s. 12]
Z perspektywy globalnego materializmu cofanie się w głąb historii wcale nie jest koniecznością - o wiele ważniejsze jest rozejrzenie się wokoło. [s. 321]
Radykalny czarno-biały podział Europy na zaawansowany Zachód i zacofany Wschód jest obrazem przerysowanym. [s. 327]
Autor zaznacza, że opisywanie rzeczywistości społecznej za pomocą kategorii czasowych (temporalnych) jest jednym z przejawów europocentryzmu [s. 12]. W ramach tych kategorii mieszczą się tak popularne stwierdzenia jak doganianie (Zachodu), cofanie się (w rozwoju). Podobnie sprawa się ma z linearnym rozumieniem historii, w której przyszłość to często jedynie zwielokrotniona przeszłość [s. 107] (tu z kolei pojawiaj się nam Koniec historii Francisa Fukuyamy). Optyka linearna, konieczność przejścia od punktu "A" do "B" (wynikająca z logiki procesów dziejowych) stała się naszym [zachodnim?] ustawieniem domyślnym.

Temporalne oraz teleologiczne myślenie każe nam myśleć o rozwoju jako o linii, ciągłości, drabinie, po której mogą wspinać się poszczególne społeczeństwa. Z tego punktu widzenia ludy pierwotne to społeczności, które są "niżej na drabinie rozwoju", które muszą "doganiać" rozwinięte społeczeństwa świata zachodniego (rozumianego jako pewien konstrukt, nie fizyczne miejsce na ziemi). Propozycja, jaką przed Czytelnikiem / Czytelniczką stawia autor Kapitalizmu to spojrzenie w optyce Stefana Helmreicha, Gillesa Deleuze'a i Félixa Guattarima -- "kłącza" zamiast darwinowskiego drzewa życia (jako model analizy zachodzących zmian). 

Ewolucyjna, liniowa narracja, wywodząca się z przyrody, zastosowana została do ułożenia historii pracy, pieniądza, sposobu gospodarowania ziemią. Kacper Pobłocki określa to jako odruchowe myślenie, które odziedziczyliśmy wraz z kulturową spuścizną XIX wieku [s. 317], próbując je jednocześnie poddać konstruktywnej krytyce. Choć jednocześnie czyni zastrzeżenie co do tego, że możliwe jest wyróżnienie odrębnych okresów -- błędne jednakże (wg autora) jest przypisywanie tym okresom charakterystyki prostych następstw i strukturalnej ciągłości [s. 317].
Nie ma jednej genezy kapitalizmu (w szerokim tego słowa znaczeniu), ale raczej jego cykliczne pulsowanie i odradzanie się na nowych terenach. Na tym też polega zmiana optyki z temporalnej na przestrzenną - nie pytamy już o to, kiedy (...) powstał kapitalizm, ale gdzie powstał, czy też gdzie się odrodził. [s. 423]
Myśląc o kapitalizmie jako europejskim towarze eksportowym pomijamy chociażby doświadczenia chińskie -- system walutowy w formie banknotów, który istniał 500 lat wcześniej niż w Europie czy chińskim przekonaniu z VI wieku p.n.e. co do pieniądza jako efektu i narzędzia działania suwerena i złocie niemającym samo w sobie żadnej wartości [s. 126-127].
Bałtycki handel zbożem, który na przykład dla Wallersteina był czynnikiem sprawiającym, że Zachód rozpoczął swój długi marsz ku globalnej dominacji, stanowił kroplę w morzu rynku krajowego w Chinach. Jeszcze w 1800 roku w Chinach obracano zbożem, które było w stanie wyżywić 14 milionów osób, co stanowiło wtedy pięciokrotność skali handlu zbożowego w Europie i dwudziestokrotność handlu bałtyckiego w szczytowym momencie jego rozwoju. Już od XI wieku w Chinach w powszechnym użyciu był pieniądz papierowy. W samym roku 1161 państwo chińskie wyemitowało 10 milionów banknotóq; Anglikom udało się osiągnąć ten wskaźnik dopiero w 1797 roku. Jak wspomniałem we wprowadzeniu, jeszcze w 1870 roku łączny PKB Chin i Japonii był wyższy niż suma PKB Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. [s. 333]
W swojej narracyjnej wędrówce po mapie autor -- poza Chinami -- zabierze nas też do Detroit, Lagos, Nowego Jorku (w tym na Wall Street) czy do Dubaju, w którym turbokapitalizm połączył się z porządkiem feudalnym [s. 70].
Obywatele Zjednoczonych Emiratów Arabskich stanowią około 10 procent mieszkańców [Dubaju], reszta zaś to imigranci, głównie z Pakistanu i Indii (...). Nawet ci, którzy są potomkami imigrantów i sami urodzili się już w Dubaju, nie mają lokalnego obywatelstwa, w związku z czym nie posiadają żadnych praw politycznych ani społecznych. W emirackim prawie nie ma też kategorii stałego pobytu - przytłaczająca większość mieszkańców ma status permanentnie tymczasowy. Kluczowe jest tu pojęcie kalafa, czyli pozwoleń na pracę powiązanych z wizami pobytowymi - w takim układzie pracodawcy są jednocześnie "sponsorami" swych pracowników. (...) Niejednokrotnie aby zmienić pracę w samym Dubaju, robotnicy muszą wrócić do kraju swojego pochodzenia i tam ponownie uzyskać niezbędne dokumenty. Dlatego z wyjątkiem kobiet z klasy średniej (...) pracownicy w Dubaju są ubezwłasnowolnieni do tego stopnia, że w tym hipernowoczesnym mieście przyszłości w zasadzie nie ma tego, co znamy jako rynek pracy. [s. 288]
Kacper Pobłocki bada zakamarki kapitalizmu, do których mało kto zagląda -- i o których dość szybko zapominamy. Choć, jak wskazuje autor, myślenie o kryzysie jako punkcie zwrotnym / momencie przemiany także bardzo mocno związane jest z duchem okcydentalizmu, w swojej narracji sięga nie tylko do kryzysu z 2008 r. (wspominając również o kryzysie związanym z tzw. bańką internetową, o którym dość szybko udało się nam zapomnieć), ale też odnosi się do polskiej prehistorii -- afery Art-B czy działalności Bezpiecznej Kasy Oszczędności. Ciekawym punktem rozważań jest także krach finansowy w Albanii
Zachodni komentatorzy, jak można się spodziewać, tłumaczyli krach albańskiej gospodarki irracjonalną manią, która rzekomo ogarnęła cały kraj, oraz czynnikami kulturowymi takimi jak brak zrozumienia logiki rynku przez ludzi przyzwyczajonych do gospodarki planowanej. [s. 220]
W połowie 1993 roku, gdy zaczęła powstawać piramida, Albania była jedyny krajem w Europie Środkowo-Wschodniej, który spełniał wszystkie kryteria Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W latach 1992-1996 Albania wprowadziła najbardziej wolnorynkowe zmiany w Europie i była powszechnie uważana za kraj modelowy oraz za najpilniejszą uczennicę międzynarodowych instytucji. [s. 220]
Kryzysy te -- zgodnie z tezę postawioną przez autora -- nie były końcem jakiejś epoki, ale chwilą przestrzennej reorganizacji kapitalizmu i relokacji jego sztabu generalnego [s. 178]
Jak pisał [Jerzy Topolski] w książce o genezie kapitalizmu, nie da się ogólnie odpowiedzieć na pytanie o to, czy w wieku XVII był kryzys, czy go nie było. Podobnie jak analogiczny okres z przełomu XIV i XV wieku był on momentem jednoczesnego rozwoju jednych terytoriów i zapaści innych. (...) Pojęcie nierównego rozwoju pochodzi właśnie z tradycji przestrzennej, a nie temporalnej, i pozwala dostrzec równoczesność rozkwitu jednych elementów oraz zapaści innych. [s. 178]
Na tej samej zasadzie Kacper Pobłocki patrzy na proces, który określamy jako powstanie i rozwój państwa Piastów. Jego książkę warto byłoby w tym kontekście polecić autorom i autorkom projektu ustawy wprowadzającej nowe święto państwowe w Polsce, którzy bez wydarzenia określanego potocznie jako chrzest Polski nie są sobie w stanie wyobrazić "naszej kultury i tożsamości".
„Poza wymiarem religijnym miał również wymiar strategiczny i polityczny. Dzięki niemu nasza Ojczyzna dołączyła do rodziny narodów europejskich, do kręgu cywilizacji Zachodniej Europy. Bez tego wydarzenia trudno sobie wyobrazić naszą kulturę i tożsamość” – piszą autorzy w uzasadnieniu projektu. [2]
W ciekawy sposób autor łączy gospodarczą dominacją świata islamu (dynastią Samanidów) oraz organizacją handlu niewolnikami na terenach zwanych dzisiaj Polską [3]. W sumie jest w tym jakiś chichot losu, kiedy za słowami polski my naród, polski lud, królewski szczep Piastowy, śpiewanymi przez gierojów z falangą na ramieniu [tfu!], postawimy muzułmańskie dirhemy, dzięki którym niejaki Mieszko I budował swoją potęgę, wyprzedając na potęgę swoich pobratymców [4].
Dzięki temu, że na monetach wybijano daty, jesteśmy w stanie stosunkowo precyzyjnie określić, kiedy je zakopano. Napłynęły one na terytoria obecnej Polski w trzech gwałtownych falach, które zresztą równie nagle ustały w okolicach 1000 roku. (...) ośrodki władzy pierwszych Piastów wcale nie powstawały stopniowo, jak wcześniej sądzono (...) ale w ramach błyskawicznej akcji budowlanej. [s. 358]
Owa akcja budowlana jest też niemal idealnie skorelowana z falami napływu srebra. [s. 360]
Karol Modzelewski podaje, że gęstość zaludnienia wynosiła wtedy około 4 osób/km², a przeciętne osady były zamieszkiwane przez cztery czy pięć rodzin, czyli około 30-40 osób. Jeśli przyjmiemy liczbę tysiąca brańców rocznie i założymy, że sprzedawano jeńców wojennych branych "hurtowo" podczas najazdów na osady, ale zarazem weźmiemy poprawkę, że nie sprzedawano wszystkich (największym wzięciem cieszyła się młodzież), to przy optymistycznym założeniu, że jeden najazd daje nam 20 niewolników, oznacza to, że rocznie z mapy terytoriów kontrolowanych przez Piastów znika około 50 osad. [s. 362]
Zaciekawionych książką odsyłam do wywiadu przeprowadzonego z autorem w radiu tok.fm (audycja Czy kapitalizm kończy się na naszych oczach? w ramach cyklu Świat się chwieje z 3 września 2017 r.). Tytuł audycji mocno clickbaitowy, ale warto posłuchać. Od siebie dorzucę jedynie, że nie jest  on zgodny z tezą postawioną na końcu książki Kacpra, która może niektórych zaskoczyć.

I tym oto sposobem na bloga wleciał setny wpis (inne jak zwykle znajdziecie w odpowiednim spisie na blogu). Myślę, że ta książka to dobre uczczenie tej okrągłej "rocznicy". Zdecydowanie warto po nią sięgnąć.

[17 stycznia 2019]
Podrzucam ciekawy wywiad Huberta Walczyńskiego z Kacprem Pobłockim w dwutygodniku internetowym "Kontakt", w którym sporo jest o Kapitalizmie, ale także o anglojęzycznym tłumaczeniu tej publikacji: Pobłocki: Manifesty nie zmienią świata.


Przypisy:
[1] A że i nawet z tym koniem sprawa nie jest taka prosta P.T. Czytelnik / Czytelniczka może przekonać się na stronie 315.
[2] Sejm ogłosi nowe święto państwowe – Święto Chrztu Polski, Więź, 18 lipca 2018 r.
[3] Co prawda głównym punktem przerzutu niewolników w Europie była Praga [s. 362], jednak istotną rolę odgrywał także Wolin.
[4] O koncepcji opisanej w książce Kacpra Pobłockiego możecie poczytać online w artykule Marcina Szymaniaka Pierwsi Piastowie. Obozy i handel ludźmi z 26 września 2017 r.

Książka:
Kacper Pobłocki: Kapitalizm. Historia krótkiego trwania, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2017. ISBN: 978-83-62418-78-7.

niedziela, 1 lipca 2018

Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości

Koniec innych obowiązków pozwolił mi dokończyć opracowanie Darii Nałęcz Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości. Publikacja utrzymana jest w duchu czegoś, co roboczo nazywam "polską szkołą pisarstwa historycznego" -- nagromadzenie faktów na 1 cm^3 jest bardzo uczciwe. Jest to jednak przydatne, podręczne źródło informacji na temat polskiej sceny politycznej okresu międzywojennego -- nie tylko dla historyków, ale też dla miłośników, fanów i koneserów teorii państwa i prawa. Tym bardziej, że autorka zajęła się w opracowaniu przede wszystkim centrum polskiej sceny politycznej tego okresu -- ugrupowaniami, które (jak wskazywali ich przedstawiciele) miały ambicje być siłą równoważącą zarówno lewą, jak i prawą stronę polskiej polityki międzywojennej. Mam wrażenie (być może błędne, ale jednak), że ta tematyka nie jest szczególnie intensywnie omawiana w Polsce.

Sen o władzy D.Nałęcz stanowi rozkoszną wiwisekcję niesamowicie porozdzieranej polskiej sceny politycznej międzywojnia, na którą składały się liczne koalicje, koalicyjki, sojusze i rozbraty. W zasadzie wszystko na raz. Z perspektywy polskich partii inteligenckich, działających zarówno w nurcie radykalizmu, jak i liberalizmu [1], był to -- jak sugeruje wprost tytuł -- nieustanny sen o władzy, idąc bardziej w duchu Leopolda Staffa sen o potędze. W warunkach demokracji i parlamentaryzmu -- o które polska inteligencja z poświęceniem walczyła w okresie zaborów -- zabrakło dla tej inteligencji miejsca. Dodatkowo jej rozczarowanie miała potęgować trudna sytuacja ekonomiczna dużej części przedstawicieli tej warstwy.
Bardzo deprymująco działało zmniejszenie dystansu między dochodami pracowników umysłowych i fizycznych. Płaca inżyniera w 1914 roku wynosiła 617% płacy robotniczej, a w 1921 r. - 177%. Wręcz upokorzona czuła się maszynistka biurowa, która w 1914 roku zarabiała 123% płacy robotnika, a w 1921 roku tylko 51%. Do tego płace robotnicze rosły szybciej niż dochody inteligencji. Nie wiedząc, że przyjdą jeszcze gorsze czasy, już w 1921 roku inteligencja uwierzyła w swój najgłębszy upadek. "Naród" pisał, że pensja inteligenta wystarczy rodzinie na tydzień. Prowadzi to do "deprawacji moralnej", bo jakże nie przyjąć łapówki, skoro w domu płacze głodne dziecko. "Kurier Poranny"skarżył się, że jest "gorzej niż pod zaborami", co prowadzi do plagi samobójstw. Zdaniem "Wieku Nowego" gorszy los spotkał już tylko inteligencję w bolszewickiej Rosji, bo tam ją wymordowano, oszczędzając jej jednak powolnego konania. [s. 136-137]
Odsunięta od możliwości sprawowania władzy [2] oraz ubożejąca inteligencja radykalizowała się, stopniowo rezygnując z -- czy też zawieszając działanie -- demokratycznych ideałów, w imię obrony przed rosnącym w siłę układem endecko-chłopskim (Chjeno-Piastem).
Nie chodziło zresztą o odrzucenie parlamentaryzmu, a o takie jego skorygowanie, by Polska prawicowo-nacjonalistyczna nie przytłoczyła Polski demokratyczno-liberalnej [s. 243-244].
W syntetyczny sposób przesłanie publikacji podsumował Adam Leszczyński w tekście Słoik kontra chłopcy z elity
Nałęcz przeprowadziła w niej kulturalną, ale bardzo brutalną wiwisekcję postaw liberalnej inteligencji, która po odzyskaniu niepodległości liczyła, że lud obdarzy ją wdzięcznością i władzą. Tymczasem partie inteligenckie przepadały z kretesem, lud masowo głosował na endeków i w lęku przed prawicą liberalni inteligenci poparli z entuzjazmem zamach stanu Piłsudskiego w 1926 roku. Ci zagorzali demokraci woleli dyktaturę sanacji od demokracji, w której wygrywała prawica. Pisali, że demokracja jest najlepsza, ale naród – na razie – „nie dojrzał”. [3]
W okresie walki z zaborcą wiele środowisk inteligenckich z powodzeniem sięgało po wsparcie szerokich warstw plebejskich [s. 243], co -- zdaniem autorki -- miało być przyczynkiem do wspierania przez inteligencję ich aspiracji obywatelskich. O porzuceniu tej fascynacji miały zadecydować różnice preferencji politycznych (wizji, wartości), które przyczyniały się do odrzucania ugrupowań inteligenckich jako atrakcyjnych politycznie. Przestano przebierać w słowach.
Nastaje gnuśna, ale istotna prawda niemiłego odkrycia rzeczy wiadomej - zanotowała w dzienniku Zofia Nałkowska - głosuje oto ciemny, głupi tłum, waży szale losów w zależności od tego, kto pierwej przeniknął w te chałupy agitacją, kto głośniej krzyczał, lepiej zachwalił, kto drożej był zapłacony. Straszny ślepy nonsens całej niebezpiecznej lub raczej błahej loterii, zakołysanie się ciężkiej, wielkiej masy biologicznej. [s. 243]
Doskonale wpisało się to pracę Jana-Wernera Müllera Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie i opisaną przez niego koncepcję demokracji obronnej (militant democracy). Ale do książki J-W. Müllera postaram się tu kiedyś jeszcze wrócić.

Jeżeli chodzi o czasookresy (bo może Ktoś lub Ktosia będzie szukał/-a informacji o konkretnym wydarzeniu) -- publikacja bardzo mocno zwalnia po dojściu do przewrotu / zamachu majowego z 1926 r., kolejne lata traktując po macoszemu (datowanie wydarzeń w książce dochodzi do 1937 r.). Autorce piszącej o dwudziestoleciu udało się całkowicie pominąć kwestię Miejsca Odosobnienia w Berezie Kartuskiej. W kwestii walki Piłsudskiego z przeciwnikami politycznymi (w podobnym duchu) wspomniana jest jedynie proces brzeski -- a nawet nie tyle sam proces, co osadzenie przeciwników politycznych w więzieniu wojskowym w twierdzy brzeskiej [s. 267-268].

Na zakończenie kilka pobocznych kwestii, na które przy okazji można wykorzystać z tej publikacji. Z oczywistych względów mocno eksploatowana przez autorkę jest postać Józefa Piłsudskiego -- tu pod kątem jego aktywności politycznej. Gdyby Ktoś lub Ktosia chciał/-a prześledzić jego polityczne zapatrywania, drogę do autorytaryzmu -- a finalnie zrozumieć logikę ustawy z dnia 7 kwietnia 1938 roku o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, to książka Darii Nałęcz powinna być pozycją obowiązkową. Dostrzegając zagrożenie dla demokracji ze strony endecji, w marszałku Piłsudskim takiego zagrożenia nie widziano.
We wszystkich pismach literackich atakowano chjeno-piasta. Wszystkie kabarety literackie wykpiwały ministrów parlamentarnego reżimu. W Qui Pro Quo wykpiwano stale Witosa, Niedziałkowskiego i innych parlamentarzystów. Drwiono z różnych działaczy kręcących się po sejmie, nie szanując nikogo. Gdy dochodziło jednak do osoby czynnika decydującego (tj. Piłsudskiego), wówczas znikał śmiech, a panował patos. Doskonali kpiarze: Tuwim, Hermar, Słonimski, Lechoń, zabierali głos, by sławić uroczyście imię jego. [s. 246]
W ramach kończącej wpis anegdoty -- książka Darii Nałęcz wyjaśniła mi jeszcze jedno zagadkowe wydarzenie. P.T. Czytelnicy i Czytelniczki zapewne dobrze pamiętają dość zagadkowe słowa prezydenta Bronisława Komorowskiego (wchodzącego na krzesło w japońskim parlamencie...) "Chodź, szogunie!", skierowane do szefa BBN Stanisława Kozieja.


Jak się okazało, słowa te mogą mieć dodatkowy kontekst (tym bardziej, że prezydent Komorowski jako historyk miał zajmować się tym okresem).
Jeden z najbardziej wpływowych piłsudczyków Bogusław Miedziński (...) sformułował teorię "szogunatu". Wzorem średniowiecznej Japonii prezydent miał stać na czele państwa, ale nie rządzić, w czym wyręczyć go winien Generalny Inspektor. [s. 272]
Ciekawe byłoby odczytanie słów prezydenta Komorowskiego w tym kontekście.

Przypisy:
[1] Główny podział partii inteligenckich, które omawia Daria Nałęcz, przebiega na linii radykalizm - liberalizm. W największym skrócie i uproszczeniu można przyjąć, że inteligenckie ugrupowania radykalne działały w duchu lewicowym (ale nie mylić z socjalistami, np. z PPS), zaś inteligenckie ugrupowania liberalne w duchu prawicowym (ale nie mylić z endecją).
[2] Tu znów trzeba -- nawet w przypadku tak skrótowego omówienia -- zaznaczyć różnicę między sytuacją życiową inteligenckich radykałów (urzędnicze doły) a inteligenckich liberałów (wśród których prym wiodła m.in. urzędnicza wierchuszka). Tak czy inaczej -- pod względem siły politycznej oba te skrzydła inteligenckie były systematycznie marginalizowane przez ugrupowania masowe -- bardziej radykalne, sprawniej posługujące się populistycznymi narzędziami.
[3] Adam Leszczyński: Słoik kontra chłopcy z elity, Krytyka Polityczna, 9 maja 2018.

Książka:
Daria Nałęcz: Sen o władzy. Inteligencja wobec niepodległości, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994 r. ISBN: 83-06-02363-3.