wtorek, 17 lipca 2018

Kapitalizm. Historia krótkiego trwania

Nareszcie udało mi się zabrać za książkę Kacpra Pobłockiego Kapitalizm. Historia krótkiego trwania. Usłyszałem dotychczas o niej tyle dobrego, że nie mogłem się doczekać zderzenia z rzeczywistością (czyli weryfikacji pojawiających się z różnych miejsc ochów i achów). Nie często przecież się zdarza (przynajmniej w Polsce), żeby antropolog porywał się na sporej objętości pracę tak mocno zahaczającą o sferę ekonomii (choć przecież nie tak bardzo odległą od naukowych korzeni Kacpra -- antropologii; wszak ekonomia to nauka społeczna).

Czekałem na tę książkę tym bardziej, że autor porwał się na opisanie czegoś z pozoru tak oczywistego, jak kapitalizm. Bo z kapitalizmem jest trochę jak z koniem [1]. Przyznaje to zresztą sam autor, który pisze, że nikomu w Polsce nie trzeba tłumaczyć co najmniej dwóch rzeczy -- czym jest Zachód oraz czym jest kapitalizm (jako pojęcia zrozumiałe "same przez się" [s. 51]). Co nie znaczy, że te pojęcia są aż tak oczywiste, jak się wydają. Już zamieszczone na samym początku tabele (do których PT. Czytelnik / Czytelniczka będą odsyłani w trakcie lektury) zdają się mówić to, co pewien już dziesięcioletni wykwit polskiej kinematografii -- to nie tak jak myślisz, kotku.

Trzy metodologiczne fundamenty książki, o których wspomina jej autor [s. 51], stanowią:
  • przyjęcie założenia, że myślenie jest de facto czynnością publiczną, nie prywatną -- zawsze ma charakter porównawczy (przy czym idąc za myślą Benedicta Andersona zaznacza, że tylko zaskakujące porównania są warte wysiłku [s. 52]);
  • odrzucenie okcydentalizmu jako spojrzenia, które zdominowało nasze myślenie o świecie;
  • postrzeganie ciągłości historycznej przez prymat materialności.
Jedną z największych zalet tego opracowania jest to, że pozwala ono odwrócić silnie zakorzenione w naszej świadomości myślenie okcydentalne. Jak pisze Kacper Pobłocki, w swojej książce przedstawia aparat teoretyczny, dzięki któremu czytelnik i czytelniczka będą mogli zrewidować kilka stereotypów na temat zjawisk takich jak kapitalizm, miejskość czy relacje centrum-peryferie [s. 52-53]. Podczas lektury wielokrotnie można odkryć to, jak bardzo jesteśmy zakładnikami tego, co widzimy, tego czym obecnie żyjemy -- oraz jak szybko zapominamy o tym, co było. A może nawet bardziej -- tego, jak nam się wydaje, że było. Autor stara się rozwiewać nawarstwione przez lata mity, ale też nie wyjaśnia wszystkiego -- mając jak się wydaje na celu przede wszystkim odwrócenie optyki myślenia.
Jedna z pierwszych lekcji o współczesnym kapitalizmie
Nie chodzi [w tej książce] o zuniwersalizowanie własnej historii, ale o zrozumienie swojego faktycznego miejsca w globalnym porządku. Jak dokonać tego tak, by dowiedzieć się czegoś nowego, a nie tylko utwierdzić się w już przyjętym przekonaniu? [s. 22]
Wielokrotnie pojawiło mi się w głowie pytanie o to, na ile tak naprawdę jesteśmy zainteresowani tym, jak wyglądała nasza historia -- a na ile wystarczają nam podania i legendy. Wydaje się, jakby Kacper próbował nakłonić czytelników, żeby na swoją rzeczywistość spojrzeli z odpowiedniego dystansu. Zachęca nie tyle do spojrzenia w innym kierunku, co w inny sposób.
Coraz więcej wskazuje na to, że nowy porządek światowy wcale nie jest taki nowy, tylko bardzo stary, i że krótki w perspektywie długiego trwania okresu dominacji  Euroameryki stanowi wyjątek, nie regułę. [s. 12]
Z perspektywy globalnego materializmu cofanie się w głąb historii wcale nie jest koniecznością - o wiele ważniejsze jest rozejrzenie się wokoło. [s. 321]
Radykalny czarno-biały podział Europy na zaawansowany Zachód i zacofany Wschód jest obrazem przerysowanym. [s. 327]
Autor zaznacza, że opisywanie rzeczywistości społecznej za pomocą kategorii czasowych (temporalnych) jest jednym z przejawów europocentryzmu [s. 12]. W ramach tych kategorii mieszczą się tak popularne stwierdzenia jak doganianie (Zachodu), cofanie się (w rozwoju). Podobnie sprawa się ma z linearnym rozumieniem historii, w której przyszłość to często jedynie zwielokrotniona przeszłość [s. 107] (tu z kolei pojawiaj się nam Koniec historii Francisa Fukuyamy). Optyka linearna, konieczność przejścia od punktu "A" do "B" (wynikająca z logiki procesów dziejowych) stała się naszym [zachodnim?] ustawieniem domyślnym.

Temporalne oraz teleologiczne myślenie każe nam myśleć o rozwoju jako o linii, ciągłości, drabinie, po której mogą wspinać się poszczególne społeczeństwa. Z tego punktu widzenia ludy pierwotne to społeczności, które są "niżej na drabinie rozwoju", które muszą "doganiać" rozwinięte społeczeństwa świata zachodniego (rozumianego jako pewien konstrukt, nie fizyczne miejsce na ziemi). Propozycja, jaką przed Czytelnikiem / Czytelniczką stawia autor Kapitalizmu to spojrzenie w optyce Stefana Helmreicha, Gillesa Deleuze'a i Félixa Guattarima -- "kłącza" zamiast darwinowskiego drzewa życia (jako model analizy zachodzących zmian). 

Ewolucyjna, liniowa narracja, wywodząca się z przyrody, zastosowana została do ułożenia historii pracy, pieniądza, sposobu gospodarowania ziemią. Kacper Pobłocki określa to jako odruchowe myślenie, które odziedziczyliśmy wraz z kulturową spuścizną XIX wieku [s. 317], próbując je jednocześnie poddać konstruktywnej krytyce. Choć jednocześnie czyni zastrzeżenie co do tego, że możliwe jest wyróżnienie odrębnych okresów -- błędne jednakże (wg autora) jest przypisywanie tym okresom charakterystyki prostych następstw i strukturalnej ciągłości [s. 317].
Nie ma jednej genezy kapitalizmu (w szerokim tego słowa znaczeniu), ale raczej jego cykliczne pulsowanie i odradzanie się na nowych terenach. Na tym też polega zmiana optyki z temporalnej na przestrzenną - nie pytamy już o to, kiedy (...) powstał kapitalizm, ale gdzie powstał, czy też gdzie się odrodził. [s. 423]
Myśląc o kapitalizmie jako europejskim towarze eksportowym pomijamy chociażby doświadczenia chińskie -- system walutowy w formie banknotów, który istniał 500 lat wcześniej niż w Europie czy chińskim przekonaniu z VI wieku p.n.e. co do pieniądza jako efektu i narzędzia działania suwerena i złocie niemającym samo w sobie żadnej wartości [s. 126-127].
Bałtycki handel zbożem, który na przykład dla Wallersteina był czynnikiem sprawiającym, że Zachód rozpoczął swój długi marsz ku globalnej dominacji, stanowił kroplę w morzu rynku krajowego w Chinach. Jeszcze w 1800 roku w Chinach obracano zbożem, które było w stanie wyżywić 14 milionów osób, co stanowiło wtedy pięciokrotność skali handlu zbożowego w Europie i dwudziestokrotność handlu bałtyckiego w szczytowym momencie jego rozwoju. Już od XI wieku w Chinach w powszechnym użyciu był pieniądz papierowy. W samym roku 1161 państwo chińskie wyemitowało 10 milionów banknotóq; Anglikom udało się osiągnąć ten wskaźnik dopiero w 1797 roku. Jak wspomniałem we wprowadzeniu, jeszcze w 1870 roku łączny PKB Chin i Japonii był wyższy niż suma PKB Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. [s. 333]
W swojej narracyjnej wędrówce po mapie autor -- poza Chinami -- zabierze nas też do Detroit, Lagos, Nowego Jorku (w tym na Wall Street) czy do Dubaju, w którym turbokapitalizm połączył się z porządkiem feudalnym [s. 70].
Obywatele Zjednoczonych Emiratów Arabskich stanowią około 10 procent mieszkańców [Dubaju], reszta zaś to imigranci, głównie z Pakistanu i Indii (...). Nawet ci, którzy są potomkami imigrantów i sami urodzili się już w Dubaju, nie mają lokalnego obywatelstwa, w związku z czym nie posiadają żadnych praw politycznych ani społecznych. W emirackim prawie nie ma też kategorii stałego pobytu - przytłaczająca większość mieszkańców ma status permanentnie tymczasowy. Kluczowe jest tu pojęcie kalafa, czyli pozwoleń na pracę powiązanych z wizami pobytowymi - w takim układzie pracodawcy są jednocześnie "sponsorami" swych pracowników. (...) Niejednokrotnie aby zmienić pracę w samym Dubaju, robotnicy muszą wrócić do kraju swojego pochodzenia i tam ponownie uzyskać niezbędne dokumenty. Dlatego z wyjątkiem kobiet z klasy średniej (...) pracownicy w Dubaju są ubezwłasnowolnieni do tego stopnia, że w tym hipernowoczesnym mieście przyszłości w zasadzie nie ma tego, co znamy jako rynek pracy. [s. 288]
Kacper Pobłocki bada zakamarki kapitalizmu, do których mało kto zagląda -- i o których dość szybko zapominamy. Choć, jak wskazuje autor, myślenie o kryzysie jako punkcie zwrotnym / momencie przemiany także bardzo mocno związane jest z duchem okcydentalizmu, w swojej narracji sięga nie tylko do kryzysu z 2008 r. (wspominając również o kryzysie związanym z tzw. bańką internetową, o którym dość szybko udało się nam zapomnieć), ale też odnosi się do polskiej prehistorii -- afery Art-B czy działalności Bezpiecznej Kasy Oszczędności. Ciekawym punktem rozważań jest także krach finansowy w Albanii
Zachodni komentatorzy, jak można się spodziewać, tłumaczyli krach albańskiej gospodarki irracjonalną manią, która rzekomo ogarnęła cały kraj, oraz czynnikami kulturowymi takimi jak brak zrozumienia logiki rynku przez ludzi przyzwyczajonych do gospodarki planowanej. [s. 220]
W połowie 1993 roku, gdy zaczęła powstawać piramida, Albania była jedyny krajem w Europie Środkowo-Wschodniej, który spełniał wszystkie kryteria Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W latach 1992-1996 Albania wprowadziła najbardziej wolnorynkowe zmiany w Europie i była powszechnie uważana za kraj modelowy oraz za najpilniejszą uczennicę międzynarodowych instytucji. [s. 220]
Kryzysy te -- zgodnie z tezę postawioną przez autora -- nie były końcem jakiejś epoki, ale chwilą przestrzennej reorganizacji kapitalizmu i relokacji jego sztabu generalnego [s. 178]
Jak pisał [Jerzy Topolski] w książce o genezie kapitalizmu, nie da się ogólnie odpowiedzieć na pytanie o to, czy w wieku XVII był kryzys, czy go nie było. Podobnie jak analogiczny okres z przełomu XIV i XV wieku był on momentem jednoczesnego rozwoju jednych terytoriów i zapaści innych. (...) Pojęcie nierównego rozwoju pochodzi właśnie z tradycji przestrzennej, a nie temporalnej, i pozwala dostrzec równoczesność rozkwitu jednych elementów oraz zapaści innych. [s. 178]
Na tej samej zasadzie Kacper Pobłocki patrzy na proces, który określamy jako powstanie i rozwój państwa Piastów. Jego książkę warto byłoby w tym kontekście polecić autorom i autorkom projektu ustawy wprowadzającej nowe święto państwowe w Polsce, którzy bez wydarzenia określanego potocznie jako chrzest Polski nie są sobie w stanie wyobrazić "naszej kultury i tożsamości".
„Poza wymiarem religijnym miał również wymiar strategiczny i polityczny. Dzięki niemu nasza Ojczyzna dołączyła do rodziny narodów europejskich, do kręgu cywilizacji Zachodniej Europy. Bez tego wydarzenia trudno sobie wyobrazić naszą kulturę i tożsamość” – piszą autorzy w uzasadnieniu projektu. [2]
W ciekawy sposób autor łączy gospodarczą dominacją świata islamu (dynastią Samanidów) oraz organizacją handlu niewolnikami na terenach zwanych dzisiaj Polską [3]. W sumie jest w tym jakiś chichot losu, kiedy za słowami polski my naród, polski lud, królewski szczep Piastowy, śpiewanymi przez gierojów z falangą na ramieniu [tfu!], postawimy muzułmańskie dirhemy, dzięki którym niejaki Mieszko I budował swoją potęgę, wyprzedając na potęgę swoich pobratymców [4].
Dzięki temu, że na monetach wybijano daty, jesteśmy w stanie stosunkowo precyzyjnie określić, kiedy je zakopano. Napłynęły one na terytoria obecnej Polski w trzech gwałtownych falach, które zresztą równie nagle ustały w okolicach 1000 roku. (...) ośrodki władzy pierwszych Piastów wcale nie powstawały stopniowo, jak wcześniej sądzono (...) ale w ramach błyskawicznej akcji budowlanej. [s. 358]
Owa akcja budowlana jest też niemal idealnie skorelowana z falami napływu srebra. [s. 360]
Karol Modzelewski podaje, że gęstość zaludnienia wynosiła wtedy około 4 osób/km², a przeciętne osady były zamieszkiwane przez cztery czy pięć rodzin, czyli około 30-40 osób. Jeśli przyjmiemy liczbę tysiąca brańców rocznie i założymy, że sprzedawano jeńców wojennych branych "hurtowo" podczas najazdów na osady, ale zarazem weźmiemy poprawkę, że nie sprzedawano wszystkich (największym wzięciem cieszyła się młodzież), to przy optymistycznym założeniu, że jeden najazd daje nam 20 niewolników, oznacza to, że rocznie z mapy terytoriów kontrolowanych przez Piastów znika około 50 osad. [s. 362]
Zaciekawionych książką odsyłam do wywiadu przeprowadzonego z autorem w radiu tok.fm (audycja Czy kapitalizm kończy się na naszych oczach? w ramach cyklu Świat się chwieje z 3 września 2017 r.). Tytuł audycji mocno clickbaitowy, ale warto posłuchać. Od siebie dorzucę jedynie, że nie jest  on zgodny z tezą postawioną na końcu książki Kacpra, która może niektórych zaskoczyć.

I tym oto sposobem na bloga wleciał setny wpis (inne jak zwykle znajdziecie w odpowiednim spisie na blogu). Myślę, że ta książka to dobre uczczenie tej okrągłej "rocznicy". Zdecydowanie warto po nią sięgnąć.

[17 stycznia 2019]
Podrzucam ciekawy wywiad Huberta Walczyńskiego z Kacprem Pobłockim w dwutygodniku internetowym "Kontakt", w którym sporo jest o Kapitalizmie, ale także o anglojęzycznym tłumaczeniu tej publikacji: Pobłocki: Manifesty nie zmienią świata.


Przypisy:
[1] A że i nawet z tym koniem sprawa nie jest taka prosta P.T. Czytelnik / Czytelniczka może przekonać się na stronie 315.
[2] Sejm ogłosi nowe święto państwowe – Święto Chrztu Polski, Więź, 18 lipca 2018 r.
[3] Co prawda głównym punktem przerzutu niewolników w Europie była Praga [s. 362], jednak istotną rolę odgrywał także Wolin.
[4] O koncepcji opisanej w książce Kacpra Pobłockiego możecie poczytać online w artykule Marcina Szymaniaka Pierwsi Piastowie. Obozy i handel ludźmi z 26 września 2017 r.

Książka:
Kacper Pobłocki: Kapitalizm. Historia krótkiego trwania, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2017. ISBN: 978-83-62418-78-7.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw słowo swoje.