czwartek, 8 czerwca 2017

Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia

Przekonanie o całkowitej wyjątkowości nazistowskiego systemu III Rzeszy to całkiem wygodne rozwiązanie. Europa w pewnym stopniu odetchnęła z ulgą, kiedy winę za powszechnie rosnący przed wojną w siłę nacjonalizm i antysemityzm mogła scedować na przegrane Niemcy.
"Chcemy, żeby początkiem i końcem ludobójstwa był nazizm. Tak jest najwygodniej" – te słowa szwedzkiego pisarza i reportera Svena Lindqvista tu nie padają, ale cała książka jest jedną z ich możliwych interpretacji. [1]
Od czasu do czasu ktoś psuje powietrze, jak David Rieff w 1995 r., pisząc przy okazji kończącej się wojny w Bośni i Hercegowinie, że "nigdy więcej" znaczy już co najwyżej "nigdy więcej Niemcy nie będą zabijali Żydów w Europie w latach 40. XX wieku" [2] -- ale brzydki zapach szybko się ulatnia, o ile w ogóle zostaje przez kogokolwiek zauważony. Mimo upływu 22 lat od pierwszego wydania Slaughterhouse: Bosnia and the Failure of the West ten mocny cytat nie zrobił kariery, a w Polsce (gdzie dotychczas nie ukazało się jeszcze tłumaczenie książki) jest on najpewniej zupełnie nieznany. 27 stycznia każdego roku nadal, bez chwili zawahania, możemy publikować na facebooku "Never again!".

Nie sądzę, żeby wydane w zeszłym roku w Polsce tłumaczenie książki Jeana-Louisa Vullierme Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia (fr. Miroir de l'Occident. Le nazisme et la civilisation occidentale) miało w jakiś szczególny sposób zmienić ten stan rzeczy. Miałem dodać "tym bardziej przy obecnym stanie czytelnictwa", ale się powstrzymałem. Książka zdecydowanie ma swoje wady i słabe punkty, ale ma też jedną, niezaprzeczalną zaletę: jako jedna z nielicznych pozycji dekonstruuje rzeczywistość wyobrażoną na temat Europy i jej ideologicznych korzeni. Podobną rolę [3] można przypisać książce GUŁag w oczach Zachodu Dariusza Tołczyka z 2009 r., którą opisywałem 27 kwietnia br. Dodajmy: książce, która poza gronem fachowców i pasjonatów najpewniej pozostanie równie niezauważona jak Lustro Zachodu Vullierme'a.

O samej książce zacznę od okładki, na której znalazło się jedno z najpopularniejszych zdjęć buntu człowieka wobec systemu. Na zdjęciu wykonanym z okazji wodowania trzymasztowego barku Horst Wessel w kółku widoczny August Landmesser, robotnik w stoczni Blohm und Voss w Hamburgu.
Wodowanie Horst Wessel -- w kółku widoczny August Landmesser (13 czerwca 1936 r.)
Stojący założonymi rękami stoczniowiec jest jedynym widocznym na zdjęciu człowiekiem, który odmówił wykonania nazistowskiego salutu (nie, tam w 1936 r. nie zamawiano pięciu piw). Co prawda nie dorobił się swojego pseudonimu jak niezidentyfikowany mężczyzna (Tank Man), który własnym ciałem blokował czołgi na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r., ale z pewnością stał się ikoną. Historia tego człowieka jest oczywiście nieco bardziej skomplikowana -- Landmesser wstąpił do NSDAP w 1930 roku, aby znaleźć pracę. Kiedy zaręczył się z Żydówką Irmą Eckler w 1935 roku, został wydalony z partii. W 1936 odmówił salutowania, w 1937 r. próbował wraz z rodziną uciec do Danii (zostali złapani). Zginął w 1944 r. jako żołnierz wcielony karnie do 999 Lekkiej Dywizji Afrykańskiej.

Wracając jednak do samej książki -- w doborze okładki (poza znaną fotografią, która przyciąga uwagę) chodziło najpewniej o symboliczne pokazanie oporu wobec szybko rosnącego w siłę systemu, który stał się synonimem rasizmu, ksenofobii, antysemityzmu i masowych morderstw. Z tym, że system ten nie wziął się z próżni, lecz był wytworem nie tylko europejskiej, ale wręcz światowej myśli społecznej i politycznej. Tym samym Jean-Louis Vullierme osadza nazizm w ogólnoświatowym kontekście wydarzeń historycznych (tych więcej lub mniej znanych), filozofii, etyki, idei, teorii politycznych. Wskazuje na elementy, które jego zdaniem stworzyły nazizm -- których splot zadecydował o powstaniu nazizmu w tym miejscu i czasie, a które powtarzały się w historii.
(...) Norymberga nie tylko byłaby miastem, w którym nazizm został poniżony po jego wcześniejszej gloryfikacji; nie tylko miastem, w którym zachodnia cywilizacja oficjalnie położyła kres niemieckiemu barbarzyństwu. Stała się również miastem Zachodu, w którym zachodnia cywilizacja, nie wiedząc o tym lub nie chcąc wiedzieć, osądzała potwory zrodzone we własnym łonie [s. 18].
W zasadzie autor stawia jeszcze mocniejsze tezy, które -- choć czasami mogą irytować -- moim zdaniem są mocną stroną publikacji. Nawet, jeśli decydujemy się je odrzucić, to zmuszą nas choć chwilę do refleksji.
(...) nazizm pod wieloma względami był (...) tym, co wielu innych życzyłoby sobie osiągnąć, lecz do czego zabrakło im sił czy odwagi nazistów. [s. 18]
(...) elementy składowe nazizmu istniały jeszcze przed jego narodzeniem i (...) większość z nich wciąż pozostaje żywa. [s. 14]
Być może najtrafniejszym określeniem będzie to, że Jean-Louis Vullierme rozbija krążące po świecie idee, analizując ich składniki. W zasadzie realizuje ten cel całkiem dosłownie, dobierając do tego celu terminologię chemiczną: pisząc o cząsteczkach (molekułach) i toksycznym atomie nazizmu, który stał się częścią większej całości. Mówi -- przytaczając tytuł tekstu na rp.pl -- to myśmy stworzyli Hitlera [4].
W momencie pojawienia się nazizmu jako toksycznej molekuły ideologiczne atomy stały się ogólnodostępne. I nawet jeśli kilka z nich, jak choćby militaryzm, kolonializm, popieranie niewolnictwa czy mesjanizm polityczny [5], niewątpliwie już od dawna wywalczyło sobie niezależny byt poza światem zachodnim, wszystkie one osiągnęły w nazizmie maksymalny potencjał i w nim współdziałały w sposób najbardziej skuteczny. [s. 18]
Autor Lustra Zachodu jest zwolennikiem traktowania eksterminacji (niem. Ausrottung) ludności żydowskiej [jedynie?] jako elementu polityki nazistowskiej. Nie umniejszając zakresu cierpienia Żydów wskazuje na to, że wyniszczenie tej nacji było etapem szerzej zakrojonego planu nazistów, który ze względu na przebieg działań wojennych został zrealizowany w takim a nie innym zakresie (nazizm nie objawił się w całości, gdyż został materialnie zahamowany w fazie pośredniej, którą była inwazja na imperium sowieckie -- s. 13).
Program nazistowski należy rozpatrywać w całości, by przez to móc go zrozumieć i opisać, a także ujawnić powiązania rzeczywiście istniejące między różnymi jego celami i metodami, nie sprowadzając ich do jednego. (...) Szoah (...) jest podstawowym składnikiem jeszcze szerzej zakrojonego nazistowskiego programu eksterminacji i podboju [s. 285].
Stworzenie podziału na eksterminację Żydów, a następnie na eksterminację tych, którzy urodzeni jako Romowie, Ormianie czy Tutsi, także nie mogli przestać nimi być, stanowi skażenie ideologiczne, przed jakim koniecznie należy się bronić. [s. 27] Ustalenie hierarchii porównywalnych cierpień, zadawanych porównywalnymi metodami, przez tych samych katów albo innych, także mających plany eksterminacyjne na tle rasowym, i biorące pod uwagę jedynie dane liczbowe, stanowi inną formę negacjonizmu [s. 292].
Książka jest niczym wypełniony przeźroczami fotoplastykon, na których to przeźroczach możemy oglądać kolejne ujęcia z historii nowożytnego świata, odnajdując w nich elementy systemu dominacji, decydowania o losach nie tylko pojedynczych ludzi, ale i całych nacji. Vullierme zauważa, że hiszpańscy konkwistadorzy Hernán Cortés i Francisco Pizarro domagali się praw do ziem Ameryki Środkowej i Północnej nie ze względu na posiadane prawo do tych ziem (roszczenia legalne), lecz ze względu na bezwzględne i wrodzone poczucie wyższości ich rasy względem ludzi je zamieszkujących [s. 152]. Autor zauważa również, że część obcych mocarstw, które chciały potępić działania Schutztruppe wobec Hererów w końcówce XIX i na początku XX wieku (wykorzystując to jako element propagandy antyniemieckiej), ostatecznie zmieniły zdanie. Metody eksterminacyjne jako forma prowadzenia polityki były akceptowane i stosowane w Europie.
Niektóre obce mocarstwa, przez krótki czas zamierzające wykorzystać brutalne działania [niemieckich oddziałów kolonialnych Schutztruppe wobec Hererów] do celów antyniemieckiej propagandy, ostatecznie zmieniły zdanie, a nawet wycofały raporty i ukarały ich autorów. Ani Brytyjczycy, którzy zajęli miejsce Niemców w Namibii po pierwszej wojnie światowej, nie poprawiając doli ocalałych Hererów, ani Francuzi, którzy surowo stłumili bunty na Madagaskarze w 1896 r., pozostawiając tam sto tysięcy ofiar, ani król Belgów, który posiadał Kongo i eksploatował je za cenę jego wyludnienia, ani Amerykanie, sprawujący rządy kolonialne na Filipinach, ani Holendrzy w Indiach Wschodnich, ani Japończycy, postępując tak samo w Korei, w niczym nie skrytykowali - siłą rzeczy, nawet z ich punktu widzenia - acywilnego charakteru procesu cywilizacyjnego. [s. 150]
Zachowam też poniżej (dla potomnych i dla siebie) argumenty mające usprawiedliwiać kolonialne okrucieństwa, które przytacza autor Lustra Zachodu.
Tak więc, gdy chodziło o kolonie, argumenty wysuwane przez rządy na temat popełnianych okrucieństw, najczęściej były następujące: 1) posądzenia o zbrodnie są kłamliwe, są dziełem fanatycznych ideologów, obcych agentów, dziennikarzy rządnych sensacji czy nawet szantażystów, 2) stopień nieludzkości kolonizatorów jest przedstawiany w sposób oczywiście przesadny i musi wzbudzać nieufność każdej rozsądnej osoby, 3) zbrodnie są dziełem izolowanych jednostek, żyjących w warunkach szczególnie trudnych, w bardzo oddalonych strefach, 4) ofiary zachowują się jak zwierzęta, same także w sposób systematyczny dopuszczają się czynów skrajnie barbarzyńskich (kanibalizm), a ich nędza jeszcze by się nasiliła, gdyby je pozostawić samym sobie, 5) bilans jest ogólnie pozytywny (rozwój ekonomiczny, chrystianizacja, edukacja, nauka demokracji), a zrównoważone spojrzenie powinno zauważyć większość dobrych działań pomimo nieuniknionych wykroczeń, 6) dzięki procesowi cywilizowania sytuacja wkrótce się unormuje. [s. 140]
Wśród luster świata zachodniego zobaczymy także migawkę z konferencji bermudzkiej, o której w zasadzie solidarnie "zapomnieliśmy" przy upamiętnianiu zbrodni Holocaustu.
Tematem konferencji była kwestia, co zrobić z żydowskimi uchodźcami, którzy znaleźli się na ziemiach wyzwolonych przez aliantów podczas II wojny światowej oraz tych, którzy w dalszym ciągu pozostawali na terenach okupowanych przez III Rzeszę. Dyskusja miała na celu znalezienie rozwiązań tego problemu oraz zaplanowanie sposobów ratowania Żydów poprzez przeprowadzenie ewakuacji uciekinierów oraz osadzenia ich w krajach alianckich i neutralnych. Rozmowy odbyły się między delegacją amerykańską reprezentowaną przez dr. Harolda W. Doddsa a przedstawicielami Wielkiej Brytanii. [6]
Jak zauważa w jednym z przypisów Vullierme, podczas konferencji tej zrezygnowano z organizacji przyjmowania uchodźców z obawy, że -według określenia Foreign Office - "Niemcy oraz ich kraje satelickie są gotowe zmienić politykę eksterminacyjną w politykę wypędzania, tym samym sprawiając kłopot innym krajom, jak to już uczyniły przed wojną, zatapiając je obcą imigracją. [s. 290]
Alianci po raz kolejny odmówili pomocy w 1944 roku, kiedy Eichmann w myśl wskazań Himmlera rozpoczął negocjacje dotyczące wymiany miliona Żydów na 10 tysięcy ciężarówek do użytku na froncie wschodnim [7] [s. 290]
Ciekawym wątkiem, wartym odnotowania, jest relacja między poglądami Henry'ego Forda (tak -- tego Forda) a Adolfem Hitlerem. Nie jest żadną tajemnicą, że panowie -- których bez wątpienia połączyły poglądy antysemickie -- darzyli się głęboką sympatią i estymą, czemu dawali wyrazy.
Forda szczególnie zastanawiał fakt, że liczba Żydów na świecie odpowiada liczbie Koreańczyków, narodu powszechnie znanego ze swojej całkowitej niezdolności do przemysłu i handlu. [s. 49]
Jean-Louis Vullierme (od s. 46) przedstawia i w pewnej części rozsmarowuje "głębokie teorie" H.Forda, pokazując jednocześnie ich wpływ na późniejszą politykę młodszego o 26 lat Hitlera. Zauważa także: Historycy wiedzą także, że Hitler nie bardzo skłonny do sentymentalizmu, w gabinecie swoim miał tylko jeden portret i był to portret  Henry'ego Forda (...). [s. 53].

Mimo kilku -- delikatnie rzecz ujmując -- oryginalnych teorii (jak ta, że powodem rezygnacji z cenzusu wyborczego i przyznania praw wyborczych kobietom było wynikiem braku obaw elit przed głosowaniem powszechnym, s. 95) po książkę zdecydowanie warto sięgnąć. M.in. przez swoją wielowymiarowość oraz wielowątkowość jest świetnym przyczynkiem do refleksji nad rzeczywistością.
Cóż, oczywiście są Żydzi - ale rozważcie sami, jak wielu - nawet wśród towarzyszy partyjnych - którzy przedstawili mi tę słynną petycję, gdzie jest powiedziane, że wszyscy Żydzi to świnie, tylko taki a taki jest uczciwym Żydem i należy zostawić go w spokoju. Zaryzykowałbym twierdzenie, że sądząc po liczbie tych petycji, jest w Niemczech więcej uczciwych Żydów, niż to w ogóle możliwe. (śmiechy na sali) Inaczej mówiąc, mamy w Niemczech tyle milionów ludzi, którzy znają jednego z tych słynnych uczciwych Żydów, że liczba ta jest większa niż liczba Żydów w ogóle. Chcę po prostu powiedzieć, że - jak to możecie stwierdzić w swoich kręgach - nawet każdy godny szacunku i uczciwy narodowy socjalista zna uczciwego Żyda." [fragment przemówienia Heinricha Himmlera, wygłoszonego w Poznaniu 6 października 1943 r., s. 135]
Na sam koniec słowo o przypisach do książki, bo w tym przypadku jest to temat do osobnego omówienia. Najwygodniej czyta mi się książkę, kiedy mam przypisy na dole danej strony -- system klasyczny, czy też tradycyjny. Przeżyję też, kiedy odsyłacz cyfrowy przenosi mnie na koniec książki -- a przypisy stanowią głównie odniesienia do źródeł lub drobne uzupełnienia podstawowych informacji.

W przypadku Lustra Zachodu przypisy (umieszczone na końcu książki) objętościowo mogłyby stanowić osobną, niedużą publikację. Nie ma w tym żadnej przesady -- zajmują 1/4 książki, 116 stron [s. 277-393]. I to jest koszmarne. Liczba przypisów i charakter podawanych tam informacji (nie tylko drobne uzupełnienia i źródła, ale też osobne omówienia różnych kwestii poruszanych w tekście głównym) powodują, że de facto książkę czyta się jednocześnie w dwóch miejscach. Już dawno żadna książka mnie tak nie wymęczyła pod tym względem.

Żeby tego było mało, niektóre z przypisów nie są jedynie uzupełnieniem informacji (nawet bardzo rozbudowanym), ale stanowią swego rodzaju kontrnarrację / prostowanie głównego tekstu [s. 318, przypis 83]. Chociaż w sumie najzabawniejszymi momentami były te, w których wydawca -- oczywiście w przypisach -- prostował błędy autora. Co najmniej czterokrotnie. Pierwszym z przypadków jest błędnie podana przez autora data wypowiedzenia przez Hitlera zdania o zniszczeniu rasy żydowskiej jako odpowiedzi na działania międzynarodowej, żydowskiej finansjery (i to podana błędnie dwa razy: zarówno w tekście głównym, jak i w przypisie, por. s. 73 oraz s. 317, przypis 80 [8]). Drugi przypadek, w którym polski wydawca prostuje informację na temat tzw. meczu śmierci, dopisując, że historia ta uważana jest współcześnie za element sowieckiej propagandy lub bardzo podkoloryzowaną historię, jest mniej "drastyczny" (por. s. 75 oraz s. 320, przypis 89). Dwa kolejne przypadki to przypis nr 8 ze s. 334 oraz przypis nr 32 ze s. 387. Nie wnikając w kwestie merytoryczne, pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że mówimy o stosunkowo nowej publikacji, nie wznowieniu po kilkudziesięciu latach.

Tak czy inaczej -- książka warta przeczytania.

Źródła:
[2] Oryginalny cytat:
For if there was to be no intervention to stop a genocide that was taking place, then the phrase "Never again" meant nothing more than: Never again would Germans kill Jews in Europe in the 1940s.
David Rieff, Slaughterhouse: Bosnia and the Failure of the West, s. 27.
[3] W opisie tym oczywiście pomijam książki-sumienia narodów, które co i rusz pojawiają się na krajowych lub zagranicznych /względem tematu/ rynkach wydawniczych, ewentualnie są tłumaczone. Z nowości (?) warto wspomnieć o książce Między „Placem Bohaterów” a „Rechnitz”. Austriackie rozliczenia Moniki Muskały, wydanej pod koniec zeszłego roku nakładem wydawnictwa Korporacja ha!art.
[4] Jean-Louis Vullierme, To myśmy stworzyli Hitlera, 10.06.2016 [aktualizacja: 12.06.2016], rp.pl.
[5] Szerszą listę czynników autor zamieścił na s. 17 (przedostatni akapit).
[6] Fragment hasła Konferencja bermudzka na stronie polskojęzycznej Wikipedii.
[7] Więcej na temat tej wymiany (sprawy Joela Branda) można przeczytać w artykule Rafała Kuzaka Ile kosztuje milion Żydów? z 11 września 2011 r. na ciekawostkihistoryczne.pl
[8] Treść przypisu nr 80 ze s. 317, nota od wydawcy (przypis wydawcy polskiego): Zdanie to wypowiedział Hitler w Reichstagu 30 stycznia 1939 r., wszelkie inne daty podane w tekście i przypisach są błędne.

Książka:
Jean-Louis Vullierme: Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia (fr. Miroir de l'Occident. Le nazisme et la civilisation occidentale), przełożyła Maria Żurawska, wydawnictwo W.A.B., wydanie I, Warszawa 2016. ISBN: 978-83-280-2795-4.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Sny i kamienie

Z beletrystyką jestem na bakier, dlatego też rzadko pojawiają się na tym blogu takie pozycje jak Sny i kamienie Magdaleny Tulli. Na publikację trafiłem jednak w mniej "nietypowym" dla mnie miejscu -- szukając informacji na temat Roberta Mosesa dotarłem do fragmentu utworu, wykorzystanego przez Łukasza Stępnika jako wstęp do wydania kwartalnika architektonicznego Rzut z 2015 r. [1].
Nikt już nie wiedział, czy doskonałość tego miasta ma spłynąć na mieszkańców, czy też – na odwrót – musieliby osiągnąć doskonałość, żeby w ogóle móc w nim wytrzymać. W chwilach rozpaczy zapytywali samych siebie, czy lenistwo jest defektem rasy, czy skutkiem urbanistycznego błędu.

Mieszkańcy miasta, choć niewiele rzeczy ich obchodziło, głęboko odczuwali drażliwość tej kwestii. Kiedy siedzieli przy kuchennych stołach nad stygnącą herbatą, wiedzieli dobrze, że nie są tymi, dla których miasto zostało zbudowane. Ciała mieli miękkie, kości kruche, ich umysły zbyt łatwo się męczyły, a ich pragnienia uciekały to w tę, to w tamtą stronę bez żadnej przyczyny. Ręka ledwo pasowała do uchwytu narzędzia, a serce było całkowicie oddzielone od reszty świata klatką żeber i powłoką skóry. Gdzie tylko spojrzeli, odkrywali obcość. [2]
W części tekstów dotyczących debiutu literackiego Magdaleny Tulli (w zasadzie niemal wszystkich, do których dotarłem) pojawia się zdanie o trudności w odczytaniu utworu. Magdalena Nowakowska Sny i kamienie nazwała (moim zdaniem nie do końca słusznie) traktatem [3], ale już na wstępie trzeba zaznaczyć, że kategoryzacja utworu powoduje u krytyków i recenzentów niemałe trudności (a w sprawie tej zabrała głos także sama autorka) [4]. W uporządkowaniu myśli o tym -- jakkolwiek by było - krótkim, ale bardzo gęstym utworze, nieoceniony okazał się tekst prof. Marka Zaleskiego Kometa Magdaleny Tulli, jedna z dwóch recenzji umieszczonych na końcu mojego wydania w charakterze posłowia. O Snach i kamieniach profesor pisał
Mnie na przykład przypomina barokowo wybujałe fantasmagorie Brunona Schulza, a jeszcze bardziej jego literackiej przyjaciółki, Debory Vogel, autorki eksperymentalnej prozy 'Akacje kwitną'. Ale pokrewieństwo jest dalekie, sprowadza się do zawierzenia stwórczej sile samego języka. [s. 92]

Dezynwoltura, z jaką [autorka] daje się ponieść własnej wyobraźni i sprawczej energii języka, imponuje. Efekt przypomina rzeczywistość przedstawioną na filmach awangardowych z lat trzydziestych - dziwnie odkształconą i znajomą zarazem. [s. 93]
Magdalena Tulli z pewnością wierzyła w język. Tworząc swój wielowymiarowy utwór prozatorski (traktat) korzystała z wielowymiarowości samego języka, rzucając nowe światło na to, co z pozoru znane i oswojone. W utworze, w centrum nienazwanego miasta, określanego m.in. jako gromada spiczastych liter W i A [5], umieszczono pałac (sięgający chmur gmach), którego pierwowzoru możemy doszukiwać się w Pałacu Kultury i Nauki. To właśnie w opisach tych realnych miejsc (a przynajmniej tych, które możemy sobie wyobrazić) najlepiej widać tę rzeczywistość dziwnie odkształconą i znajomą zarazem, o której pisał cytowany wcześniej prof. Zaleski.
Wieniec megafonów rozmieszczonych wokół podstaw centralnej budowli wystarczył do nagłośnienia nawet najdalszych ulic. Pałac wzniesiony po środku rozety był pełen marmurów i luster. Z sufitów tak wysokich, że były ledwie widoczne i zawsze jakby zamglone, zwieszały się kryształowe żyrandole, rozłożyste jak fontanny. Było tam dziesięć tysięcy par drzwi, z których przynajmniej połowę z miejsca zamknięto na klucz, ponieważ potrzebne były nie do przechodzenia, lecz dla symetrii. Tę zaś, skoro tak dobrze wyrażała ideę mechanicznej równowagi świata, podniesiono do rangi nadrzędnego założenia projektu. A klucze od drzwi od razu się pomieszały i pogubiły. (...) Lustra były niewiele mniejsze od ścian, na których wisiały, jedne naprzeciw drugich, odbijając odbicia i mnożąc je w nieskończoność. Kilometry posadzek uciekały w głąb lustrzanych przestrzeni, w ten bezkresny świat, oddzielony od naszego powierzchnią szkła. [s. 16]
Sny i kamienie korzystają z siły niemalże manichejskiego dualizmu, który został ukryty już w samym tytule utworu, odwołującym się do dwóch figur, które wydają się stanowić swoje zaprzeczenie -- figury duchowej (sen) i figury materialnej (kamień). Jednocześnie autorka stawia między nimi spójnik "i", który możemy odczytać w znaczeniu koniunkcyjnym, wiążącym te dwie rzeczywistości ze sobą. Na samym początku pojawia się też obraz drzewa i przeciwdrzewa, w którym podziemny konar jest przedłużeniem konara nadziemnego, każda gałąź połączona jest niewidocznym akweduktem z przeciwgałęzią, przywaloną tonami ziemi. [s. 5]
Bez względu na życiodajny przepływ, oddzielenie drzewa od przeciwdrzewa jest technicznie możliwe, choć podczas tego zabiegu życie ulatuje z obu części. Podobnie dzieje się z każdą inną rzeczą: oddzielenie jej widocznej części od części niewidocznej prowadzi do usychania. To, co przetrwa, z pewnością było od początku tylko częścią dekoracji teatralnej albo snu. [s. 13]
Są też w książce pojedyncze zdania, nad którymi chętnie zatrzymywałem się na dłużej, upajając się językiem. Książka Sny i kamienie -- jak napisał w recenzji Krzysztof Varga -- wymaga dyscypliny czytelniczej, wewnętrznego skupienia [6], ale jednocześnie jej treść potrafi oderwać od przyziemności. Jedno z moich ulubionych zdań jest fragmentem, który można odczytać jako opis dworca Warszawa Centralna (najlepszego na świecie miejsca dla cierpiących na bezsenność, gdyż na dworcu noc nigdy nie zapada, wieczór przemienia się tam od razu w poranek; s. 43-44).
Cierpiących na bezsenność jest w tym mieście wielu. Pora wyjaśnić, że to dla nich zbudowano dworce. [s. 44]
Jeżeli komuś z P.T. Czytelników / Czytelniczek nadal mało i szuka materiałów naukowych na temat Snów i kamieni, mogę polecić tekst prof. Arkadiusza Morawca, udostępniony na academia.edu: "Sny i kamienie" Magdaleny Tulli - płaszczyzny odczytań.

Na koniec zaś wątek łódzki, czyli wzmianka o autorce: Magdalena Tulli jest laureatka pierwszej edycji łódzkiej Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima, przyznawanej za całokształt twórczości (2013 r.).

Źródła:
[1] Kwartalnik Architektoniczny "Rzut" - Błędy. Rzut + 6, (1) 2015 zima-wiosna. Do pobrania tutaj. W podobnym charakterze spory (miejski) fragment utworu M.Tulli został opublikowany w 2012 r. na blogu Teoria architektury i urbanistyki: wpis Magdalena Tulli - Sny i kamienie, 7 września 2012.
[2] Fragment ten -- pochodzący z pierwszego lub drugiego wydania książki -- różni się od wersji, którą mam w wydaniu z 1996 r. (s.  28-29). O różnicach między wersjami wydawca wspomina na samym końcu książki: "(...) tekst 'Snów i kamieni' uległ w niniejszym wydaniu dość daleko idącym zmianom".
[3] Magdalena Nowakowska, ,,Sny i kamienie" Magdaleny Tulli, blog Magda siedzi między książkami, 13 lutego 2013.
[4] Arkadiusz Morawiec, Sny i kamienie" Magdaleny Tulli - płaszczyzny odczytań, academia.edu.
[5] Za Lidią Burską (tekst Narodziny miasta) można napisać: Lubiący stawiać kropki nad "i" uściślili, że [autorka pisała] o Warszawie [s. 89]. Na znaczenie odczytania miasta Warszawy w odniesieniu do interpretacji utworu zwracał uwagę prof. Arkadiusz Morawiec (zob. przypis [4]).
[6] Recenzje okładkowe książki Sny i kamienie, do przeczytania również na biblioNETka.pl.

Książka:
Magdalena Tulli: Sny i kamienie (wydanie trzecie zmienione), Wydawnictwo OPEN, Warszawa 1996. ISBN: 83-85254-41-2.