poniedziałek, 5 czerwca 2017

Sny i kamienie

Z beletrystyką jestem na bakier, dlatego też rzadko pojawiają się na tym blogu takie pozycje jak Sny i kamienie Magdaleny Tulli. Na publikację trafiłem jednak w mniej "nietypowym" dla mnie miejscu -- szukając informacji na temat Roberta Mosesa dotarłem do fragmentu utworu, wykorzystanego przez Łukasza Stępnika jako wstęp do wydania kwartalnika architektonicznego Rzut z 2015 r. [1].
Nikt już nie wiedział, czy doskonałość tego miasta ma spłynąć na mieszkańców, czy też – na odwrót – musieliby osiągnąć doskonałość, żeby w ogóle móc w nim wytrzymać. W chwilach rozpaczy zapytywali samych siebie, czy lenistwo jest defektem rasy, czy skutkiem urbanistycznego błędu.

Mieszkańcy miasta, choć niewiele rzeczy ich obchodziło, głęboko odczuwali drażliwość tej kwestii. Kiedy siedzieli przy kuchennych stołach nad stygnącą herbatą, wiedzieli dobrze, że nie są tymi, dla których miasto zostało zbudowane. Ciała mieli miękkie, kości kruche, ich umysły zbyt łatwo się męczyły, a ich pragnienia uciekały to w tę, to w tamtą stronę bez żadnej przyczyny. Ręka ledwo pasowała do uchwytu narzędzia, a serce było całkowicie oddzielone od reszty świata klatką żeber i powłoką skóry. Gdzie tylko spojrzeli, odkrywali obcość. [2]
W części tekstów dotyczących debiutu literackiego Magdaleny Tulli (w zasadzie niemal wszystkich, do których dotarłem) pojawia się zdanie o trudności w odczytaniu utworu. Magdalena Nowakowska Sny i kamienie nazwała (moim zdaniem nie do końca słusznie) traktatem [3], ale już na wstępie trzeba zaznaczyć, że kategoryzacja utworu powoduje u krytyków i recenzentów niemałe trudności (a w sprawie tej zabrała głos także sama autorka) [4]. W uporządkowaniu myśli o tym -- jakkolwiek by było - krótkim, ale bardzo gęstym utworze, nieoceniony okazał się tekst prof. Marka Zaleskiego Kometa Magdaleny Tulli, jedna z dwóch recenzji umieszczonych na końcu mojego wydania w charakterze posłowia. O Snach i kamieniach profesor pisał
Mnie na przykład przypomina barokowo wybujałe fantasmagorie Brunona Schulza, a jeszcze bardziej jego literackiej przyjaciółki, Debory Vogel, autorki eksperymentalnej prozy 'Akacje kwitną'. Ale pokrewieństwo jest dalekie, sprowadza się do zawierzenia stwórczej sile samego języka. [s. 92]

Dezynwoltura, z jaką [autorka] daje się ponieść własnej wyobraźni i sprawczej energii języka, imponuje. Efekt przypomina rzeczywistość przedstawioną na filmach awangardowych z lat trzydziestych - dziwnie odkształconą i znajomą zarazem. [s. 93]
Magdalena Tulli z pewnością wierzyła w język. Tworząc swój wielowymiarowy utwór prozatorski (traktat) korzystała z wielowymiarowości samego języka, rzucając nowe światło na to, co z pozoru znane i oswojone. W utworze, w centrum nienazwanego miasta, określanego m.in. jako gromada spiczastych liter W i A [5], umieszczono pałac (sięgający chmur gmach), którego pierwowzoru możemy doszukiwać się w Pałacu Kultury i Nauki. To właśnie w opisach tych realnych miejsc (a przynajmniej tych, które możemy sobie wyobrazić) najlepiej widać tę rzeczywistość dziwnie odkształconą i znajomą zarazem, o której pisał cytowany wcześniej prof. Zaleski.
Wieniec megafonów rozmieszczonych wokół podstaw centralnej budowli wystarczył do nagłośnienia nawet najdalszych ulic. Pałac wzniesiony po środku rozety był pełen marmurów i luster. Z sufitów tak wysokich, że były ledwie widoczne i zawsze jakby zamglone, zwieszały się kryształowe żyrandole, rozłożyste jak fontanny. Było tam dziesięć tysięcy par drzwi, z których przynajmniej połowę z miejsca zamknięto na klucz, ponieważ potrzebne były nie do przechodzenia, lecz dla symetrii. Tę zaś, skoro tak dobrze wyrażała ideę mechanicznej równowagi świata, podniesiono do rangi nadrzędnego założenia projektu. A klucze od drzwi od razu się pomieszały i pogubiły. (...) Lustra były niewiele mniejsze od ścian, na których wisiały, jedne naprzeciw drugich, odbijając odbicia i mnożąc je w nieskończoność. Kilometry posadzek uciekały w głąb lustrzanych przestrzeni, w ten bezkresny świat, oddzielony od naszego powierzchnią szkła. [s. 16]
Sny i kamienie korzystają z siły niemalże manichejskiego dualizmu, który został ukryty już w samym tytule utworu, odwołującym się do dwóch figur, które wydają się stanowić swoje zaprzeczenie -- figury duchowej (sen) i figury materialnej (kamień). Jednocześnie autorka stawia między nimi spójnik "i", który możemy odczytać w znaczeniu koniunkcyjnym, wiążącym te dwie rzeczywistości ze sobą. Na samym początku pojawia się też obraz drzewa i przeciwdrzewa, w którym podziemny konar jest przedłużeniem konara nadziemnego, każda gałąź połączona jest niewidocznym akweduktem z przeciwgałęzią, przywaloną tonami ziemi. [s. 5]
Bez względu na życiodajny przepływ, oddzielenie drzewa od przeciwdrzewa jest technicznie możliwe, choć podczas tego zabiegu życie ulatuje z obu części. Podobnie dzieje się z każdą inną rzeczą: oddzielenie jej widocznej części od części niewidocznej prowadzi do usychania. To, co przetrwa, z pewnością było od początku tylko częścią dekoracji teatralnej albo snu. [s. 13]
Są też w książce pojedyncze zdania, nad którymi chętnie zatrzymywałem się na dłużej, upajając się językiem. Książka Sny i kamienie -- jak napisał w recenzji Krzysztof Varga -- wymaga dyscypliny czytelniczej, wewnętrznego skupienia [6], ale jednocześnie jej treść potrafi oderwać od przyziemności. Jedno z moich ulubionych zdań jest fragmentem, który można odczytać jako opis dworca Warszawa Centralna (najlepszego na świecie miejsca dla cierpiących na bezsenność, gdyż na dworcu noc nigdy nie zapada, wieczór przemienia się tam od razu w poranek; s. 43-44).
Cierpiących na bezsenność jest w tym mieście wielu. Pora wyjaśnić, że to dla nich zbudowano dworce. [s. 44]
Jeżeli komuś z P.T. Czytelników / Czytelniczek nadal mało i szuka materiałów naukowych na temat Snów i kamieni, mogę polecić tekst prof. Arkadiusza Morawca, udostępniony na academia.edu: "Sny i kamienie" Magdaleny Tulli - płaszczyzny odczytań.

Na koniec zaś wątek łódzki, czyli wzmianka o autorce: Magdalena Tulli jest laureatka pierwszej edycji łódzkiej Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima, przyznawanej za całokształt twórczości (2013 r.).

Źródła:
[1] Kwartalnik Architektoniczny "Rzut" - Błędy. Rzut + 6, (1) 2015 zima-wiosna. Do pobrania tutaj. W podobnym charakterze spory (miejski) fragment utworu M.Tulli został opublikowany w 2012 r. na blogu Teoria architektury i urbanistyki: wpis Magdalena Tulli - Sny i kamienie, 7 września 2012.
[2] Fragment ten -- pochodzący z pierwszego lub drugiego wydania książki -- różni się od wersji, którą mam w wydaniu z 1996 r. (s.  28-29). O różnicach między wersjami wydawca wspomina na samym końcu książki: "(...) tekst 'Snów i kamieni' uległ w niniejszym wydaniu dość daleko idącym zmianom".
[3] Magdalena Nowakowska, ,,Sny i kamienie" Magdaleny Tulli, blog Magda siedzi między książkami, 13 lutego 2013.
[4] Arkadiusz Morawiec, Sny i kamienie" Magdaleny Tulli - płaszczyzny odczytań, academia.edu.
[5] Za Lidią Burską (tekst Narodziny miasta) można napisać: Lubiący stawiać kropki nad "i" uściślili, że [autorka pisała] o Warszawie [s. 89]. Na znaczenie odczytania miasta Warszawy w odniesieniu do interpretacji utworu zwracał uwagę prof. Arkadiusz Morawiec (zob. przypis [4]).
[6] Recenzje okładkowe książki Sny i kamienie, do przeczytania również na biblioNETka.pl.

Książka:
Magdalena Tulli: Sny i kamienie (wydanie trzecie zmienione), Wydawnictwo OPEN, Warszawa 1996. ISBN: 83-85254-41-2.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw słowo swoje.