sobota, 17 stycznia 2009

Aspidistra jest drzewem życia...

George Orwell (właściwie Eric Arthur Blair)
Wiwat Aspidistra! (org. Keep the Aspidistra Flying)

Kiedy jeszcze jakiś czas temu miałem nieco więcej czasu na czytanie, z sobie tylko nieznanych względów postanowiłem sięgnąć po "coś więcej" Orwella. W ręce wpadła mi wtedy książka, o zupełnie niezrozumiałym dla mnie tytule - Wiwat aspidistra! . Jest to jedna z wcześniejszych książek tego autora, który szerzej znany jest właściwie tylko z Folwarku zwierzęcego (org. Animal Farm) oraz 1984 (org. Nineteen Eighty-Four). Co bardziej "zaawansowani" mogą kojarzyć również jego wspomnienia z czasów wojny domowej w Hiszpanii, czyli W hołdzie Katalonii (org. Homage to Catalonia). Przyznaję się bez bicia, że sam jeszcze tego nie czytałem, jak i wielu innych książek Orwella - ale wszystko przede mną.

Warto też zauważyć, że chyba na większości tylnych okładek (które nałogowo oglądam) innych książek Orwella rzadko kiedy się zdarza, aby piszący tam człowiek nie wspomniał, że jest to utwór TEGO Orwella, autora Folwarku zwierzęcego i 1984. Właściwie nie wiem, czy jest to błogosławieństwem czy zmorą dla autora - napisanie dwóch takich Dzieł. Później każdy [czytający], który słyszy "Orwell" - mówi jak zaprogramowany o tych dwóch pozycjach.
A żeby było śmieszniej... Orwell nigdy nie był zadowolony z tego, co napisał - sam nie uważał się za żadnego wielkiego pisarza i właściwie ze zdziwieniem miał zareagować na sukces Folwarku zwierzęcego. Uważał, że jeżeli książka jakiegoś autora odniesie taki sukces, następna już niemal napewno będzie zupełnie nieudana. Następną jego książką był 1984 [1].

Ale co do samego Wiwat Aspidistra!...

Początkowo rzeczywiście wydaje się, że książka "nie dorówna" słynniejszym pozycjom autora (nie dorówna celowo wzięte w cudzysłów, bo o ile 1984 można jakoś porównać z Folwarkiem zwierzęcym, o tyle Wiwat Aspidistra! jest książką zgoła inną, którą - moim zdaniem - trudno jest do nich porównywać; poza tym może i słuszną była by teza, że w ogóle nie powinno się porównywać książek...). Warto jednak wczytać się dalej, zamiast zatrzymywać się na pierwszych kilkunastu stronach.

Zastanawialiście się kiedyś, czym są w życiu pieniądze? Główny bohater Aspidistry - Gordon Comstock - zastanawia się nad tym niemal na każdym kroku. Młodzieńczy bunt przeciwko wszechobecnej władzy pieniądza przeradza się w filozofię życia, element konstytuujący jego jestestwo. Żyjąc w ciągłej świadomości (urojeniu?), że bez pieniędzy nie można mieć nic, bo wszystko w życiu toczy się wokół pieniądza - odrzuca "dobrą pracę", która mogła by mu zapewnić godziwe życie i decyduje się na mało płatną pracę w wypożyczalni książek, z której pensja nigdy nie wystarcza mu do końca tygodnia. Jest pisarzem, a pisanie to w zasadzie jedyna rzecz, która ma dla niego jeszcze jakieś znaczenie. Dzięki "drobnej pomocy" jego wpływowego przyjaciela (o której zresztą sam nic nie wiedział) wydał jedyny tomik poezji Myszy, który zebrał nawet kilka pozytywnych komentarzy. Od wydania tomiku przez dwa lata stara się ukończyć Rozrywki londyńskie, których los wydaje się równie opłakany, co jego. Przez obsesję na punkcie pieniędzy odrzuca pomoc najbliższych (korzystając jednak - wbrew swoim zasadom - z pomocy ledwo wiążącej koniec z końcem siostry Julii), odrzuca miłość kobiety, wierząc, że i tak uczucie to nie ma większego sensu - gdyż on - Gordon Comstock, nadzieja rodu Comsotcków - nie mając pieniędzy, nigdy nie będzie w stanie jej utrzymać... I wszędzie otaczają go aspidistry - kwiaty, które widuje w oknach niemal każdego domu w Londynie. Są wszędzie tam, gdzie ludzie rodzą się, kochają, umierają - a on wydaje się jedynie wegetować, bezpłodny i nieużyteczny. Bez pieniędzy.

Pewnego dnia otrzymuje od jednej z gazet, do której wysyłał co jakiś czas swoje wiersze, honorarium za umieszczenie jego utworu. Choć suma, jaką zaczyna w tym momencie dysponować jest relatywnie niewielka, dla człowieka notorycznie borykającego się z brakiem funduszy jest to majątek. Oszołomiony możliwościami "człowieka majętnego" wydaje niemal wszystkie pieniądze na alkohol i prostytutki...

To oczywiście nie są wszystkie wątki, bo to, co stało się po szaleńczej nocy pełnej alkoholu, hulanek i swawoli ma znaczne konsekwencje na dalsze losy Gordona. Właściwie waham się tu między omawianiem książki, a zasadami netykiety, zabraniającymi zdradzania szczegółów fabuły utworów. Dlatego myślę, że zainteresowani sami sięgną po tę pozycję. Jest to (jak dla laika) całkiem ciekawe studium psychologiczne osoby pogrążonej w urojeniach, dążącej do absurdalnych celów kosztem siebie i najbliższych. Zaś na końcu następuje pewna zmiana - główny bohater poddaje się, przegrywa - ale czy na pewno?

Przypisy:
[1] George Orwell, "Życie w anegdotach", wyd. Oskar, 1994.

czwartek, 15 stycznia 2009

I stało się - i ponoć widział, że było dobre.

Po długich pertraktacjach z osobą własną (w cztery oczy), po głębokich rozważaniach (czekając, aż mi się woda na herbatę zagotuje), po innych czynnościach, zgoła zbytecznych - postanowiłem, zaś postanowienie moje blogiem się stało.

Po kilku perypetiach i kilkugodzinnym głowieniem się nad nazwą, blog się w pełni zmaterializował w internetowej przestrzeni - jako post scriptum.

Dlaczego właśnie tak? Gdyż nie będę pisał wstępów przed autorem, bo i kimże jestem, aby dzieła poprzedzać? Tym bardziej nie będę się wtrącał, aby nie zmącić myśli, nie zachwiać ręki, nie pomieszać szyku - po prostu nie przeszkadzać. Stanę cicho z boku, obserwując poczynania, kolejne zmagania autora ze sobą, ze światem i z tymi, którym coś on chce powiedzieć. Niech on się stanie słowem dla innych.

Ja będę na końcu, po wszystkim - po oklaskach i gwizdach dla aktorów, po posprzątaniu wszystkich róż oraz pomidorów ze sceny, po łzach wzruszenia i westchnieniach zawodu. Jak post scriptum, umieszczane dopiero po podpisie autora.

Swoją drogą - zastanawiające:
Książka w języku łacińskim - o ile się nie mylę - to liber.
Homo liber - to człowiek wolny.

Z tego, co udało mi się zapamiętać z nielicznych lekcji języka łacińskiego, na jakich dziwnym zrządzeniem losu przyszło mi się kiedyś pojawić, język ten jest bardzo logiczny w swych zasadach...

Post scriptum
Jalkikirjoitus (a właściwie to Jälkikirjoitus) nie jest niczym innym, jak fińskim odpowiednikiem zwrotu post scriptum. Nie, żebym jakoś szczególnie język fiński znał... Nazwa taka - jako adres bloga - wynikła z innych zgoła przyczyn, niż zafascynowanie finlandyzacją polityki, muminkami czy ideą Jokamiehenoikeus (swoją drogą - niezwykle sympatyczną; niestety pewnie niemożliwą do przeniesienia na grunt polski...).

Ale to temat na innego bloga - i pewnie się pojawi w niedługim czasie.