piątek, 4 sierpnia 2017

Opowieść podręcznej

Przyznam uczciwie, że po Opowieść podręcznej sięgnąłem ze względu na protesty zorganizowane z okazji wizyty [buca [1]] Donalda Trumpa w Polsce [2], które -- jak się domyślam -- mogły być pokłosiem serialu stworzonego na podstawie książki Margaret Atwood, który od niedawna emituje jedna z popularnych platform VOD. Jak już się tu kiedyś przyznawałem z beletrystyką jestem na bakier, ale ze względu na ciepłe uczucia, które żywię w kierunku filmowego gatunku Sci-Fi, antyutopie / dystopie są bliskie mojemu sercu -- tym chętniej sięgnąłem po Opowieść podręcznej. Tym bardziej, że mam ochotę na sięgnięcie po jej ekranizację filmową z 1990 r. w reżyserii Volkera Schlöndorffa (twórcy m.in. ekranizacji Blaszanego bębenka Güntera Grassa z 1979 r. czy Dyplomacji z 2014 r.).

Z uwagi na to, że nie mogłem doczekać się egzemplarza z łódzkiej biblioteki wojewódzkiej (obchodzącej w tym roku -- to tak swoją drogą -- stulecie swojej działalności), a potrzebowałem książki "na już" (wyjazd do Wrocławia), skorzystałem po raz kolejny z dobrodziejstwa karty absolwenta Uniwersytetu Łódzkiego, o której pisałem na swoim drugim blogu w marcu 2015 r. Co ciekawe udało mi się tam dostać najnowsze wydanie książki z 2017 r., wydane na fali serialu -- z serialową okładką, którą widzicie na samej górze wpisu (z charakterystycznym, niebieskim znacznikiem bibliotecznym).

Ktoś mi kiedyś mówił, że nie lubi(ł) serialowych okładek książek -- niestety nie pamiętam już kto. Próbuję też odgrzebać w pamięci powody, dla których tak się działo -- pamięć niestety znów zawodzi. O ile pamiętam (choć pewności mieć nie mogę) chodziło o wprowadzanie czytelnika w błąd (lub w tzw. mylne przekonanie) co do tego, że dana książka jest pochodną filmu lub serialu, że to z filmem lub serialem jest związane jej istnienie. Symbolicznie (w warstwie wizualnej) odbiera się jej wtedy wartość jako dzieła samego w sobie, w imię sprawniejszego działania maszynki promocyjno-marketingowej.

Nie jestem przesadnie serialowy (dlatego też nie wiem, co w serialu zostało zawarte z książki), ale postaram się nie psuć opisem nikomu zanadto zabawy. Jeżeli mimo wszystko się lękasz o to, że dowiesz się za dużo, przeskocz proszę niżej do części {KONIEC OPISU}.

Dystopijna powieść Margaret Atwood rozgrywa się na terenie Gileadu [3], którego nazwa (odczytywana jako kopiec świadectwa) nie bez przyczyny nawiązuje do starotestamentalnej krainy w Zajordaniu, pomiędzy rzekami Arnon i Jarmuk, na południe od Baszanu. Obszar ten -- przed objęciem władzy przez nowy reżim -- był Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Jednocześnie w tle akcji toczy się bliżej niezidentyfikowany konflikt zbrojny -- być może toczącej się wciąż wojny domowej z przeciwnikami reżimu, ale niekoniecznie.
Od kiedy Ameryka Środkowa dostała się w ręce Libertheos [4], rzadko kiedy [pomarańcze -- JG] bywają w sprzedaży: czasem są, a czasem ich nie ma. Z powodu wojny zdarzają się kłopoty z dostawami pomarańczy z Kalifornii, a i na Florydzie nie można polegać, kiedy drogi są zablokowane albo szyny kolejowe wysadzone w powietrze [s. 36]
Motyw ten jako żywo przywołał mi na myśl Rok 1984 George'a Orwella, z oczywistymi zastrzeżeniami: w uniwersum Opowieści podręcznej nadal istnieją państwa, jakie znamy (pojawia się m.in. motyw turystów z Japonii [s. 39]), wojna ma najpewniej charakter wojny religijnej -- jednak tak jak u Orwella jednym z głównych przyczyn jej prowadzenia jest utrzymywanie reżimu wojskowego w państwie.

W państwie totalitarnym, swoimi prawami przypominającym teokrację, każdego człowieka określa jego funkcja społeczna mu przypisana. Ścisłą kontrolę społeczną umożliwiają obowiązkowe stroje, charakterystyczne dla każdej z grup.
(...) kiedy tak [strażnicy -- JG] sterczą godzinami przy tej zaporze, przez którą przepuszczają tylko Komendantów Wiernych w ich długich, czarnych, mruczących limuzynach, ich niebieskie Żony, na biało zawoalowane córki, pilnie uczęszczające na uroczystości Wybawienia czy Modliwile, przysadziste zielone Marty, chodzące pieszo czerwone Podręczne, a od czasu do czasu jakiś porodomobil czy czarną furgonetkę z białym uskrzydlonym okiem na boku. [s. 32]
Źródło: https://www.autostraddle.com

Zniewolenie przez system zostało oparte na przewrotnym odczytaniu heglowskiej koncepcji wolności negatywnej i wolności pozytywnej ("wolności od czegoś" i "wolności do czegoś"). Zgodnie wypaczonym rozumieniem myśli Hegla, zniewolenie przez system ukazano kobietom w kontekście fałszywej alternatywy -- uzyskania wolności od zagrożeń, które czyhały na nie w poprzedniej rzeczywistości (czasach anarchii) kosztem wolności osobistej.
Pamiętam obowiązujące w tamtym czasie reguły, wprawdzie niepisane, ale reguły, które każda kobieta znała na pamięć: nigdy nie otwieraj drzwi obcemu. nawet jeśli twierdzi, że to policja. Niech ci wsunie pod drzwi dowód tożsamości. Nigdy nie zatrzymuj się na drodze, żeby udzielić pomocy kierowcy, który jakoby jest w kłopocie. Patrzeć przed siebie i iść dalej. Jeżeli ktoś zagwiżdże, nie odwracaj się. Nigdy nie chodź do pralni sama wieczorem. (...) Teraz chodzimy tą samą ulicą, czerwonymi parami, żaden mężczyzna nie wykrzykuje za nami świństw, nie zaczepia nas, nie dotyka. Nikt nie gwiżdże. Jest więcej niż jeden rodzaj wolności, powiedziała ciotka Lidia. Wolność czegoś i wolność od czegoś. W czasach anarchii panowała wolność czegoś. Teraz zostałyście obdarzone wolnością od czegoś. Chciałabym, żebyście to doceniły. [s. 35-36]
Centralnym motywem, wokół którego ogniskują się najważniejsze sprawy gileadzkiego społeczeństwa, jest seksualność, która szczególnego wymiaru nabiera w kontekście prokreacji. Ważnym punktem odniesienia jest fakt występowania problemów z posiadaniem potomstwa przez sferę rządzącą. Dzięki tak ustanowionym wartościom, w połączeniu z reżimem państwa totalitarnego, życie kobiet zostało podporządkowane kwestii rodzenia dzieci. Głównym zadaniem Podręcznych jest odbywanie stosunku seksualnego z Komendantem -- w ramach obrzędu Ceremonii -- w którym uczestniczy także Żona Komendanta (siedząca przy wezgłowiu łóżka i trzymająca między nogami głowę Podręcznej, którą w tym momencie zapładnia jej mąż). Dla Podręcznej -- ale także dla Żony, w imieniu której Podręczna ma urodzić dziecko -- zajście w ciążę oznacza awans społeczny, zaś w sytuacji, w której mimo kolejnych prób Podręczna w ciążę nie zajdzie, czeka ją zesłanie do Kolonii (miejsca ciężkiej, fizycznej pracy -- niejednokrotnie w warunkach bezpośrednio zagrażających życiu).

Gileadzkie społeczeństwo pełną odpowiedzialnością za podtrzymanie wzrostu demograficznego obarczyło kobiety. Główne konsekwencje ponoszą Podręczne, jednak z powieści dowiemy się także o wadze narodzin potomka dla Żon, a nawet dla Mart (pełniących funkcje służących / kucharek w domach Komendantów). Ciała kobiet (Podręcznych) stały się inkubatorami gileadzkiego społeczeństwa, zajście w ciążę -- esencją kobiecości. Co najmniej część kobiet -- w tym narratorka -- przyjęła te oczekiwania jako swoje, zgadzając się w imię przyrostu naturalnego na zapłodnienie przez Komendanta w ramach Ceremonii, oczekując na nią jak "tuczone prosię".
- Większość z tych facetów już nie może - mówi. - Albo jest bezpłodna. Zatkało mnie. Użył zakazanego słowa: b e z p ł o d n y. Już teraz nie istnieje nic takiego jak bezpłodny mężczyzna, w każdym razie oficjalnie. Płodne lub bezpłodne mogą być tylko kobiety, tak stanowią przepisy. [s. 75]
Zapadam się w swoje ciało jak w grzęzawisko, jak w moczary, gdzie tylko ja potrafię wyczuć stały grunt pod nogami. (...) Jestem jak ziemia, do której przykładam ucho, nasłuchując odgłosów przyszłości. (...) Co miesiąc z lękiem wyczekuję krwi, ponieważ jej pojawienie się oznacza porażkę. Znów zawiodłam oczekiwania innych, które stały się moimi oczekiwaniami. [s. 90]
Czekam, umyta, uczesana, nakarmiona, jak tuczone prosię. [s. 85]
Przy czym w oficjalnym dyskursie Podręczne służyły jedynie do rodzenia -- nie było mowy o pełnieniu przez nie roli gejsz czy kochanek [s. 164-165].

System Gileadu swoimi opresjami dotyka wszystkich [5], którzy stoją na przeszkodzie w realizacji jego idei, wymierzając "sprawiedliwość" na publicznych uroczystościach, nazywanych Uroczystościami Wybawienia (organizowanymi głównie z udziałem mężczyzn -- w roli ofiar i widzów [s. 45], ale wyjątkowo organizowanymi także w takiej samej konfiguracji z udziałem kobiet [s. 321 i nast.]). Karane są nie tylko bieżące występki, ale także wcześniejsze przewiny -- w ramach toczących się działań wojennych.
Mężczyźni mają na sobie białe fartuchy, jak te, które noszą lekarze i pracownicy naukowi. (...) Każdy ma zawieszoną na szyi tabliczkę informującą, za co został stracony: rysunek przedstawiający ludzki płód. A więc byli lekarzami, dawniej, kiedy takie rzeczy były legalne. Nazywano ich producentami aniołków. Zostali zdemaskowani teraz przy okazji badania dokumentów szpitalnych albo raczej - skoro większość szpitali widząc, co się święci, poniszczyła swoje dokumenty - przez donosicieli: byłe pielęgniarki czy pary pielęgniarek, jako że świadectwo pojedynczej kobiety przestało być wiarygodne; przez innych lekarzy lub wreszcie przez kogoś oskarżonego, kto mszcząc się na wrogu albo po prostu odgrywając się na innych, rozpaczliwie próbował ratować własną skórę. Chociaż donosicieli nie zawsze ułaskawiano. Ci mężczyźni - tłumaczą nam - są jak zbrodniarze wojenni. To żadna wymówka, że kiedy się dopuszczali tych czynów, takie praktyki były legalne: ich zbrodnie nie ulegają przedawnieniu. Popełnili okrucieństwa i dlatego muszą posłużyć za przykład dla innych. Chociaż właściwie to nie jest potrzebne. Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie przerwie w dzisiejszych czasach ciąży, jeśli już zdoła w nią zajść.  [s. 45]
Oczywiście wieszano też innych -- księży (w ramach walk religijnych) czy homoseksualistów (za "Zdradę Rodzaju") [s. 55]. 

Co ciekawe -- lub istotne -- do stworzenia tego systemu walnie przyczyniły się same kobiety. I nie chodzi mi np. o funkcyjne Ciotki, tresujące Podręczne w Czerwonym Centrum czy o Żony Komendantów. Mam przy tym wrażenie, że jest to kwestia nieczęsto podnoszona przy okazji (polskiej?) rozmowy na temat Opowieści podręcznej. Nie jest to wątek jakoś szczególnie eksploatowany, jednak we wspomnieniach Fredy (Podręcznej, narratorki) pojawia się taki motyw.
Albo gdzieś w parku z matką. Ile mogłam mieć wtedy lat? Było zimno, nasze oddechy tworzyły przed nami białe obłoki (...). Pod palcami w kieszeni okruszyny chleba. No właśnie: powiedziała, że idziemy karmić kaczki. Ale tak naprawdę, to przyszła dlatego, że pewne kobiety paliły tu książki. Chciała się zobaczyć ze swoimi przyjaciółkami (...). Wśród tych kobiet znajdowali się też i mężczyźni, a te książki to były czasopisma. Musieli lać benzynę, bo płomienie strzelały wysoko, a potem wrzucali do ognia pisma ze skrzynek, nie za wiele naraz. Niektórzy śpiewali; zbierali się gapie. Na twarzach tych ludzi malowało się szczęście, niemal ekstaza. Ogień ma to w sobie. Nawet twarz mojej matki, zwykle blada i mizerna, zaróżowiła się, radosna jak kartka świąteczna. (...) Kobieta wręczyła mi jedno z pism. Na okładce była ładna dziewczyna, która nie miała na sobie nic i zwisała z sufitu na łańcuchu owiniętym wokół przegubów rąk. Popatrzyłam na to z zainteresowaniem. Nie przestraszyłam się. Myślałam, że ona tak się huśta na tym łańcuchu jak Tarzan na linach w telewizji. - Nie pozwól jej tego oglądać - powiedziała moja matka. - No, rzucaj, prędko. Wrzuciłam pismo do ognia. [s. 50-51]
Motyw niszczenia dzieł zakazanych jest dość popularnym motywem w historii ludzkości (kojarzonym dziś głównie z kościelnym indeksem ksiąg zakazanych, ale też z działaniami nazistów z 1933 r.). Zawsze jednak przy takich okazjach lubię wracać pamięcią do jednej z -- moim zdaniem -- najważniejszych, współczesnych myśli społeczno-politycznych, wygłoszonej przez niemieckiego literata, Heinricha Heinego po wydarzeniach w Wartburgu w 1817 r.
Gdzie się pali książki, dojdzie w końcu do palenia ludzi.
[Wo man Bücher verbrennt, verbrennt man am Ende Menschen]
Jest to dla mnie ciekawe zagadnienie, wokół którego można zbudować interesującą narrację na temat książki M.Atwood.

Jak zaś do tego wszystkiego doszło? Cóż -- w 1985 r., kiedy książka Margaret Atwood była wydawana po raz pierwszy, zagrożenie terrorystyczne było od dawna jak najbardziej dostrzegalne (nie tylko ze względu na terroryzm związany z radykalnymi ruchami islamistycznymi, który na większą skalę w USA zaczął występować -- o ile się nie mylę -- dopiero kilka lat później; por. zamach na World Trade Center w 1993). Jednak ten fragment brzmi wyjątkowo złowieszczo teraz, 32 lata po premierze książki.
Po katastrofie zastrzelili prezydenta, z automatu skosili cały Kongres i wojsko ogłosiło stan wyjątkowy. A potem zwalili to na ekstremistów islamskich. (...) A doszło do tego, kiedy zawiesili konstytucję. Powiedzieli, że to czasowe. Nawet nie było żadnych demonstracji. Ludzie siedzieli po domach i gapili się w telewizory, czekali na jakieś wskazówki. Nie było nawet żadnego konkretnego wroga, przeciw któremu można by się obrócić (...) Tygodniami trwał taki stan zawieszenia, chociaż wiele się w tym czasie działo. Zaczęto cenzurować prasę, a niektóre gazety w ogóle zlikwidowano - jakoby ze względu na bezpieczeństwo. Pojawiły się na ulicach zapory, wprowadzono karty identyfikacyjne. Wszyscy to popierali, no bo ostrożności nigdy za wiele.. Mówili też, że będą nowe wybory, ale że to musi potrwać, bo trzeba je przygotować. A na razie mamy się zachowywać normalnie. [s. 208-209]

{KONIEC OPISU}


Nie jestem tłumaczem, nie czytałem również oryginału (brzmi prawie jak "nie znam się, ale się wypowiem") -- mimo to chciałbym wtrącić na koniec jedną rzecz, która mocno raziła mnie podczas lektury wydania Opowieści podręcznej z 2017 r. Chodzi o dziwne (niezrozumiałe) spolszczenie imion niektórych bohaterów. Nick pozostał w polskim wydaniu Nickiem (a nie Mikołajem [6]), imię Moira nie ma też prawdopodobnie żadnego dobrego odpowiednika; Fred (występujący głównie jako Komendant) pozostał Fredem (a nie spolszczonym Frederykiem czy Alfredem). Jednak już Luke stał się "Łukaszem", zaś spora część Ciotek (których imiona -- w oryginale -- miały pochodzić od nazw produktów z okresu tuż przedgileadzkiego: serii kosmetyków, kremów do ciast, mrożonych deserów czy leków [por. s. 362]) "dostała" od tłumaczki lub wydawcy polskie imiona: Lidia, Janina, Helena czy Elżbieta [por. s. 88-89]. W tym miejscu tłumaczenie książki całkowicie rozeszło się z jej oryginalną koncepcją.

Ciekawym zabiegiem językowym w oryginalnej wersji językowej powieści (The Handmaid's Tale) było nadanie głównym bohaterkom imion Offred (w polskim wydaniu: Freda) oraz Ofglen (odpowiednio: Glena). Oryginalne imiona, wykorzystując właściwości leksykalne języka angielskiego, w ciekawy sposób pokazywały zależność tych postaci od ich "właścicieli" (Offreda: osoba należąca do Freda -- "of Fred" oraz "Ofglen", czyli osoba należąca do Glena -- "of Glen"). W polskiej wersji językowej nie jest to już tak bardzo widoczne przez to, że żeńskie imiona najczęściej kończy samogłoska "-a" (oczywiście nie jest to aż tak rażące jak "Łukasz" czy "Ciotka Elżbieta"). Na całe szczęście nikt nie próbował tłumaczyć na siłę imienia Sereny Joy.

[dopisek z 11 sierpnia 2017 r.]

Niedawno sprawdziłem obsadę serialowej ekranizacji Opowieści podręcznej i okazało się, że aktorki grające Fredę (Elisabeth Moss) oraz Serenę Joy (Yvonne Strahovski) są równolatkami -- obie to rocznik 1982. OK, Elisabeth Moss jest młodsza od Yvonne Strahovski o 6 dni. Z perspektywy powieści jest to zupełnie bez sensu, ale seriale rządzą się swoimi prawami.

Źródła:
[1] Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Niestety -- ze względu na jego zachowanie -- darzę tego faceta prawdziwą i szczerą antypatią. Uznajmy, że w ramach traktowania ulgowego użyte w tekście słowo "buc" będziemy rozumieli w kontekście ogólnym, nie jako krakowski regionalizm (choć i tak myślę, że mu się należy).
[2] Paulina Domagalska: Donald Trump w Polsce: podręczne przeciw prezydentowi seksiście. Od sufrażystek po Riot Grrrl, czyli jak Amerykanki walczyły na ulicach o swoje prawa, wyborcza.pl, 5 lipca 2017. [dostęp: 03.08.2017]
[3] Jeżeli chodzi o dokładną lokalizację, to być może jest to Cambridge w stanie Massachusetts. Miasto jest ważnym ośrodkiem akademickim (Uniwersytet Harvarda i Massachusetts Institute of Technology mówią same za siebie), zaś część istotnych dla fabuły wydarzeń odbywa się na terenie dawnego (nienazwanego) uniwersytetu. Poza tym -- co jest zdecydowanie istotniejsze -- w książce jest fragment, w którym bohaterka mówi o swojej matce, że ta mieszkała po drugiej stronie rzeki w Bostonie [s. 213]
[4] Jeżeli chodzi o "Libertheos": znalazłem ciekawą informację wyjaśniającą ten trudny do odczytania z perspektywy polskiego czytelnika motyw
The Libertheos - Liberation Theology was an influential movement within the Roman Catholic Church in the 1980s and subsequently. It was criticised by more conservative elements within the Church for, essentially, ‘baptising’ Marxist ideology, in calling for political liberation for oppressed peoples and taking up the priority of an ‘option for the poor’.
Przeczytaj więcej na: The Handmaid's Tale by Margaret Atwood, Tower Notes. Literature Notes on a Higher Level [dostęp: 03.08.2017]. Ta strona to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat Opowieści podręcznej.
[5] W uniwersum Gileadu karani są co prawda wszyscy, jednak kobiety od samego początku kształtowania się systemu zostały pozbawione podstawowych praw (bez względu na ich nastawienie wobec nowych idei).
- Czy próbowałaś dziś coś kupić na swoją kompukartę?
- Tak - odparłam i opowiedziałam jej również o tym.
- Zamrozili je. Moją też. I organizacyjną. Wszystkie rachunki oznaczone literą K, a nie M. (...) Jesteśmy odcięte.
- Ale ja mam na koncie ponad dwa tysiące dolarów - powiedziałam, jakby liczył się tylko mój rachunek.
- Kobietom nie wolno nic posiadać - odparła. - Nowe zarządzenie. Oglądałaś dzisiaj telewizję?
- Nie.
[6] Swoją drogą zamiana imienia "Nick" na "Mikołaj" byłaby dość zabawna ze względu na silne w polskiej kulturze konotacje bożonarodzeniowe. W kulturze anglosaskiej -- w tym kontekście -- funkcjonuje postać najczęściej określana jako Santa Claus (rzadziej zaś nazywana Saint Nicholas, Saint Nick, Kris Kringle czy Father Christmas).

Książka:
Margaret Atwood: Opowieść podręcznej (ang. The Handmaid's Tale), z angielskiego przełożyła Zofia Uhrynowska-Hanysz, wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2017. ISBN: 978-83-8032-171-7.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw słowo swoje.