środa, 20 kwietnia 2016

13 pięter

Książki autorstwa Filipa Springera w zasadzie zacząłem czytać od końca. Przede mną nadal "Miedzianka. Historia znikania", "Wanna z kolumnadą" czy "Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach". Ot, w ramach prezentu świątecznego "13 pięter" wpadło mi w ręce jako pierwsze. W związku z moją triskaidekafilską przypadłością jakoś specjalnie nie żałuję.

Zacznę od fragmentu podziękowań [czyli znów od końca], które F.Springer kieruje w stronę tych, którzy pomogli mu zgłębiać tajniki polityki mieszkaniowej w II i III RP:
Pisząc o problemie mieszkaniowym w Polsce, dość łatwo wpaść w rewolucyjny szał. Oni wszyscy z gracją go we mnie gasili. Jestem im za to niezmiernie wdzięczny. [s. 269-270]
Nie mam pojęcia, ile w tych słowach kurtuazji a ile prawdy. Wiem tylko, że czytając tę książkę co najmniej kilka razy ma się ochotę na założenie jakiejś guerillas i wejście z oddziałem do siedziby rządu. Szczerze mówiąc nie jest aż tak bardzo ważne, o który gabinet chodzi -- patrząc z perspektywy przedstawionej w "13 piętrach" pewne mechanizmy były dotychczas w zasadzie niezmienne. Jeżeli jest to ugładzona / wyważona wersja książki, to pierwotna mogłaby mieć potencjał rewolucyjny (o ile coś jest jeszcze w tym kraju w stanie takowy wykrzesać).

Praca została podzielona na dwie korespondujące ze sobą części: I. Lustro oraz II. Wielkie kłamstwo. Jest jeszcze miejsce Między częściami. Budulec i spoiwo, który stanowi element przejścia. To ciekawe nawiązanie do koncepcji Miedzianki. Historii znikania (2011 r.), w której

Filip Springer przez ponad dwa lata szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego miasteczko z siedmiowiekową tradycją zniknęło z powierzchni ziemi. [1]
W międzyczęści również szukał -- śladów cegielni z Kuznocinie oraz śladów intelektualnej spuścizny Teodora Toeplitza (w bibliotece mieszczącej się w dawnej posiadłości Toeplitzów w Otrębusach).

Punktem wyjścia pierwszej części jest zestawienie informacji o samobójstwach (stanowiących częsty element informacji międzywojennej prasy) z obrazem Warszawy przedstawionym w filmie Warszawa 1935 w reżyserii Tomasza Gomoły (to jak na razie jego pierwsze i ostatnie dzieło). Filmie, który w przeważającej części przedstawia rzeczywistość około dwóch procent Warszawy. Reszta nie zmieściła się w kadrze [s. 16].

Trudno mi sobie wyobrazić, by w 1935 roku dało się przejść przez warszawskie śródmieście i nie zobaczyć żadnego biedaka - mówi dr Mateusz Rodak z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, jeden z nielicznych polskich naukowców zajmujących się problemem bezdomności w Drugiej Rzeczypospolitej. - Oficjalne dane mówią o dwudziestu tysiącach bezdomnych w momencie największego kryzysu, czyli w roku 1934. Oczywiście mówimy tylko o samej tylko Warszawie i o ludziach, którzy zostali w jakikolwiek sposób zarejestrowani w schroniskach albo przytułkach. - A dostać się tam, dodaje Rodak, to był prawdziwy przywilej. - Oprócz zarejestrowanych bezdomnych była cała rzesza takich, którzy nie mogli liczyć na żadną pomoc, bo przyjechali za pracą z prowincji [prawo do ubiegania się o jakiekolwiek świadczenia mieli tylko ci mieszkańcy Warszawy, którzy spędzili w mieście co najmniej rok]. Nie wiadomo, ilu ich dokładnie było, ale nie bałbym się zaryzykować tezy, że w czasach największego kryzysu drugie tyle. [s. 14-15]

O nierealności tej filmowej narracji wspomina także doktor Błażej Brzostek w książce "Paryże innej Europy. Warszawa i Bukareszt, XIX i XX wiek" w rozmowie z Adamem Leszczyńskim opublikowanej 18 maja 2015 r. na stronie wyborcza.pl.

Na powstałym kilka lat temu filmie "Warszawa 1935" oglądamy komputerową wizualizację tamtego miasta, bardzo ciekawą i pokazującą sporo architektury. Jakie to jednak wszystko wymyte, gładkie, połyskliwe. I te barwne samochodziki jako ruch uliczny! Nie ma zabiedzonych koników smaganych przez wozaków i dorożkarzy. I właśnie te warszawskie dorożki jednokonki kojarzyły się z Rosją. Woźnice do lepszego klienta zwracali się per "panie dziedzicu", co stanowiło wyraźne odzwierciedlenie systemu społecznego panującego w II RP. [2]
Do opisów ludzi żyjących na marginesie wielkomiejskiego społeczeństwa międzywojennej Warszawy dorzucić należy jeszcze "Historię słabych. Reportaż i życie w Dwudziestoleciu (1918-1939)" Urszuli Glensk.

Jednym z głównych źródeł biedy w przedwojennej Warszawie była bez wątpienia kwestia mieszkaniowa. Z jednej strony niewystarczająca liczba mieszkań, których koszt pozwoliłby na ich zasiedlenie przez najuboższą część mieszkańców stolicy, z drugiej strony zagrożenie eksmisją dla tych, którym jednak się to udało, ale powinęła im się noga. W czasie kryzysu gospodarczego nie było to zjawiskiem rzadkim. Springer pisze, że w 1924 weszła w życie pierwsza ustawa umożliwiająca eksmisję [3]. Swoją drogą to, w jaki sposób regulowano wówczas kwestie najmu może być dla wielu ciekawostką, także warto sięgnąć do tego pliku (i porównać z obecnie obowiązującą ustawą z 21 czerwca 2001 r). Problem bezdomności miał być na tyle poważny, że na początku lat 30. urzędnicy warszawscy rozpatrywali możliwość zorganizowanej ewakuacji części bezdomnych w inne rejony kraju [s. 25]. Śmiechem przez łzy -- z perspektywy ostatnich dziesięciu lat w Łodzi [4] i licznych w pewnym okresie wyburzeń zabytków -- może być opis tego, w jaki sposób najbiedniejsi radzili sobie z zapewnieniem lokum unikając czujnego oka aparatu administracyjnego.

Praca rozpoczyna się się zwykle w sobotę, późnym popołudniem, gdy jest już pewność, że w pobliżu nie pojawią się inspektorzy ani policja. Robota trwa całą noc i większą część niedzieli. Rodzina wprowadza się do domu w niedzielę wieczorem i przez następną noc zajmuje się pracami wykończeniowymi i urządza wnętrza. W poniedziałek rano dom jest już gotowy i zasiedlony. Likwidacja oznaczałaby eksmisję całej rodziny na bruk, a na to niewielu inspektorów budowlanych jest się w stanie zdobyć. [s. 31]

Moja próba wyobrażenia sobie tego, w czym można było mieszkać po niecałym weekendzie budowy, spełza na niczym. Mimo podanych, przykładowych lokalizacji (Powązki, tereny wokół Cytadeli, Powiśle -- zwłaszcza pod mostem Poniatowskiego) trudno jest coś znaleźć w internecie. W końcu to nie przedwojenny Nowy Świat.

By uniknąć jeszcze większej nędzy i ciasnoty, kobiety masowo dokonują aborcji [5]; sześćdziesiąt pięć procent kobiet żyjących w mieszkaniach jednoizbowych ma za sobą przynajmniej jedno takie doświadczenie. [s. 37]
Barbara Kaczmarek ma 69 lat i wielkie marzenie: w.c. W mieszkaniu: - Żeby nie szukać toalety w centrach handlowych. Żeby żyć jak człowiek - płacze [6].

- Kiedy kilka lat temu zmarł mąż, przestałam płacić, bo się załamałam i nie miałam na nic sił. Mam przez to około 30 tysięcy długów - rozkłada ręce Halina Janiszewska. - Żyję z opieki, na obiady chodzę do Caritasu. Teraz dostałam z magistratu umowę na nowy lokal socjalny na Pięknej. To 14 metrów kwadratowych, a najgorsze że na drugim piętrze, a trzeba nosić węgiel. A ja mam chory kręgosłup, czeka mnie poważna operacja. Tu mam toaletę, a na Pięknej będę musiała iść do WC na inne piętro. Propozycję lokalu socjalnego dostała też Magdalena Wilk. I też zadowolona nie jest. - Mieszkanie będzie miało 15 metrów. Jak wydzielę z tego kąt dla dziecka? - pyta. - Bartosz ma pięć lat i jest nadpobudliwy. Często choruje. Do toalety będziemy musieli schodzić na podwórko. [7]

Władze spółdzielni , pamiętając o niepowodzeniu na Żoliborzu, chcą też ograniczyć liczbę toalet do jednej na piętro. Na to jednak stanowczo nie zgadzają się architekci. "Ustęp w każdym domu to w XX wieku standard, a nie ekstrawagancja" - mówią. Zrezygnują jedynie z projektowania osobnych łazienek. Mieszkańcy Rakowca będą się kąpać w łaźni spółdzielczej. [s. 104]


Jednak nie faktografię w pracy Springera chodzi. Chodzi o prawidłowości, mechanizmy, spiritus movens. I nie, nie ma jednoznacznej odpowiedzi "dlaczego". Są jednak stawiane pytania, odkrywane poszlaki, zapisywane kolejne rozmowy, przytaczane cytaty. Springer nie stawia na tych, którzy szukają gotowych odpowiedzi ale na tych, którzy chcą stawiać pytania.

Ustawa [8] zwalnia inwestorów z wszelkich podatków od nieruchomości na okres piętnastu lat od momentu rozpoczęcia częściowego choćby użytkowania nowych budynków. Ponadto dochody uzyskiwane przez ten czas z tytułu wynajmu lokali mieszkalnych i handlowych są zwolnione z podatku dochodowego. Ustawa zwalnia też inwestorów z szeregu drobniejszych opłat administracyjnych i stemplowych oraz z podatku od dotacji i darowizn przeznaczonych na budowę. (...) Jak łatwo się domyślić, przedsiębiorcy ochoczo przyjmują rękę, którą rząd do nich wyciąga, i wybierają najbardziej dochodową opcję. Postanawiają budować drogo. Zachęca ich do tego jeszcze jedna przewidziana w ustawie ulga: koszt budowy będą mogli odpisać sobie od podatku dochodowego. Budowanie tanich domów oznacza mniejsze ulgi. Inwestowanie w luksusowe kamienice stanowi zaś doskonały sposób, by niemal całkowicie uniknąć płacenia podatków. Zamiast oddawać je państwu, można je zainwestować w budowę i po kilku latach zacząć na niej zarabiać. [s.92-93] (...) ustawa o ulgach dla nowo wznoszonych budowli umożliwiała budowanie dochodowych kamienic właściwie za darmo [s. 116]
Treść wspomnianej wyżej ustawy dostępna jest tutaj: Ustawa z dnia 24 marca 1933 r. o ulgach dla nowowznoszonych budowli (Dz.U. 1933 nr 22 poz. 173).

Jeżeli ktoś chciałby prześledzić wątek wspierania najbogatszych (zapewne w ramach "wolnego rynku") ze środków publicznych w międzywojennej Polsce odsyłam także do str. 65 (o tym, jak spółdzielnie stawały się narzędziem do uzyskania taniego gruntu od miasta i taniego kredytu od państwa). Jeżeli jest ktoś zaś zainteresowany wątkami współczesnymi, polecam str. 255 (kwestia uwłaszczenia mienia komunalnego), str. 245 (powiązanie między programem "Rodzina na swoim" a obcięciem środków na wsparcie TBSów) czy str. 237 (wątek dotyczący "Memoriału mieszkaniowego" Ireny Herbst i posła Andrzeja Bratkowskiego z 1992 r.; nie mylić z memoriałem Krzysztofa Dzierżawskiego, wydanym przez Centrum im. Adama Smitha Warszawa w lipcu 1997 r.). W ramach autopromocji zainteresowanych "wątkiem mieszkaniowym" w kontekście programów kredytowych odsyłam do jednego ze swoich starszych wpisów na drugim blogu: Deweloper na swoim (tekst z 30 września 2013 r.).

Ekspert radzi. Maciej Kossowski, analityk firmy doradczej Expander, czerwiec 2006: "Kredyty we frankach szwajcarskich są najbardziej bezpiecznymi kredytami. Groźny jest natomiast artykuł prasowy, który mówi, że pięć groszy podrożał frank szwajcarski i trzeba coś z tym zrobić. Wtedy ludzie przewalutowują je i realizują stratę na kapitale, który im się zwiększa często o kilkadziesiąt tysięcy. Moim zdaniem to jest właśnie ryzyko. Spłacanie kredytów walutowych jest w porządku. Złotówka będzie się umacniać, a nie osłabiać. A ceny nieruchomości będą rosnąć, a nie spadać. Trudno żeby na to wszystko patrzeć pesymistycznie. [s. 187]
Ekspert radzi. Paweł Majtkowski, główny analityk Expandera, początek 2008 roku: "Wybór franka szwajcarskiego daje przeciętnemu kredytobiorcy ratę niższą o prawie pięćset złotych niż w przypadku kredytu w złotych. Wydaje się, że w najbliższym czasie udział kredytów we frankach może jeszcze wzrosnąć ze względu na powiększającą się różnicę w wysokości oprocentowania i rat. [s. 191]
Kredyt hipoteczny krok po kroku: "Zdolność kredytowa - nie załamuj się, jeśli podczas pierwszej symulacji nie wyjdzie ci zdolność kredytowa na oczekiwaną kwotę. Są inne rozwiązania - najprostszym jest wydłużenie okresu kredytowania (im dłuższy, tym niższe są miesięczne raty), tym bardziej że możliwość wcześniejszej spłaty całości kredytu bez dodatkowych opłat proponuje obecnie większość banków.

Ekspert radzi. Ryszard Petru, główny ekonomista BPH, lipiec 2008: "Złoty będzie się wzmacniał. Kredyty we frankach jeszcze długo pozostaną bezpieczne i opłacalne. [s. 193]

Druga część książki w znacznej części poświęcona jest współczesnym stryczkom, które czasami dobrowolnie zakładamy sobie na głowę, stając jednocześnie na krześle. I liczymy na to, że to krzesło nie przewróci się nam przez najbliższe kilkadziesiąt lat. Jednak -- żeby wyprzedzić ewentualne wątpliwości -- sam Springer nie deklaruje się jako zajady przeciwnik kredytów hipotecznych. Wśród opisanych przez niego osób są nie tylko ci, których skusiła moda lub "wymogi dorosłości", ale także ci, dla których nie pozostało w Polsce zbyt wiele innych możliwości. Najbliższą jemu postawę [9] -- jak mi się wydaje -- oddają słowa Piotra Mynca, które zapewne nie bez kozery zamykają tę wartą polecenia publikację.

Ale dla mnie najgorsze jest to, że wykastrowano mentalnie całą generację, wmawiając jej, że kredyt to jedyne rozwiązanie. [s. 268]

Muszę jednak przyznać, że ten stryczek założono wielu całkiem sprawnie, z szerokim uśmiechem stewardessy na twarzy, nie brudząc przy tym nawet w najmniejszym stopniu białych rękawiczek.

Kredyt hipoteczny krok po kroku: "Przy ciągłych podwyżkach cen na rynku nieruchomości mało kogo stać na zakup mieszkania lub domu z własnych oszczędności. Większość osób posiłkuje się kredytem hipotecznym, a coraz to nowsze promocje produktów bankowych decydują o wzroście jego popularności. [...] Do niedawna większość banków wymagała 10 lub 20 procent wkładu własnego w stosunku do ceny (lub wartości) nieruchomości. Oznaczało to, że nie mogłeś starać się o kredyt, nie mając oszczędności. Na szczęście w konkurencyjnym szale, jaki zapanował na rynku bankowym, zrezygnowano z tego wymogu. [s. 188]

Na sam koniec jeden wątek, który przykuł moją uwagę. Trochę taki off-road w stosunku do powyższego wpisu, ale chciałem zachować tę informację dla siebie, żeby móc kiedyś do niej łatwiej wrócić -- a może akurat komuś się przyda. Chodzi o sprawę służby na osiedlu wybudowanym przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową. Co ma kluczowe znaczenie -- osiedlu zupełnie do tego nieprzystosowanym.
Oprócz robotników w spółdzielni mieszkają także urzędnicy i przedstawiciele wolnych zawodów. A ci sprowadzili się tutaj ze swoimi przyzwyczajeniami. Jednym z najgłębiej zakorzenionych jest posiadanie służby. Co gorsza, los żoliborskich służących okazuje się daleki od dobrego. (...) Mieszkania na osiedlu nie mają służbówek, więc służące są zmuszone do spania w piwnicach, schowkach i altankach śmietnikowych. Niektórzy państwo każą im spać w wannach. Inni zabraniają korzystać z dostępnych w mieszkaniach urządzeń sanitarnych, więc kobiety załatwiają potrzeby fizjologiczne na zewnątrz pod osłoną nocy bądź do papierowych torebek, które później wyrzucają ukradkiem przez okna. (...) Okazuje się, że na terenie wybudowanego przez socjalistów osiedla robotniczego spora grupa mieszkańców zatrudnia kobiety, które traktuje jak niewolnice. [s. 83]

Przypomnę, że mówimy o Warszawie, stolicy Polski z przełomu lat 20. i 30. XX wieku (WSM pierwsze mieszkania oddała lokatorom w styczniu 1927 r.). Dwa kolejne skojarzenia z tym związane:
  • kwestia "zabierania" przyzwyczajeń i próba realizacji znanego dotychczas modelu życia w powojennej Warszawie, gdzie to właśnie łazienka (i wanna) służyły do gromadzenia przywiezionego ze sobą inwentarza. Czy to w postaci węgla, czy zwierząt domowych (jak kury, gęsi -- pewnie gdzieś trafiłaby się nawet świnia).
  • scena z filmu "Służące" (The Help, 2011) z osobną łazienką dla służby -- separacja ze względów "higienicznych". Z tym że w tym przypadku mówimy o południowym stanie Ameryki Północnej (Missisipi) z lat 60. XX wieku.



Źródła:
[1] Miedzianka. Historia znikania, opis pierwszego wydania książki na stronie Wydawnictwa Czarne.
[2] Adam Leszczyński, Nędza przedwojennej Warszawy (rozmowa z doktorem Błażejem Brzostkiem), wyborcza.pl, 2015-05-18 [dostęp: 2016-02-05]
[3] Najprawdopodobniej chodzi o Ustawę z 11 kwietnia 1924 r. o ochronie lokatorów (tj. Dz.U. z 1936 r., Nr 39,  poz. 297). Zob. Obwieszczenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 4 maja 1936 r. w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu ustawy z dnia 11 kwietnia 1924 r. o ochronie lokatorów, rozdział IV Moratorjum mieszkaniowe. Taką wersję zdaje się potwierdzać praca Ewy Bończak-Kucharczyk, Ochrona praw lokatorów i najem lokali mieszkalnych - komentarz, Warszawa 2001, s. 23 oraz Urszula Glensk w "Historii słabych", s. XX.
[4] Ten zwyczaj nie jest jedynie łódzką przypadłością. Zob. Wystarczył długi weekend. Stuletnia willa w gruzach, Tvn24 Warszawa,18.08.2013 12:41 [dostęp: 08.02.2016]. Jednak w Łodzi był on na tyle powszechną praktyką, że pewnym momencie zaczęło się mówić o "Wśród nocnej ciszy...".
[5] Jestem jeszcze przed lekturą Historii słabych Urszuli Glensk, ale jeśli kogoś interesuje kwestia międzywojennej biedy (w tym sprawa aborcji) to powinien sięgnąć także po tę książkę.
[6] Agnieszka Urazińska, Od lat mieszka bez wc. Za potrzebą chodzi do centrum handlowego, lodz.wyborcza.pl, 29.10.2015.
[7] Agnieszka Urazińska, Eksmisje z Włókienniczej. 'Propozycje nie do odrzucenia', lodz.wyborcza.pl, 20.04.2016.
[8]
 "Lex E.Wedel"- jest to potoczna nazwa ustawy sejmowej z 24 marca 1933, która ustanawiała ulgi dla nowo-wznoszonych budynków, pod warunkiem ich ukończenia do roku 1940. Ulga obejmowała okres 15 letni od początku pierwszego roku podatkowego po rozpoczęciu użytkowania obiektu i obejmowała wszelkie podatki od placu i budynku. W ramach ustawy, budujący mógł tez odliczyć koszty budowy od ogólnej sumy obłożonej podatkiem dochodowym. 15 letnią ulga objęte zostały także dochody płynące z wynajmu w nowych budynkach. Ustawa weszła w życie 1 kwietnia 1933. Ustawa ta była impulsem który 'rozruszał' polski rynek budowlany w czasie gdy Polska dotknięta była Wielkim Kryzysem i panował zastój inwestycyjny. Od roku 1934 gwałtownie wzrosła liczba nowych realizacji na terenie warszawie, gdyż  budowanie,nawet na kredyt, co raz to bardziej wystawnych domów i kamienic stało się dla posiadaczy placów bardzo dobrą inwestycją.Symbolem ustawy stał się dom Wedla na Puławskiej 28, projektu J.Żórawskiego, którego właściciel, dr.Jan Wedel, był jednym z lobbystów i pierwszych beneficjentów nowego prawa. 'Spuścizną' zaś jest kilka tysięcy budynków, w ogromnej większości domów mieszkalnych, wzniesionych w okresie ostatnich sześciu przedwojennych lat. [źródło opisu tzw. ustawy Wedla: Warszawski Modernizm.]
[9] Powiedzmy, że byłem całkiem blisko. Szczególnie z tym "wmawianiem". Wywiad Moniki Stelmach z Filipem Springerem: Daliśmy sobie wmówić, że kredyt hipoteczny na 30 lat jest największym życiowym osiągnięciem, Wysokie Obcasy, 26.09.2015.

Polecane:
Piotr Kopka, Mieszkanie – pierwsza potrzeba czy luksus, czyli „13 pięter” Filipa Springera, Literatura sautée, 28 września 2016.

Książka:
Filip Springer, 13 pięter, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015; ISBN: 978-83-8049-129-8.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw słowo swoje.