niedziela, 13 grudnia 2015

Zatańczą ci, co drżeli. Polska sztuka krytyczna

Książka, którą dostałem już jakiś czas temu od KJ, całkiem ciekawie wpisała się w obecny kontekst społeczno-polityczny (czy też ogólny klimat panujący wokół szeroko pojętej sztuki). Będąc niedawno w Zachęcie na "Zaraz po wojnie" zahaczyłem również o tegoroczną edycję konkursową "Spojrzenia 2015" i jednym z głównych wrażeń, jakie miałem (w związku z lekturą książki Karola Sienkiewicza -- jako, nie ukrywajmy tego, ignorant w kwestiach związanych ze sztuką) było to, że wiele z przedstawianych prac można określić jako spokojne / poprawne.

Tymczasem idąc tropem Hanny Wróblewskiej (tak swoją drogą: od 2010 r. dyrektorki tej galerii), można po raz kolejny przytoczyć jej słowa z chwili, kiedy wypowiadała się na temat awantury wokół działalności Zachęty na przełomie wieków:
(...) największym problemem polskich decydentów kultury wydaje się niemożność pogodzenia się z tym, że sztuka współczesna nie ma charakteru dekoracyjnego, a jej przesłaniem nie jest ładnie wyglądać ani sprawiać przyjemność wszystkim polskim podatnikom". [s. 346]

Czytając o dokonaniach artystów i artystek, które zdecydował się zrelacjonować Karol Sienkiewicz można uznać, że schlebianie gustom czy przypodobanie się szerokiej publiczności to jedne z ostatnich rzeczy, o które mógłbym ich posądzić.

W tym tekście (komentarzu do książki na blogu) nie będę nawet próbował stawać w szranki Izabelą Kowalczyk, która pod koniec zeszłego roku w obszernym artykule opublikowanym na stronie Obiegu zmierzyła się nią [1]. Co prawda trochę w niej napuszonego autopromo (no offence!), ale jeśli się je przetrawi, to autorka zawarła w nim kilka naprawdę celnych, krytycznych uwag pod adresem pracy K.Sienkiewicza.

Autor pokazuje, choć raczej w sposób niezamierzony, kto jest bardziej, a kto mniej ważny, kto tu rządzi i rozdaje karty, jakie galerie i muzea uznać należy za liczące się, kto ma wstęp na salony i do rządowego samolotu. Najbardziej liczy się udział w międzynarodowych wystawach typu Biennale w Wenecji czy documenta w Kassel, niekwestionowana jest władza Zachodu i zachodnich instytucji, które zatwierdzają to, co w polskiej sztuce uznać należy za ważne (udowadniają to opisane tu historie m.in. Zofii Kulik, Zbigniewa Libery i Katarzyny Kozyry). [1]

Pozwolę sobie jednak (mimo wszystko) nawiązać do jednego z wątków w/w tekstu:

Zachodzę w głowę, o co chodzi w tym tytule, po części odwołującym się do „Drżących ciał" Artura Żmijewskiego. Czy mają tańczyć tak, jak im się zagra? Dostosować się do panujących wymogów art-worldu? A może tańczą ci, którzy na to zasłużyli (czyli zostali dobrze wypromowani)? [1]

Moim pierwszym skojarzeniem po zobaczeniu na okładce pracy Artura Żmijewskiego "KR WP" z 2000 roku było powiązanie "drżenia" z musztrą, dyscypliną, zaś "tańczenie" z salą baletową, na której ta sama musztra była później wykonywana.

Nago utrzymanie dyscypliny przychodzi z trudem, zostaje wyśmiana, a ciała wcześniej zawłaszczone przez wojskowy dryl, zostają symbolicznie zwrócone żołnierzom. [s. 353].

Swoją drogą genialnie nakłada się na to praca Adama Broomberga i Olivera Chanarina "Rudiments" ("Podstawowe zasady"), prezentowana między czerwcem a wrześniem 2015 r. w CSW.

Kluczową pracą na wystawie jest film zatytułowany "Rudiments" ("Podstawowe zasady"), przy którego tworzeniu artyści współpracowali z grupą kadetów przebywających na obozie wojskowym na przedmieściach Liverpoolu. Nie jest do końca jasne, czy sceny, które oglądamy, zostały zaaranżowane przez artystów, czy też jedynie dokumentują rutynowe praktyki szkolenia. Absurdalna i niepokojąca obecność błazna – mrocznego klauna, którego występ balansuje na skraju wulgarności, radykalnie wystawia na próbę militarne kody i zakłóca starannie zaplanowane układy zbiorowej choreografii. [2]

Sporym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie ciekawego epizodu z życia Włodka Adamiaka, z którym miałem przyjemność przez pewien czas pracować. Wiedziałem o grupie Urząd® Miasta, o Strychu na Piotrkowskiej 149, o Kulturze Zrzuty  -- ale o tym, że to między innymi dzięki Włodkowi Adamiakowi na światło dzienne wypłynął talent Zbigniewa Libery... O tym już nie wiedziałem.

Analizując dzieła w muzeum, Libera sam zaczał rysować i malować. Zauważył go mąż lekarki, koleżanki jego matki z pracy, Włodzimierz Adamiak, architekt. Pod jego okiem malował. Za radą Adamiaka w 1978 roku wyjechał studiować wychowanie plastyczne w Toruniu. Ale wrócił po strajkach sierpniowych 1980 roku i rejestracji Solidarności. (...) Przerwał studia, ale dzięki Adamiakowi wszedł w środowisko łódzkiej Kultury Zrzuty. Zrzuty od zrzutki - w grupie odmieńców różnego autoramentu, operujących żartem, skandalem, a nawet szyderstwem i żenadą, niezależnych i od państwa, i od Kościoła, każdy dorzucał coś od siebie. W pracowni Adamiaka przy Piotrkowskiej 149 na początku maja 1982 roku zainaugorowano Strych, legendarne miejsce dla łódzkiej kultury w latach 80. (...) U Adamiaka na Struchu, bardziej miejscu spotkań niż galerii, w czerwcu 1982 roku Libera zadebiutował jako artysta. (...) Jego wystawę zrzutowcy ze Strychu wprawdzie krytykowali, ale zaakceptowali go jako jednego z nich. Tak Libera został satelitą Łodzi Kaliskiej, bliskiej Strychowi łódzkiej grupy artystycznej, która stanowiła też trzon Kultury Zrzuty. [s. 10-11]

Praca Karola Sienkiewicza jest też -- poza agredatem wspomnień o jakimś wycinku polskiej sztuki krytycznej (mniej więcej od czasów duetu KwieKulik, przez Kowalnię po początek lat dwutysięcznych) -- ciekawą retrospekcją obrazu polskiego społeczeństwa i różnych wydarzeń społecznych tego okresu. W aktualnym, obfitującym w ciekawe wydarzenia w pogranicza sztuki i polityki czasie, warto się czasami zatrzymać i spojrzeć na to wszystko z dystansu.

"Dwa dni po Cejrowskim szacowny gmach Zachęty nawiedziła dwójka posłów Porozumienia Polskiego, Halina Nowina-Konopczyna i Witold Tomczak. Posłanka odwróciła uwagę ochrony, dzięki czemu poseł przesunął trzydziestokilowy kamień przygniatający figurę papieża, uszkadzając przy tym rzeźbę. (...) Tomczak wspominał: Było ciężko. Ten meteor nie był ze styropianu, jak myśleliśmy, ale to był ciężki głaz, który na wózku wwoziło dwóch ludzi. Z bożą pomocą dałem sobie radę. Ojciec święty obrócił się przy tym na plecy."
"(...) innym razem [poseł Tomczak] jechał pod prąd i nie chciał się poddać badaniu alkomatem. Twierdził, że policjanci zachowywali się agresywnie na widok nalepki Radia Maryja na szybie jego samochodu."
"Po wyczynach w Zachęcie odbierał gratulacje. Zapowiadał kolejne interwencje: wycieczkę do Krotoszyna, gdzie - jak mu doniesiono - prezentowano obraz, na którym Chrystus pił z apostołami wódkę."
"Już dwa dni przed oficjalnym otwarciem wystawy Tomczak wystosował list adresowany do premiera Jerzego Buzka, ministra kultury Kazimierza Michała Ujazdowskiego oraz ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego (a do wiadomości nuncjusza apostolskiego w Polsce arcybiskupa Józefa Kowalczyka, kardynała Józefa Glempa oraz mediów), w którym określał Rottenberg jako 'urzędnika państwowego żydowskiego pochodzenia' (...). Dalej pisał: 'Wyrażam ubolewanie, iż Anda Rottenberg nie chce realizować swoich kontrowersyjnych pomysłów w Izraelu, za pieniądze tamtejszych podatników'." [s. 337, 339-340]

Jest też kilka ciekawych wątków i ciekawostek, jednak brak jakichkolwiek przypisów w pracy (na co zwróciła uwagę w cytowanym wcześniej tekście Izabela Kowalczyk [1]) utrudnia lub nawet uniemożliwia ich dalsze wykorzystywanie. Trudno oddzielić interpretacje autora od faktów.

Już latem 1990 roku zapadła decyzja o wprowadzeniu religii do szkół. Na tym, że w tej sprawie nie odbędzie się referendum, zaważył głos Jana Pawła II, który twierdził, że najlepszym referendum jest metryka chrztu, a przecież każdy ochrzczony ma obowiązek pogłębiania wiary. [s. 93]

Oczywiście dla części wydarzeń można znaleźć alternatywne źródła je potwierdzające...

Pamiętam, że przed wprowadzeniem religii do szkół przy stole zrodziła się dyskusja na temat słuszności referendum w tej sprawie. Papież się bardzo obruszył i powiedział: „Referendum? Metryka chrztu jest referendum!”. [3]

...ale nie zmienia to faktu, że reszta wydaje się bardziej lub mniej trafną interpretacją autora. Tym bardziej, że autor ten nie potrafił w swojej pracy powstrzymać się od kilku/ -nastu /-dziesięciu uszczypliwości pod adresem różnych osób, z którymi nie było mu po drodze. Zawsze można też powiedzieć, że to realizacja idei Artura Żmijewskiego, zgodnie z którą "za najlepszą strategię artystyczną"  miał uważać

(...) wchodzenie z ludźmi w konflikty, dlatego że konflikt jest relacją zmierzającą do przełomu, [...] do tego, aby ludzie za czymś się opowiedzieli. Jest to rodzaj gry, w której prowokuje się innych, by dokonali wyboru." [s. 202]

Kończąc -- gorąco polecam (jako świetne uzupełnienie do książki) tekst Pawła Leszkowicza "Czy twój umysł jest pełen dobroci?", opublikowany z Obiegu 18 lipca 2006 r. W naprawdę dobrym stylu poddaje on krytyce niektóre prace Katarzyny Kozyry, Zbigniewa Libery czy Artura Żmijewskiego, wychodząc w swojej krytyce z pozycji etyki humanistycznej.

Sugeruję, że artyści nie powinni przekraczać praw człowieka, gdyż są one fundamentem, na którym i ich prawa są ufundowane w demokratycznym społeczeństwie. Jeśli to jednak czynią to akurat w Polsce nie są żadną alternatywą, awangardą, eksperymentem lub krytyką systemu, ale jego biernym trybikiem. Pora pozbyć się wówczas iluzji niewinności i niezależności.

Sprzeciw wobec cenzury politycznej jest równie ważny jak refleksja nad artystycznym nihilizmem i dehumanizacją. To bowiem dwie strony tego samego układu i załamanego kontraktu społecznego. [4]

A już rzeczywiście na sam koniec coś, co przed chwilą znalazłem -- i co chciałbym zachować także tutaj (być może komuś się przyda). Na stronie 167 Karol Sienkiewicz publikuje wiersz trzech Marcinów (Świetlickiego, Barana i Sendeckiego), opublikowany w Brulionie.

Napisalibyśmy wiersze
pełne niezłych idei
lub jakichkolwiek.
Ale, drogi Julianie,
żadna nie stoi za oknem.
Tak, za oknem ni chuja idei
.

Niestety wiersz ten został przez K.Sienkiewicza zupełnie wyjęty z kontekstu -- a zaciekawiło mnie to, kim był ów "Julian". Z pomocą przyszła mi blogerka Marta, która w czerwcu 2010 roku opublikowała na swoim blogu wa-wrzosowisko krótką notatkę (dziękuję!). Pozwolę ją sobie przytoczyć w całości.

Podstawowym zarzutem pod adresem nowej poezji (grupa brulionu '80/ '90) sformułowanym przez Juliana Kornhausera jest bezideowość. Świetlicki z innymi poetami, Marcinami -- Sendeckim i Baranem, odgryźli się Kornhauserowi w wierszu. [5]

Tak, Julianem z wiersza trzech Marcinów jest nie kto inny, jak teść obecnego Prezydenta RP, ojciec jego małżonki -- Agaty Kornhauser-Dudy. Tak to się czasem w życiu dziwnie układa.

Źródła:
[1] Izabela Kowalczyk, Tzw. książka o tzw. sztuce krytycznej, Obieg,
Czy twój umysł jest pełen dobroci?, Obieg, 18.07.2006 [dostęp: 13.12.2015]
[5] wa-wrzos, za oknem ni chuja idei, wa-wrzosowisko.blogspot.com, 29.06.2010

Książka:
Karol Sienkiewicz, Zatańczą ci, co drżeli. Polska sztuka krytyczna, wydawnictwo Karakter oraz Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Kraków-Warszawa 2014. ISBN: 978-83-62376-67-4; 978-83-64177-22-4.

niedziela, 18 października 2015

Paryże innej Europy

Muszę przyznać, że chwilę mnie tu nie było. Złożyło się na to kilka kwestii -- osobistych, zawodowych, ale też i książka, którą tym razem P.T. Czytelnikom i Czytelniczkom przedstawiam: pracę Błażeja Brzostka "Paryże innej Europy". 

Książka z jednej strony genialna, z drugiej zaś -- stosunkowo wymagająca.

Szykując się na urodziny kolegi wstąpiłem do Księgarni E. Stompel na Piotrkowskiej 11, z której w zasadzie zawsze coś wyniosę (dlatego obecnie omijam ją szerokim łukiem, za dużo mam już książek na półce do przeczytania; por. tsundoku). Jako że kolega zażyczył sobie "albo wódkę, albo książkę" (skądinąd słuszna koncepcja), dostał ode mnie egzemplarz Historii naturalnej i moralnej jedzenia autorstwa Maguelonne Toussaint-Samat. Na półce obok zauważyłem "Warszawę i Bukareszt". Z początku pomyślałem, że sprezentuję ją znajomej ze stolicy, która niedługo później miała odwiedzić Łódź. Po powrocie do mieszkania i "sprawdzeniu" książki (czyt. czy się do czegoś nadaje) musiałem w krótkim czasie ponownie pojawić się w księgarni po drugi egzemplarz, to ten pierwszy już był mój.

Książka "Paryże innej Europy" jest fascynującą opowieścią, w całkiem zgrabny sposób łączącą wątki architektoniczne i socjologiczne.

W połowie XVII wieku większość zabudowań i działek extra muros należała do kleru, magnatów i szlachty. Grupy te stanowiły 1/4 sięgającej 30 tys. ludności Warszawy. Wkrótce wojny zrujnowały 3/4 zabudowy i zmniejszyły zaludnienie pięciokrotnie, a szlachta umocniła jeszcze swą pozycję kosztem mieszczaństwa. Rósł ośrodek rezydencjonalny o ograniczonym znaczeniu handlowym (choć skupiał import, a w XVIII wieku produkcję towarów luksusowych), pozbawiony uczelni. (...) Wprawdzie sejmy paraliżowała stopniowo zasada jednomyślności, ale zarówno one, jak i królewskie elekcje, nadawały Warszawie charakter obozowiska szlacheckiego, doskwieracjącego zresztą pozbawionemu praw politycznych stanowi trzeciemu. Politykowanie, biesiadowanie, walki stronnictw - stanowiły uderzający spektakl, mieszankę "republiki rzymskiej z barbarzyństwem", o jakiej pisać będą w Encyklopedii Diderota [s. 65]

Nie jest to jednak opowieść łatwa -- raczej nie polecam nowicjuszom, dopiero co zaczynającym swoją przygodę z urbanistykę. Chapeau bas dla autora, który włożył w tę pracę ogromny zasób wiedzy, co jednak czyni ją lekturą dla -- powiedzmy -- średniozaawansownych.

Porównania miast do siebie nawzajem oraz odniesienia do motywu "małych Paryży / "Paryży wschodu" dokonywane są na podstawie licznych wspomnień i relacji (zarówno wzajemnych, jak i podróżników ze wschodu i z zachodu). W tym drugim przypadku sposoby relacji różniły się w zależności od kierunku podróży lub miejsca pochodzenia, z tym że te wzajemne zależności w zasadzie pozostały niezmienne i łatwo identyfikowalne do dzisiaj.

O polskich kolejach wyraził się ironicznie, że "są tak samo czyste i dobrze wyposażone jak nasze: brak wody, śmieci rzuca się na podłogę, podróżni rozbierają się i zdejmują buty oraz palą jak u siebie w domu...". Trzeba było to znosić do granicy Rzeszy, gdzie wszystko zmieniało się "jak za dotknięciem różdżki. W ciągu kilku minut wagon staje się czysty, wytarty, wymyty. W toalecie pojawiają się ręczniki i papier toaletowy, obsługa dbała o wagon i podróżnych. Wjeżdżasz do innego świata". [relacja rumuńskiego turysty z 1938 r., s. 175]
Po sposobie, w jaki odbywa się cyrkulacja, można ocenić porządek panujący w mieście lub kraju" - sądził publicysta w 1934 roku. Ocena ta była w przypadku Bukaresztu bardzo niska. Od cywilizacji miał go oddalać brak poszanowania pieszego i nonszalancja szoferów. Samochód był zaś jednym z atrybutów życiowego powodzenia, znacznie bardziej przekonującym niż wszystkie "róże i szminki". (...) Jako oreintalną cechę krytykowano także nadużywanie klaksonu. Kierowcy mieli ignorować wszelkie reguły ruchu, co przypisywano zresztą także ich warszawskim kolegom. [s. 206-207]
Po doświadczeniach zarówno z Warszawy, jak i z Bukaresztu mogę powiedzieć, że w zasadzie niewiele się zmieniło.

Poza tymi wspólnymi doświadczeniami zostało wskazanych wiele różnic, w tym tych dotyczących kwestii architektoniczno-urbanistycznych, które decydowały o różnych drogach rozwoju obu społeczeństw.
Warszawę opisywano jako miasto "koszarowe". Około 1930 roku stało w niej czterokrotnie mniej domów niż w Bukareszcie, choć była niemal dwukrotnie bardziej ludna. Wśród domów Bukaresztu 42,8% miało jedno mieszkanie, a 11,3% powyżej pięciu. W Warszawie tylko 14% domów miało jedno mieszkanie, 23,3% 2-5 mieszkań, 30% 6-20, 23% 21-50, prawie 9% ponad 51 mieszkań (tak wielkich w Bukareszcie prawdopodobnie nie było). Przydomowe ogrody i podwórza zajmowały 67% powierzchni Bukaresztu, w Warszawie około 30%. (...) Przeciętny warszawski dom miał w połowie lat dwudziestych 22 mieszkania, pod jego dachem żyło 86 osób (w berlińskim niespełna 76, wiedeńskim 50, paryskim 38, nowojorskim 20, londyńskim poniżej 8). [s. 217]
Na zdjęciu widać dziewięciokondygnacyjną kamienicę Kacperskich (wniesioną w latach 1909-1913), stojącą przy dzisiejszym placu Unii Lubelskiej w Warszawie.
W bardzo ciekawy sposób autor scharakteryzował też bukaresztańskie relacje społeczno-ekonomiczne, za punkt wyjścia przyjmując godziny wstawania oraz kwestię higieny osobistej.

Im dalej od centrum, tym wstaje się wcześniej. Najwcześniej z podłogi, potem z lichego łóżka. Dama podnosi się z pościeli w południe. Zmienia się także czas poświęcony na toaletowe zabiegi. Kto wstaje o czwartej, opłukuje się odrobiną wody. Pasta do zębów pojawia się po szóstej. [s. 195]
W publikacji autor niemal całkowicie pominął okres II wojny światowej, którą oba miasta (Warszawa jako ofiara agresji niemieckiej, Bukareszt jako stolica państwa kolaborującego z III Rzeszą Niemiecką) przeżyły w zupełnie inny sposób. Dorzucając do tego fakt ucieczki we wrześniu 1939 roku tysięcy Polaków przez granicę polsko-rumuńską (w tym polskich elit -- władz Rzeczpospolitej, generałów, wysokich rangą urzędników -- które w pewnej części zostały internowane), sytuacja robi się naprawdę zamieszana.
Próba pomieszczenia w książce krzyżujących się narracji dotyczących obu miast między jesienią 1939 a wiosną 1945 roku byłaby niedorzecznością. Musiałaby to być osobna praca, jeśli nie kilka. [s. 233]
Choć w publikacji pojawiło się kilka miejsc, w których postawiłem sobie znaki zapytania -- m.in. kwestia braku konieczności płacenia "trybutu" w postaci propagandowych tekstów przez polskich pisarzy, naukowców i dziennikarzy, którzy w drugiej połowie lat 50. bywali w Paryżu [s. 241] czy sprawa Bukaresztu i Warszawy jako tych miejsc, gdzie cudzoziemcy szczególnie obawiali się podsłuchów [s. 319], to były to jedynie wyjątki, wymagające głębszej polemiki lub wyjaśnienia.

Na koniec dwie rzeczy nieco bardziej "techniczne". W publikacji praktycznie nie ma grafiki, zaś nieliczne zdjęcia autorstwa samego Błażeja Brzostka oraz -- w zdecydowanej mniejszości -- Nicolae Ionescu są dość specyficzne (np. specyficznie skadrowane). Trzeba się do nich przyzwyczaić i umieć odczytać je w kontekście. Druga kwestia jest taka, że coś zrobili z okładką tej książki i jest ona niesamowicie przyjemna w dotyku.

Dla tych, którzy chcą jeszcze coś więcej przed decyzją o zakupie tej publikacji polecam recenzję Michała Gadzińskiego na histmagu. Generalnie również pozytywno-polecająca.

[edycja z 5 lutego 2016 roku]
Jako uzupełnienie książki polecam rozmowę Adama Leszczyńskiego Nędza przedwojennej Warszawy z jej autorem, doktorem Błażejem Brzostkiem (wyborcza.pl, 2015-05-18; dostęp: 05.02.2016).

Książka:
Błażej Brzostek, Paryże innej Europy. Warszawa i Bukareszt, XIX i XX wiek, Wydawnictwo W.A.B., wydanie I, Warszawa 2015. ISBN: 978-83-280-1528-9.

niedziela, 19 lipca 2015

Święta Ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny

Nieczęsto coś wygrywam -- być może dlatego, że nieczęsto biorę udział w konkursach [jak w tym żarcie o Żydzie, któremu Bóg kazał iść i w końcu wysłać kupon lotto...]. Niewykluczone, że ta relacja działa także w drugą stronę. Anyway -- tym razem dałem się namówić, nawet coś wygrałem i zdecydowanie nie żałuję.

Którejś nocy w pierwszych dniach czerwca nie czując potrzeby snu, wałęsając się po internetach trafiłem na blog Łukasza Kędzierskiego i jego recenzję książki Marcina Gutowskiego. Jako że mowa o bliskowschodnim reportażu, w komentarzach szybko zeszło na Pawła Smoleńskiego, którego coś już tam przeczytałem. Łukasz za polecenie książki podziękował stwierdzając jednocześnie, że jeśli mam ochotę na przeczytanie pracy M.Gutowskiego to może wziąłbym udział w konkursie ogłoszonym na jego blogu. A że następnej nocy znów wcześnie nie zasnąłem...

Recenzja książki Marcina Gutowskiego bardzo zachwalająca, ale ja – mimo wszystko – jestem ciekawy, czy udało mu się zbliżyć do poziomu Smoleńskiego („przeskoczenie” Smoleńskiego byłoby dla mnie naprawdę dużym zaskoczeniem).

Wyznaję: jestem (pozytywnie) zaskoczony.

Trudno mi ocenić, czy Marcin Gutowski "przeskoczył" Smoleńskiego (tu już trzeba by pewnie bawić się w bardziej szczegółowe analizy tekstów obu autorów, w ostateczności zdać się na kwestię gustu) -- ale z pewnością popełnił coś równie dobrego i wartego przeczytania. To bez dwóch zdań.

Profesor miał też jedno marzenie - opowiada mi Sigalit. - Chciał, by za jego życia wypełniło się biblijne proroctwo głoszące, że w czasach mesjańskich wilk zamieszka razem z owcą. Umieścił więc owcę z wilkiem w jednej zagrodzie, a na ogrodzeniu zawiesi fragment z Księgi Izajasza [1]. Tyle że od czasu do czasu musiał wymieniać owieczkę. [wstęp]

Wstęp to majstersztyk. Co najlepsze, później wcale nie jest gorzej.

Smoleńskiemu -- który był moim dotychczasowym punktem odniesienia -- udało się dotrzeć do wielu ciekawych ludzi. Gutowski moim zdaniem go pod tym względem przebił. W "Opowieściach z Izraela i Palestyny" znajdziemy więc rozmowy z żołnierzem batalionu Necach Jehuda (Nahal Haredi) -- jednostki, w której służą ultraortodoksyjni żydzi [2], z religijnym gejem -- przewodniczącym organizacji Hawruta, zrzeszającej osoby homoseksualne zachowujące religijną tożsamość [s. 22-26], z kobietami z religijnej organizacji feministycznej Neszot HaKotel (Kobiety Muru) [s. 30-33].

Dla nas to widok nie do zniesienia - tłumaczy rabin. - Nie możemy nie reagować. To przeciwko halasze. Nie powinny tu przychodzić ze zwojami Tory, w kipach i tałesach. To miejsce publiczne. Nie może być tak, że każdy robi tu, co mu się podoba. To taka sama nieobyczajność, jakby przyjść na to święte miejsce bez spodni, rozumiesz? Kobieta w modlitewnym stroju modląca się pod Kotelem to taka sama anomalia jak człowiek gryzący psa. To wbrew naturze i zdrowemu rozsądkowi! [s. 31-32]

Autor dociera nawet i opisuje [s. 308-312] społeczność żyjącą w al-Sajid -- małej beduińskiej wiosce, w której wykształcił się odrębny język migowy ABSL (Al-Sayyid Bedouin Sign Language). A to tylko kilka z wielu rozmów, które przeprowadził i utrwalił na kartach swojej książki. Chapeau bas!

Nawet po przeczytaniu kilku innych książek o Izraelu z pracy Marcina Gutowskiego można wyciągnąć wiele ciekawych informacji. Poznałem dzięki niej kontekst historii-legendy (vel mitu założycielskiegoJosefa Trumpeldora [s. 377] -- autor dekonstruuje nawet legendę o ostatnich słowach tego pierwszego Żyda w armii carskiej, który uzyskał oficerskie szlify (o czym zresztą polskojęzyczna bieda-wiki milczy, przyjmując te słowa za pewnik). Dużym zaskoczeniem -- na plus -- było również opisanie wpływu aliji z terenów byłego ZSRR na politykę Izraela od pierwszej połowy lat 90. XX wieku [s. 92-95] (podstawą była rozmowa z Lily Galili, dziennikarką izraelskiego Haaretza, autorką książki The Million that Changed the Middle East [3]). 

Jest też niezły łódzki smaczek. Nie miałem pojęcia, że chłopiec, którego historia stała się kanwą książki -- później zaś filmu -- "Biegnij, chłopcze, biegnij", po wojnie studiował matematykę na Politechnice Łódzkiej, zaś z okna łódzkiego tramwaju wypatrzył kilkunastoletnią wówczas Sonię -- swoją późniejszą żonę.

Pewnego dnia szesnastoletnia Sonia szła do klubu młodzieży żydowskiej, gdy o osiem lat starszy Jurek po zdanym egzaminie jechał z kolegą tramwajem do knajpy.
- Zobaczyłem przez szybę dziewczynę w bordowym płaszczu - wspomina. Powiedziałem tylko "Karol, trzymaj teczkę, ja wyskakuję z tramwaju". Kumpel odparł: "Idioto, zginiesz!". "Dotąd nie zginąłem, to i tym razem się uda". Wyskoczyłem - ciągnie opowieść Joram [4]. - Odwróciła się. Zobaczyłem jej twarz. Prawie zemdlałem.
- Rozpoznałam go. Był dość znany. Napisali o nim w gazecie, bo uratował nad Bałtykiem tonącego człowieka - tłumaczy Sonia, jakby wszystko to zdarzyło się wczoraj. - Najbardziej jednak zaimponował mi tym, że zabrał mnie, nastolatkę przecież, do klubu studenckiego. [s. 105]

Na koniec warto wspomnieć jeszcze o samym wydaniu -- czyli dobrej robocie, jaką wykonał Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Poza tym, że książka wydana jest estetycznie, jest atrakcyjna wizualnie, opublikowana z dbałością o szczegóły (jak przystało na dobre, szanujące się wydawnictwo), w treść książki wpleciono wiele ciekawych zdjęć; ponadto każdy z siedmiu rozdziałów zaczyna się dwustronnym zdjęciem /nie umiałem dobrze opisać to zrobiłem zdjęcie/.


Czymś co jednak w pełni kupiło moje serduszko jest fakt zamieszczenia w publikacji dwóch map (mapy Izraela i mapy Jerozolimy) -- a także słownika trudniejszych pojęć, kalendarium ważniejszych wydarzeń oraz kalendarza świąt (żydowskich, muzułmańskich i chrześcijańskich). Zaledwie kilka stron więcej, ale jaka wartość dodana! Ktoś w wydawnictwie naprawdę się postarał.

Reasumując: zdecydowanie warto mieć na półce.

A na koniec sam autor o książce -- polecam relację ze spotkania z autorem w Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie: Marcin Gutowski o swojej książce o Ziemi Świętej (ekai.pl, 2015-04-21).

Przypisy:
[2] Ultraortodoksyjni żydzi odrzucają koncepcję współczesnego państwa Izrael (tak, tego samego, które ich utrzymuje w Mea Szearim). Co za tym idzie co do zasady nie podejmują obowiązkowej dla większości obywateli tego kraju służby w CaHaL. Z tego to względu batalion piechoty Necach Jehuda jest naprawdę wyjątkowy. Zobacz także: Żołnierze ortodoksyjni w Cahalu, izrael.org.il, 26.10.2013. (tłumaczenie tekstu Maayan Miskin i Ariego Soffera Hareidi Soldiers Among Most Active in Fighting Terror z izraelnationalnews.com).
[3] O książce można co nieco przeczytać w tekście Mashy Zur Glozman The million Russians that changed Israel to its core na stronie Haaretz.com. Polecam także ciekawy materiał Rosyjskojęzyczni Żydzi zmieniają Izrael: Nacjonalizm i choinki, opublikowany 29.12.2013 w Newsweek Polska.
[4] Po emigracji do Izraela Jurek Staniak (pod takim imieniem i nazwiskiem jako chłopiec ukrywał się w czasie wojny) przybrał imię Yoram Friedman.

Książka:
Marcin Gutowski, Święta Ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2015. ISBN: 978-83-240-3390-4.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Berlin. Miasto z wyobraźni

Berlin zawsze będę wspominał ciepło. Być może dlatego, że było to pierwsze zagraniczne miasto, które miałem okazję oglądać (i uświadomić sobie, że miasto / społeczeństwo rzeczywiście może funkcjonować inaczej -- transport publiczny może być częsty i punktualny, piwo może dobrze smakować na trawniku przed gmachem niemieckiego parlamentu, ludzie mogę być różnorodni i dla nikogo nie stanowiło to problemu). Być może dlatego, że z Berlinem wiąże się jedno z moich najlepszych wspomnień wyjazdowych. Tak czy inaczej -- do Berlina zawsze będę z chęcią wracał.

Pewnie dlatego w komplecie z Nadzorować i karać Michel Foucault dostałem od M. książkę o Berlinie.

Jeżeli ktoś kupując "Berlin. Miasto z wyobraźni" spodziewa się naukowego opracowania dziejów miasta (kompendium wiedzy historycznej), z pewnością może poczuć się nieco zawiedziony. Nie oznacza to jednak, że z książki brytyjsko-kanadyjskiego podróżnika i pisarza (członka Królewskiego Towarzystwa Literackiego) nie dowiemy się niczego konkretnego -- wprost przeciwnie! "Berlin. Miasto z wyobraźni" to opowieść o mieście widzianym oczami polityków, architektów, aktorów, robotników -- wreszcie oczami samego autora. To portret miasta, tworzony przez wieki jego istnienia (dlatego też amerykański tytuł książki wydaje mi się bardziej odzwierciedlać jej rzeczywistą istotę, ale o różnych jej wydaniach niech później).

Ciekawym zabiegiem jest to, że w ostatniej części książki (posłowiu i bibliografii) autor sam zdradza swój warsztat literacki oraz sposób, w jaki skonstruował swoją opowieść i bohaterach jego pracy -- m.in. Frederyku II Wielkim, Karlu Friedrichu Schinklu, Käthe Kollwitz czy Leni Riefenstahl. Nie będę nic zdradzał żeby nie psuć zabawy -- po zakończeniu lektury można zweryfikować swoje domysły.

Poza wcześniej wymienionymi postaciami, tak ściśle związanymi z niemiecką historią czy kulturą, w książce znalazło się również miejsce dla historii tych "z zewnątrz", którzy na swój sposób tworzyli to miasto -- Billa Harvey'a, Johna F. Kennedy'ego czy Davida Bowie.

Wartym wspomnienia jest także to, że autor pisząc opowieść danej postaci odwołuje się również do historii innych bohaterów, co daje czytelnikowi literacki obraz miasta, w którym wszystkie historie przenikają się na przestrzeni wieków.

Pięćdziesiąt lat po śmierci Käthe Kollwitz, po zjednoczeniu Niemiec, Nowy Odwach [Karla Friedricha] Schinkla stał się narodowym pomnikiem ku czci "ofiar wojny i tyranii". W jego wnętrzu umieszczono Pietę Kollwitz, rzeźbę matki opłakującej zabitego syna. Pod nią spoczywają szczątki dwóch innych chłopców - nieznanego żołnierza niemieckiego i nieznanego bojownika ruchu oporu - a także ziemia z dziewięciu pól bitewnych w Europie oraz w Auschwitz, Buchenwaldu, Dachau, Mauthausen i Natzweiler. [s. 152]

Ostatnie dwa rozdziały zawierają sporo osobistych historii autora i tego, jak on odkrywał Berlin -- a wraz z Berlinem poznawał tożsamość tworzących to miasto ludzi. Tożsamość kolektywną, pochodną niemieckiej tradycji historycznej, która jednocześnie na przestrzeni wieków rodziła silne indywidualności.

Na chodnikach było dużo ludzi i z innymi przechodniami czekałem na czerwonym świetle, żeby przejść przez główną ulicę. Zerknąłem w lewo, zerknąłem w prawo. Ulica była pusta. Zdziwiłem się, że wszyscy stoją i czekają. Spojrzałem po przechodniach, starając się uchwycić czyjeś spojrzenie, ale nikt na mnie nie patrzył. W końcu zapytałem stojącego obok mężczyznę:
- Dlaczego pan nie idzie?
- Jest czerwone światło.
- Ale przecież nic nie jedzie.
- Jest czerwone światło.
Gadaj zdrów, pomyślałem sobie, i ruszyłem przez pustą ulicę.
Czekała mnie niespodzianka.
Na chodniku po drugiej stronie ulicy też stał tłumek przechodniów, czekających na zielone światło. Kiedy zbliżyłem się do krawężnika, zwarli szeregi i zatarasowali mi drogę. Nie wymienili między sobą ani słowa, była to samorzutna, zbiorowa reakcja. Stałem bez ruchu naprzeciwko nich, bezgranicznie zdumiony ich zachowaniem, i chciało mi się śmiać. Nie dość, że czekali na zmianę świateł jak stado baranów, to jeszcze karali mnie za to, że ośmieliłem się postąpić inaczej. Nie pozwalali mi zejść z ulicy, chociaż teraz do skrzyżowania szybko zbliżały się samochody. (...) W autobiografii Świat wczorajszy Stefan Zweig napisał, że Niemcy zniosą wszystko: klęski wojenne, nędzę i poniżenie, ale nigdy nie zniosą nieporządku. [wspomnienie autora z jego pierwszego pobytu w Berlinie Zachodnim przed czterdziestu laty; s. 354-355]

Stefana Zweiga uważa się podobno za dobrego znawcę ludzkiej psychiki, który -- zapewne ze względu na swoje żydowskie pochodzenie, ale również antyfaszystowskie i pacyfistyczne poglądy -- musiał emigrować z Austrii w 1934 roku -- także pewnie coś było na rzeczy. Szybko jednak sam autor (R.MacLean) tłumaczy, dlaczego mimo to -- mimo umiłowania tradycji i porządku -- sam Goebbels miał określać Berlin jako "kamienną pustynię", "grzeszną kloakę", "odrażające mrowisko piratów, pederastów, gangsterów i im podobnych" (s. 231).

Około 1930 roku rozpustną stolicę odwiedzało ponad dwa miliony turystów rocznie. Wielu z nich przyjeżdżało szukać przygód w sypialniach i homoseksualnych barach, spełnić swoje marzenia na tutejszych balach maskowych i hucznych zabawach. (...) Erotyczny przewodnik po "wyuzdanym" -  Berlinie -- Führer durch das "lasterhafte" Berlin Curta Morecka z 1931 - podawał nazwy ulic, klubów i kawiarni, w których można było przeżyć seksualną przygodę. [s. 157]

Rory MacLean ciekawie podsumował ten paradoks.

Jest naturalne, że społeczeństwo konformistyczne wydaje z siebie radykałów. Utarty zwyczaj rodzi bunt, który jest nierozdzielnie z nim związany. Tak więc na fundamentach Berlina, położonych przez obowiązkowych, pracowitych mieszczan z ich poczuciem posłuszeństwa i ukrytymi lękami, wolnomyśliciele, reformiści, anarchiści i artyści atakowali status quo, prowokując konformistów, by zastanowili się nad sobą, zadawali pytania, myśleli samodzielnie.
Te przeciwstawne siły zmagały się ze sobą przez całą burzliwą historię Berlina - porywczej i kapryśnej megiery. Zrodziły złożone społeczeństwo, pełne sprzeczności, niepewne siebie, lecz dumne, zarazem stoickie i hedonistyczne, odporne i kruche, posłuszne i buntownicze. Tu wytatuowane i poprzekłuwane punki wciąż czekają na zmianę świateł, choć ulica jest pusta, a dzieci zbrodniarzy chylą czoła przed ofiarami swoich rodziców. [s. 356]

I nawet jeśli jest to jedynie fragmentaryczny obraz miasta / społeczeństwa, przepuszczony przez sito -- z natury rzeczy subiektywnej -- percepcji autora, to zachęca on do własnych refleksji oraz własnych doświadczeń miasta, które nazwę wzięło od połabskiego słowa "mokradła".

Książka w Polsce ukazała się w 2014 roku. Wydana została w tym samym roku przez londyńskie wydawnictwo Weidenfeld & Nicolson, jak i polskie wydawnictwo Magnum.

Ale -- jako ciekawostka -- w anglojęzycznej wersji można dostać już trzy publikacje: Berlin: Imagine a City (wydana przez londyńskie wydawnictwo Weidenfeld & Nicolson 13 lutego 2014 roku) oraz Berlin: Portrait of a City Through the Centuries (publikacja wydana przez nowojorskie wydawnictwo St. Martin's Press 21 października 2014 roku). 13 października 2015 roku ukazało się dodatkowo wznowienie amerykańskiej edycji książki (Berlin: Portrait of a City Through the Centuries), tym razem przez wydawnictwo Picador (w Polsce znane jako Macmillan Polska).

Tutaj zebrałem komplet okładek do kolekcji.
"Berlin: Imagine a City" (13.02.2014)
"Berlin: Portrait of a City Through the Centuries" (21.10.2014)
"Berlin: Portrait of a City Through the Centuries" (13.10.2014)

Nowojorska "wersja" tytułu książki (Berlin: portret miasta przez stulecia) wydaje mi się najbardziej odpowiadać temu, czym w rzeczywistości jest praca MacLeana.

Guten Morgen Berlin,
du kannst so hässlich sein,
so dreckig und grau
du kannst so schön schrecklich sein.


Książka:
Rory MacLean, Berlin. Miasto z wyobraźni (ang. Berlin. Imagine a city), przełożył Władysław Jeżewski, wydawnictwo Magnum; Warszawa 2014. ISBN 978-83-63986-60-5.

wtorek, 9 czerwca 2015

Bohater z cienia: losy Kazika Ratajzera

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego posta sięgnąłem po "Rury" Etgara Kereta. Świetny język, dobry warsztat i zmysł literacki -- ale jednak nie dla mnie (odłożyłem po kilkudziesięciu stronach). Może kiedyś.

Pod ręką miałem publikację Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki "Bohater z cienia" o Szymonie "Kaziku" Ratajzerze (Symsze Rotemie) i postanowiłem skorzystać.

Książka składa się z dwóch przeplatających się części -- "wczoraj": opowieści o Szymonie Ratajzerze / Szymsze Rotemie oraz "dziś": zapisów cyklu rozmów autorów z Kazikiem, które odbyły się w latach 2007-2011 w Jerozolimie, Warszawie oraz Krakowie i zapisu rozmowy Symchy "Kazika" Rotema z Markiem Edelmanem (Łódź, 1995). Dzięki książce mamy możliwość poznania nie tylko przedwojennych losów głównego bohatera oraz jego działań w czasie II wojny światowej (w tym brawurowego wyprowadzenia kilkudziesięciu ocalałych z powstania w getcie warszawskim kanałami na ulicę Prostą), ale także powojennych losów Kazika -- udziału w akcji "Nakam" (Zemsta) [1], kolejnych wojnach od pierwszych lat istnienia państwa Izraela, zarządzania siecią sklepów SUPER.



Ten "bohater" z tytułu książki nieco drażni -- od samego początku jest obawa, że bierze się do ręki publikację pisaną z pozycji klęczącej. W zasadzie wczytując się w wypowiedzi samego Ratajzera / Rotema można dojść do wniosku, że i on mógłby mieć do tego pewne zastrzeżenia.

Lata później pojedzie do Polski z grupą izraelskich uczniów w ramach tzw. delegacji szkolnych, mających kształcić świadomość narodową młodzieży. Kiedy idą spod pomnika Bohaterów Getta na Umschlagplatz, przewodniczka mówi, że to Szlak Bohaterów. Kazik nie wytrzymuje:
- Jakich bohaterów?! Czy mogłem obronić swoich rodziców w getcie? Czy mogłem w ogóle kogoś obronić? Przecież myśmy nie zwyciężyli! Jeszcze jedno takie bohaterswo i żaden Żyd nie zostanie przy życiu! [s. 213]

Koresponduje to ze znaną deklarację Marka Edelmana -- chodziło tylko o wybór sposobu umierania. W kilku miejscach można się zastanowić, czy oby przypadkiem ktoś nie stawia Kazikowi pomnika za życia (opowieści o tym, jak prowadził sieć sklepów SUPER wprost nie do uwierzenia!), ale poziom brązowienia postaci zjadliwy i nie razi zanadto.

W książce bez ogródek mówi się za to o trudnych relacjach polsko-żydowskich -- z nimi zresztą miał być związany przydomek Szymona Ratajzera: "Kazik".

(...) ŻOB musi zdobywać pieniądze na zakup broni. Robi to, przeprowadzając tzw. ekspropriację, czyli - mówiąc wprost - rabując bogatych mieszkańców getta. Podczas jednej z takich akcji, kiedy napadnięty nie chce wydać kosztowności na hasło "na potrzeby Żydowskiej Organizacji Bojowej", dowódca Ratajzera w przebłysku geniuszu krzyczy do niego po polsku: "Kazik, zrób z nim porządek". Że niby Ratajzer, ten chłopak ze słowiańskim wyglądem, jest Polakiem, a tacy, jak wiadomo, z Żydami nie żartują... Więc już nie Szymek, ale Kazik Ratajzer, przykłada lufę rewolweru do brzucha mężczyzny i pcha go w kąt pokoju, sycząc: "Ze mną nie ma żartów". Od razu dostają pieniądze. [s. 40]

Później jeszcze wiele razy Symcha Rotem (mając po matce tzw. dobry wygląd) udawał w czasie podobnych akcji polskiego akowca pomagającego Żydom -- i plotka szła dalej [s. 81].

Musi udawać przed ludźmi człowieka powiązanego z polskim podziemiem, niedwuznacznie dając do zrozumienia, że jeśli nie będą go słuchać, to będą mieli do czynienia (w zależności od rozmawiającego) albo z Armią Krajową, albo z Armią Ludową. [s. 101]

Jest również historia z węgierskimi żydami, oswobodzonymi w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego z więzienia na Gęsiówce (wówczas obozu koncentracyjnego), którzy po oswobodzeniu (jeszcze ubrani w pasiaki) mieli być pod bronią wpychani w w czeluść płonącej Hali Mirowskiej, skąd mieli wynosić jedzenie (s. 123-124). Dalej czytamy o Jerzym Grasbergu (członku ścisłego kierownictwa ŻOB), który został rozstrzelany przez oddział AK, "(...) który spotkał go na ulicy i uznał, że jeśli to Żyd, to mógł przeżyć getto tylko jako zdrajca." [s. 125].

Jurek z kolei, choć przez całą okupację nie wychodzi z mieszkania na Pańskiej (ten przeklęty semicki wygląd!), teraz wychodzi z domu. Chce walczyć! Bierze więc broń. Wtedy zatrzymuje go patrol AK. I dzieje się to, co się dzieje... [s. 125]

W czasie powstania w podobnych okolicznościach miało zginąć około 60 Żydów, w tym 44 w wyniku dwu zbiorowych mordów.
Pomnik Ewakuacji Bojowników Getta Warszawskiego na ul. Prostej 51 w Warszawie, autorstwa architektów: Konrada Kuczy-Kuczyńskiego i Jana Kuczy-Kuczyńskiego oraz rzeźbiarza Maksymiliana Biskupskiego. Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta.


Ciekawą kwestią na koniec, dla wielu pewnie mało znaną lub nieznaną (w tym dla mnie -- mam o niej na razie mgliste pojęcie) jest sprawa losu / roli ocalałych z Shoa w nowopowstałym państwie Izrael (w tym Kazika Ratajzera, który tam osiadł). To, co obecnie kojarzymy ze znaną na całym świecie instytucją Jad wa-Szem, na samym początku państwowości izraelskiej nie za bardzo pasowało do lansowanej wówczas polityki tożsamościowej.

Spotkania bojowców ŻOB mają charakter czysto prywatny. Oficjalna doktryna państwa Izrael długo zakłada bowiem niemal wymazanie Szoa z tradycji. Ben Gurion w 1949 roku oznajmia bez ogródek: "Tym, którzy ocaleli, na pewno by się to nie udało, gdyby nie byli tymi, kim byli: złymi, brutalnymi egoistami. To, co przeżyli, wyrwało z ich duszy wszystko, co najlepsze. Ponadto w myśl ideologii syjonistycznej ci, którzy doświadczyli Zagłady... sami sobie byli winni. Bo gdyby przed wybuchem wojny posłuchali ostrzeżeń syjonistów i przenieśli się do Palestyny, uniknęliby zagrożenia i tego, co ich spotkało. [s. 207-208]

Temat szeroki jak San Francisco-Oakland Bay Bridge, nie będę więc próbował go wyjaśniać (tym bardziej, że to M. jest specjalistką -- być może przeczyta i mnie zruga, że coś przekręciłem). Po więcej informacji autorzy odsyłają do Idith Zertal Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela (M. mówi, że książka bardzo dobra i będzie mi się podobała, sama do niej często wraca). Może po jej lekturze będzie okazja do napisania kilku słów na ten temat. Na tę chwilę mogę podrzucić do przeczytania świetny tekst profesora Stanisława Krajewskiego Zwycięskie klęski Izraela - o książce Idith Zertal "Naród i śmierć" [2].

Dopiero dziesięć lat po powstaniu w getcie warszawskim państwo Izrael decyduje się uczcić tych, którzy przeżyli. (...) W 1953 roku ustawę o powołaniu Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Zagłady Jad wa-Szem Kneset przyjmuje przy niemal pustej sali, co pokazuje, jak wciąż silny był sprzeciw klasy politycznej wobec pomysłów upamiętnienia Zagłady. [s. 211]

שמחה ראטהייזר-רותם (Symcha Ratajzer-Rotem) 10 lutego 2015 roku skończył 90 lat. Do dziś nosi w sobie odłamki spowodowane przez bombę, jaka spadła 26 września 1939 roku na jego rodzinną kamienicę przy ul. Podchorążych 24. Dzień po święcie Jom Kippur -- Dniu Pojednania.



Przypisy:
[1] Więcej o akcji "Nakam" można przeczytać w ciekawym tekście Marcina Masłowskiego i Tomasza Patory "Nasz Bóg ich zgubi" (Duży Format, wyborcza.pl, 06.02.2007). Z tekstu obficie korzystali autorzy książki "Bohater z cienia" [s. 152-154]. Z tego samego artykułu korzystała również Marta Tychmanowicz pisząc w 2013 roku felieton "Zemsta żydowskich mścicieli" (wp.pl, 15.04.2013).
[2] Stanisław Krajewski "Zwycięskie klęski Izraela - o książce Idith Zertal "Naród i śmierć" ", wyborcza.pl, 10.05.2010.

Książka:
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Bohater z cienia: losy Kazika Ratajzera, wydawnictwo Świat Książki - Weltbild Polska, Warszawa 2012. ISBN: 978-83-7799-373-6.

czwartek, 28 maja 2015

Izrael już nie frunie

Kiedy po lekturze "Irak. Piekło w raju" pisałem o stylu smoleńskim (sposobie pisania Pawła Smoleńskiego) zabrakło mi odpowiednich słów, aby dobrze to opisać. Z pomocą przyszedł  Etgar Keret, którego Wydawnictwo Czarne zacytowało na obwolucie cyklu reportaży "Izrael już nie frunie".

Paweł Smoleński ma oko reportera, umysł naukowca i serce poety. Ta specyficzna anatomia rodzi wyjątkowe teksty, które wykraczają daleko poza dziennikarstwo. [Etgar Keret]
Lepiej bym tego nie ujął. Swoją drogą na półce leżą "Kolonie Knellera" oraz "Rury" E.Kereta -- być może to już czas, aby się z nimi zmierzyć.

Tymczasem po raz kolejny dałem się porwać Smoleńskiemu, tym razem wyruszając w podróż do Izraela. "Izrael już nie frunie" jest w jakimś stopniu drugą stroną "Arab strzela. Żyd się cieszy" (choć w zasadzie powinno być to powiedziane na odwrót -- pierwsze wydanie "Izraela" jest z 2006 r., książka "Arab strzela (...)" ukazała się 6 lat później). Autor oddał głos głównie żydom mieszkającym w Izraelu, przy czym nie traci on okazji do tego, aby porozmawiać z nimi niemal o wszystkich drażliwych tematach -- osiedlach budowanych na Zachodnim Brzegu i Strefie Gazy oraz ich częściowej likwidacji (w Strefie Gazy z 2005 roku), Izraelskim wojsku, wysiedleniach, konfliktach między żydami aszkenazyjskimi a sefardyjskimi, osadnikami i kibucnikami, problemami z rosyjską aliją. Smoleński rozmawia i próbuje zrozumieć, poznać intencje, motywację, poglądy -- ale w żadnym momencie nawet nie próbuje dać do zrozumienia, że już wie.

Czy tak samo jak ze mną, rozmawia z Palestyńczykami?
Przez internet bez przerwy. Ale twarzą w twarz ostatnio w Ameryce. Spotkał tam palestyńskiego pisarza z Ramallah. Chłopak zaproponował, żeby odwiedził go po powrocie. Etgar nie wiedział, co powiedzieć. Palestyńczykowi trudno jest wjechać do Izraela, ale jemu do Ramallah jeszcze trudniej. Mogą się spotkać w Paryżu, w Zurychu, wszędzie, ale nie u siebie. W USA byli najbliższymi przyjaciółmi, rozumieli w lot to, czego Amerykanie nie pojmowali, lubili to samo jedzenie, tę samą muzykę. Gdy Izrael bombarduje Ramallah, Etgar wysyła e-maila z pytaniem, czy wszystko w porządku. Gdy samobójca rozerwie się w Izraelu, dostaje list podobnej treści. Tak wygląda ich dialog. [s. 136]

W "Izrael już nie frunie" spotkamy Michaela, reprezentującego przed izraelskimi sądami palestyńskie wioski-enklawy wokół Alfe Menasze.

Sędzia spytał się go, jak wyobraża sobie przebieg muru. Odparł, że mur ma strzec bezpieczeństwa Izraela, więc powinienem stać na Zielonej Linii. Co wtedy - kontynuowano przesłuchanie - z osadnikami z Alfe Menasze? Jak będą bezpiecznie jeździć z Izraela do swoich domów? Wykopcie dla nich tunel - powiedział. - Taki sam, jak ten między Kalkilą i Hablą. Bo inaczej powstanie wrażenie, które niszczy wizerunek Izraela, że dla nas są drogi, a dla Palestyńczyków kanały. [s. 123]

Poznamy Jehudę z organizacji "Przełamać ciszę" -- byłego żołnierza IDF, który w szkołach młodzieży izraelskiej (przed obowiązkowym zaciągiem do wojska) opowiada o swoich doświadczeniach z tego okresu -- jak młodego człowieka zmienia karabin i poczucie nieograniczonej władzy (s. 151-152)

Nie uwierzysz - opowiada - lecz po pierwszym moim przeszukaniu umyliśmy z chłopakami podłogę, bo nie chcieliśmy zostawić śladów zabłoconych butów. A potem? Potem były Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Wpadliśmy do przypadkowego domu, zamknęliśmy przerażonych Palestyńczyków w jednym pokoju, a kiedy mecz się skończył, poszliśmy dalej. [s. 154]

Usłyszymy młodego Ariela z Netzer Hazani, krzyczącego do izraelskich policjantów i żołnierzy, którzy w 2005 roku na rozkaz jego imiennika -- Ariela Szarona -- rozpoczęli likwidację żydowskich osiedli w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. 

Wy i ja to jedno. Nic nas nie dzieli, prócz bariery niemoralnego, zbrodniczego rozkazu. Żyd nie powinien go wypełniać. Jeśli to robi jest gorszy od goja, od Araba, od Kozaka, od faszysty. Mówię wam to dlatego, że was kocham. I wiem, że wy mnie kochacie. (...) Jeśli dziś porzucimy Netzer Hazani, jutro odbiorą nam Jerozolimę. W diasporze - wiecie to dobrze - znów czeka nas nędza i upokorzenie. [s. 276]
Być może Ariela zobaczymy gdzieś na tym nagraniu.



Jest też miejsce dla Fatimy z Al-Ajzariji, która razem z innymi Palestynkami wybrała się do kobiet z kibucu Beri aby powiedzieć im, co czuje -- i dowiedzieć się, co czują one (czyż przypadkiem jest, że Al-Ajzarija to biblijna Betania z Martą i Marią...?).

Pojechałyśmy do Izraela zobaczyć, jak wyglądają i co czują tamte kobiety - wspomina Fatima. - I po to, żeby one zobaczyły nas, usłyszały o naszym strachu. [s. 217]

Te historie to tylko ułamek Izraela, wyrywek z reportaży Smoleńskiego. Izraelska rzeczywistość nie daje się ubrać w krótkie słowa. Jest gdzieś we wspomnieniach, wzajemnych wyrzutach, lęku. Tylko gdzieś w tle wciąż tli się tęsknota za pokojową koegzystencją, zrozumieniem i końcem bezsensownego konfliktu. Chociaż w ten koniec -- po tylu latach -- niewielu już potrafi uwierzyć.

Przeczytaj również:

Książka:
Paweł Smoleński: Izrael już nie frunie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011. ISBN: 978-83-7536-314-2.

czwartek, 14 maja 2015

Irak. Piekło w raju

Egzemplarz, który miałem w ostatnim czasie w ręce, to kolejna edycja książki Pawła Smoleńskiego z 2004 roku, wydanej wówczas przez Świat Książki. Nabyłem drogą kupna już jakiś czas temu przy okazji jakichś większych zakupów książkowych w wydawnictwie, swoje odleżała -- ale się doczekała. Biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia z tym autorem ("Arab strzela, Żyd się cieszy") sporo się po niej spodziewałem. Po raz kolejny nie zawiodłem się.

Książka utrzymana jest w smoleńskim stylu [Borze Tucholski, jak to brzmi], do którego zdążyłem się przyzwyczaić -- i który zdążyłem pokochać. Choć muszę przyznać, że jednak "czuć" różnicę -- między reportażem z Iraku a strzelającym Arabem i cieszącym się Żydem (pierwszym wydaniem) jest jednak te osiem lat różnicy. Może to tylko moje wrażenie, ale wydaje mi się, że przez ten czas Smoleński jako pisarz-reportażysta dojrzał.

Iracki reportaż składa się z rozmów przeprowadzanych przez autora, do których P.T. Czytelnika / Czytelniczkę jedynie wprowadza -- po czym staje dyskretnie z boku, tak jakby słuchał ich razem z nim. Jeżdząc po Bagdadzie z towarzyszącym mu Dżamalem Salmanem oddaje niemal całkowicie głos swoim bohaterom i bohaterkom, których dobiera w sposób zapewniający różnorodność spojrzeń, doświadczeń, poglądów. Banalne stwierdzenie, że każdy człowiek to inna historia w przypadku książek Pawła Smoleńskiego jest brane bardzo serio. Rozmawia z irackimi mudżahedinami i Ligą Kobiet Irackich (s. 222). Spotyka się z Salafitami (s. 126), by już w kilka stron dalej przenieść czytelnika w sam środek mistycznych rytuałów Sufich (s. 132).

Dlatego też Irak przedstawiony -- Irak z czasów Saddama Husajna z rodu Tikritich oraz ten w niedługi czas po obaleniu krwawego reżimu -- nie jest jednowymiarowy, płaski, bez smaku i zapachu. W jednym miejscu jest krajem bezsensownego cierpienia, tortur, dyktatury porównywanej do mocniejszej wersji Nicolae Ceaușescu (zainteresowanych Rumunią tego okresu odsyłam do "Geniusza Karpat"), a już kilka stron dalej czytamy o audiencji mieszkańców Bagdadu u Saddama Husajna, którzy wysłali do niego swoje skargi (troskliwym władcy, wymierzającym w imieniu swojego ludu sprawiedliwość i rekompensującym popełnione zbrodnie).

Latif Jahja był sobowtórem Udaja Husajna, pierworodnego syna dyktatora. (...) Jahja nie chciał być sobowtórem. Złamano go więzieniem i szykanami. A kiedy już się zgodził, w ramach szkolenia pokazano mu kilkadziesiąt filmów, jakich nie wyświetlano w irackiej telewizji. Filmy miały sprawić, by Latif służył reżimowi najlepiej, jak to możliwe (w podobny sposób, tyle że zamiast filmów zastosowano live show - zmuszono fizyka, doktora Dżafara do prowadzenia irackiego programu atomowego. Dżafar patrzył na ludzi zamęczonych na śmierć torturami ze świadomością, że jeśli zgodzi się zbudować bombę atomową, następny torturowany zachowa życie. Uległ po kilku dniach. Sobowtórowi Udaja pokazano trzydzieści pięć takich filmów. [s. 29]

Takie audiencje -- sądzi Umm Ali -- odbywały się w prezydenckim pałacu nawet trzy razy w tygodniu. Czy jest na świecie jakiś inny prezydent, który zarywa sen, by wysłuchać skarg swoich poddanych i zadośćuczynić ich krzywdom? [s. 53]
Meczet Ar-Rahman

Od czasu powstania reportażu w Iraku sporo się zmieniło. W grudniu 2011 roku -- kiedy Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej rządzi już pierwszy czarnoskóry prezydent -- z Iraku wyjeżdża ostatni amerykański konwój (koszt inwazji i okupacji wyniósł USA 800 mld dol. [1]). Północ Iraku od pewnego czasu zajmują jakieś dziwne typy. Praca Smoleńskiego to migawka, która pozwala choć trochę zrozumieć skomplikowaną (z naszego punktu widzenia), bliskowschodnią rzeczywistość.

Dżamal do dziś nie odzyskał ani samochodów, ani pieniędzy. Dzieciaki z podwórka wołają za nim "żydowski szpieg". Kołacze do różnych urzędów, był w Ministerstwie Sprawiedliwości. Odpowiadają mu, że sprawa w toku. A skorumpowany sędzia? Sądzi, jak sądził.
- Co zamierzasz z tym wszystkim zrobić? - zapytałem.
- Gdybym nie mieszkał na Zachodzie, już dawno postąpiłbym po iracku.
- Czyli...
- ... Pistolet w garść i zastrzeliłbym tego skorumpowanego baasistowskiego psa. A potem zastrzeliłbym handlarzy, gdybym ich oczywiście znalazł, bo dziś Tikriti zapadli się pod ziemię. W Iraku strzela się nie za takie rzeczy. [s. 179]

Książkę kończy opowieść o wielkiej, hotelowej papudze (z hotelu Al-Fanar), która nauczyła się powtarzać dźwięki ją otaczające. Nie jest do śmiechu obecnym, kiedy postanowi odtworzyć dźwięk pobliskiej eksplozji (kulimy się, chowamy głowy, ze stołów spadają szklanki, s. 292).

Ale bywa i tak, że papuga rozśmiesza. Odgłos kałasznikowa, huk eksplozji, a za chwilę głośny krzyk: Irrraqi frrreedom i radosne, wesołe gwizdy. [s. 292]  

Tak mniej więcej wyglądał ten smoleński Irak. I śmieszno, i straszno.

A w kolejce na półce czekają jeszcze "Izrael już nie frunie" oraz "Oczy zasypane piaskiem". Bliskowschodniego Pawła Smoleńskiego ci u nas dostatek.

ps. Współpracujący z Pawłem Smoleńskim Dżamal Salman został zamordowany pod koniec sierpnia 2004 roku, o czym autor zdążył jeszcze wspomnieć w książce przed jej wydaniem (s. 294). Echa tej historii można nadal znaleźć w anglojęzycznych źródłach [2].


Przeczytaj również:

Źródła:
[1Ostatni amerykańscy żołnierze opuszczają Irak, Polskie Radio, 18.12.2011.
[2] Dead 'US spy' worked for paper, news24.com, 2004-08-26.

Książka:
Paweł Smoleński, Irak. Piekło w raju, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012. ISBN: 978-83-7536-392-0.

poniedziałek, 4 maja 2015

Rumunia. Koniec złotej epoki

Poza pracą Adama Burakowskiego "Geniusz Karpat. Dyktatura Nicolae Ceaușescu 1965-1989" z Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego przygarnąłem sobie również mniejszą objętościowo publikację Macieja Kuczewskiego "Rumunia. Koniec złotej epoki". Ciekawe jest to, że obie te publikacje zostały wydane w 2008 roku (w Warszawie) -- czyżby kwestia przygotowań wydawnictw do okrągłej, 20. rocznicy obalenia rumuńskiego dyktatora?

Książka A.Burakowskiego, wydana przez Instytut Studiów Politycznych PAN i Wydawnictwo TRIO, to publikacja naukowa w pełnym rozumieniu tego słowa. Książka Macieja Kuczewskiego zaś to jej świetne uzupełnienie -- pisana lekkim piórem opowieść o Rumunii oglądanej oczami korespondenta PAP.

Autor przez osiem końcowych lat panowania Ceaușescu był jedynym, stałym polskim korespondentem w tym kraju, a potem wielokrotnym specjalnym wysłannikiem. [informacja z okładki]

Perspektywa patrzenia godna uwagi z co najmniej dwóch powodów: z racji zawodowych autor musiał być "na bieżąco" oraz miał dostęp do sytuacji, miejsc i ludzi niedostępnych z poziomu zwykłego zjadacza chleba. Tym bardziej, że kontakty obcokrajowców z obywatelami Rumunii były od pewnego czasu znacznie utrudnione...

Tak właśnie działał Dekret nr 23, który zabraniał jakichkolwiek kontaktów z cudzoziemcami. W ostateczności można było się spotkać z obcokrajowcem, ale wcześniej należało uzyskać na to zgodę od zakładowej komórki bezpieki, tzw. protocolu. Po moim telefonie każdy powinien był napisać podanie o zgodę na spotkanie ze mną, opisując dokładnie przyczynę, dla której ktoś chce mu przekazać prezent*. Skąd go zna? Czy miał wówczas zgodę na spotkanie, gdy go poznał? Z czyjej inicjatywy odbyło się spotkanie? Czy miało miejsce w kraju, czy za granicą? Czy o jego przebiegu został poinformowany protocol? itd. [s. 47]
Dekret nr 23 o zakazie kontaktów z cudzoziemcami został w prawdzie podpisany przez prezydenta, ale nigdy nie został potem uchwalony przez parlament i nigdy nie został opublikowany; nigdy więc nie nabrał mocy prawnej. Nie przeszkadzało to bezpiece w szantażowaniu oraz represjonowaniu nim społeczeństwa przez kilkadziesiąt lat. [s. 54]

[* wyjaśnienie kontekstu: w związku z wyjazdem "na placówkę" autor był poproszony o przekazanie kilku przesyłek z Polski do Rumunii]

"Rumunia. Koniec złotej epoki" -- choć utrzymana w publicystycznym tonie -- naświetliła mi pewne aspekty, których zabrakło mi w naukowym opracowaniu "Geniusz Karpat", wyjaśniając chociażby tajemnicę zdjęcia opublikowanego w poprzednim wpisie.



Oszczędność na miejskiej komunikacji polegała na tym, że rano, gdy ludzie jechali do pracy - autobusy i tramwaje kursowały niemal jeden za drugim. Po południu, gdy ludzie wychodzili z pracy i chcieli dostać się do domów - na przystankach gromadziły się tłumy, na których obwieszone jak winogrona autobusy i tramwaje pojawiały się co 40-60 minut. Jeszcze gorzej było zimą, gdy trzęsące się z zimna na nieoświetlonych przystankach tłumy powiększały się o właścicieli samochodów. Zimą bowiem, pod pretekstem opadów śniegu - zakazywany był cały ruch samochodów osobowych. [s. 155]

Można się czasami do czegoś doczepić (dalej np. jest mowa o tym, że prywatne samochody jednak mogły jeździć -- tylko na zmianę, co drugi dzień: z rejestracją parzystą i nieparzystą [s. 156]), ale buduje to już jakiś obraz komunistycznej Rumunii.

Ceaușescu marzył, aby za jego sprawą Rumunia stała się pierwszym krajem na świecie, którego władca będzie znał myśli wszystkich swoich obywateli. [s. 96]

Rumunia widziana oczami Kuczewskiego (a właściwie przedstawiona na kartach jego książki) to kraj, w który w imię "rozwoju gospodarczego" oraz kultu przywódcy (i jego żony) został postawiony na głowie. Podsłuchiwanych -- zdaniem Iona Pacepy -- miało być niemal 90% społeczeństwa [s. 94] (zdaniem Kuczewskiego jest to wartość przesadzona, choć kilka opisanych w książce sytuacji udowadnia, że inwigilacja była posunięta naprawdę daleko). Aby -- w imię oszczędności mocno uszczuplonych zasobów -- nie dogrzewać mieszkań gazem jego ciśnienie było tak niskie, że czasami problemem było zagotowanie wody w większym garnku; gdy udało się zapalić piekarnik, spokojnie można było włożyć do środka zmarznięte nogi i je ogrzać [s. 195]. Z racji oszczędności energii kuchnie -- nawet w najlepszych, bukaresztańskich restauracjach -- były nieczynne. "Przysmak" w postaci czegoś, co miało być fasolą z boczkiem, rozwożono "gdzieś z centrum" do uprzywilejowanych knajp w olbrzymich, wojskowych termosach [s. 182]. Kiedy najmłodszym obywatelom Rumunii (wcielanym do organizacji "Sokoły Ojczyzny") nie udawało się w ramach "prac patriotycznych" wykonać planu zbiórki surowców wtórnych, rodzice wpłacali do kasy pieniądze, które rzekomo uzyskane były z ich skupu (na podstawie zgromadzonych pieniędzy szkoły informowały zwierzchność o wykonaniu i przekroczeniu planów zebrania surowców wtórnych, s. 139).

W tym wszystkim jednak nie zabrakło czarnego, rumuńskiego humoru z tamtego okresu (teraz już wiem, skąd Monika Milewska mogła je zapożyczyć do książki "Bogowie u władzy", kilka się powtarza).

Towarzysz zesłany do pracy w pobliże granicy z ZSRR ["zsyłki" na odległą placówkę były dość popularną metodą kary], przedstawiany na zebraniu partyjnym, zaczął wygłaszać oświadczenie:
- Chcę podziękować drogiemu towarzyszowi Stalinowi...
- ... towarzyszu, wszystko się wam pokręciło! Towarzysz Stalin już dawno nie żyje!
- Wiem co mówię, towarzysze: gdyby towarzysz Stalin nie zagarnął po wojnie Besarabii, zostałbym zesłany jeszcze dalej. [s. 63]

Rozwiązany został problem ogrzewania w szpitalach - informował jeden z dowcipów - chorych kładzie się do łóżka parami: jeden z gorączką, jeden bez. [s. 196]

Jadąca obok trumny zmarłego męża wdowa rozpacza: "Umarłeś, mój biedaku, teraz cię zamkną w ciemnym, zimnym i wilgotnym grobie!" Obserwujący z okna tę scenę mały chłopiec krzyczy: "Tato! Zamykaj drzwi, bo tego nieboszczyka do nas prowadzą!" [s. 200]

Jeżeli ktoś z P.T. Czytelników / Czytelniczek ma więc ochotę na niezobowiązujące spotkanie z Rumunią okresu rządów Nicolae i Eleny Ceaușescu, polecam M.Kuczewskiego. Połyka się błyskawicznie.

Książka:
Maciej Kuczewski, Rumunia. Koniec złotej epoki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008. ISBN: 978-83-06-03137-9.