niedziela, 13 lipca 2014

Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Jak Hitler ukradł olimpijski sen

Zacznę od wysokiego C, graniczącego z tzw. "nadużyciem semantycznym" -- ciekawie czytało się pracę Guy'a Waltersa o berlińskich igrzyskach olimpijskich z 1936 w kontekście kończącego się dzisiaj brazylijskiego "mundialu". Nie, nie chcę porównywać nikogo do Hitlera (reductio ad Hitlerum), czym -- zgodnie ze świętym prawem Godwina -- odebrałbym wielu już w pierwszym zdaniu chęć do dalszej lektury.

Na przykładzie letnich igrzysk olimpijskich z 1936 -- co, moim zdaniem doskonale wykazuje w autor -- widać jak na dłoni, że sport nigdy nie był "bytem autonomicznym". To, co oglądamy w czasie zawodów na stadionie -- czy to olimpijskim, czy piłkarskim -- to jedynie mały wycinek rzeczywistości, spektakl grany na oczach świata. Za kurtyną tego przedstawienia dzieją się zaś rzeczy, o których tzw. "świat" (vel "światowa opinia publiczna") najchętniej by zapomniał(-a).

Tak dzieje się w przypadku tegorocznych Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Brazylii, nie inaczej sprawa wyglądała w roku pańskim 1936...

Republika Weimarska na początku lat 30. XX wieku była krajem słabym, wyniszczanym przez kryzys gospodarczy (mimo wcześniejszej "prosperity" z lat 1924-1929), dodatkowo poniżanym -- w oczach samych Niemców -- przez postanowienia podpisanego w 1919 roku Traktatu Wersalskiego.  Kiedy w 1933 roku wraz z dojściem do władzy Adolfa Hitlera rodzi się III Rzesza Niemiecka nie jest to jeszcze kraj, który mógłby być podejrzewany o możliwość wywołania największego w dziejach świata konfliktu zbrojnego.

Moment, w którym Niemcy znalazły się na chwilę przed 1936 rokiem, można -- moim zdaniem -- nazwać okresem przełomu. Do tzw. "opinii światowej" już dość wyraźnie docierały głosy mówiące zarówno o gwałtownie rosnącej potędze, jak i prowadzonej przez ten kraj polityce rasowej (wrzesień 1934 roku to noc długich noży, wrzesień roku 1935 w Niemczech to wprowadzenie ustaw norymberskich). Głosy, które jeszcze kilka lat wcześniej (w 1932 r.) można było uznać za pomrukiwanie grupki ekstremistów w ciągu zaledwie kilku lat przeszły do poziomu obowiązującego prawa.

Marny popis Niemiec wzbudził wielkie niezadowolenie w kraju. Najbardziej zjadliwa reakcja pojawiła się na łamach nazistowskiego pisma "Der Angriff" ("Atak"). Dwa tygodnie po powrocie niemieckiej ekipy z Los Angeles gazeta nazwała członków Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego "zdrajcami", gdyż dopuścili, by niemieccy sportowcy rywalizowali z Żydami i "czarnuchami". [s. 26]

1935 rok to gorące dyskusje dotyczące miejsca organizacji letnich igrzysk olimpijskich. Guy Walters doskonale oddaje klimat tego okresu, cytując korespondencję i wystąpienia polityków oraz działaczy sportowych, będących po obu stronach sporu.

Żydowska propozycja bojkotu Igrzysk XI Olimpiady, która, jak sądziłem, została gruntownie pogrzebana w ubiegłym roku, ożyła ponownie i sytuacja jest doprawdy bardzo poważna [s. 66]

-- tak we wrześniu 1935 roku pisał nie kto inny, jak Avery Brundage [1], który w późniejszych latach (aż do 1972 roku) przewodził Międzynarodowemu Komitetowi Olimpijskiemu.

Rozwścieczony Brundage zwrócił się wprost do społeczeństwa Stanów Zjednoczonych. Amerykański Komitet Olimpijski wydał opasłą broszurę pod tytułem Fair Play for American Athletes, która przedstawiała argumenty za wysłaniem reprezentacji do Niemiec. [s. 71]

Idée fixe tego człowieka, który znacznie przyczynił się do przyznania Berlinowi prawa organizacji igrzysk, był sprzeciw wobec ich upolityczniania. Był zupełnie ślepy na to, jak bardzo polityka przenikała się ze sportem -- zupełnie nie bacząc na jego poglądy.

Względów, jakie okazywał nazistom, nie da się usprawiedliwić argumentacją, że potępiając go, padałoby się ofiarą typowego dla historyków grzechu oceniania przeszłych wydarzeń z perspektywy teraźniejszości. Choć nie funkcjonowały jeszcze komory gazowe, o torturach, zabójstwach i represjach informowały już gazety na całym świecie. [s. 67]

Organizacja letnich igrzysk w 1936 roku miała być dla Niemiec okazją nie tylko do zaprezentowania siły odradzającego się kraju, ale także do udowodnienia (potwierdzenia?) swojej wiodącej roli na arenie międzynarodowej. W książce pojawia się nawet ciekawe zagadnienie związane z pytaniem, jak na wzrost potęgi III Rzeszy wpłynąłby międzynarodowy bojkot organizowanych na o wiele mniejszą skalę IV Zimowych Igrzysk Olimpijskich (1936 r., Garmisch-Partenkirchen).



Być może w przypadku rezygnacji wielu ekip z udziału w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w "Ga-Pa" do Letnich Igrzysk Olimpijskich w Berlinie w ogóle by nie doszło (lub nie miałyby one aż takiego rozmachu)...

Większość sportowców, tak mężczyzn jak i kobiet, przyjmowała mundury, swastyki i rygor z rozbawieniem. Jak napisał później [zmarły zaledwie 11 dni temu - JG] Lou Zamperini: "W roku 1936 wciąż jeszcze uważaliśmy Hitlera jedynie za niebezpiecznego błazna". [s. 201] 

Odchodząc jednak od zagadnień politycznych -- w książce, poza opisami samych zmagań sportowców (muszę przyznać, że historia sportu jako takiego pociąga mnie znacznie mniej), znajdziemy sporo smaczków związanych z funkcjonowaniem społeczeństw w tamtym czasie. Jest trochę informacji na temat powszechnie stosowanych wówczas środków dopingowych [s. 240] czy problemów związanych z treningami ekip docierających na igrzyska.

Obwiązywali nam linę wokół pasa, tak że pływaliśmy w miejscu - wspomina Dunn. - Ponieważ statek się kołysał, na jednym końcu było pół metra wody, dwa metry na drugim, a chwilę później przelewało się to w drugą stronę. Bardzo urozmaicało to trening. [s. 181]

Oczywiście o treningach na statku mogli zapomnieć zawodnicy miotający.

Warta prześledzenia jest także historia zmarłego w 2002 roku maratończyka Sohn Kee-chunga, która po raz kolejny udowadnia, jak polityka -- wbrew wyobrażeniom wielu ludzi na czele z Averym Brundage'em -- przenikała się ze sportem. Sohn Kee-Chung (występujący w czasie olimpiady pod Japońskim nazwiskiem Son Kitei) był Koreańczykiem, obywatelem kraju wchodzącego w skład ówczesnego Imperium Japońskiego.

Było dla mnie nieznośną hańbą, że stojąc na podium zwycięzców, słuchałem Kimigayo (...), a na maszcie powiewał sztandar Wschodzącego Słońca - wspominał Son pięćdziesiąt lat później. - Nieświadomie zwiesiłem głowę i zastanawiałem się, czy naprawdę jestem Japończykiem. Jeśli tak, to dlaczego Japończycy znęcali się nad moimi rodakami? (...) W późniejszych wywiadach prasowych [udzielanych po zwycięstwie w Berlinie - JG] próbował powiedzieć światu, że jest Koreańczykiem, ale ponieważ jego tłumacz był Japończykiem, jego słowa nigdy nie były tłumaczone w całości. [s. 266]

Dalsze -- współczesne -- losy tej historii są nie mniej ciekawe.

W październiku 1983 roku Koreański Komitet Olimpijski zwrócił się do MKOl z prośbą, by medal Sona został przypisany Korei zamiast Japonii. (...) MKOl odrzucił tę prośbę, twierdząc, że jej spełnienie naruszyłoby artykuł 8 Karty Olimpijskiej, który stwierdza, że "jedynie obywatele danego kraju mogą nosić barwy i współzawodniczyć w igrzyskach olimpijskich". (...) Son zmarł w 2002 roku w wieku dziewięćdziesięciu lat. Inskrypcja na berlińskim stadionie nadal zawiera słowo Japan po jego nazwisku. [s. 347]

Dużym plusem dla książki jest ostatni rozdział "Spuścizna", z którego zaczerpnąłem ostatni z cytatów. Dalsze losy zawodników olimpijskich, którzy wówczas (w 1936 r.) zgodnie z przepisami musieli być amatorami, często w niczym nie przypominały życiorysów współczesnych gwiazd sportu. Zdarzały się więc przypadki, że zawodnik nie mógł wystartować w zawodach, gdyż jego pracodawca nie chciał udzielić mu na ten czas urlopu. Dla tych, którzy wystąpili, zdobyte w czasie tych igrzysk medale były niejednokrotnie jedynymi, tak znaczącymi osiągnięciami sportowymi. Wielu z nich zmarło w zapomnieniu.

Na sam koniec, bo nie zmieściło mi się w tekście -- warto sięgnąć po tę książkę także ze względu na ciekawe opisy zapomnianej (niedoszłej) Olimpiady Ludowej w Barcelonie z 1936 r., której start uniemożliwił wybuch hiszpańskiej wojny domowej (krótki, kilkustronicowy rozdział "Iberyjski przerywnik", s. 173-178).

Książka:
Guy Walters, Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Jak Hitler ukradł olimpijski sen (ang. Berlin Games), przekład Norberta Radomskiego, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008. ISBN 978-83-7510-113-3.

[1] Tak na boku -- Avery Brundage to ten sam człowiek, który w 1972 podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium podjął decyzję o nieprzerywaniu zawodów po zamachu Czarnego Września na reprezentację Izraela.

Polecam także:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw słowo swoje.