poniedziałek, 24 grudnia 2012

Przywództwo bez władzy, czyli resonant leadership

Książkę wyciągnąłem z podręcznej biblioteczki INSPRO (zrozumienie dla potrzeb czytelniczych okazał +Wojciech Makowski), za co jemu oraz im z tego miejsca serdecznie dziękuję.

Przeczytawszy tytuł oraz rzuciwszy okiem na treść spodziewałem się raczej czegoś innego, ale tutaj przychodzi czas na lekcję numer jeden -- jeżeli nie jesteś pewien zawsze przeczytaj oryginalny tytuł książki. Zawsze. W jaki cudowny sposób resonant leadership mogło stać się dla kogoś przywództwem bez władzy wiedzą chyba tylko ci, którzy wpadli na pomysł szklanej pułapki czy wirującego seksu.

Jeżeli zaś chodzi o meritum, czyli treść. Napisane bardzo przystępnym językiem, zilustrowane wieloma przykładami (które -- ze względu na ich bohaterów -- zdecydowanie bardziej pasują do resonant leadership niż przywódctwa bez władzy), generalnie naprawdę w porządku gdyby nie to, że nieco przegadane. Cóż, czuć w tym mocno ducha kraju Harvard Business School (swoją drogą -- polecam mapę zrobioną na bazie +Google Maps).

Główne hasła, wokół których toczy się cała "historia" książki to: rezonans w przywództwie, jego przeciwieństwo -- rozdźwięk, cykl odnowy, zespół poświęcenia oraz syndrom dyrektora generalnego. Dodatkowo wielokrotnie wymieniane są warunki konieczne do uzyskania "stanu" rezonansu, czyli uważność, nadzieja oraz współczucie (w sensie: współodczuwanie, umiejętność wczucia się w czyjąś sytuację; nie ma to nic wspólnego ze współczuciem np. w sensie nadanym przez chrześcijaństwo).

Książka -- pomimo tego, że nie zawiera genialnych myśli, a co drugą stronę nie robimy wielkiego wow -- dobrze wpływa na proces autorefleksji.

Żeby tradycji stało się jednak za dość (w końcu mamy święta) fragment książki -- wyciągnięty z historyjki, jak to w pewnej firmie wizja była stworzona w taki sposób, że nawet kadra kierownicza nie potrafiła jej poskładać z powycinanych fragmentów tekstu, co oczywiście nie przeszkadzało im mocno wierzyć w przyjęte przez firmę zapisy. W ramach poprawy tego złego stanu rzeczy -- jak niżej.

Wspólnie udało im się stworzyć wizję, która w szczególny sposób odzwierciedla wartości, przekonania i nadzieje pracowników. Każdy, kto pracuje w Summa, nosi przy sobie niewielki kartonik z wydrukowanymi słowami: 
Summa to Wy. To właśnie Was widzą osoby, które tu przybywają. To w Wasze oczy patrzą pacjenci, gdy czują się zagrożeni i samotni. To Wasze głosy słyszą, gdy jadą windą, gdy próbują zasnąć i gdy usiłują zapomnieć o swoich problemach. To z Wami rozmawiają przed wizytami, które mogą odmienić ich losy. I to Was słyszą, gdy wychodzą z gabinetów. To Wasze komentarze do nich docierają, gdy sądzicie, że rozmawiacie między sobą. To Waszej inteligencji i troski oczekują, gdy do nas trafiają. 
Wasz zgiełk jest zgiełkiem całego szpitala. Podobnie Wasze grubiaństwo. Kiedy jednak wspaniale sobie radzicie, tak samo radzi sobie szpital. Żaden gość, pacjent, lekarz ani współpracownik nigdy nie pozna Waszego prawdziwego ja, tego, co tkwi głęboko w Was, dopóki im na to nie pozwolicie. Każdy wie tylko tyle, ile widzi, słyszy i doświadcza. 
Mamy więc interes w Waszym indywidualnym podejściu i zbiorowym nastawieniu wszystkich osób pracujących w szpitalu. Jesteśmy oceniani na podstawie Waszych dokonań Jesteśmy troską, którą się dzielicie, uwagą którą poświęcacie, i życzliwością, którą emanujecie. 
Dziękujemy Wam za cały ten wysiłek. [s. 249]

Kilka rzeczy w powyższym tekście napisałbym inaczej, ale całokształt naprawdę daje radę. A książkę -- choć bez must read -- mogę spokojnie polecić do przeczytania w tak zwanej wolnej chwili.

Książka:
Richard E. Boyatzis, Annie McKee, Przywódzwo bez władzy, wyd. HELION, Gliwice 2006, ISBN: 83-246-0350-6.

btw. Przy okazji pisania tekstu przeprowadzam test tagowania w ramach postów na +Bloggerze. Google coraz bardziej goni tego pana >> +Mark Zuckerberg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zostaw słowo swoje.