poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Odrzucony obraz

Dawno temu, w odległej galaktyce musiałem przeczytać lub usłyszeć coś na temat tego, że żeby "odczarować" sobie w głowie kwestię średniowiecza, powinienem sięgnąć po Odrzucony obraz C.S. Lewisa. Domyślam się, że to z tej okazji na mojej półce w połowie sierpnia 2017 r. pojawiła się ta książka (odgrzebana w zasobach antykwariatu Myszy i ludzie z ul. Piotrkowskiej 118 [co ja bym zrobił, gdyby nie podręczna pamięć z poczty elektronicznej]).


Pełny tytuł to Odrzucony obraz. Wprowadzenie do literatury średniowiecznej i renesansowej -- i rzeczywiście publikacja jest zdecydowanie z półki literaturoznawczej, choć ja kupiłem ją w zupełnie innym celu. Cel udało się zrealizować. Podobnie o książce pisał zresztą jej tłumacz, Witold Ostrowski, który naprawdę mocno napracował się przy tej publikacji (tak na boku -- był twórcą Katedry Filologii Angielskiej na Uniwersytecie Łódzkim, późniejszym kierownikiem Katedry Filologii Angielskiej i dyrektorem Instytutu Filologii Angielskiej UŁ).
Ułatwia (...) zrozumienie umysłowości średniowiecznej w sposób bezstronny i dokładny, korygując szkolno-prasowe komunały upatrujące w średniowieczu tylko ciemnotę i zabobon, i bezmyślnie powtarzane fałsze o rzekomej wierze w płaskość ziemi, o średniowiecznej obsesji na czarownice itp. Koryguje ona również obiegowe w Polsce złudzenie, jakoby renesans był czymś radykalnie odmiennym od średniowiecza, a nie okresem przejściowym do nowożytności. [Od tłumacza o dziele i przekładzie, s. 9-10]
Co do tego całkowicie bezstronnego sposobu można mieć pewne wątpliwości -- tym bardziej, że wyraża je nawet sam autor w pierwszym zdaniu epilogu (Nie wysiliłem się bardzo, żeby ukryć fakt, że dawny Model zachwyca mnie, jak - sądzę - zachwycał naszych przodków [s. 145]). Ale trzeba też przyznać, w tym stwierdzeniu C.S. Lewisa jest pewna doza kokieterii, bo ta fascynacja -- mimo wszystko -- nie rzuca się aż tak bardzo w oczy, a prowadzona przez niego narracja jest niezwykle rzeczowa. Jest zresztą we wstępie tłumacza jeszcze jeden dziwny moment, w którym Witold Ostrowski pisze, że książka ta powstała w 1964 r., gdy C.S. Lewisa powołano do Cambridge na stanowisko profesora Angielskiej Literatury Średniowiecznej i Renesansowej [s. 9]. Albo ja czegoś nie zrozumiałem, albo zaszło jakieś nieporozumienie. Książkę rzeczywiście wydano w 1964 r., z tym że jej autor zmarł 22 listopada 1963 r. (w dniu zamachu na Johna F. Kennedy’ego oraz śmierci Aldousa Huxley'a). Nie sądzę, żeby jej autora powołano wtedy na jakiekolwiek stanowisko.

Autor w książce tej, zgodnie z zapewnieniami w części Od tłumacza o dziele i przekładzie, zawarł uporządkowany zarys dziejów średniowiecznej i renesansowej nauki o świecie i człowieku do Kopernika i Galileusza [s. 9]. To zapewnienie również wydaje mi się nieco na wyrost, sugerując, że książka stanowi -- w jakimkolwiek wymiarze -- próbę w miarę kompleksowego spojrzenia na "zarys dziejów średniowiecznej i renesansowej nauki o świecie i człowieku", a tymczasem porusza jedynie (?) wybrane zagadnienia, próbując przybliżyć P.T. Czytelnikowi / Czytelniczce (w oparciu o zagadnienia literaturoznawcze) specyfikę Modelu, kształtującego sposób myślenia ludzi średniowiecza. Co oczywiście w żaden sposób nie pomniejsza rangi tej stosunkowo niewielkiej objętościowo publikacji.

Jest w tej przedmowie jeszcze jedna, daleko idąca obietnica.
Każdy, kto [to dzieło] pozna, będzie czytał z zupełnie nowym głębokim zrozumieniem Boską komedię Dantego, Boccaccia, Reja, Ariosta i innych [s. 9]
Aż tak daleko idących ambicji nie mam ( ;-) ), nie kręci mnie też literatura tego okresu (no dobrze, po Dekameron Giovanniego Boccaccia może bym kiedyś w końcu sięgnął) -- ale faktycznie, nawet i nieco lepsze zrozumienie sposobu myślenia i funkcjonowania ludzi w okresie, o którym pisze C.S. Lewis, pomoże inaczej spojrzeć na część -- czasami mocno stereotypowanych -- zagadnień. Na przykład na rzekomą powszechność wiary w płaską ziemię [1]. Wszyscy autorzy późnego średniowiecza zgadzali się co do kulistości ziemi, zaś konsekwencje kulistości ziemi pojmowano w całej pełni [s. 100-101]. Oczywiście były jednostki, które promowały inne teorie. W XXI wieku zasiliłyby najpewniej szeregi którejś z flat Earth society.

Kluczową kwestią jest to, co C.S. Lewis określa jako Model średniowieczny (słowo "model" -- jako opis pewnego zestandaryzowanego obrazu -- biorąc z nauk ścisłych). Model jest (w dużym uproszczeniu) czymś, co pomaga ująć w pewne uśrednione ramy system wierzeń i przekonań panujących w danym okresie, "przejmowany" od przodków, stopniowo modyfikowany przez "współczesnych" i przekazywany potomnym. Jest to zatem pewna sztafeta poglądów, w której model średniowieczny był pochodną przekonań starożytnych, zaś model renesansowy stanowił pochodną modelu średniowiecznego. Oczywiście są (oraz były) jednostki, które w większym lub mniejszym stopniu ignorują (ignorowały) istnienie modelu -- najpewniej tym samym znacznie przyczyniając się do jego stopniowej zmiany.
Wielcy mistrzowie nie biorą żadnego modelu tak całkiem poważnie jak my, pozostali. Wiedzą, że jest to ostatecznie tylko model, może dający się zastąpić. [s. 23]
Większość jednak z tego, co robimy, myślimy czy jak żyjemy, mieści się w granicach obowiązującego Modelu -- chociaż najpewniej głównie nieświadomie. Kluczowe w tym wszystkim jest zdanie z epilogu, w którym autor pisze:
Wysuwam (...) rozważania, które mają skłonić nas do patrzenia na wszelkie modele we właściwy sposób, z szacunkiem dla każdego, ale bez robienia z niego bożyszcza (...). Żaden model nie jest katalogiem rzeczywistości ostatecznych i żaden nie jest tylko fantazją. [s. 148]
Model zaś, jako konstrukt holistyczny, zawiera w sobie również nasze spojrzenie na przeszłość. "Uśredniona" wizja przeszłości jako takiej, mająca nierzadko więcej wspólnego z jednym, wielkim nieporozumieniem niż z rzeczywistością [2], nie omija także naszego spojrzenia na przodków ze średniowiecza. I tak też nie patrzymy na tę kulturę, zgodnie z Odrzuconym obrazem, jako kulturę pisma, w której teksty ballad i romansów nie stanowiły dominującego przedmiotu rozważań literatów, sytuując się na marginesie średniowiecznego "słowa pisanego".
Wygląda to, jak gdyby romanse i ballady były w średniowieczu tym, czym zostały później: zbaczaniem z drogi, wytchnieniem, czymś co zdoła istnieć tylko na marginesie umysłu, rzeczą, której właściwy czar polega na tym, że nie należy do "centrum" (...). [s. 19]
Ciekawe jest jednak spostrzeżenie, że w modelu średniowiecznym mieściła się także niezwykła łatwowierność w odniesieniu do słowa pisanego. To, co w księdze się znalazło, generalnie było uważane za prawdę [s. 20] -- dlaczego ktoś miałby coś pisać, jeśli nią nie było? Do tego dochodził brak, jakbyśmy to dzisiaj określili, umiejętności rozróżnienia między poszczególnymi gatunkami literackimi w zakresie rozróżnienia rzeczywistości od nie-rzeczywistości.
(...) rozróżnienia między historią i fikcją nie można stosować z dzisiejszą przejrzystością do ksiąg średniowiecznych albo ducha, w którym je czytano. [s. 122]
C.S. Lewis odwołuje się w tym zakresie do słów Johna Miltona z History of Britain (którego nazywa być może ostatnim historykiem starego typu [s. 123]):
Tego, co uzyskało aprobatę od tak wielu, nie chciałem pomijać. Pewne to czy niepewne, niech idzie na rachunek tych, za którymi muszę podążać; o tyle, o ile trzymam się z dala od niemożliwości i absurdu, jeśli potwierdzone świadectwem starożytnych pisarzy z ksiąg jeszcze bardziej starożytnych, nie odrzucam tego jako należnego i właściwego przedmiotu opowiadania [s. 123]
Jest to zbieżne z Herodotem, który pisał z kolei: Jest moim obowiązkiem zapisać, co mi powiedziano, ale nie zawsze temu wierzyć. Odnosi się to do całej mojej księgi. [s. 123]. Co do zasady udowodnienie fałszu historii należało do ją kwestionującego, dlatego też autor Odrzuconego obrazu skłaniał się ku teorii, zgodnie z którą (...) większość tych, którzy czytali "historie" o Troi, Aleksandrze, Arturze lub Karolu Wielkim wierzyła, że ich treść jest na ogół prawdziwa [s. 123].

Trzeba przy tym zaznaczyć, że zupełnie inna była też specyfika powstawania dzieł literackich okresu średniowiecza. Oryginalność tworzonego dzieła czy spisywanej historii nie była wartością. Kolejne pokolenia twórców jedynie rozwijały istniejące historie.
(...) jednostkę książka-autor, podstawową dla nowoczesnej krytyki, trzeba często porzucić, kiedy mamy do czynienia z literaturą średniowieczną. (...) Zachowują się raczej jak historyk, który przekręca dokumenty, ponieważ czuje, że sprawy musiały potoczyć się jakąś inną drogą. (...) celem nie jest wypowiedzenie samego siebie lub "tworzenie"; jest nim przekazanie treści "historycznej" w sposób godny - nie godny własnego geniuszu lub poetyckiej sztuki, lecz samej treści. [s. 141, 142]
Proces tworzenia de facto przypominał na pół tłumaczenie, na pół pisanie od nowa dzieła innego człowieka [s. 142].

Taki też (pokrótce i w przyspieszeniu) był obowiązujący Model, którego ówcześni ludzie byli w jakiś sposób zakładnikami. Tak jak każdy jest w pewnym sensie zakładnikiem swoich czasów. Ale Model nie jest wieczny, czego najlepszym dowodem jest to, jak odległy od średniowiecznego Modelu jest nasz sposób myślenia. Jak do tego doszło? Według C.S. Lewisa "stary" Model nie tyle został obalony, co podlegał modyfikacjom "do granic swoich możliwości".
Dawny schemat 'Z koncentrycznymi i ekscentrycznymi kółkami nabazgranymi na nim' poddano wielu manipulacjom, żeby dotrzymać kroku obserwacjom. (...) Ani uprzedzenia teologiczne, ani zaangażowane interesy nie mogą wiecznie utrzymywać w łasce Modelu, na którym widać, że jest rażąco nieekonomiczny. Nowa astronomia zatryumfowała nie dlatego, że sprawa starej była beznadziejna, lecz dlatego, że nowa była lepszym narzędziem. [s. 147]
Proces odchodzenia od modelu przez jego modyfikację nie jest zresztą domeną średniowiecza, ale wydaje się być pewną prawidłowością dziejów. 
(...) gdy zamiany w ludzkim umyśle powodują dostateczną niechęć do dawnego Modelu i dostateczną tęsknotę za jakimś nowym, zjawiska na poparcie tego nowego posłusznie się zgłoszą" [s. 148]
Nie wiem, czy zostawia nam to jakąś nadzieję -- nie znam się na nadziei. Ale z pewnością stanowi jakąś wskazówkę na przyszłość. Pomaga też inaczej spojrzeć w przeszłość.
Przypisy
[1] Niecierpliwych w kwestii powszechnego, średniowiecznego przekonania o płaskiej ziemi odsyłam od razu do tekstu Jacka Kowalskiego Czy w średniowieczu ludzie wierzyli, że Ziemia jest płaska?, Wielka Historia (dostęp: 2020.04.04).
[2] W tym kontekście nie pierwszy już raz polecam książkę Kapitalizm. Historia krótkiego trwania Kacpra Pobłockiego.

Książka
C.S. (Clive Staples) Lewis, Odrzucony obraz. Wprowadzenie do literatury średniowiecznej i renesansowej (ang. The Discarded Image. An Instroduction to Medieval and Renaissance Literature), przełożył Witold Ostrowski, wydanie I, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1986. ISBN: 83-211-0766-4.

czwartek, 26 marca 2020

Inny świat. Zapiski sowieckie

Inny świat. Zapiski sowieckie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego to jeden moich licznych wyrzutów czytelniczego sumienia. Jedna z tych książek, które -- jak myślę -- wypada w życiu przeczytać, a która z roku na rok sukcesywnie mnie omijała. Wyrzut tym większy, że już dawno przeczytałem Archipelag GUŁag Aleksandra Sołżenicyna -- a w rodzimej literaturze okołosowieckiej takie braki...Przeczytać powinienem jeszcze Wspomnienia z domu umarłych (aka Zapiski z martwego domu) Fiodora Dostojewskiego, do których w Innym świecie nawiązuje Gustaw Herling-Grudziński. I z której autor zapożyczył tytuł.
Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzie niezwykli. [F. Dostojewski, Zapiski z martwego domu]
Setna rocznica urodzin autora, która przypadała 20 maja 2019 roku, wydała mi się wystarczająco silnym argumentem za tym, aby w końcu dojrzeć do lektury. Przeczytałem zatem już wiele miesięcy temu, ale jakoś nie było okazji i czasu, żeby usiąść i choć kilka słów napisać...

Po Archipelagu GUŁag -- w warstwie faktograficznej -- Inny świat Herlinga-Grudzińskiego nie powinien wywoływać dużego szoku poznawczego. Rzeczywistość sowieckich obozów pracy przymusowej w ZSRS, bardzo szczegółowo opisana w trzytomowym opus magnum Aleksandra Sołżenicyna, nie różni się znacznie od doświadczeń Gustawa Herlinga-Grudzińskiego -- bo i dlaczego by miała...? Różnicować w stosunkowo niewielkim stopniu będą z pewnością szczegóły związane z pochodzeniem Herlinga-Grudzińskiego, jednak w codziennej rzeczywistości katorżniczej pracy sowieckich obozów zacierały się wszelkie różnice związane z pochodzeniem uwięzionych więźniów. Byli wykańczani i mordowani w ten sam sposób. Sołżenicyn, w przeciwieństwie do Herlinga-Grudzińskiego, nie opisał także próby ucieczki z obozu.

Diametralna różnica w narracji obu autorów pojawia się w opisie głodówki protestacyjnej, którą w obozie zorganizował -- z grupą polskich współwięźniów -- Gustaw Herling-Grudziński. Głodówka była związana z zawartym 30 lipca 1941 r. układem Sikorski-Majski -- protokół dodatkowy do porozumienia miał zagwarantować "amnestię" dla obywateli polskich (m.in. więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRS w więzieniach i obozach GUŁagu). Protest głodowy w obozie pracy był jednak czymś, co nie mieściło się w "realiach Sołżenicyna". Głodówka stanowiła zaprzeczenie podstawowego prawa obozowego -- przeżycia za wszelką cenę.

Gustaw Herling-Grudziński, podobnie jak Aleksandr Sołżenicyn, nie potępia. Nie potrafił potępić nawet tego, kto był sprawcą jego cierpień. Sołżenicyn w Archipelagu GUŁag pisał:
Wszystko to napisałem nie w trybie nagany. W tej książce już ta zasada jest przyjęta i stosowana będzie do końca: wszystkich, którzy cierpieli, wszystkich wziętych w cęgi, wszystkich zmuszonych do okrutnego wyboru raczej trzeba żałować, nie potępiać. Najlepiej okazać im wyrozumiałość. [t. 2., cz. 3., s. 234]
Na stronicach tej grubej książki znaleźliście już wiele słów przebaczenia. I oto słyszę głosy sprzeciwu, pełne zdziwienia i oburzenia: musi być jakaś granica! Nie wszystkich przecież wolno wybaczyć! A ja też nie wszystkim przebaczam. Tylko tym, co leżą w prochu. Dopóty, dopóki stoi jak bożyszcze na szczytach i marszcząc władczo brwi, z całą obojętnością i butą łamie życie tysiącom ludzi - dajcie mi, proszę, kamień, i to jak najcięższy! Ano, weźmy się razem całą kupą za taran i strąćmy go z piedestału! Ale gdy tylko runął, gdy upadł i od zetknięcia z twardą ziemią pierwsza szczelinka otwarła się w jego zakrzepłej świadomości - precz z kamieniami! On sam już wraca do ludzkiej gromady. Nie zagradzajcie mu tej ścieżki, sam Bóg ją wyznaczył. [t. 3., cz. 6., s. 417] 
Ta "niechęć" do potępienia drugiego człowieka, który został postawiony w sytuacji skrajnej, którego udziałem staje się tak bardzo nieludzkie (?) doświadczenie graniczne, wydaje się być wspólną cechą dwóch autorów, których życie zostało naznaczone piekłem sowieckiego GUŁagu.
Przekonałem się wielokrotnie, że człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach, i uważam za upiorny nonsens naszych czasów próby sądzenia go według uczynków, jakich dopuścił się w warunkach nieludzkich - tak, jakby wodę można było mierzyć ogniem, a ziemię piekłem.
Znalazłem w Innym świecie Herlinga-Grudzińskiego jedno zdanie, które stało się dla mnie lekcją głębokiego zrozumienia ludzkiego doświadczenia. Trudne do przyswojenia mogą być jednak wnioski, jakie z tego doświadczenia płyną. To lekcja patrzenia na wydarzenia z historii ludzkości z innego punktu niż wygodna kanapa Internetowego Bojownika o Wolność i Niepodległość Umiłowanej Ojczyzny. Doświadczenie to z jednej strony napełnia autora "przerażeniem", z drugiej -- "uczuciem głębokiego wstydu". Nie wiem, czy te uczucia targały autorem jedynie w momencie "uświadomienia",ewentualnie zapisywania tej myśli na stronach Innego świata, czy też towarzyszyły mu za każdym razem, kiedy do tej myśli wracał. Nie odbiera jej to jednak nic z bezwzględności brutalnej rzeczywistości.

Wracam do tego fragmentu co roku, 17 września.
Myślę z przerażeniem i głębokim wstydem o Europie przedzielonej na pół Bugiem, w której po jednej stronie miliony niewolników sowieckich modliły się o wyzwolenie z rąk armii hitlerowskiej, a po drugiej miliony niedopalonych ofiar niemieckich obozów koncentracyjnych pokładały ostatnią nadzieję w Armii Czerwonej.
Książka
Gustaw Herling-Grudziński: Inny świat. Zapiski sowieckie, wersja elektroniczna.

poniedziałek, 23 marca 2020

Wiara i wina. Do i od komunizmu

Wiara i wina. Do i od komunizmu Jacka Kuronia ma w sobie ten dyskretny urok książek politycznych, wydawanych w Polsce na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Nie potrafię napisać, co w głównej mierze mogło decydować o ich powstawaniu (to zawsze sprawa niezwykle indywidualna) -- potrzeba rozliczenia się z przeszłością, chęć zabrania głosu w "dziejowym momencie", wola włączenia się w toczące się dyskusje na temat przyszłości, ale również właśnie domykanej (jak mogło się wówczas wydawać) przeszłości. Tak czy inaczej -- w kategorie te wpisuje się autobiografia Jacka Kuronia.

Jacek Kuroń nie jest już dziś osobą, która porusza imaginaria społeczne po lewej stronie sceny politycznej. O jego współtowarzyszu wielu opozycyjnych przygód, Karolu Modzelewskim, zbiorowa świadomość fejsbukowych komcionautów przypomniała sobie niemal równo rok temu, kiedy tenże w wieku 82 lat przeniósł się na połoniny niebieskie. Być może pamięć na chwilę odżyje, jakby w duchu żydowskiej tradycji yahrtzeit, 28 kwietnia 2020 r. w pierwszą rocznicę śmierci -- ale co najwyżej w formie supernowej. Wydaje się, że nawet słowo kuroniówka, które pamiętam ze swojej "wczesnej młodości", jakoś społecznie wyparowało. Jakby niezgodnie z prawidłami ekonomii języka na powrót zwrot ten zastąpiło sformułowanie "zasiłek dla bezrobotnych".

Ostatnie publiczne odniesienie do osoby Jacka Kuronia, na które trafiłem, to wywiad z Adrianem Zandbergiem z partii Razem [1], który ukazał się dwa dni po śmierci K. Modzelewskiego (i z pewnością nie był to przypadek).

Byłem ciekawy tej osoby, w szczególności przebytej przez niego drogi ideologiczno-politycznej, dlatego zanim sięgnąłem po prawie 900 - stronicową pracę Heleny Łuczywo i Anny Bikont z 2018 r. (Jacek) postanowiłem przeczytać zgarniętą skądś-kiedyś, autobiograficzną pracę J. Kuronia Wiara i wina. To ciekawy przykład pracy, która poza refleksją nad przeszłością mieści w sobie sporą dawkę samooskarżenia autora, próbę rozliczenia się ze swoimi poglądami i decyzjami. Forma składanej samokrytyki, zawierająca w sobie -- jak każda porządna samokrytyka -- również elementy wyznania wiary. W przypadku Jacka Kuronia nie tyle "nowej", co "modyfikowanej", bo w zasadniczych jej elementach wydaje się Kuroń (na przełomie lat) niezmienny i nieustępliwy. W czasach, w których autobiografie służą głównie (auto)promocji, zaś elementy ekspiacyjne zdają się jedynie pełnić rolę uwiarygadniającą, lektura autobiografii Jacka Kuronia daje uczucie próby twardego (a co może ważniejsze -- w miarę uczciwego) mierzenia się z przeszłością -- z wyborami politycznymi i ideologicznymi.

A wybory dokonywane przez Jacka Kuronia nie pasują w żaden sposób do obrazu komunistycznego opozycjonisty Anno Domini 2020. Obraz ten został (jak mi się wydaje skutecznie) przejęty przez narracje antykomunistyczne, w których to narracjach trudno umieścić Jacka Kuronia, piszącego -- wraz ze wspomnianym wcześniej Karolem Modzelewskim -- "List otwarty do partii" z marca 1965 roku. Krytyka obozu komunistycznego z pozycji marksistowskich (a Karla Marksa Jacek Kuroń w Wierze i winie wielokrotnie nazywa "Mistrzem"), to jednak nie to samo co opowieść o Solidarności z lat 80.

A Jacek Kuroń jako zadeklarowany socjalista-marksista w partii tkwił mocno. Znamienny jest fragment odnoszący się do tłumienia przez sowietów rewolucji węgierskiej w 1956 r. i związanych z tym refleksji dotyczących członkostwa w PZPR. Z jednej strony świadomość dokonywanej zbrodni, zdecydowanie wbrew kuroniowym ideałom, z drugiej -- decyzja o pozostaniu w ramach struktur partyjnych.
Tymczasem właśnie wtedy na naszych oczach rozgrywała się tragedia Węgier. Dogorywał walczący Budapeszt miażdżony sowieckimi czołgami. W prasie szły niecenzurowane reportaże z Węgier,  (...) [których autorzy - JG] pisali prawdę, szczerą, uczciwą prawdę, opowiadali się jednoznacznie po stronie rewolucji. A my, durnie, nie rozumieliśmy, że ta wolność słowa nie jest dowodem solidarności z Węgrami naszych władz - jest po to, by spacyfikować naród polski. (...) Pojawił się wtedy pomysł: złóżmy legitymacje partyjne. W ścisłym kierownictwie wszyscy chyba byliśmy członkami partii. W dyskusji jednak zdecydowaliśmy, że nie. Mieliśmy już poczucie, że jesteśmy zdradzeni, że Gomułka to nie jest ten człowiek - tu się nie oszukiwaliśmy. Pamiętam Krzysia Pomiana, który powiedział:
- Nie oddamy im partii, z partii można się dać wyrzucić, ale nie można z niej wystąpić.
I Krzyś pozostał temu pomysłowi wierny. W 1966 roku, kiedy Karol Modzelewski i ja siedzieliśmy już w więzieniu, młodzież na Uniwersytecie Warszawskim nazwana później komandosami (...) porozumiała się z Krzysiem Pomianem i Leszkiem Kołakowskim i zorganizowała na wydziale historii spotkanie w X rocznicę Października. Tam Leszek Kołakowski i Krzyś Pomian wygłosili teksty o wykańczaniu Października, za które obaj wylecieli z partii. I oni to zrobili świadomie po to, żeby ich wyrzucili. [s. 131-132]
I takoż było z Jackiem Kuroniem. Trwał przy systemie, z nadzieją na jego wewnętrzną reformę, starał się go od środka "podgryzać" -- aż go wyrzucili. Zresztą niewiele wcześniej niż Leszka Kołakowskiego i Krzysztofa Pomiana. Powodem wyrzucenia Kuronia było przygotowywanie do publikacji wspomnianego już wcześniej „Listu otwartego do partii”, czyli krytyki systemu z pozycji marksistowskich. Jak sam zauważa, był to jego (niezamierzony) początek rewizji marksizmu [s. 202].
Byliśmy przeświadczeni, że znaczna część społeczeństwa – szczególnie młodzież – to przeciwnicy systemu, ale utożsamiają go z socjalizmem, przez co są również przeciwnikami socjalizmu. Trzeba przeprowadzić szeroką, wyczerpującą krytykę systemu z pozycji marksistowskiej. Trzeba wydać taki tekst i rozpowszechnić – to wystarczy, aby zdobyć rzesze zwolenników. Byliśmy bowiem przekonani, że robotnicy w Polsce, w tym systemie biurokratycznego socjalizmu, są żywiołowo zwolennikami socjalizmu opartego na robotniczej demokracji. [2]
Publicznej rewizji treści „Listu otwartego do partii” Jacek Kuroń z Karolem Modzelewskim chcieli dokonać po ich pierwszym wyjściu z zakładu karnego [s. 274], do czego -- zgodnie ze wspomnieniami Kuronia -- mieli dojść obaj w tym samym czasie, niezależnie od siebie. Rewizja ta dotyczyła "sprawy narodowej", którą pominęli w treści listu, nie docenili jej znaczenia. Nie dlatego, że sami nie byli patriotami -- dlatego, że w systemie myślenia lewicowego kwestie "spraw narodowych" były pochodną wartości reprezentowanych przez socjalizm (sprawiedliwość, równość, solidarność itd.). W niewybrednych słowach Kuroń krytyce poddał także utopię, którą tworzyli "rozwiązując różne problemy na papierze". Konstruowali utopię i wyprowadzali z wartości porządek wymyślony. [s. 204]
Ład taki, gdyby się go udało - nie daj Boże, wprowadzić w życie - dopiero okazałby wszystkie swoje słabości. Pomysł, że można wymyślić porządek społeczny - zupełnie niezależnie od historycznego dorobku ludzkości, a zwłaszcza społeczeństwa, które by miało być jego podmiotem - jest największym defektem lewicowego myślenia. [s. 204]
To zdecydowanie był punkt zwrotny w myśleniu Kuronia. Od teorii marksistowskich J. Kuroń odciął się dopiero w listopadzie 1970 r. [s. 310]. Być może pomocna w zrozumieniu tego przewartościowania w myśleniu będzie jego bardzo ciekawa refleksja, którą sformułował w odniesieniu do ludzi konstruujących modele teoretyczne -- bez znaczenia, czego one dotyczą.
Ludzie, którzy konstruują modele teoretyczne, mają na ogół taką właściwość psychiczną, że swoje modele przeżywają jak rzeczywistość. Jest to więc dla nich doświadczenie życiowe, a człowiekowi jest bardzo trudno uznać swoje doświadczenia życiowe za fałszywe. [s. 202]
Ciekawy jest też punkt wyjścia, który w tym kontekście można przyjąć do teorii, z którymi Jacek Kuroń się identyfikował -- lub też dopiero zaczął się identyfikować w momencie pisania Wiary i winy. Książka nie powstawała przecież w ideologicznej próżni, a i można przyjąć, że odchodzenie od przyjętych afiliacji dla J. Kuronia to może być proces długi i bolesny. Kiedy bowiem w listopadzie 1970 r. doszedł do nowego modelu "z głębokim żalem zauważył, że nie jest on zgodny z marksizmem" [s. 310]. I porzucił marksizm. Piszę w kontekście jego fascynacji (?) teoriami związanymi z nurtem teologicznym, Kościołem i Bogiem. Przechodzi do ich opisu dopiero w ostatniej części książki (Lewica - prawica. Bóg), ale robi to momentami z taką gorliwością neofity, że aż trudno było mi uwierzyć, że to ten sam refleksyjny i wnikliwy Jacek Kuroń.

Szczególne znaczenie dla Kuronia, jak również (zgodnie z jego opinią) dla jego przyjaciół miało spotkanie z ludźmi żarliwie zaangażowanymi w chrześcijaństwo [s. 337]. Mowa z pewnością o zbliżeniu lewicującego środowiska komandosów z członkami Klubu Inteligencji Katolickiej (KIK) [por. s. 339-340], co było elementem konsolidacji środowisk opozycji demokratycznej w okresie PRL. Po marcu 1968 r. Kuroń i jego towarzysze zrozumieć mieli, że "front walki o demokrację przebiegał w poprzek podziału na lewicę i prawicę", z kolei "lewica antytotalitarna miała być tak nieliczna, że praktycznie nie mogła występować jako samodzielna siła" [s. 337]. I jasne, wszystko prawda, przełomowe orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. potępienie antysemityzmu w Tygodniku Powszechnym w 1956 r. (a kto napisał w Trybunie Ludu, że nie można być komunistą i antysemitą? Nikt [s. 338]). Te wydarzenia i gesty wskazywały na pewną awangardowość środowisk inteligenckich, zbliżonych do instytucjonalnego Kościoła katolickiego, które tworzyły istotną jakość w ramach opozycji antykomunistycznej.

Tyle tylko, że Jacek Kuroń idzie w swoich przemyśleniach znacznie dalej -- i czasem robi się trochę śmieszno, czasem trochę straszno. Odkrywa bowiem nagle, że "do religii trzeba dorosnąć" [s. 338]. Przeciwieństwo wiary w Boga odnajduje w co najwyżej anegdotycznej historii o Trzęsiłebie, kierowniku więziennej pralni -- a jednocześnie przewodniczącym kółka Towarzystwa Kultury Świeckiej ("takim urzędowym ateistą na to więzienie") -- który zamiast w Absolut wierzy "w schabowego i setkę wódki" [s. 338].
Uświadomiłem sobie, że człowiek bez sacrum, bez czegoś, co przekracza jego życie i co jest najgłębiej zakorzenione w kulturze, co właśnie jest kulturą ludzką, staje się zwierzęciem. To był dla mnie wielki wstrząs. [s. 338-339]
To zakorzenienie odnajduje w religii. Co prawda deklaruje, że "nie doszedł wciąż do wiary w Boga osobowego i do Kościoła" [s. 370], ale jednocześnie w odrzuceniu Boga, religii i Kościoła widzi przyczynę przerzucania wiary na elementy zdecydowanie mniej transcendentne -- partię, doktrynę.
(...) w braku Boga i co za tym idzie religii, Kościoła - pewne ich cechy przypisuje się partiom i doktrynom. To bardzo groźna deformacja. Zdałem sobie sprawę i uświadomiłem sobie, że przed grzęźnięciem w błąd moralny może uchronić tylko transcendentne prawo moralne, o które bardzo trudno bez Boga. [s. 370]
Na starym lewicowcu wrażenie nagle zaczynają robić "salon z tronem, z portretami prymasów na ścianach" [s. 343]. Człowieka, który kiedy czegoś nie rozumiał, to bardzo trudno było mu coś wyjaśnić, ponieważ kiedy zadawał pytanie, miał już wyrobiony pogląd (sic!) i potem ciężko było się przez to przebić [s. 344], który nie był też kimś, komu można byłoby coś radzić [s. 345], nazywa -- zupełnie bezrefleksyjnie powtarzając narrację rzymskich katolików -- Wielkim Prymasem. Co w sumie zabawne, mowa o kardynale Stefanie Wyszyńskim, który w decyzji o systemie głosowania w wyborach parlamentarnych z 1957 r. jednoznacznie wsparł opcję Władysława Gomułki -- blokując tym samym działania opozycji (w których uczestniczył Jacek Kuroń) wobec aparatu komunistycznego.
Po raz pierwszy w historii PRL na listach było więcej kandydatów niż mandatów do obsadzenia (oczywiście nie porównuję z wyborami 1947 roku). Wtedy właśnie wprowadzono zasadę, że kartka oddana bez skreśleń jest głosem oddanym na kandydatów z początku listy - to znaczy umieszczonych na miejscach mandatowych. Gomułka wezwał do głosowania bez skreśleń, a wsparł go bardzo zdecydowanie prymas Wyszyński. Był to cios w nasze koncepcje politycznego, masowego działania, tym bardziej, że w całym kraju na miejscach niemandatowych znaleźli się ludzie tak zwanej październikowej lewicy (...). Wiedzieliśmy, że jeśli wystąpimy przeciwko autorytetowi Gomułki i Wyszyńskiego, to przegramy z kretesem. [s. 133]
Odbrązowiłem sobie w głowie Jacka Kuronia. Po tym wszystkim ogarnęła mnie smutna refleksja, która -- jakimś cudem -- zapędziła prosto w stronę dramatów Thomasa Bernharda. A był wśród nich dramat Rodzeństwo (Ritter, Dene, Voss) [3], z którego wynotowałem poniższy fragment. W ramach puenty.
W książki wchodzimy
jak do restauracji
głodni spragnieni
wygłodniali moje dziecko 
Najpierw przyjmują nas uprzejmie obsługują
ale potem coraz gorzej nas obsługują
potem jeszcze gorzej
a w końcu nas przepędzają
albo my sami w pewnej chwili opuszczamy te restauracje
bo nie możemy wytrzymać ich smrodu
źle ugotowane
byle jak podane
wychodzimy
ale oczywiście
nie przed zapłaceniem potwornego rachunku 
Wchodzimy w te filozofie
jak do otwartych restauracji
i od razu siadamy przy stoliku dla stałych gości
i dziwimy się
że nie od razu obsługują nas tak
jak tego oczekujemy 
Jesteśmy zirytowani
także z powodu tych wstrętnych ludzi
którzy rozsiedli się obok nas w tej restauracji 
Wzywamy właściciela
ale właściciel nie przychodzi
i jeśli nawet
byliśmy z początku zachwyceni
może na przykład wystrojem restauracji
to już wkrótce przejmuje nas ona wstrętem
siedzimy niewygodnie
w przeciągu
rozchodzi się jakiś odór
podczas gdy my spodziewaliśmy się subtelnego zapachu pieczeni 
Obsługują nas niscy obrzydliwi kelnerzy
którzy nic nie umieją
tylko bez przerwy biegają bezmyślnie tam i z powrotem
i wszystko w końcu przynoszą
tylko nie to
co zamówiliśmy 
Potrawy są niejadalne
trunki zatrute
a kiedy chcemy pociągnąć do odpowiedzialności właściciela
mówią nam
że właściciel dawno umarł
(...)
W końcu omijamy wszelkie restauracje
do żadnych restauracji już nie wchodzimy
szyld może sobie świecić nie wiadomo jak
my przechodzimy obojętnie 
Okazuje się
że już nie ma żadnych właścicieli
że są już tylko pozbawieni skrupułów dzierżawcy
Źródła
[1] Zandberg: Półkę z "Dziełami" Marksa stojącą za biurkiem Jacka Kuronia mam zamiar pamiętać długie lata, wywiad przeprowadzony przez Donatę Subbotko, 30 marca 2019 r. (dostęp: 2020.03.23).
[2] Cytat z Jacka Kurskiego za: Maciej Gach, Jacek Kuroń, Karol Modzelewski i „List otwarty do partii”, histmag.org, 19 marca 2020 r. (dostęp: 2020.03.23).
[3] Thomas Bernhard - dramaty, wpis z 7 kwietnia 2019 r., s. 316-318.

Książka
Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Biblioteka Kwartalnika KRYTYKA, wydanie III, poprawione, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990 r.. ISBN: 83-7054-000-7.

niedziela, 15 marca 2020

Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce

Pomysł, że ktoś w Polsce wziął się za porządną, naukową analizę kwestii płci kulturowej w kontekście doświadczeń z okresu komunizmu -- i jeszcze wypuścił to na szeroki rynek czytelniczy przez wydawnictwo W.A.B. -- niestety można na początku zarzucić, bo personalia autorki są w tej kwestii mylące. Autorka (Małgorzata Fidelis) rzeczywiście jest Polką pochodzącą z Białegostoku, jednak samo wydanie Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce to tłumaczenie jej książki Women, Communism, and Industrialization in Postwar Poland, wydanej przez Cambridge University Press w 2010. Tak się jeszcze niestety zdarza, że o niektórych kwestiach związanych z polską historią społeczno-polityczno-gospodarczą łatwiej nam będzie poczytać "w obcych językach", nawiązując do klasyka. Ewentualnie liczyć na ciężką pracę tłumaczy i tłumaczek (tutaj ukłony dla Marii Jaszczurowskiej).

Książka wpisuje się całkiem dobrze w nurt publikacji, które pozwalają zniuansować poznawczo pewne okresy w historii lub zagadnienia, identyfikowane w powszechnej opinii -- całkowicie błędnie -- en bloc. W kontekście literatury feministycznej, którą przybliżałem na tym blogu, wymienić można książki Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swiatłany Aleksijewicz (rozpoznanie tematu konfliktu zbrojnego) czy Aleja Włókniarek Marty Madejskiej (reportaż w pewnym stopniu dekonstruujący temat pracy kobiet w okresie PRL). W zasadzie w ramach "rozbrajania" pozornego monolitu, jakim zdaje się być obraz polskiej rzeczywistości z okresu (powiedzmy) między 1945 a 1989 rokiem, powinienem wspomnieć jeszcze co najmniej o książkach Każdy został człowiekiem Piotra Nesterowicza oraz Punkty za pochodzenie Agaty Zysiak, ale zostańmy już przy tym, że tematycznie najbliższej książce Małgorzaty Fidelis do pracy Marty Madejskiej.

Podrzućmy jeszcze tylko, w ramach literackich skojarzeń, Zakazane ciało. Historię męskiej obsesji Diane Ducret, bo z publikacji wyłania się obraz, który jasno wskazuje na to, że pozycja kobiety -- również w ramach komunizmu i industrializacji -- w znacznej mierze zależała od męskiej fantazji, która mogła też przybierać postać obsesji.

Małgorzata Fidelis opisuje sytuację kobiet w kontekście instalowania się w Polsce systemu komunistycznego oraz komunistycznej akcji industrializacyjnej na przykładzie trzech ośrodków przemysłowych -- Żyrardowa, Zambrowa i Katowic. Ciekawy wybór, związany z opisaniem trzech różnych perspektyw: miasta o przedwojennej tradycji robotniczej z niezwykle wysokim poziomem feminizacji przemysłu (Żyrardów) [1], miasta, dla którego sfeminizowany przemysł miał stanowić koło zamachowe rozwoju (Zambrów) oraz miasta, w którym kobiety miały wejść w ukształtowane w długoletniej tradycji przemysłowej role, które były (przynajmniej teoretycznie) im całkowicie obce (Katowice). Wspólnym polem dla książek M. Fidelis i M. Madejskiej będą kwestie związane z  migrację ze wsi (m.in. s. 20-21, s. 33) oraz awansem społeczno-ekonomicznym kobiet jako okazją do ich emancypacji, chociaż o ile kwestia emancypacji kobiet będzie wspólna dla trzech omawianych przez M. Fidelis ośrodków, o tyle zagadnienie migracji już nie.

Nawet niezbyt uważna lektura Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce pozwala się też zorientować w tym, że linia podziału w poglądach na temat miejsca kobiet w zmieniającej się rzeczywistości społeczno-gospodarczej niekoniecznie biegła po linii oddzielającej "komunistów" od "antykomunistów" (przynajmniej patrząc na projekt komunistyczny w szerszej perspektywie). Te pamiętne "kobiety na traktory" (zob. Magdalena Figur-Mulart) to jedynie uproszczony wycinek rzeczywistości, do tego co najwyżej z okresu sprzed tzw. "odwilży". Wykorzystując sformułowanie ukute przez Jana Karskiego można nawet stwierdzić, że kwestie miejsca i roli kobiet "stworzyły coś w rodzaju wąskiej kładki", łączącej idee komunistyczne z silnie zakorzenionymi w polskim społeczeństwie poglądami na temat roli kobiet. W ramach odchodzenia od "linii stalinowskiej" (destalinizacji) duże zaangażowanie zawodowe kobiet było wykorzystywane jako wynik "błędów i wypaczeń", które należało poddać krytyce w ramach tworzenia gomułkowskiej "polskiej drogi do socjalizmu". Z kolei argumentacja odwołująca się do "naturalnych" predyspozycji / zachowań kobiet to element wyjęty wprost z podręcznego zasobnika (polskiego) konserwatysty. Niepoślednią rolę odgrywała również sprawa kontroli seksualności kobiet, w której ręka w rękę potrafiły iść siły teoretycznie sobie przeciwstawne. Jak to ujęła autorka, "(...) nieścisłością byłoby zakładać, że Kościół w Polsce stał w ciągłej, czynnej i niezmiennej opozycji do komunistycznej władzy. Relacje między państwem a Kościołem były bardziej złożone, zwłaszcza w sferze kwestii społecznych." [s. 46].
Wyobrażenia o niekontrolowanym popędzie seksualnym kobiet stały się w dyskursie publicznym metaforą nienaturalnego ustroju stalinowskiego, który doprowadził do zepsucia socjalizmu, jak również polskiej tożsamości narodowej. [s. 43]
Również w pierwszych, powojennych latach kwestią łączącą stronę komunistyczną z polską prawicą była sprawa, że tak to ujmę, reprodukcji narodu polskiego. Bezkompromisowe podejście katolików do aborcji -- paradoksalnie -- otwierało drogę do pragmatycznego sojuszu z państwem zainteresowanym wzrostem demograficznym kraju [s. 74]. Być może w przeświadczeniu części P.T. Czytelników / Czytelniczek "za komuny to skrobanki były na porządku dziennym", ale lektura książki M. Fidelis pozwala i tę kwestię poukładać sobie w głowie. Autorka pokazuje bowiem ewolucję podejścia do praw reprodukcyjnych, która rzeczywiście była liberalizowana... po zniesieniu stalinowskich ograniczeń [1]. Z drugiej zaś strony przeczytamy o posłach katolickich, którzy w okresie wzmożonej dyskusji na temat prawa do aborcji (w czasie destalinizacji) potrafili powoływać się na Lenina potępiającego neomaltuzjanizm [s. 217].

Książka w kilku miejscach otwiera też ciekawe perspektywy poznawcze, przejeżdżając przez utrwalone w sformatowanej przez kulturowy obraz płci schematy. Z jednej strony dostaniemy zatem historię kobiet z Żyrardowa, które w czasie strajku zorganizowały "sztab operacyjny" w damskiej toalecie, wykorzystując -- jak widać dość skutecznie -- utrwalone normy społeczno-kulturowe, związane z kobiecą cielesnością oraz wstydem [s. 105]. Z drugiej strony przekonamy się, że (demonizowane) zejście kobiet do pracy pod ziemię mogło wiązać się nie tylko z wyższym wynagrodzeniem i wzrostem prestiżu wykonywanych prac, ale również ze zmniejszeniem fizycznego obciążenia pracą.
W przypadku pracy w kopalniach węgla [tak zwane] nowe zawody dla kobiet, a więc przede wszystkim stanowiska pod ziemią, stanowiły przeciwieństwo nisko płatnej i ciężkiej pracy fizycznej, którą tradycyjnie oferowano kobietom na powierzchni. [s. 147-148] 
Jak na ironię, praca kobiet pod ziemią była prawie całkowicie zmechanizowana, a więc lżejsza niż zajęcia, które proponowano im na powierzchni. [s. 172]
Paradoksalnie zatem praca kobiet na powierzchni mogła być o wiele cięższa -- w śląskich kopalniach zatrudniano bowiem kobiety na najniżej zaszeregowanych stanowiskach, które z jednej strony nie wymagały żadnych kwalifikacji, z drugiej jednak wiązały się z ciężką pracą fizyczną [s. 158]. To powinno całkowicie eliminować argument o niechęci zatrudniania kobiet pod ziemią z uwagi na brak "naturalnych predyspozycji" do tego typu pracy. Jedną z tych, do których kierowano kobiety w kopalniach, była mało prestiżowa praca na sortowni, do której "zsyłano" mężczyzn w ramach kary.
Górników, którzy pracowali pod ziemią, często wysyłano do sortowni za karę. Jeśli sztygar przyłapał podwładnego na łamaniu przepisów bezpieczeństwa - na przykład na paleniu papierosów pod ziemią - wówczas na kilka miesięcy przesuwał winowajcę na górę, gdzie miał pracować z kobietami. Kiedy kilku takich górników dołączyło do zatrudnionej na sortowni Emilii D. - 'na dwa miesiące do pomocy, do trzaskania tych kamieni' - nie mogli uwierzyć, że wytrzymuje ona tak ciężkie warunki. [s. 159]
Przeciwko pracy kobiet w tzw. "nowych zawodach" związanych z górnictwem (np. pracy pod ziemią) protestowały też żony górników -- co znów pokazuje te mniej oczywiste linie podziałów społecznych. Zarzuty żon górników wobec górniczek dotyczyły, a jakże, "pokus natury seksualnej, na które mieli być narażeni ich mężowie [s. 183-184]. Ciekawym jest to, że o analogicznych zarzutach wobec żołnierek wracających z wojny (ze strony żon żołnierzy) przeczytamy w Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swiatłany Aleksijewicz.

Na boku warto też odnotować to, że państwo polskie zabroniło pracy kobiet pod ziemią dopiero w 1924 r. [s. 170], do tego czasu zaś nie było tego typu zakazu, dlatego też niewielka grupa kobiet pracowała pod ziemią już na przełomie XIX i XX w. Co więcej, praca jest zupełnie nieobecna w głównych nurtach narracyjnych w historii górnictwa, chociaż -- jak pisze M. Fidelis -- badania historyczne pokazują, że aktywność ta była zajęciem rodzinnym. Angażowała nie tylko mężczyzn (którzy stanowili zdecydowaną większość górników), ale również kobiety i dzieci. Koncepcja górnictwa jako zawodu męskiego miała pojawić się w Europie Zachodniej w XIX w. jako konsekwencja dominującej ideologii klasy średniej, które postrzegało określone zajęcia jako (nie)odpowiednie dla kobiet [s. 170-171].

Książkę generalnie polecam -- dobre kompendium wiedzy, zagospodarowujące istotny społecznie i historycznie temat, z ciekawą (w dużej części zagraniczną) bazą źródłową. Jeżeli ktoś preferuje odsłuch, mogę odesłać do nagrania ze spotkania z autorką, przeprowadzonego 12 grudnia 2017 r. w siedzibie partii Społem Razem przy Jezierskiego w Warszawie. Co prawda pierwsze (niecałe) 39 minut spotkania nieszczególnie mnie porwało (w tym czasie wyczerpała się pula pytań od prowadzącej spotkanie Sylwii Borowskiej), ale też jestem już po lekturze książki, tak że zbyt wiele w odpowiedziach na tak zadane pytania nie mogło mnie zaskoczyć. Spotkanie trochę się rozkręca w fazie pytań.


Przypisy
[1] Co ciekawe, odsetek kobiet zatrudnionych w Żyrardowie pod koniec XIX wieku (50%) przewyższał odsetek kobiet pracujących w przemyśle włókienniczym w Warszawie (45%) oraz w Łodzi (40%) [s. 79-80].
[2] Stalin wycofał w Związku Sowieckim zliberalizowaną ustawę aborcyjną z lat dwudziestych w 1936 r., zaostrzając jednocześnie prawa dotyczące przepisów rozwodowych [por. przypis nr 14 ze s. 323].

Książka
Małgorzata Fidelis: Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce (en: Women, Communism, and Industrialization in Postwar Poland), przełożyła Maria Jaszczurowska, wydanie I, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015. ISBN: 978-83-280-1532-6.

czwartek, 16 stycznia 2020

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

W czasie tzw. przerwy świąteczno-noworocznej sięgnąłem po dwa reportaże Czarnego -- Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy Anety Prymaki-Oniszk oraz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swiatłany Alaksandrauny Aleksijewicz.

Dwie książki o dwóch wojnach światowych, które bardzo dużo łączy -- obie napisane przez kobiety, przywracające należne miejsce kobiecej perspektywie (szczególnie Wojna nie ma w sobie nic z kobiety), poruszające tematy związane z dwoma istotnymi wydarzeniami z dziejów świata (a przynajmniej jego europejskiej części) z punktów, które mimo upływu dziesiątków lat pozostają przemilczane lub przykryte przez historię wielkich dowódców, wielkich bitew i wielkich zwycięstw. A jednocześnie w dużej mierze dotyczą wielkiego cierpienia, wielkiego poświęcenia i wielkiego heroizmu.
O czym będzie moja książka? No, o wojnie, jeszcze jedna... Po co? Było już wiele wojen - małe i duże, znane i nieznane. A jeszcze więcej o nich napisano. Tyle że... Pisali mężczyźni o mężczyznach - to było od razu jasne. Wszystko co wiemy o wojnie powiedział nam "męski głos". Wszyscy tkwimy w niewoli "męskich" wyobrażeń i "męskich" doznań wojennych. "Męskich" słów. Kobiety milczą. Przecież nikt poza mną nie wypytywał mojej babci. Ani mamy. Milczą nawet te, które były na wojnie. Jeśli nawet zaczynają mówić, to opowiadają nie o swojej wojnie, ale o cudzej. Innej. Dostosowują się do męskiego szablonu. [s. 9]
Trochę mnie uwiera polskojęzyczne tłumaczenie rosyjskojęzycznego tytułu У войны не женское лицо (w moim luźnym tłumaczeniu: Wojna nie ma twarzy kobiety). Nie do końca rozumiem, dlaczego wydawcy postanowili zrezygnować z dosłownego tłumaczenia tytułu -- po lekturze bowiem wyraźnie widać, że twarz wojny to "męska" twarz. Jednocześnie jednak wojna ma w sobie dużo z kobiety -- tej, która na tej wojnie musi przybrać "męską" twarz. Ludzki mimetyzm.

Określenie, że coś jest "męskie" (chociażby w przytoczonym wyżej fragmencie) oznacza zatem nie to, że coś jest przynależne jedynie mężczyźnie, a tyle, że coś jest charakterystyczne dla mężczyzny, dla kulturowo zdefiniowanego świata mężczyzn.
Na wojnie nie ma kobiecych zapachów, wszystkie są męskie. Wojna pachnie po męsku [s. 258]
Na samym początku mam dwie uwagi. Pierwsza dotyczy kwestii historyczno-chronologiczno-terminologicznych. Kiedy bowiem w książce mowa o wojnie, chodzi o okres od 22 czerwca 1941 r., tj. od niemieckiego ataku na ZSRS (operacji Barbarossa). W trzech słowach to tzw. Wielka Wojna Ojczyźniana. Jest to o tyle ciekawe, że we wspomnieniach pojawia się wszystko -- są rozstrzeliwania na mocy pamiętnego Rozkazu nr 227, znanego jako "Ani kroku wstecz!" (ros. Ни шагу назад!); są powojenne tortury organizowane przez Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRS (НКВД СССР) wobec każdego, kto znalazł się po stronie wroga (choćby i w charakterze wojennego jeńca), a jednak przeżył; są ludzie przepadający w bezdennym systemie GUŁagu. Są zatem główne "rewiry zakazane" sowieckiej rzeczywistości społeczno-politycznej. A wojna i tak zaczęła się dopiero w 1941 r. Dwa razy pojawia się w tle wspomnień Finlandia -- czyli tzw. wojna zimowa (ros. Зимняя война), w której agresorem był związek sowiecki, ale to taka jakby mało ważna wojenka z odległych wspomnień. O Polsce i 1939 roku już w ogóle nie ma mowy. (Istotna) Historia wojenna rodzin wszystkich bohaterek reportażu zdecydowanie zaczyna się w 1941.
Jaka byłam jako dziecko? Zakładałam się i skakałam z pierwszego piętra szkoły. Lubiłam grać w nogę z chłopakami, stawiali mnie na bramce. Kiedy zaczęła się wojna z Finlandią, ciągle wyrywałam się na tę wojnę. A w czterdziestym pierwszym akurat skończyłam siódmą klasę i zdążyłam złożyć dokumenty do technikum. Ciocia płacze: "Wojna!", a ja się ucieszyłam że pójdę na wojnę, będę żołnierzem. Skąd mogłam wiedzieć, co to jest krew? [Albina Aleksandrowna Gantimurowa, starszy sierżant, zwiadowca; s. 64-65]
Przed wojną miałam szczęśliwe życie... Z tatą, z mamą. Mój tato wrócił z wojny z Finlandią. Przyszedł bez jednego palca prawej dłoni, a ja go zapytałam: "Tatusiu, po co jest wojna?" [Irina Nikołajewna Zinina, szeregowiec, kucharka; s. 177]
Pierwszego maja wyszłam za mąż... A dwudziestego drugiego czerwca zaczęła się wojna. [Walentina Kuźminiczna Bratczikowa-Borszczewska, lejtnant, zastępca ds. politycznych w oddziale pralniczym; s. 183]
Zastrzec jednakże należy, że konieczność obrony terytorium Związku Sowieckiego przed biorącą w niewolę całe sowieckie armie nawałą nazistowską była najpewniej pierwszą taką wojną, w której -- z konieczności -- masowo musiały wziąć udział także kobiety. Były już nie tylko gwałconymi i mordowanymi ofiarami działań wojennych, ale stały się oprawcami, zabijającymi żołnierzy wrogich armii na równi z mężczyznami. Nie tylko łączniczki i sanitariuszki, ale też żołnierki oraz partyzantki.

Druga uwaga to kwestia definiowania kwestii "typowo kobiecych" i "typowo męskich". Dla wszystkich bohaterek reportażu kwestia ta wydaje się jasna i bezdyskusyjna (nawet w temacie tak dyskusyjnym jak wojenne zapachy -- por. s. 258), co może być ciekawe w kwestii dyskusji o tej czysto feministycznej książce. Jako kwestia czysto kobieca, de facto definiująca kobiecość w oczach praktycznie wszystkich rozmówczyń, pojawia się sprawa wyglądu (zarówno tego "za życia", jak i tego "po śmierci"). Mamy tu zatem czysty gender (definiowanie płci przez obowiązujące w danym społeczeństwie wzorce kulturowe) konstytutywne dla bohaterek. Jednocześnie utrwalający pewien stereotypowy obraz kobiety.

Proces definiowania oraz wzajemne relacje tego, co "męskie" i "kobiece" są w tym przypadku o tyle ciekawe, że dotyczą one historii opowiadanych z perspektywy młodych kobiet, dopiero wchodzących w przypisywane im role społeczno-kulturowe. W zdecydowanej większości rozmówczyniami były kobiety w podeszłym wieku, które po kilkudziesięciu latach od zakończenia europejskiej odsłony II wojny światowej wspominały okres swojego uczestnictwa w jej działaniach. Bohaterki niejednokrotnie mówiły, że to właśnie na wojnie zostawiły całą swoją młodość, "zaciągając się" do wojska jako osiemnasto-, siedemnasto- a czasami nawet szesnastolatki. Niemalże dzieci.
I żołnierze się śmieją, jak trzymamy karabiny. Nie tak, jak się trzyma broń, ale... Teraz to nawet nie umiem pokazać... Trzymałyśmy je jak lalki. [s. 139]
Do wojska, mimo tak dużego zagrożenia, niemalże się wpychały. Niejednokrotnie z premedytacją prosto na "pierwszą linię" -- być może bojąc się, że znów zostaną sprowadzone "li tylko" do funkcji pomocniczych. Spotykały się z kategorycznymi odmowami -- oraz z deklaracjami wstydu ze strony mężczyzn-dowódców, że o to muszą na wojnę wysyłać nie tyle dzieci, co i kobiety (choć te dwie kategorie w przypadku wielu bohaterek się nakładały).

Ciekawa jest kwestia narracyjności. Kwestii "dwóch prawd żyjących w jednym człowieku". Wyniku wewnętrznej autocenzury, dopasowującej opowiadane historie do społecznych oczekiwań, kreowanych przez "męski obraz" wojny.
Potem jeszcze nie raz stykałam się z tymi dwiema prawdami żyjącymi w jednym człowieku: własną prawdą, zepchniętą do podziemia, i obcą, raczej obecną, przesiąkniętą duchem czasu. (...) Pierwsza rzadko mogła oprzeć się totalnemu naciskowi drugiej. Jeśli na przykład w mieszkaniu oprócz opowiadającej znalazł się jeszcze ktoś z krewnych czy znajomych, sąsiadów (zwłaszcza mężczyzn), była mniej szczera i ufna, niż gdybyśmy zostały z nią same. To już była rozmowa dla publiczności. Dla widza. Już nie sposób było przebić się do jej osobistych wrażeń, od razu napotykałam silną wewnętrzną obronę. Samokontrolę. Korekta wnoszona była nieustannie. (...) im więcej słuchaczy, tym bardziej sterylne i beznamiętne opowiadanie [s. 111]
W zasadzie tylko w jednym z opisywanych przypadków doszło do "zrównoważenia się" narracji, a nawet do przejmowania przez mężczyznę narracji "kobiecej" - czulszej na detale codziennego życia, na uczucia, na piękno.
Często opowiadam im nie o swojej wojnie, tylko żony. Zauważyłem, że dla nich jest ciekawsza - ciągnie swoją myśl Saul Gienrichowicz. - Ja mam więcej konkretnej wiedzy wojskowej, ona uczuć. A uczucia są zawsze wyrazistsze, zawsze są silniejsze od faktów. [s. 117]
Czy zawsze? Śmiem w to głęboko wątpić. Wątpię nawet w to, czy "często", gdy narracja inna niż faktograficzna jest sukcesywnie wypierana. Lub też była, bo i to ulegać może stopniowej, społecznej korekcie. Na przykład dzięki książce Swiatłany Aleksijewicz.

Ale też w oczach społeczeństwa kobieta "na wojnie" to nie to samo, co kobieta "po wojnie". "Dopiero potem zaczęli [je] fetować, po trzydziestu latach..." [s. 131]. Kobieta na wojnie (dla społeczeństwa po wojnie) to ta, która miała wielu mężczyzn, "frontowa dziewczyna" funkcjonująca tam na warunkach "seksualnej użyteczności" -- choć jednocześnie wiele z bohaterek mówiło o "zawieszeniu" na czas zmagań swojej kobiecości, nie tylko tej kulturowej (męski ubiór, męskie zachowania, męskie słownictwo), ale też biologicznej (zatrzymane miesiączkowanie). Takiego traktowania doświadczały nie tylko (lub nie tyle) ze strony mężczyzn, co ze strony innych kobiet, uwikłanych w społeczno-kulturowy wizerunek płci.
Wojna się skończyła, a one okazały się straszliwe bezbronne. Na przykład moja żona, chociaż jest mądrą kobietą, to źle się odnosi do dziewcząt czasu wojny. Jej się wydaje, że jechały na wojnę po narzeczonych, że ciągle tam romansowały. A skoro już rozmawiamy szczerze muszę powiedzieć, że to najczęściej były przyzwoite dziewczęta. Czyste. Tyle że po wojnie... Po tym błocie, wszach, po śmierci... Chciało się czegoś pięknego. Efektownego. Ładnych kobiet...[s. 99]
Przychodzi dziewczyna... Nie wiem, jak ją ostrzyc. Ma przepiękne, wijące się włosy. Do ziemianki wchodzi dowódca:
- Ostrzyc "po męsku"
- Ale to kobieta
- Nie, to żołnierz. Po wojnie będzie znowu kobietą. [Wasilisa Jużnina, szeregowiec, fryzjerka s. 180] 
Faktem jest, że czy to z racji cenzury, czy też autocenzury, seksualności w opowiadaniach jest niewiele.
Oto one, przeklęte Niemcy!

Wspomnienia kobiet z wojny miały być na tyle wstrząsające, że -- zdaniem jednego z rozmówców autorki -- miała być to ostatnia książka o wojnie. We wspomnieniach tych bowiem zacierały się czasami granice między wrogami a sojusznikami. Z pola bitwy ratowało się pospołu swojego i obcego, w szpitalu opatrywało się wroga (nawet jeśli nie chciało się z nim rozmawiać), na terytorium "tej przeklętej Germanii" dawało się głodującym, niemieckim dzieciom jeść.
"Przywykliśmy czytać o innej wojnie. Na tej wojnie jest wyraźna granica: my - oni, dobro - zło. A tutaj?" Jeden powiedział nawet: "Jeśli wszystko się opisze, będzie to ostatnia książka o wojnie". W co oczywiście nikt z nas nie uwierzył. [s. 159]
Ideę związaną ze "zbawczym instynktem macierzyńskim kobiety", który "organicznie wpleciony do polityki międzynarodowej może uchronić ludzkość od zguby, a cywilizację od zagłady", odnajdujemy w słynnej pracy Stanisława Szantera "Socjologia kobiety". S. Szanter (za Ireną Krzywicką, autorką koncepcji) neomatriarchat określił jako macierzyństwo rozciągnięte na całą ludzkość.

Z kolei znaczenie tego typu "nigdy więcej" już w 1995 r. w sposób definitywny i kompletny wyjaśnił David Rieff w książce Slaughterhouse: Bosnia and the Failure of the West: "Never again'' simply means "Never again'' will Germans kill Jews in Europe in the 1940's ("Nigdy więcej" oznacza nie więcej niż: "nigdy więcej" Niemcy nie będą już zabijali Żydów w Europie w latach 40. XX wieku).

Nam, zagrzebanym po kokardę w stertach książek o kolejnych toczących się wojnach, już niekoniecznie widzianych oczami kobiet, pozostaje zostawić sobie w sercu i umyśle co najmniej jedno ważne zdanie. I w jakikolwiek sposób je wykorzystać.
Nie można mieć jednego serca do nienawiści, drugiego - do miłości. Człowiek ma jedno, więc zawsze myślałam o tym, jak to serce ocalić. [Tamara Stiepanowa Umniagina, młodszy sierżant gwardii, sanitariuszka, s. 331]
Książka:
Swiatłana AleksijewiczWojna nie ma w sobie nic z kobiety (ros. У войны не женское лицо), przełożył Jerzy Czech, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015. ISBN: 978-83-8049-239-4.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy

Od dość dawna kręcą mnie kwestie językowe, związane z przekształceniami oraz zmianami znaczenia słów -- również tych, u których można doszukać się wspólnego rdzenia. Jednym z takich słów jest ukraińskie голодомор (hołodomor, dosł. „zamorzenie głodem”), które -- przeczytane w wersji rosyjskiej -- brzmiałoby bardziej jak gołodomor, a stąd już jedynie krok do polskiego "głodomora", które kojarzy się przede wszystkim z osobą o niezaspokojonym apetycie [1]

Podobnie jest ze słowami "bieżeńca" oraz "bieżeństwo". Rosyjskie słowo беженец, podobnie jak ukraińskie біженець (bi[e]żeniec) znaczy tyle, co "uchodźca".  W polskojęzycznym kontekście zbliżone sformułowanie zachowało się w zasadzie jedynie w popularnej, bożonarodzeniowej kolędzie "Przybieżeli do Betlejem" (skądinąd jednej z nielicznych o tak "żywej" melodyce). I znów nijak nie kojarzy się z uciekaniem.

Nie ma już w polskim języku "bieżenia", nie ma też w polskiej pamięci (powszechnej) "bieżeństwa" -- masowej ucieczki ludności przed naciągającymi wojskami niemieckimi z okresu I wojny światowej [2]. W odniesieniu do dzisiejszego obszaru Polski historia bieżeństwa dotyczy w głównej mierze (w uproszczeniu) terenów Podlasia i Lubelszczyzny, choć masowa emigracja wojenna (uchodźstwo) dotknęła również ziemie Mazowsza. Dotyczyła jednak przede wszystkim ludności prawosławnej (Białorusinów i Rusinów), w zdecydowanie mniejszej części Polaków (katolików) -- chociaż uważny Czytelnik / Czytelniczka książki Anety Prymaki-Oniszk będzie wiedział /-a, jak bardzo upraszczające i złudne są te kategorie w kontekście tożsamości bieżeńców. Kategorie, które nadal mocno rezonują w zbiorowej świadomości.
[z relacji Agnieszki Korytkowskiej-Mazur, przygotowującej spektakl Bieżeńcy. Exodus] Gdy pracowaliśmy w plenerze, w Sokołach, podchodzili do nas ludzie i pytali - a czy to naszych brali, czy ruskich? Podział na >> my-oni << jest na stałe wpisany w Podlasie" [s. 350]
To, co uderza po lekturze książki, to poczucie uniwersalności doświadczenia uchodźstwa -- bez względu na czas, w którym się ono odbywa. Wiąże się nieodzownie z ucieczką, wyobcowaniem, z zawaleniem się dotychczasowych "pewników". W przypadku bieżeńców z 1915 r. doświadczenia te mogły być tym bardziej dotkliwe, że wiązały się przede wszystkim z wysiedleniami / uchodźstwem ludności wiejskiej, od pokoleń związanej z określonym środowiskiem społecznym, religijnym i z konkretnym kawałkiem ziemi. W przypadku bieżeństwa 1915 roku mamy jednak do czynienia nie tylko z uchodźstwem, ale także z doświadczeniem powrotu -- niejednokrotnie równie tragicznym, jak sama emigracja. Powrotem na "na rodzinu" -- i na "hoły kamień"; do rodzinnej wioski, która w pamięci wielu młodszych bieżeńców była "rajem utraconym", a po powrocie do spalonych domostw, zniszczonych sadów i pól okazywała się być miejscem kolejnej walki o przetrwanie, nie lżejszej niż ta z okresu bieżeństwa.

Autorka zwraca uwagę na to, że pamięć o bieżeństwie jest często pamięcią dziecięcą, idealizującą. Kiedy zaczęto spisywać doświadczenia z tego okresu żyli już w zasadzie tylko ci, którzy bieżeństwo przeżyli jako bardzo młodzi ludzie (a nawet jako dzieci). Większość bieżeńców z oczywistych względów nie pozostawiła po sobie źródeł pisanych.
Inna sprawa, że powrotu do rodzinnej wioski Nadzieja też nie wspomina źle, choć "chodziła po ludziach i prosiła o jedzenie", a potem - jako dziesięcioletnie dziecko - z bratem jeździła do lasu i ładowała kloce na budowę domu, które później pomagała spławiać. [s. 340]
Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy to książka nie o pamięci, ale o pamięciach. O różnorodności doświadczeń, które z (pozornie) tego samego wydarzenia wynoszą inne bagaże wspomnień. Wiele miejsca autorka poświęciła odmiennej pamięci kobiet i mężczyzn. Pamięci "męskiej" związanej z kwestiami polityki, wojskowości -- i pamięci "kobiecej", związanej przede wszystkim z trudami codziennego życia (zaspokojeniem podstawowych potrzeb). Im bardziej pamięć "kobieca" zostaje zmarginalizowana, tym bardziej autorce zależy na jej ocaleniu.
Ale ja nie chcę słuchać wojskowych opowieści. Czytałam już o walkach, wiem, kto zwyciężył i jak bardzo było to skomplikowane. Wolałabym o pieleniu ogrodów u Kozaczek, o młóceniu przez całą zimę. O tym, co czują rodzice patrzący na słabnące z głodu dzieci. Zresztą, jeżeli już musimy rozmawiać o tych wojnach dziadka, wolałabym się dowiedzieć, gdzie chował się przed poborem do oddziałów białych (lub czerwonych). I jak z tymi, którzy po niego przychodzą, rozmawiała babcia. (...) Nawet jeśli udaje mi się skierować opowieść bardziej w stronę codzienności, z imienia i nazwiska występuje dziadek. Babcia często pozostaje bezimienna. Jakby była nieważna. [s. 206-207]
Zainteresowanych kwestią genderowego kontekstu pamięci wojennej odsyłam do razu do "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz, która w zasadzie w całości o tym traktuje.
O czym będzie moja książka? No, o wojnie, jeszcze jedna... Po co? Było już wiele wojen - małe i duże, znane i nieznane. A jeszcze więcej o nich napisano. Tyle że... Pisali mężczyźni o mężczyznach - to było od razu jasne. Wszystko co wiemy o wojnie powiedział nam "męski głos". Wszyscy tkwimy w niewoli "męskich" wyobrażeń i "męskich" doznań wojennych. "Męskich" słów. Kobiety milczą. Przecież nikt poza mną nie wypytywał mojej babci. Ani mamy. Milczą nawet te, które były na wojnie. Jeśli nawet zaczynają mówić, to opowiadają nie o swojej wojnie, ale o cudzej. Innej. Dostosowują się do męskiego szablonu. [3]
W książce Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy jest też trochę o efektach bieżeństwa. Były skutki oczywiste, takie jak tragiczne doświadczenie śmierci, będącej przede wszystkim wynikiem głodu, zimna oraz wiążących się z nimi chorób, które dziesiątkowały szeregi uchodźców. Jeżeli do tego dorzucimy utratę, wykorzenienie, obcość, zerwanie więzi rodzinnych, sąsiedzkich i przyjacielskich -- otrzymamy niezmienny od setek lat obraz uchodźczego losu.

Z drugiej jednak strony, o czym również traktuje książka Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, masowa emigracja stała się okazją do pozyskania nowej wiedzy, zdobycia nowych doświadczeń. Do rozwoju świadomości społeczno-politycznej, która -- po powrocie z bieżeństwa -- zaowocowała powstaniem m.in. białoruskich ruchów narodowych, takich jak Беларуская Сялянска-Работніцкая Грамада (Białoruska Włościańsko-Robotnicza Hromada).
Oni wrócili jako inni ludzie. Gdyby tu siedzieli i nawet chodzili do szkół, nauczenie się tego wszystkiego zabrałoby im pewnie kilka pokoleń. To był dla tych ludzi ogromny skok mentalnościowy. Przywieźli zarówno praktyczne umiejętności, na przykład zdobienie domów, inna uprawa ziemi, jak i idee. [s. 320]
Innym z mniej oczywistych efektów bieżeństwa jest pojawiające się w części uchodźczych doświadczeń odrzucenie (instytucjonalnej formy) religii, alternatywnie popularyzowanie się wśród ludności uchodźcze j nowych ruchów / prądów religijnych. Powodem niekoniecznie jest to, co może przyjść do głowy jako pierwsze: bieżeńcy oderwani od tradycyjnych wspólnot lokalnych, poznający nowe zwyczaje i wierzenia, przekonują się do nich, porzucając dotychczasową wiarę. W historiach bieżeńskich mowa jest o duchowieństwie prawosławnym, które miało namawiać ludność do wyjazdu -- jednocześnie jednak uciekając z zagrożonych zawieruchą wojenną terenów znacznie szybciej, niż reszta ludności.
Postawa kleru. O tym spora część bieżeńców i ich potomków mówi jako o czynniku przesądzającym, że prawosławni pojechali a katolicy zostali. Posłuszna władzy cerkiewna hierarchia, zanim sama wyjechała, dając wiernym przykład, zachęcała do ucieczki. Po niedzielnym nabożeństwie batiuszkowie straszyli chłopów nadciągającym wrogiem i jego okrucieństwem. Może więc stąd częściowo bierze się to przekonanie, że Niemiec ma szczególnie znęcać się nad prawosławnymi? Ludność katolicka w kościołach miała słyszeć co innego. Katolicka hierarchia była przywiązana do polskości. Wybuch wojny rozbudził jeszcze nadzieję na odbudowę niepodległej Polski. Lud winien był zostać na miejscu, by te dążenia wspierać. [s. 63-64]
Duży stopień generalizacji (zarówno co do postaw kleru prawosławnego, jak i katolickiego), ale jeżeli taki obraz zachował się w ludzkiej pamięci, to trudno go sfalsyfikować bez mocnych dowodów.

Doświadczenie porzucenia wiernych przez duchownych prawosławnych spowodowało spadek znaczenia hierarchii prawosławnej. Efekt -- "pomodlimy się do Boga bez batiuszki" [s. 99 i nast.]
W rozmowach Kudryńskiego z bieżeńcami pojawia się niechęć do kleru. "Zakopiemy, pomodlimy się do Boga... bez batiuszki", "Chciałam raz zawołać... Ale jemu trzeba zapłacić. Matka mówi, by mimo to zawołać, a ojciec, że i tak będzie dobrze" - opowiadają o grzebaniu zmarłych. Mówią o ludziach, którym umarł synek Gdy przejeżdżali koło cerkwi, "żeby batiuszka nie zobaczył", siedli na trumienkę. W mijanych miasteczkach są zwykle i cerkwie, i kościoły, kler jednak wydaje się nie śpieszyć bieżeńcom z pomocą. Kudryński w obozie pod Rohaczowem widzi matkę przygotowującą pogrzeb syna, dziesięcioletniego Ignacego Drenzela z guberni łomżyńskiej, katolika. Trumna stoi na workach, by nie przewróciły jej biegające wokół świnie. Obok dzieci sadzą kwiatki. "Zaraz przyjdzie ksiądz?" - zagaduje. "Ksiądz? - kobieta patrzy zdziwiona. - A broń Boże! On za nic nie przyjdzie. Daj mu pieniądze, o wtedy przyjdzie". [s. 104]
Odrzucenie instytucjonalnej formy religijności to m.in. odrzucenie roli tych, którzy nie pomogli w godzinie próby, zostawiając swoje "owieczki" same na pastwę losu. Również odrzucenie korzystających z "przywileju sutanny" i wykorzystujących trudne położenie wiernych. Jak nieokreślony co do imienia i nazwiska batiuszka, który brał od bieżeńców po 3 ruble za pogrzeb -- a po poleceniu biskupa, aby grzebać zmarłych nieodpłatnie, miał stwierdzić, że "odbije sobie" na wpisach metrykalnych [s. 103].

Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy w moim odczuciu -- jako reportaż -- nie jest książką wybitną (mojego serduszka nie porwała), jednak główną jej wartość widzę w przywracaniu pamięci o zapomnianym wycinku polskiej historii. Na dodatek realizowanym z perspektywy, którą prof. Urszula Glensk nazwałaby historią słabych. Poznawczo jest to zatem lektura ciekawa i warta uwagi.

Zainteresowanych tematyką (oraz książką) odsyła do nagrania ze spotkania, które zorganizował nieoceniony Ośrodek „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” w kawiarni Piosenka o porcelanie w Krasnogrudzie [4]. Spotkanie poprowadził współtwórca Ośrodka, Krzysztof Czyżewski -- tak że tym bardziej warto.


Przypisy:
[1] Choć oczywiście w "dalszym" znaczeniu polskie słowo "głodomór" oznacza także "ten, kto głoduje, kto przymiera głodem, kto jest głodzony". Jest to już jednak znaczenie dawne (archaizm). W Polsce nie zachowała się zbyt mocno pamięć o ukraińskim "Wielkim głodzie".
[2] Osobną kwestią, poruszoną jedynie pobocznie w Bieżeństwie 1915 jest kwestia nazewnictwa -- czy powinniśmy mówić o "zbiegach" / "bieżeńcach", czy raczej o "wygnańcach" (por. w szczególności s. 105-107).
"Bieżeństwo" pojawia się w dokumentach i oficjalnych wypowiedziach. Wykształcona, liberalna część społeczeństwa je kwestionuje. Michaił Konstantynowicz Lemke pisze w pamiętniku: "Bieżali-uciekali tylko bogacze, masy gnano przymusowo ze swoich ziem i pogorzelisk, gdzie zostawiali wszystko. Bieżeńcy przynieśli we wschodnią część Rosji kapitał, z którego żyli na nowym miejscu, wygnańcy dowlekli się z połową rodziny, resztę pogrzebawszy po drodze, z pustymi rękami, głodni, chorzy, nikomu niepotrzebni." [s. 105]
Z szerszego obrazu, zarysowanego przez Anetę Prymakę-Oniszk wynika jedna, że sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana...
[3] Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" (tłum. Jerzy Czech), Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, s. 9.
[4] O działaniach Ośrodka "Pogranicze" pisałem we wrześniu2017 roku przy okazji lektury książki Podręcznik dialogu. Zaufanie i tożsamość. Polecam ten wpis, tę książkę oraz to miejsce Waszej czułej uwadze.

Książka:
Aneta Prymaka-Oniszk: Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017. ISBN: 978-83-8049-456-5.