środa, 12 sierpnia 2020

Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie


Przejściowo sprawujący w Polsce władzę PiS nie za bardzo przepada za Timothym Snyderem, bo i Timothy Snyder nie za bardzo przepada za przejściowo sprawującym w Polsce władzę PiSem -- a w zasadzie za wersją "prowadzonej" (przez działaczy i aparatczyków partyjnych) polityki historycznej. Przyznam, że jakoś szczególnie mu się nie dziwię.

Dziwię się za to działaczom PiS, którzy nie przepadają (przynajmniej deklaratywnie) za Timothym Snyderem, bo już dawno nie czytałem książki, która w tak sensowny i konkretny sposób byłaby w stanie wesprzeć polską politykę historyczną. Wydaje się to tym bardziej istotne, gdyż Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie dotyka bardzo drażliwych z polskiego punktu widzenia zagadnień związanych z II wojną światową i Holokaustem. Choć przyjęta przez T. Snydera optyka historyczna miejscami może wydać się dyskusyjna (i bardzo dobrze!), w moim odczuciu jest spójna, dobrze uargumentowana -- a przez to stanowi dobry punkt wyjścia do rozmowy o Holokauście. I o tym, co z tego doświadczenia wynika (na co wskazuje druga część tytułu). Chociaż, jak autor zauważa już na samym początku, historia Holokaustu nie dobiegła końca. Stanowi on wieczny precedens, z którego do tej pory nie wyciągnęliśmy należytych wniosków [s. 13].

Zawarte w książce tezy układają się w opowieść, która co i rusz zderza się z którąś z "większych narracji" na temat tego okresu. Nie chodzi rzecz jasna jedynie o perspektywę polską, ale też o spojrzenie na kwestię Zagłady jako pewnego rodzaju logiczną konsekwencję polityki zagranicznej państw Europy Zachodniej -- tyle tylko, że zrealizowanej w samej Europie. Oczywiście nie za każdym razem sformułowane tezy są przełomowe, ale jako wartość postrzegam już samo spojrzenie na doświadczenie Zagłady (na jego przyczyny, przebieg oraz skutki) z szerszej perspektywy.

Timothy Snyder w Czarnej ziemi przypomina, że teorie polityczne Hitlera (nawiązując do pamiętnego wystąpienia Mariana Turskiego) nie spadły z nieba. Źródeł koncepcji politycznych przywódcy III Rzeszy można szukać m.in. w doświadczeniach kolonialnych Niemiec z XIX w. [s. 34-35]. Doświadczenia i polityka kolonialna zaś, jak dobrze wiemy, nie były jedynie udziałem narodu niemieckiego. Można nawet napisać, że ze względu na procesy historyczne doświadczenia te były udziałem Rzeszy Niemieckiej (Cesarstwa Niemieckiego) w znacznie mniejszym stopniu, niż w przypadku wielu innych krajów "starego kontynentu". Nie bez znaczenia był także wpływ rasistowskiej polityki, realizowanej w USA, który to styl niezwykle imponował Hitlerowi [1]
 
 
Jak wskazuje autor, rasowe podejście do Afrykanów Hitler konsekwentnie zastosował do mieszkańców Europy [s. 36]. Wraz z utratą kolonii Niemcy Afrykę utracili jako miejsce, ale "Afrykę" -- jako sposób myślenia o świecie -- dało się upowszechnić [s. 37-38]. Doświadczenie zdobyte w Europie Wschodniej dowodziło, że sąsiedzi także mogą być postrzegani jako "czarni". Całość można zamknąć w sformułowaniu użytym przez A. Hitlera, które wyraźnie nawiązuje do niemieckich doświadczeń kolonialnych: "naszą Missisipi musi być Wołga, a nie Niger" [s. 41] [2].

Co więcej, Timothy Snyder zwraca uwagę na zbieżność nazistowskiej polityki wobec podbijanych terenów nie tylko na poziomie celów i poglądów, ale też stosowanych rozwiązań. Bombardowanie cywilów było bowiem taktyką, którą Europejczycy na ogół uznawali za legalną na terytoriach kolonialnych. Różnica polegała na tym, że metoda ta -- kojarzona z zamorskimi terytoriami kolonialnymi -- została zastosowana w samej Europie [s. 148].

Przyczyn stojących za kolonialną polityką przywódcy III Rzeszy Niemieckiej T. Snyder upatrywał w woli zapewnienia narodowi niemieckiemu przestrzeni życiowej (Lebensraum), zwracając jednak uwagę na jej dwa wymiary -- z jednej strony chodziło o przeciwdziałanie głodowi / zapewnienie możliwości biologicznego przetrwania narodu, z drugiej strony zaś o zachowanie przy tym odpowiedniego komfortu życia. O zapewnienie narodowi niemieckiemu przestrzeni do rozwoju.
Zdaniem Hitlera stawkę konfliktów w naturze stanowiła żywność, dlatego słabsze rasy musiały głodować [s. 258]
Przytaczając słowa Igora Czerneckiego można określić tę strategię jako wyznaczone terytorium, które miało wyżywić rasę niemiecką, nieuszczuplając jej ambicji gospodarczych [3]. Nie trzeba przy tym dodawać, że na drodze do realizacji tych planów -- zdaniem Adolfa Hitlera -- stali Żydzi. Postrzegał ich jako anty-rasę, wyłączoną z obiegu natury, dlatego też stojącą na drodze do realizacji planów zgodnych z jej prawidłami (specyficznie definiowanymi przez A. Hitlera).
 
Sposobem na realizację planów Hitlera miała być wojna, podczas której pojawiłaby się "naturalna" sposobność do rozszerzenia niemieckiej przestrzeni życiowej. Nie jest jednak tak, że cały proces rozszerzania przestrzeni życiowej (w szczególności zaś eksterminacji jej "przeciwników", w szczególności Żydów) został opracowany już na samym początku niemieckich agresji i jedynie czekał na wdrożenie. Można bowiem przyjąć, że polityka nazistowska rozszerzała stosowane narzędzia wraz z kolejnymi etapami toczonej przez Niemców wojny.

W odniesieniu do Zagłady początkiem procesu nie była bowiem fizyczna eksterminacja, ale stopniowe pozbawianie praw tych, których nazistowska polityka rasowa uznawała za Żydów.
W 1935 roku niemieckich Żydów uczyniono obywatelami drugiej kategorii. W 1938 roku niektórzy naziści odkryli, że najskuteczniejszym sposobem pozbawienia Żydów ochrony państwa jest zniszczenie tego państwa. [s. 122]
1938 rok to lekcja wyciągnięta z tzw. przyłączenia (Anschluss), de facto zaś aneksji terytorium Federalnego Państwa Austriackiego przez Rzeszę Niemiecką. Pozbawienie ochrony państwa było jedynie warunkiem, który umożliwił realizowanie polityki eksterminacyjnej na dużo większą skalę. W dość kontrowersyjnej tezie, która jednak podkreśla postępujący (w ramach kolejnych podbojów) charakter polityki Zagłady, T. Snyder pisze:
Holokaust rozpoczął się właśnie na dwukrotnie okupowanych ziemiach Litwy i Łotwy. W przeciwieństwie do wschodniej Polski, na Litwie i Łotwie pozornie chaotyczne zabijanie urosło do rozmiarów systemowego "ostatecznego rozwiązania". Pod koniec 1941 roku ogromna większość polskich Żydów pozostawała przy życiu, lecz niemal wszyscy litewscy i łotewscy Żydzi byli już martwi. [s. 219]
Niemcy w celu zabijania Żydów posłużyli się Litwinami [s. 223], tak samo, jak posłużyli się Ukraińcami oraz Łotyszami. Było to kolejne niemieckie doświadczenie pokazujące, że -- przy odpowiednich warunkach -- eksterminacji można dokonywać "cudzymi rękami". Pozwalało to obniżyć wśród swoich sił "wysiłek emocjonalny", który wiązał się z mordowaniem kobiet i dzieci. Mordującym Niemcom wydawano co prawda dodatkowe porcje alkoholu, ale to nie wystarczało [s. 224].
 
Co ciekawe, w odniesieniu do działalności komanda Viktorsa Arājsa (zajmującego się oczyszczaniem Łotwy z ludności żydowskiej), T. Snyder pisze: "przed najazdem nie rozważano zbrojenia lokalnej ludności w jakimkolwiek celu, a Hitler wręcz wyraźnie tego zabronił" [s. 231]. Zbrojenie cywilów w celu mordowania Żydów było więc kolejnym etapem "rozwoju" niemieckiej polityki Zagłady, który wynikał z dotychczasowych doświadczeń (tym razem wyniesionych z Łotwy). Autor wskazuje przy tym -- po raz kolejny -- na znaczenie rozpadu państwa. Lekcja wyniesiona z Austrii pokazywała bowiem, że bezpaństwowców najłatwiej zabić.

Argument o rozpadzie państwa jako warunku koniecznym do przeprowadzenia eksterminacji jest z kolei istotny dla polskiej polityki historycznej. Argumentem tym podpierają się od czasu do czasu decydenci, którzy próbują prowadzić polską politykę historyczną, ale muszę przyznać, że czynią to wyjątkowo nieudolnie. Tym bardziej, że -- jak zauważa autor -- główną przyczyną nieporozumień w odbiorze Holokaustu w Polsce jest nieumiejętność rozróżnienia "Holocaustu w skali makro" i "Holocaustu w skali mikro". Otwarte mówienie o (dość licznych) przypadkach mordów dokonywanych na Żydach (Holocaust w skali mikro), wbrew mokrym snom części obozu prawicowego nie oznacza przełożenia głównej odpowiedzialności za Zagładę na Polaków (Holocaustu w skali makro). Ta odpowiedzialność nadal spada na Niemców, zaś warunkiem, który umożliwiał ich zbrodniczą działalność, była degradacja niepodległego państwa polskiego. Jeżeli dobrze pamiętam, argumentem o rozpadzie polskiej państwowości jako warunku koniecznym do przeprowadzenia Zagłady często posługuje się Przemysław Żurawski vel Grajewski. Nie znosi on jednak, co należy z całą stanowczością podkreślić, odpowiedzialności za indywidualne i zbiorowe mordy na Żydach, które (jak by na to nie patrzeć) doskonale wpisywały się w nazistowską politykę rasową.

Warto też zauważyć, że już samo wprowadzenie narracji podkreślającej znaczenie rozpadu państwowości dla realizacji polityki Zagłady jest trudniejsze o tyle, że rozpad ten stanowił przede wszystkim doświadczenie krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jest on przez to o wiele mniej zrozumiały (jako niezwykle ważne uwarunkowanie społeczno-polityczne) w pozostałej części Europy. W Czarnej ziemi zaś jest wszystko dobrze opisane -- w dodatku z konkretnymi przykładami (i to po angielsku [4]). Idealne narzędzie do realizacji polskiej polityki historycznej. Gotowe do użycia.

Jako przykłady znaczenia rozpadu państwowości wskazać można doświadczenia duńskie i estońskie -- dwa skrajne przypadki w kontekście realizacji polityki Zagłady [s. 280-281]. Z jednej strony mamy bowiem kraj, w którym udało się ocalić niemal całą społeczność żydowską (Dania), z drugiej zaś kraj, w którym niemal cała społeczność żydowska została wymordowana (Estonia). Co istotne, przedwojenny poziom antysemityzmu w obu krajach był podobny. Główna różnica według Timothy'ego Snydera polegała na tym, że Niemcy okupowali Danię -- w przeciwieństwie do Estonii -- jako "kraj suwerenny". Zajęli ją bowiem tylko ze względów militarnych [s. 284-285]. Innym ciekawym przykładem, który warto w tej kwestii wykorzystywać, jest Francja i sposób realizacji przez ten kraj polityki eksterminacji Żydów.
Francuzi (...) chcieli wyłapywać Żydów z Węgier i Turcji, ale Niemcy nie zgadzali się na zabijanie ich bez zgody rządów węgierskiego i tureckiego. Byli natomiast w pełni gotowi mordować Żydów posiadających obywatelstwo polskie i sowieckie, gdyż te państwa uważali za nieistniejące. [s. 325]

Dominuje stereotypowa wizja nazistowskich Niemiec jako wszechmocnego państwa, które skatalogowało, represjonowało, a następnie eksterminowano całą kategorię własnych obywateli. Tymczasem naziści wcale nie realizowali Holokaustu w ten sposób ani nawet tak o nim nie myśleli. Ogromna większość ofiar Holokaustu nie pochodziła z Niemiec. Żydzi z niemieckim obywatelstwem mieli znacznie większe szanse na przetrwanie niż ci, którzy byli obywatelami państw zniszczonych przez Niemcy. Naziści wiedzieli, że muszą udać się za granicę i obrócić sąsiednie społeczeństwa w perzynę, by móc sprowadzić swoją rewolucję do własnego kraju. [s. 435]

Szczególnie zła sytuacja była tam, gdzie tereny -- ze względu na toczące się działania wojenne -- zmieniały ustrój po przejęciu ich przez inne państwo (następował czas "bezpaństwowości", co najmniej czasowy). Jeżeli dane państwo nie traciło suwerenności, nawet jeżeli miało ono tradycje antysemickie, polityka wobec Żydów na jego terenie stawała się "jedynie" częścią polityki wewnętrznej. Wbrew pozorom ta część polityki nazistowskiej wobec tych państw nie była też najważniejsza. Dawało to mieszkającym te terytoria Żydom realną szansę na przetrwanie Zagłady. T. Snyder podkreśla dodatkowo, że kiedy szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę aliantów, polityka wobec Żydów zaczynała być elementem, którym poszczególne kraje będące dotychczas po stronie Rzeszy Niemieckiej chciały udowodnić odcinanie się od "opcji niemieckiej".

Podpierając się ustaleniami Timothy'ego Snydera trzeba byłoby jednak przyjąć -- a przynajmniej zmierzyć się -- z mniej korzystnymi dla polskiego obozu prawicowego wnioskami. Wśród ciekawych wniosków dotyczących Holokaustu, związanych z rolą instytucji religijnych są te, które odnoszą się do przedwojennych relacji państwo - kościół / związek religijny. Według autora Czarnej ziemi jeżeli dany kościół był przed wojną związany z władzą (nie wypracował tradycji oporu wobec niej ani mechanizmów koniecznych do pozostawania w kontrze wobec władzy), po jej upadku raczej nie przeciwstawiał się polityce nazistów. Jeżeli zaś miał doświadczenie "tarć" z władzą, lokalną ludnością, które (co do zasady) wiązały się najczęściej z doświadczeniem "bycia w mniejszości" -- był on bardziej skłonny do pomocy prześladowanej ludności. Być może właśnie te zależności wyjaśniałyby, dlaczego niemieccy katolicy w większości nie głosowali na Hitlera [5], czym bardzo lubi podpierać się w dyskusjach polska katoprawica. Najwidoczniej zapominając, że ta zasada niekoniecznie odnosiłaby się do polskich katolików (czy generalnie polskiego Kościoła katolickiego), którym bardzo blisko było do polskich, antysemickich ugrupowań narodowo-radykalnych. O relacjach tych możecie przeczytać we wpisach poświęconych publikacjom Katolicyzm w doktrynach ugrupowań narodowo-radykalnych do roku 1939 oraz Bóg i jego polska owczarnia w dokumentach 1939-1945.
To najprawdopodobniej nie sam protestantyzm czynił francuskich protestantów bardziej skłonnymi pomagać Żydom od francuskich katolików, lecz ich własny status jako mniejszości i historia prześladowań [s. 377].
 Publikacja zdecydowanie warta przeczytania i polemiki.

Przypisy:
[1] O wpływie rasistowskiej polityki USA na Hitlera można przeczytać w różnych miejscach, przykładowo tutaj: Alex Ross, How American Racism Influenced Hitler. Scholars are mapping the international precursors of Nazism, New Yorker, 23 kwietnia 2018 r.
[2] W zdaniu "naszą Missisipi musi być Wołga, a nie Niger" rzeka Missisipi oznacza linię, za którą Thomas Jefferson miał zamiar wypędzić rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej.
[3] Czernecki: Czarna ziemia. Zagłada wobec spraw bieżących, Respublica, 21 października 2015 r.
[4] Oryginalny tytuł publikacji to Black Earth. The Holocaust as history and warning.
[5] Katolik? Nie głosowałem na Hitlera! (mapa), Polimaty, 22 czerwca 2016  r.

Książka:
Timothy Snyder, Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie (ang. Black Earth. The Holocaust as history and warning), przekład Bartłomiej Pietrzyk, wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2015. ISBN: 978-83-240-3080-4.

niedziela, 9 sierpnia 2020

Nie zdążę

Na czas przejazdów wakacyjnych przerwałem czytanie Czarnej ziemi Timothy'ego D. Snydera -- prawie 600 stron w twardej okładce zrobiłoby w plecaku różnicę. Wróciłem za to do przeczytanej ponad pięć lat temu pracy Paula-Michela Foucault Nadzorować i karać (wpis z 19 lutego 2015 r.) -- książki, która (ku mojemu zaskoczeniu) cieszy się największym powodzeniem na tym blogu. Jeżeli uda mi się wygrzebać trochę czasu, postaram się rozszerzyć tę już dość leciwą notatkę. Być może komuś się to przyda.

W tak zwanym międzyczasie wpadła mi jednak w ręce wydana w zeszłym roku przez Dowody na Istnienie książka Olgi Gitkiewicz Nie zdążę (wypożyczona z filii nr 14 łódzkiej biblioteki miejskiej), poświęciłem więc jej chwilę. Niemal dosłownie, bo te 223 strony czyta się naprawdę szybko.

Miałem tę książkę na swojej liście "do przeczytania", bo lubię co jakiś czas sięgnąć po coś z szeroko pojętej polityki przestrzennej (nie tylko urbanistyki i architektury, ale też transportu). A i sam temat wykluczenia komunikacyjnego jest w Polsce szalenie istotny -- i konsekwentnie ignorowany przez kolejne ekipy rządzące, jak wszystkie ważne dla tego kraju kwestie. Choć, oddając sprawiedliwość, trzeba przynajmniej wspomnieć o programach obecnej ekipy rządowej: Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych oraz Kolej Plus -- pierwszych od wielu lat inicjatywach rządowych, które przynajmniej próbowały zmierzyć się z tematem wykluczenia w obszarze transportu (nie, zakup Pendolino nie był taką inicjatywą). Niestety, zamiast skupić się na tym, co ważne, troglodyci pokroju Zbigniewa "Jest_Pan_Zerem" Ziobry wolą ganiać po ulicach dzieciaki z tęczowymi flagami. Są w Polsce rzeczy ważne i ważniejsze.

Tak czy inaczej pomyślałem, że książka potencjalnie istotna i warto się z nią zapoznać. Po lekturze Nie zdążę mam jednak przeświadczenie, że ciężar gatunkowy tematu pozostał, ale na naprawdę mocne, reporterskie uderzenie w jego splot słoneczny musimy jeszcze poczekać.

Początek był obiecujący. Co prawda historia zarżnięcia komunikacji publicznej w USA, opisana w pierwszym rozdziale Zielona fala, była mi dobrze znana (trafimy na nią w kilku innych książkach, traktujących o planowaniu przestrzennym i urbanistyce), jednak przystępnie podana stanowi dobry punk wyjścia do rozważań na temat polityki transportowej -- nie tylko w zaatlantyckim kontekście. Dalej jednak było już bardzo nierówno.

Przede wszystkim zabrakło mi jakiegokolwiek uporządkowania tematu, które byłoby przydatne nawet na potrzeby reportażu. Czym innym jest wykluczenie transportowe w mieście (istnieje!), czym innym na obszarze pozamiejskim. Tego pierwszego jest w książce jak na lekarstwo, drugiego zdecydowanie więcej (co może być uzasadnione różnicami w skali zjawiska). Ale to "więcej" w pewnym momencie stawało się tylko teoretyczne. Czytając książkę miałem nieodparte wrażenie, że co najmniej od jej połowy autorka zagrzebała się w tematach okołokolejowych, eksploatując je na wszelkie możliwe sposoby -- i jedynie nieznacznie kołując wokół głównego tematu reportażu. Historie kolejarzy i rodzin kolejarzy, historie pasji kolejowych, historie zamkniętych zakładów kolejowych, opowieści o zamkniętych dworcach kolejowych. Tak można płynąć bez końca, nigdy nie dobijając do brzegu. Oczywiście to wszystko wokół kolei, a kolej to transport, a brak kolei to -- często -- brak dostępnego transportu (czyli w teorii wszystko się zgadza), ale w tej książce też jest trochę jak na kolei: w którymś momencie temat człowieka (i jego wykluczenia) zdaje się delikatnie umykać. Zostaje kolej. Ostatni rozdział książki (Zmierzch i upadek cesarstwa Pekape) jest jedynie wisienką na tym kolejowym torcie. Mam nieodparte wrażenie, że autorka w czasie pisania reportażu była pod zbyt mocnym wpływem fascynatów kolejnictwa [ ;-) ] i za bardzo dała się ponieść ich opowieści.

Przechodząc jednak dalej: historie pokazujące problem wykluczenia komunikacyjnego (i jego konsekwencji dla nakręcającej się spirali śmierci transportu publicznego) z punktu widzenia różnych grup wiekowych to naprawdę fajna sprawa, jednak w tym całym komunikacyjnym patchworku już na samym początku dostajemy też opowieść o pieszych w miastach. Znów zatem -- bycie pieszym to sposób przemieszczania się, przemieszczanie się jest związane z transportem, jednak finalnie to wszystko tylko ociera się o kwestie wykluczenia komunikacyjnego. Albo inaczej -- za słabo zostały pokazane skutki takiego a nie innego stanu rzeczy dla wykluczenia. Ja je dobrze znam, ja je sobie zrekonstruuję w głowie, ale reportaż to nie książka dla profesjonalistów.

Są też historie nieco z czapy, opisane -- zdawałoby się -- dla samego opisania. Ot, jak przykładowo opowieść o dworcu kolejowym Łódź Fabryczna (w ramach części Dworce Chaosu). Nowy, duży (i drogi) dworzec wybudowany, pasażerów na nim rzeczywiście niewielu -- i co dalej? Chcąc pocisnąć temat pod kątem wykluczenia komunikacyjnego można było zaczepić go z wielu stron: dostępności dworca, roli dworca kolejowego w centrum całkiem dużego miasta, połączyć go z wątkiem ludzi dojeżdżających do pracy w Warszawie (wątek ten pojawia się w części Psalm dojeżdżających do pracy. Responsoryjny). Miałem niejednokrotnie poczucie niewykorzystania okazji do napisania czegoś naprawdę istotnego.

Podsumowując: dobrze, że ta książka się ukazała. Być może (po)może otworzyć niektórym szufladki mentalne w obszarze transportu, uświadomić realne skutki jego zaniedbania. Szkoda jednak, że zamiast mocnego uderzenia w temat wyszło jedynie jego muśnięcie, do tego nieuporządkowane.

Czy sięgać po tę książkę? Można, ale nie trzeba.

Książka

Olga Gitkiewicz: Nie zdążę, wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2019. ISBN: 978-83-65970-39-8.

piątek, 10 lipca 2020

Służące do wszystkiego

Po Służące do wszystkiego Joanny Kuciel-Frydryszak sięgnąłem po skończeniu Granicy Zofii Nałkowskiej (powieści tak mocno tkwiącej w historii polskiej literatury, że nie czułem większej potrzeby pisania czegokolwiek na jej temat). Perypetie Justyny Bogutówny i jej związku z Zenonem Ziembiewiczem (w pamiętnym trójkącie relacyjnym, do którego wciągnięta została Elżbieta Biecka) natchnęły mnie do tego, żeby poczytać nieco więcej o służbie i służących w Polsce. O takiej naszej lokalnej wersji niewolnictwa, które trzymało się w naszym kraju całkiem nieźle, aż do okresu po 1945 r. A może w procesie decyzyjno-motywacyjnym przed sięgnięciem po tę książkę chodziło mi bardziej o postać matki Justyny Bogutówny, która niemalże do ostatniej chwili swojego życia "stała przy garach", o czym z uznaniem rozmawiały Panie z Towarzystwa, jedząc tradycyjne ciasto podawane przez Elżbietę Biecką na urodzinach Cecylii Kolichowskiej...?

Tak czy inaczej -- sięgnąłem w końcu po Służące do wszystkiego.

Najkrócej -- oraz bardzo lapidarnie -- określiłbym tę książkę jako "poprawną". Jej niewątpliwą zaletą jest to, że porusza wątek zmarginalizowany w świadomości społecznej -- tak jak robią to wielokrotnie przeze mnie zachwalana i polecana Historia słabych. Reportaż i życie w Dwudziestoleciu Urszuli Glensk czy Aleja Włókniarek Marty Madejskiej. Służące do wszystkiego to jednak książka o zdecydowanie niższym ładunku intelektualnym, zatrzymująca refleksję w pół drogi i pozostawiająca wyraźny niedosyt.

W znacznej części publikacja ta może okazać się przewidywalna i oczywista dla tych, którzy -- przynajmniej pobieżnie -- orientują się w temacie relacji społecznych w Polsce przed 1945 rokiem. W dużym skrócie: służba (a w szczególności służące, które od pewnego momentu zaczęły stanowić znaczny odsetek usługujących w polskich domach) miała przekichane. Służące musiały mieszkać w urągających ludzkiej godności warunkach, zarabiały gorzej niż źle, stawały się ekonomicznie (a przez to i życiowo) ubezwłasnowolnione i całkowicie zależne od łaskawego oka "państwa", służba była notorycznie wyzyskiwana.

Fragmentami, przy których nieco żywiej zabiło mi serduszko (zapewne ze względu na "spaczenie zawodowe") były te poświęcone kwestiom urbanistycznym i prawnym.

Rozdział "Kuchennymi schodami" autorka poświęciła kwestii organizacji przestrzeni -- zarówno w skali budynku, jak i skali mieszkania. Mowa tu o rzeczonych kuchennych schodach, czyli -- często -- odrębnej klatce schodowej (o gorszych parametrach użytkowych niż główna klatka schodowa), przeznaczonej dla służby oraz "technicznej" obsługi mieszkań. Mowa jest również o rozwiązaniach związanych z aranżacją mieszkań, w których wyznaczano miejsce dla służby. Przy czym słowo "miejsce" mogło oznaczać również legowisko zlokalizowane nad ustępem.
Własny pokój dla służącej to luksus, dlatego komunizujący synowie Bromberga nie gorszą się, że taki ciasny. Najwięcej służących śpi w kuchni, na rozkładanym łóżku. [s. 143]
Kiedy w 1919 roku Ministerstwo Pracy układa ankietę dla służących, aby zorientować się w ich sytuacji, wyniki są fatalne. (...) Spie na pawlaczu nad samą  wygutką nawet rezerwuar wychodzi tak ze moje łużko zaraz pod nim stoi, wilgoć że jak rano wstanę to jestem tam omdlała że się podnieść nie mogę z puł godziny to wprost bez przytomności jestem ledwie się ściagnę po drabinie i zaczerpne tego powietrza kołuje się mnie w głowie tak jestem na siłach wyczerpana strasznie. [s. 148]
Na kartach książki ciekawie też zostało ukazane, jak bardzo jest się zakładnikiem swoich czasów (to jest jeden z tematów, które warto byłoby podrążyć). Mam w pamięci wiele rozmów z M., w trakcie których mówiła mi o antysemityzmie -- czy może bardziej o stosowaniu antysemickich klisz pojęciowych -- przez ludzi, których nigdy o antysemityzm byśmy nie posądzili. Kojarzymy bowiem ideologicznie antysemityzm z ugrupowaniami endeckimi (które bez wątpienia antysemickie były), nie zaś z działaczami lewicowymi czy pisarzami o poglądach socjalistycznych. Jednak stereotypy są jednym z podstawowych elementów ekonomii myślenia, dlatego nie jesteśmy od nich wolni.

Podobnie sprawa ma się z podejściem do służby i służących wśród przedstawicieli przed(pierwszo)wojennej i międzywojennej lewicy. Wrażliwość społeczna wrażliwością społeczną, ale życie bez "służącej do wszystkiego" było wprost nie do pomyślenia. Tym bardziej, że z kart książki Joanny Kuciel-Frydryszak dowiemy się, że posiadanie jednej służącej nie wiązało się z dużym wysiłkiem ekonomicznym. Na utrzymywanie służby pozwolić sobie mogły nawet średnio zamożne gospodarstwa domowe. A teraz zastanówcie się na chwilę nad tym, kto na tym "niskim koszcie" służby był najbardziej stratny.
Socjalistka Zofia Moraczewska, która zabiega w pierwszym Sejmie II RP o objęcie służących opieką prawną, skarżąc się w 1922 roku na własną służącą, pisze w liście do siostry: Bieda ze służbą. Dotychczasowa sługa - porządna kobieta, ale strasznie nieporadna, ciężka, ordynarna. W pokoju wcale użyć jej nie można, bo porusza się w swoich ogromnych zabłoconych butach i patrzeć na nią nie mogę. Można ją będzie użyć w ogrodzie. W mieszkaniu trzeba będzie posługiwać się raczej jej córką, 12-letnim dzieckiem, o ile się potrafi czegokolwiek przyuczyć. [s. 167-169]
Drugim tematem, który wydał mi się niezwykle interesujący (i który fajnie byłoby pogłębić) są kwestie prawne związane ze służbą (kolejne spaczenie zawodowe). Status prawny służby (i służących, bo o nich przede wszystkim mówimy) fajnie pokazuje, że nie ma rzeczy oczywistych -- szczególnie w prawie, które w całości jest jedynie wyrazem umowy społecznej. Można przywołać dość oklepany już przykład praw wyborczych dla kobiet. Dziś dla zdecydowanej większości mieszkańców Polski oczywistym wydaje się to, że kobieta na równi z mężczyzną ma prawo zarówno do wybierania, jak i bycia wybieraną. A co powiedzieć na zakaz posiadania majątku przez kobietę? Albo na zakaz ustalania ojcostwa dziecka?
(...) w Kongresówce obowiązywał kodeks cywilny Królestwa Polskiego ustanowiony w 1825 roku z fatalnym artykułem 305 brzmiącym stanowczo: "poszukiwanie ojcostwa jest zabronione". Dziecku nieślubnemu nie wolno było nosić nazwiska ojca, zakazane było także roszczenie jakichkolwiek praw majątkowych. Mimo, że od roku 1913 dopuszczano możliwość ubiegania się o alimenty, to jednak sądy nadal brały pod uwagę argument exceptio plurium concumbentium, czyli zarzut współżycia matki dziecka z wieloma mężczyznami, który w praktyce blokował sądowe ustalenie ojcostwa. Michał Orzęcki w artykule Rodzina dziecka nieślubnego komentuje, że na takich rozprawach w sądach grodzkich chętnie pojawiają się "znajomkowie ojca", którzy zeznają, że kobieta "prowadziła się nienormalnie" i dlatego nie wiadomo, czyje jest dziecko. [1]
Podobnie ma się rzecz ze służącymi. Bez przesady można powiedzieć bowiem, że z formalnego punktu widzenia relacje ze służącą jako żywo przypominały relacje niewolnicze. Służącą można było bić, służąca co do zasady nie mogła odejść ze służby, zakres oraz czas pracy służącej nie był w żaden sposób unormowany. Nadmierne obciążenie pracą nie było powodem, dla którego służąca mogła wymówić służbę.
Prawo pozwala bić służącą. Artykuł 17 obowiązującego w Galicji rozporządzenia (Regulamin dla ludzi służebnych, Lwów 1865) dopuszcza kary cielesne "umiarkowane i nieszkodliwe" dla zdrowia Równie rygorystyczne prawo działa w pozostałych zaborach. W Królestwie Polskim jest to ustawa z 1860 roku, w zaborze pruskim kodeks cywilny z 1896 r. Dopuszczają one karę chłosty za nieposłuszeństwo. (...) Sytuacja służby jest bezprecedensowa. Służba domowa jest poza prawem. Umowa, zwykle ustna, określa, na jaki okres służącą się najmuje, i niewiele więcej, listę obowiązków sporządza chlebodawca nikt tego nie nadzoruje. Służba nie ma zagwarantowanego prawa do wypoczynku ani urlopu. (...) Służąca może odejść ze służby tylko wtedy, gdy w związku z wykonywaną praca jej życie lub zdrowie jest zagrożone. Albo gdy pan próbuje ją "nakłonić do uczynków przeciwnych prawu lub obyczajom, nie daje słudze niezbędnej żywności lub umieścił ją w miejscu szkodliwym. [s. 159-160]
Porzucenie służby było traktowane jak przestępstwo, za które można było zostać osadzonym w zakładzie karnym [s. 160]. Z opisów codziennych zmagań służących wynika, że nawet te nieliczne ograniczenia -- związane z ochroną życia lub zdrowia, zakazem umieszczania w szkodliwych warunkach czy zagwarantowaniem niezbędnej żywności -- były jedynie iluzoryczną formą ochrony. Interpretacja nieostrych pojęć niemal każdorazowo pozostawała po stronie zatrudniającego.

Trzeba dodać do tego kwestię "książeczek" -- obowiązujących w Warszawie do lat 20. XX wieku (zniesionych przy protestach kobiet z bogatszej części społeczeństwa, które żądały ich przywrócenia [por. s. 166]). Książeczki te, zgodnie z prawem, w czasie służby pozostawały "u państwa". Po zakończeniu służby służąca była zobligowana do oddania swojej książeczki w ciągu doby do Wydziału Kontroli służących. Od tego czasu służąca mogła pozostawać bez pracy przez miesiąc -- i to wyłącznie za zgodą urzędu [s. 161-164].

Nie bez znaczenia dla kształtowania się prawodawstwa związanego ze służbą mógł być wysoki stopień feminizacji tego zawodu. Funkcje "męskie" (a przynajmniej kojarzone z mężczyznami), takie jak lokaj, kamerdyner czy odźwierny, były w zdecydowanej mniejszości. Tym bardziej, że pojawienie się tzw. "służących do wszystkiego" było związane z ubożeniem społeczeństwa po I wojnie światowej (por. s. 57). Na liczniejszą służbę -- w przeciwieństwie do jednej służącej ("dochodzącej" lub "na stałe") mogła pozwolić sobie niewielka grupa ludzi.

Pojawiały się oczywiście próby zmiany tego stanu rzeczy, o których dość obszernie pisze na kartach książki Joanna Kuciel-Frydryszak w rozdziale Baczność, towarzyszki służące [s. 299 i nast.]. Projekt ustawy, przygotowany przy wsparciu organizacji społecznych przez Ministerstwo Pracy, pojawił się w Sejmie w maju 1920 r. [s. 304].

I przy tej okazji pojawiły się dwa zaskoczenia.

Po pierwsze projekt ustawy miał referować w Sejmie wywodzący się z chadecji ksiądz Zygmunt Kaczyński, będący jednocześnie działaczem katolickich związków zawodowych. Intuicja prowadziłaby nas raczej w stronę organizacji socjalistycznych, których działaczki aktywnie pracowały nad poprawą dobrostanu służących. Być może, poza samą poprawą sytuacji zawodowej służących, chadecji mogło chodzić o przeciągnięcie na swoją stronę części elektoratu robotniczego. Nie bez znaczenia były też głosy wyborcze samych służących -- kobiet, które prawa wyborcze uzyskały zaledwie niecałe 2 lata wcześniej. Jak się zaś okazało, kobiety były niezwykle skłonne do oddania swojego głosu wyborczego na siły narodowe, w tym endeckie.
Lewica padła ofiarą własnej postępowości - jak napisał Ludwik Hass w analizie wyborów 1919 roku: "Rozmiary swego sukcesu blok prawicowy zawdzięczał w poważnym stopniu masowemu głosowaniu na jego listę [...] kobiet, które po raz pierwszy dopuszczone do udziału w wyborach stanowiły [...] potężną rezerwę reakcji" [2]
Na Centrum Kobiece, oczekujące poparcia tysięcy warszawianek, głosowało zaledwie 51 osób, a więc chyba nawet nie wszyscy członkowie rodzin. [3]
Drugim zaskoczeniem było to, kto stanął na przeszkodzie do uchwalenia -- po części dość postępowych -- przepisów, które miały ulżyć ciężkiej doli służących. Nie była to endecja (w dyskusji za projektem opowiadała się m.in. posłanka Gabriela Balicka-Iwanowska - por. s. 307-308), nie byli to komuniści, z oczywistych przyczyn nie były to również ugrupowania socjalistyczne (choć krytykowały niektóre z proponowanych zapisów projektu, por. s. 309). Okoniem stanęło środowisko narodowo-chłopskie, skupione wokół Narodowego Zjednoczenia Ludowego. Nie wiem jednak, czy chodziło o nieskrępowane podtrzymanie tradycji służby dworkowej, czy zagrożenie dla wykorzystywania służby przy pracach rolnych. Być może i o jedno, i o drugie.

Jak pisze autorka, komplikacje z ustawą zaczęły się podczas czytania projektu 6 grudnia 1921 r. [s. 307].
Z krytyką ustawy wystąpił (...) Ignacy Góralski, rolnik, poseł konserwatywnego Narodowego Zjednoczenia Ludowego. Nie podobało mu się, że ustawa dopuszcza, aby służąca mogła się zatrudnić bez zgody męża. I za niedorzeczność uznał, że ustawa zabrania zlecania służącym prac zagrażających życiu. (...) Góralski sprzeciwiał się również ograniczeniu czasu pracy służących. (...) Płatne urlopy zupełnie nie mieściły się w jego głowie, a już zupełnie nie rozumiał, dlaczego służąca ma nie dźwigać. [s. 309].
W zastrzeżeniach posła Góralskiego można dostrzec też doświadczenia pracy na roli, gdzie zagrożenie zdrowia -- a nawet życia -- było powszechne, czas pracy był wyznaczany przede wszystkim przez porę roku i warunki atmosferyczne a ciężka praca fizyczna była chlebem dnia powszedniego (nie wiadomo, czy dla samego posła Ignacego Góralskiego, ale dla wielu rolników -- z pewnością). Ustawa nie miała dotyczyć jednak jedynie obszarów wiejskich, a poza tym -- siebie można oszczędzić, członkowie rodziny również mogli (teoretycznie) dopominać się pewnych praw lub liczyć na ulgi, jednak w przypadku służby mówimy o ludziach całkowicie zależnych, praktycznie pozbawionych jakichkolwiek praw czy możliwości obrony.

Przeciw ustawie wypowiadali się także -- zgodnie z fragmentami zamieszczonymi w publikacji -- posłowie Stefan Sołtyk (Narodowe Zjednoczenie Ludowe) [s. 313] oraz Jan Potoczek (Polskie Stronnictwo Katolicko-Ludowe)
Ustawa o służbie domowej głosem większości (za 104, przeciw 74) odesłana została do komisji i tam przepadła na wieki. [s. 315]
Autorka napisała przy tym, że "bogate chłopstwo zupełnie bezinteresownie tę ustawę storpedowało [s. 316]. Nie ująłbym tego w ten sposób, bo interes w tym bojkocie jest aż nazbyt widoczny, aby bojkot uznać za bezinteresowny. Interes ten oceniać można różnie (ja przykładowo oceniam go zdecydowanie negatywnie), ale nie zmienia to nic w sprawie jego (nie)istnienia. Na dodatek z "utknięcia" projektu ustawy w komisji sejmowej można wywnioskować, że nie tylko "bogatemu chłopstwu" nie w smak było jej przyjęcie. Trudno mi uwierzyć w aż tak dużą siłę przebicia tych stronnictw politycznych, której nie dałoby się przemóc (w jakimkolwiek wymiarze) siłami endecji i socjalistów.

"Służba" (jako konstrukt społeczno-ekonomiczny) znikła w efekcie przemian po 1945 r., czyli w czasie tej niewdzięcznej "komuny". Nie jestem jednak całkowicie pewien -- i nie chciałbym się o to zakładać -- czy więcej w tym było zamysłu politycznego, czy jednak zmian w strukturze społeczno-demograficznej oraz w sferze ekonomicznej, będących dramatycznym wynikiem II wojny światowej. Myślę, że jednak to drugie -- że powojenni komuniści nawet nieszczególnie musieli coś z tym robić. Ale to już temat na osobne badania, które warto byłoby podjąć.

Przypisy:
[1] Urszula Glensk: Historia słabych, s. 276-277]
[2] Jarosław Tomasiewicz: Polska Ludowa 1.0, Nowy Obywatel, nr 28 (79), zima 2018.

Książka:
Joanna Kuciel-FrydryszakSłużące do wszystkiego, wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018. ISBN: 978-83-65973-81-8.

wtorek, 26 maja 2020

Co u Pana słychać?

Pomysł na sięgnięcie po nieco już zapomniany reportaż Krzysztofa Kąkolewskiego Co u pana słychać? przyszedł mi do głowy w czasie lektury książki Palimpsest Powstanie Radosława Wiśniewskiego. Na końcu Palimpsestu autor umieścił ponad 230 przypisów, z których znaczną część stanowią krótkie noty biograficzne osób wspominanych w publikacji. Wśród znalazło się kilka przypisów odnoszących się do biografii nazistów związanych z historią powstania. W przypadku dwóch z nich -- Günthera Rohra oraz Heinza Reinefahrta -- w oczy rzucają się dwie kwestie: wysoka ranga (generałowie -- odpowiednio Wehrmachtu i SS) oraz znacznie późniejsze w stosunku do daty zakończenia wojny lata śmierci (rok 1966 i 1979).

Piotr Gursztyn w rozmowie z Arleną Sokalską Ludobójstwa w Warszawie dokonali tzw. zwykli Niemcy. Na rozkaz stawali się bestiami (5 sierpnia 2019 r.) tak opisywał ich rolę w czasie tłumienia Powstania i pacyfikacji stolicy:
Siłami na Ochocie dowodził generał Wehrmachtu Günther Rohr, który z pewnością nie kochał Polaków, ale też nie był aż tak fanatyczny jak wielu innych dowódców, to był dowódca frontowy. Chyba też liczył się z tym, co będzie, jak Niemcy przegrają wojnę. (...) na Woli siłami niemieckimi dowodził Heinz Reinefarth, generał policji SS w Warthegau (Kraju Warty). Nie był dowódcą frontowym, to nazistowski aparatczyk, prawnik z wykształcenia. Z jednej strony, nie potrafił prowadzić skutecznych działań bojowych, a z drugiej - był służbistą. Stąd ten rozkaz Hitlera wypełniał dosłownie. I dlatego na Woli najwięcej ofiar było w tych rejonach, gdzie nie toczyły się żadne walki. [1]
Główna myśl z tego wywiadu (a przynajmniej wytłuszczona przez redaktora nadającego tytuł rozmowie) współgra z koncepcją banalności zła, nakreśloną przez Hannę Arendt w książce Eichmann w Jerozolimie: rzecz o banalności zła [jest to z kolei jedna z tych nielicznych książek, które przeczytałem, ale dziwnymi kolejami losu powodowany nic o niej gdyby nie napisałem. Patrząc zaś na żenujący poziom artykułu na polskojęzycznej Wikipedii, który rzekomo jest poświęcony tej książce, chyba trzeba jednak coś w końcu napisać].

Krzysztof Kąkolewski postanawia odwiedzić kilka osób -- Niemców czynnie zaangażowanych w zbrodnicze działania III Rzeszy -- i z nimi porozmawiać, zaczynając (podobno każdą rozmowę) od prozaicznego pytania "co u Pana słychać?" [s. 5]. To dość przyziemne oraz sympatyczne pytanie, które kojarzy się z przyjaznymi relacjami między pozostającymi ze sobą w dobrych relacjach ludźmi -- nabiera nowego wymiaru. Wydaje się być niesamowicie przewrotne -- tak samo jak przewrotny wydaje się być spokojny żywot kolejnych rozmówców K.Kąkolewski w kontekście historii ich życia.

O wyborze bohaterów (czy może raczej antybohaterów?) swojego reportażu autor pisze:
Wybrałem nie Paragwaj czy Boliwię, nie tych, którzy uciekli, ukrywają się w dżunglach, nie tych, którzy jeszcze siedzą w więzieniach lub odbyli karę. Wybrałem tych, którzy nie boją się niczego, którzy na zawsze uniknęli kary. Ich wolność, pewność siebie, dobrobyt i szczęście uznałem za WYZWANIE. Więc już na zawsze, do końca ich dni sądzony jest im spokój? Postanowiłem, że coś się im jeszcze wydarzy. [s. 5]
Co prawda autor napisał także, że "pojechał ich zobaczyć, póki jeszcze żyją, okazy, jakie może widzieć jedno pokolenie na tysiąclecia" [s. 5], ale myślę, że deklarację tą można potraktować w najlepszym razie jako sprawy chwyt reporterski. Zbrodniarzy nigdy nie brakowało, zaś jedni od drugich czerpali wzorce i doświadczenia, dokładając do długiej historii zbrodniczej działalności swoją część.

Lata 70. XX wieku, czyli czas powstania reportażu, zbiegły się -- być może niekoniecznie przypadkowo -- z pewną specyficzną nowelizacją... ustawy o ruchu drogowym z 1968 r. Jak można bowiem przeczytać w tekście Aliny Czyżewskiej i Adama Kuczyńskiego Wobec ich nieodbycia [2] w 1968 roku w Republice Federalnej Niemiec, przy okazji nowelizowania ustawy o ruchu drogowym, wprowadzono do niej przepisy amnestionujące sprawców kierowniczych hitlerowskich zbrodni ludobójstwa. Jak widać niechlubna tradycja "upychania" ważnych przepisów w innych, nie związanych z nimi aktach prawnych, ma całkiem długą tradycję. Rok 1968 stał się zatem istotną cezurą czasową w historii rozliczania zbrodniarzy z czasów II wojny światowej.

W opisie książki na stronach sprzedawców można przeczytać o dziesięciu postaciach, określanych jako "byli naziści wysokiej rangi" [3]. Na stronie wydawnictwa możemy zobaczyć też listę nazwisk:
  1. Profesor Hans Fleischhaker – nazistowski antropolog, który jeździł do Auschwitz badać ludzkie czaszki.
  2. Hermann Stolting – prokurator, którego wyroki śmierci wykonywano dokładnie co trzy minuty.
  3. Poseł Otto von Fircks, Aleksander Dolezalek i generał Konrad Meyer-Hetling – realizatorzy Generalplan Ost.
  4. Reinhard Hoenh – promotor chemicznej sterylizacji Słowian.
  5. Heinz Reinefarth – generał odpowiedzialny za pacyfikację Warszawy.
  6. Heinz Rolf Höppner – który z Adolfem Eichmannem pozbawił życia cztery i pół miliona ludzi.
  7. Wilhelm Koppe – generał policji i SS, którego sam Himmler uważał za zbyt skrajnego w działaniach.
  8. Hubertus Strughold – twórca medycyny kosmicznej, na potrzeby której eksperymentował na więźniach obozu w Dachau.
Moje czterdziestodwuletnie, trzecie (rozszerzone) wydanie z 1978 r., nie do końca pokrywa się z tą listą. Zamieszczono w nim rozmowy z H. Fleischhakerem, H. Stoltingiem, von Fircksem, R. Hoenhem, H. Reinefarthem, A. Dolezalkiem, K. Meyerem oraz H. R. Höppnerem (w tej kolejności). Z pewnością kolejne wydania rozszerzano o kolejne rozmowy, tak że zależy komuś na "całości" (ewentualnie na konkretnym rozmówcy), musi zaopatrzyć się w nowsze wydania niż to sprzed 42 lat.

Szczegółowe informacje o książce P.T. Czytelnicy i Czytelniczki odnajdą na stronie polskojęzycznej odsłony Wikipedii, gdzie umieszczono nie tylko krótkie notatki o (anty)bohaterach reportażu, ale również informacje dotyczące kulis jego powstania. Więcej szczegółów oczywiście w samej książce -- autor obficie się dzieli swoimi przemyśleniami na temat rozmów, a także przyjmowanych strategii. Nie ma większego sensu, aby tutaj szczegółowo to wszystko opisywać.

Sam reportaż nie jest łagodną refleksją nad przeszłością, nie ma też w nim żadnych prób niuansowania, tworzenia półcieni. To bardziej (mocna?) mowa oskarżycielska wobec tych, którzy mimo iż byli sądzeni, nie zostali ukarani -- bez względu na bezsprzeczne dowody ich zaangażowania w nazistowską machinę śmierci, których kopie autor reportażu przekazuje im wcześnie rozmów. Na pamiątkę.

Ciekawą postacią w książce jest także Adalbert W., urodzony pod koniec wojny, syn Niemca i Polki, przyjechał do Niemiec w ramach akcji łączenia rodzin dekadę przez powstaniem reportażu [s. 9]. Tłumacz Krzysztofa Kąkolewskiego, świetnie władający również językami francuskim, angielskim i polskim [s. 8], który pomaga autorowi w organizacji spotkań. Zgodnie z informacjami zamieszczonymi w reportażu [s. 8] nie mogąc liczyć na wynagrodzenie, robi to pro publico bono.
Uczy polskiego w wieczorowej szkole. Kocha Polskę. 'To jest fascynacja, tęsknota - mówi Adalbert. - Wychowałem się w duchu polskim. Będę ci tłumaczył. Sądzę, że jako Niemiec ja przestępców wojennych naprawdę nienawidzę, a ty tylko usiłujesz zmusić się do nienawiści. [s. 9]
Adalbert W. w trakcie prac nad reportażem staje się nie tylko tłumaczem, ale również komentatorem zdarzeń, dodatkowym bohaterem książki. Być może w pewnych momentach (współ)decyduje nawet o jej kształcie. W pewnym momencie autor książki przytacza jego słowa:
- Nie twoim zadaniem jest mu udowadniać winę. Uważam, że ta rozmowa była najważniejsza. Gdybyś go złamał, przegrałbyś. Niezłomność, niezmienność tych ludzi nadaje sens twojej książce. Udało ci się to znaleźć w czystej formie. Przed godziną byliśmy świadkami przestępstwa popełnianego znów: przestępstwa obojętności wobec dawnych ofiar, zatwardziałości, pewności, że tego należało dokonać. Przecież zaciekłe, wbrew faktom, zaprzeczenie - to przyznanie się do winy, do pełnego utożsamienia z tamtymi czynami. [s. 66]
Generał Konrad Meyer-Hetling powiedział: pańska książka mogłaby być możliwością budowania mostów, ale panowie myślą, że byliśmy zbrodniarzami, a my byliśmy tylko dobrymi Niemcami [s. 137-138]. Rzeczywiście, można się zastanawiać nam tym, jakie znaczenie dla odczytania książki miało to, że autor w poszukiwaniu byłych nazistów jeździł podróżował po jedynie po ówczesnym RFN (szczerze mówiąc nie wiem / nie pamiętam, czy -- albo może raczej jaka grupa byłych nazistów ukrywała się po stronie NRD). Autor wyjechał też później do USA na rozmowę z pracującym przy amerykańskich programach kosmicznych Hubertusem Strugholdem (tej rozmowy nie było jeszcze w wydaniu z 1978 roku). Można zastanawiać się również nad opisem dyskusji ze studentami Alexandra Dolezalka w Ośrodku Studiów Ogólnoeuropejskich:
Dyskusja jest huraganowym atakiem na mnie. Nie mam czasu notować, dziś pamiętam tylko jakieś strzępy. Ataki na Polskę, na Rosjan, na NRD. [s. 129]
Dość sugestywne wydaje się również zakończenie [4], będące szczegółową relacją z wiecu działającej do dzisiaj (!) Narodowodemokratycznej Partia Niemiec. Wiec odbywał się w Römerberg we Frankfurcie nad Menem -- mieście, które w 1949 r. było typowane jako ewentualna stolica Niemiec Zachodnich w zastępstwie Berlina (symboliczne, nieprawdaż?). Warto zastanawiać się nad tymi wszystkimi elementami, które można odczytać jako oddanie trybutu na rzecz politycznej rzeczywistości Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

Trudno się jednak zgodzić z zarzutem, że reportaż Krzysztofa Kąkolewskiego to sabotaż próby budowania mostów między narodem polskim i niemieckim (żeby wspomnieć jedynie orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r.) [5]. Mógłbym zakończyć tę refleksję jakimś okrągłym zdaniem o "stawaniu w prawdzie" (pozostając w kościółkowym klimacie), ale chyba i tak na podstawowym poziomie przyzwoitości wiadomo, o co chodzi.

Przypisy
[1] Piotr Gursztyn, Ludobójstwa w Warszawie dokonali tzw. zwykli Niemcy. Na rozkaz stawali się bestiami, rozmowa Arleny Sokalskiej, Polska Times, 5 sierpnia 2019 r. (dostęp: 2020.05.04)
[2] Alina Czyżewska, Adam Kuczyński, Wobec ich nieodbycia, Sieć Obywatelska Watchdog Polska, 10 maja 2020 r.
[3] Informacja o kolejnym wydaniu reportażu Krzysztofa Kąkolewskiego z 1 października 2019 r. (wydawnictwo Zysk i S-ka) ze strony wydawnictwa.
[4] W wydaniu z 1978 r. był to ostatni rozdział -- nie wykluczam, że w późniejszych wydaniach może mieć on inne miejsce w strukturze reportażu.
[5] Zarzut został sformułowany przez gen. Konrada Meyera. ("a my byliśmy tylko dobrymi Niemcami") [s. 137-138].

Książka
Krzysztof Kąkolewski, Co u pana słychać?, wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1978.

wtorek, 28 kwietnia 2020

Palimpsest Powstanie

Skoro już wpadłem w pewien ciąg warszawski (wcześniejsze wpisy dotyczyły książek Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014 Marcina Napiórkowskiego oraz Powstanie z ruin. Historia odbudowy Warszawy w latach 1945-1956 Roberta Nowaka), postanowiłem w dalszej kolejności sięgnąć po książkę Radosława Wiśniewskiego Palimpsest Powstanie.

Nieskromnie wspomnę, że miałem swój niewielki wkład w jej wydanie, dzięki czemu do rąk dostałem numerowany egzemplarz z podpisem autora. A piszę to jedynie w kontekście tego, aby i Was P.T. Czytelnicy i Czytelniczki (w miarę Waszych możliwości) zachęcić do wspierania projektów wydawniczych, które wydają się Wam ciekawe bądź istotne.

Książka ta to swego rodzaju powrót do tematyki z pracy M.Napiórkowskiego Powstanie umarłych, ale w zupełnie innym wymiarze. Zamiast analizy polityki pamięci u R.Wiśniewskiego dostajemy "samą pamięć" -- zindywidualizowane i mocno emocjonalne podejście do tematu Powstania Warszawskiego, nakreślone przez pryzmat zmagań autora książki z tym tematem.


Pracę nad książką autor rozpoczął przez cykl notatek "nie o wszystkim śpiewa Lao Che", odnosząc się do wydanego przez zespół albumu Powstanie Warszawskie z 2005 r. (s. 115). Swoje pisanie R.Wiśniewski określa jako "nadpisywanie", co znalazło ujście w tytule wydanej przez niego książki (palimpsest). Tak szczerze pisząc bardziej przypomina mi ona realizację idei, która stała za powstaniem niniejszego bloga -- dopisywanie swego rodzaju post scriptum do tego, co już napisane i pewnym sensie domknięte. Palimpsest oznacza nadpisywanie, zaś w trakcie nadpisywania zamazany (częściowo lub całkowicie utracony) zostaje dotychczasowy (nadpisywany) tekst. Co najmniej zaś traci on na czytelności. Czyżby to było intencją autora Palimpsest Powstanie?

W części -- niestety stosunkowo nielicznych -- recenzji książki (w tym w tej autorstwa Pawła Kozioła na tylnej okładce wydania) pojawia się fragment mówiący o trudności z zaklasyfikowaniem pod względem formalnym publikacji R.Wiśniewskiego.
Jest to esej? Osobliwy rodzaj gawędy wojennej traktującej o wojnie, w której gawędziarz nie uczestniczył? Może, biorąc pod uwagę nagromadzenie szczegółów, reportaż bez uczestnictwa?" [z opisu na stronie wolnelektury.pl]
W moim odczuciu najbliżej jednak Palimpsestowi Powstanie do reportażu, ale tylko w tym sensie, że gatunek ten w ostatnich latach (ostatniej dekadzie?) mocno ewoluował, przyjmując pod swoje skrzydła coraz to oryginalniejsze w swoim kształcie literackie formy. Książka R.Wiśniewskiego nie jest bynajmniej najoryginalniejszą z nich. Drugą z możliwości jest przyporządkowanie Palimpsestu do kategorii "współczesnego pamiętnika", pisanego przez autora "na oczach świata" (w tym przypadku -- za pośrednictwem portalu Marka Zuckerberga). Zapis zmagań autora to zapis wyselekcjonowanych refleksji (na temat), które P.T. Czytelnik / Czytelniczka chłonie i przetwarzając (przepracowując) wypełnia swoją refleksyjnością. W ten sposób stopniowo budując pamięć Powstania, lub też pamięć o Powstaniu, o której tak obficie pisał w przytaczanej na samym początku wpisu książce Marcin Napiórkowski.


A refleksja, jak i pamięć, jest wybiórcza i w najwyższym stopniu subiektywna. Opiera się -- fakt -- na danych, sztukowanych w głowie, pozyskanych stąd i zowąd informacjach, jednak wybrakowanych i wyselekcjonowanych przez mijający czas. Brak jest zatem w książce przypisów. Nie ma też większego sensu sprawdzanie źródeł (do których precyzyjnych odniesień brak), jak również weryfikacja podawanych informacji (z których spora część opiera się na schemacie podobno ktoś, kiedyś i gdzieś). Nie piszę przez to, że książka jest niewiarygodna lub przedstawia nieprawdziwe informacje. Piszę jedynie, że nie jest do końca zasadna w jej przypadku pełna "weryfikacja" danych.

Bo z tą książką jest trochę tak, jak z historią o starszym, siwym panu w fotelu pod kocem w kratę, od rozmowy z którym autor zaczyna swoją opowieść (s. 8-9). Rzecz bowiem ma dziać się 40 lat po wojnie, zaś starszy, siwy pan w fotelu pod kocem w kratę w czasie Powstania miał mieć zaledwie kilka lat (roboczo przyjmijmy, że 9). Tak że albo w trakcie rzeczonej rozmowy był mężczyzną w okolicy 50 lat, albo w czasie Powstania był znacznie starszy.

Ale czy to tak naprawdę ważne, co czas zrobił ze wspomnieniami tego młodego chłopca, późniejszego autora Palimpsestu Powstanie? Najpewniej ważniejsze od szczegółów biograficznych jest, że -- być może -- właśnie to wydarzenie stało się dla niego "istotnym biograficzne" (niskie ukłony, pani dr Anito Gulczyńska) i zaważyło na powstaniu książki-refleksji nad Powstaniem Warszawskim.

A książkę tę w wersji elektronicznej możecie nieodpłatnie i legalnie pobrać TUTAJ.

Książka:
Radosław Wiśniewski, Palimpsest Powstanie, wydawca: K.I.T Stowarzyszenie Żywych Poetów oraz Wolne Lektury, 2019. ISBN: 978-83-288-5775-9 / 978-83-61381-71-6.

wtorek, 21 kwietnia 2020

Powstanie z ruin. Historia odbudowy Warszawy w latach 1945-1956

Po przeczytaniu pracy Marcina Napiórkowskiego Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014 postanowiłem pozostać w temacie i sięgnąłem po kolejną książkę, która ma w swoim tytule powstanie, drugie słowo w tytule dotyczy pewnej kategorii śmierci (w tym przypadku -- śmierci technicznej at its finest) oraz Warszawy.

Książkę Powstanie z ruin. Historia odbudowy Warszawy w latach 1945-1956 Roberta Nowaka określiłbym jako książkę-manifest. Z pewnością jest to "publikacja zaangażowana", w której autor zajmuje wyraźną pozycję ideową. Oczywiście ma w niej swoje racje -- sam podzielam wiele z prezentowanych w książce poglądów. Ale myślę, że warto na samym początku dać takie zastrzeżenie, żeby nie było niedomówień.

Niestety przy tym wszystkim publikacja ma charakter faktograficzny, przy czym -- co jest jej bardzo dużym minusem -- jak na tak nasiąkniętą faktami publikację jest wyjątkowo słabo uźródłowiona. Nie oznacza to oczywiście, że przytaczane w książce co i rusz dane są błędne lub nieprawdziwe. To stary problem argumentacji anegdotycznej -- "niewiarygodny" nie oznacza automatycznie "nieprawdziwy", ale oznacza za to "nie wynikający z dowodów". Z kolei fragmenty, które nie są stricte faktograficzne, nie są też wsparte szczególnie wnikliwą analizą.

W pewnym uproszczeniu (ale czy na pewno aż tak dużym...?) znaczną część publikacji można sprowadzić do trzech elementów:
  • podważenia wyidealizowanego obrazu Warszawy z okresu międzywojennego, lansowanego -- jako pogląd "ponad podziałami" -- przez tzw. elity intelektualne i przywódców społeczno-politycznych w okresie III RP;
  • podkreślenia faktu znacznego podniesienia stopy życiowej mieszkańców Warszawy (w aspektach technicznym / technologicznym oraz poziomu i dostępności usług społecznych), co było efektem działań modernizacyjnych, realizowanych w ramach odbudowy stolicy;
  • przywrócenie pamięci o zapomnianym i dziś niedocenianym wkładzie społeczeństwa Warszawy w odbudowę stolicy, który nie chroni ich następców przed skutkami niesprawiedliwie przeprowadzanego procesu reprywatyzacji [s. 70] (w procesach reprywatyzacyjnych pomija się znaczenie wkładu społecznego dla podźwignięcia stolicy z gruzów, zasługi przypisując -- jako argument za reprywatyzacją -- dawnym właścicielom lub ich /czasami z pewnością rzekomym/ spadkobiercom).
Tablica umieszczona na budynku MCK w Bełchatowie
Wszystkie powyższe elementy uznaję jak najbardziej za dobre i piękne oraz niezwykle potrzebne we współczesnej debacie publicznej -- dlatego tym bardziej żałuję, że zostały przedstawione w tak słabej formie. Na to, że można zrobić to znacznie lepiej, wskazuje m.in. publikacja Urszuli Glensk Historia słabych. Reportaż i życie w Dwudziestoleciu (1918-1939), o której pisałem na tym blogu niemal równo 4 lata temu (wpis datowany na 22 kwietnia 2016 r.). Książka ta nie jest co prawda poświęcona wyłącznie Warszawie, jednak w zakresie "odczarowywania" polukrowanego obrazu polskiego międzywojnia sprawdza się znacznie lepiej -- jest dużo mocniejsza, jej siła wynika z dobrej pracy warsztatowej i literackiej autorki, a ponad to jest niesamowicie uźródłowiona i rzeczowa. Trochę mnie nawet zdziwiło to, że autor Powstania z ruin w żadnym momencie się do niej nie odwołał.
Prawie jedna czwarta ludności miasta mieszkała w straszliwych warunkach, pod nieustanną groźbą utraty pracy i eksmisji donikąd. Mimo tych zatrważających danych o skali nędzy w przedwojennej stolicy, mamy co rusz takie intelektualne kwiatki, jak ten: 'Ot, w mieszkaniach i domach wybudowanych między wojnami żyło się wygodnie i bardziej po ludzku niż w gomułkowskich 'mrówkowcach' '. Ten bardzo krótki opis Piotra Deszczyńskiego, historyka związanego z Muzeum Historii Polski, przedstawia stan przedwojennego mieszkalnictwa. Wpisuje się w ciąg prostych schematów, prezentujących nam od prawie trzydziestu lat Polskę międzywojenną jako państwo niemal idealne. Takie oceny są niesprawiedliwe i krzywdzące dla budownictwa powojennego, będącego bardziej prospołecznym niż przedwojenne - które to odzwierciedlało kapitalistyczne relacje w polskim społeczeństwie okresu międzywojennego. [s. 27]
Wartością (i najpewniej również celem) Powstania z ruin. Historii odbudowy Warszawy w latach 1945-1956 jest wprowadzenie narracji alternatywnej wobec dominującej, o której wielokrotnie wspomina autor. Jej wyrazicielami -- czy może bardziej osobami reprezentującymi wyrazicieli -- stało się dla autora trzech przedstawicieli środowiska varsavianistów: Artur Bojarski (autor książek Z kilofem na kariatydę. Jak nie odbudowano Warszawy i Rozebrać Warszawę. Historie niektórych wyburzeń po 1945 r.), jak również Tomasz Markiewicz i Jerzy Stanisław Majewski (autorzy wystawy oraz powystawowej publikacji Budujemy nowy dom. Odbudowa Warszawy w latach 1945–1952).
Ci sami varsavianiści - atakujący BOS i krytykujący odbudowę miasta, żaląc się nad losem tandetnie i tanio powstałych większości kamienic z XIX i początku XX wieku, nie widzą nic zdrożnego w burzeniu - z czysto biznesowych powodów - zabytkowych obiektów, powstałych po wojnie. Sami wykazują się obłudą, pisząc do miesięcznika, nawiązującego swoją nazwą do tygodnika, który powstał przy Biurze Odbudowy Stolicy. [s. 171]
Celem przyświecającym publikacji jest także samo upamiętnienie trudu odbudowy stolicy i oddanie sprawiedliwości tym, których (jak autor udowadnia w kilku miejscach) albo pomija się w głównej narracji, albo -- jeżeli już w ogóle się ich przywołuje -- marginalizuje się ich znaczenie lub nawet ich oczernia.
Varsavianiści z pobudek często ideowych postanowili odbudowaną stolicę polskiemu społeczeństwu obrzydzić, wyśmiać i wyłącznie krytykować. Jednocześnie w oczach opinii publicznej zaczęli prezentować wyidealizowany obraz miasta sprzed II wojny światowej. Z wielką nostalgią piszą oraz mówią o fabrykantach, kamienicznikach czy arystokracji mieszkającej w międzywojennej Warszawie. Natomiast w ich narracji o warszawskim społeczeństwie po 1945 roku dominuje negatywny przekaz zastąpienia elit w stolicy po wojnie ludnością napływową ze wsi, która przyniosła swoje życie i obyczaje. Ta narracja bywa niekiedy bardzo niespójna. Skoro varsavianiści opisują ogromne straty Warszawy w liczbie ludności, to skąd im nagle, po wyzwoleniu miasta, odnajduje się tak duża liczba powracających właścicieli? Na to nie umieją odpowiedzieć. [s. 8]
Spore grono varsavianistów oraz historyków podziela pogląd zacytowanego "wiarusa z Woli". Według nich ludzie pochodzący ze wsi i małych miasteczek, którzy zamieszkali w centrum Warszawy, sprofanowali swoim stylem życia tę część miasta, unicestwili jego ducha. (...) W latach 1939-1945 zginęło ponad 800 tysięcy spośród 1 300 tysięcy przedwojennych warszawiaków. Skądś musieli się wziąć nowi mieszkańcy, bez nich nie byłaby możliwa odbudowa stolicy. O tym jednak zwolennicy przedwojennego społecznego blichtru wolą raczej nie pamiętać - za to serwują nam opowieści o powracających prywatnych właścicielach, chcących odbudować swoje sklepy i kamienice. [s. 80-81]
R.Nowak zalicza też jednak pewne przemilczenia, o których -- tak Bogiem a prawdą -- nie potrafię powiedzieć, z czego wynikają. Jedno z ciekawszych, które zwróciło moją uwagę, dotyczy roli Związku Sowieckiego. Z oczywistych przyczyn, choć dość pobieżnie, wskazana jest rola wojsk sowieckich w wyzwalaniu stolicy. Dalej jest też mowa o roli ZSRS w planowaniu i przeprowadzaniu procesu odbudowy Warszawy. Jednakże mimo tego, że autor z niezwykłą uwagą odnotowuje ucieczkę polskiego rządu (umieszcza nawet dwa krytyczne komentarze Krzysztofa Wasilewskiego -- artykuł z 17 września 2018 r. w Przeglądzie oraz Stanisława "Cat" Mackiewicza -- fragment wspomnień z książki Zielone oczy z 1959 r.), w żadnym miejscu nie pojawia się kwestia agresji ZSRS na Polskę. W końcu data ucieczki polskiego rządu (przekroczenie granicy polsko-rumuńskiej w Kutach w nocy z 17 na 18 września 1939 r.) nie była tak zupełnie przypadkowa, prawda...? W kontekście prowadzonej przez Polskę wojny obronnej we wrześniu 1939 r. była to przecież sprawa niebagatelna.
Na sytuację panującą w Warszawie miały wpływ wydarzenia w kraju i na świecie oraz tocząca się cały czas wojna. Chociaż Wielka Brytania w 1940 roku była jedynym państwem Europy opierającym się Hitlerowi, to w czerwcu następnego roku zyskuje ona poważnego sojusznika - ZSRR. Brytyjski rząd prędzej liczył na Waszyngton niż na Moskwę w walce z hitlerowską armią. Agresję niemiecką na Związek Radziecki przyjęto w Londynie z ulgą. [s. 60-61]
Zgrabnie ominięto zagadnienie związane z tym, dlaczego przed atakiem III Rzeszy na ZSRS w czerwcu 1941 r. nie można było za bardzo liczyć na wsparcie wojsk sowieckich w walce z hitlerowskimi Niemcami i ich sojusznikami. Nawet aż za bardzo.

Taka też pokrótce jest ta publikacja. W kontekście odbudowy Warszawy czekam na okazję przeczytania wydanej w końcówce lutego książki G.Piątka Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949. Na razie zbiera dość dobre recenzje. Kilka życzliwych słów na jej temat napisała niedawno Bernadetta Darska we wpisie Wskrzeszenie miasta. A książkę R.Nowaka odkładam na dalszą półkę.

Książka:
Robert Nowak, Powstanie z ruin. Historia odbudowy Warszawy w latach 1945-1956, wydawca - FAKTORIA Spółdzielnia socjalna, Zielonka 2019. ISBN: 978-83-948915-9-6.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014

Ze względu na to, że po raz pierwszy opisuję tu książkę tego autora, zacznę ten wpis od tego, że wysoko cenię sobie działalność Marcina Napiórkowskiego. Zajmuje się on bowiem niezbyt popularną w Polsce kwestią badania mitów. I o ile mam świadomość tego, że tworzenie i kultywowanie mitów to przypadłość ogólnoludzka, o tyle zastanawiam się czasami nad tym, czy jako Polacy nie mamy w swoich mitach szczególnego upodobania. Albo przynajmniej czy nie reagujemy wyjątkowo mocno na próby ich podważania albo weryfikacji. Tego jednak nie wiem.

Tak czy inaczej -- Marcin Napiórkowski mitu związanego z powstaniem warszawskim nie próbuje w żaden sposób obalić (czy nawet podważyć). Stara się go opisać. A może nawet nie tyle bezpośrednio opisuje sam mit, ale sposób jego funkcjonowania w polskim społeczeństwie na przestrzeni kolejnych dekad. Przyjmuje on za Jeffrey'em K. Olickiem, że pamięć jest path-dependent, zależna od swojej historii [s. 7]. Dla zrozumienia funkcjonowania pamięci w obecnym czasie konieczne jest prześledzenie "ścieżki" jest kształtowania się w przeszłości, poznanie jej "historii". Ujmując to w zgrabne stwierdzenie M. Napiórkowskiego -- pamięć pamięta samą siebie. Być może w szczególny sposób dotyka to pamięci odnoszących się do wielkich narracji (odwołując się tym razem do pojęcia ukutego przez Jeana Francoisa Lyotarda), które są tworzone i przekształcane masowo, przeżywane w "dużej skali".

Zgodnie z przyjętą przez autora koncepcją, która stanowi swego rodzaju ramę narracyjną dla Powstania umarłych, pamięć o powstaniu warszawskim na przestrzeni dekad kształtowana była (i nadal jest) w oparciu o dwa stereotypy wyobrażone (toposy) -- Pochodu oraz Konduktu [s. 51] -- oraz napięcie tworzące się między nimi. Sama geneza pojęcia toposu wskazuje na to, że jest to pewien punk wspólny, wspólne miejsce (common place) stykania się pewnych wyobrażeń, stanowiący ich "uproszczenie" lub też "uśrednienie". Przez to toposy są nieczułe na półcienie -- ale też nie taka ich rola. Muszę przyznać, że choć nie wszystko z Powstania umarłych M. Napiórkowskiego kupuję, to samo "toposowe podejście" jest rozwiązaniem otwierającym sporo ciekawych pól do dyskusji.

Nie kupuję w szczególności teorii, według której "(...) nagromadzenie praktyk upamiętniających, jakie da się zaobserwować po roku 2004, można odczytywać jako próbę spóźnionego przepracowania żałoby, 'nadrobienia' niedopełnionych obowiązków czy wręcz 'zadośćuczynienia' zmarłym za wcześniejsze zaniedbania" [s. 41]. Widzę w tym raczej wykorzystywanie pamięci powstania warszawskiego w celu osiągnięcia doraźnych korzyści politycznych przez określoną grupę polityczną, która użyła właśnie tego symbolu do zbudowania swojej siły politycznej. Mamy w tej narracji praktycznie wszystko, co w polskiej rzeczywistości politycznej "chwyta", czyniąc ją skutecznym orężem politycznym, grającym na zlekceważonych przez polską klasę polityczną potrzebach czucia dumy ze swojej "tożsamości zbiorowej". Jest miejsce na hasło first to fight (które w Polsce odkleiło się chociażby od tytułu filmu Christiana Nyby'ego z 1967 r., [1] który opowiadał o zupełnie innej wojnie i to w zupełnie innym kontekście...), są figury "odwiecznych wrogów" (Niemców -- hitlerowców, Rosjan -- sowietów), jest wpisanie się w martyrologiczne tradycje narodu polskiego (długą tradycję narodowych powstań). O wszystkim tym M. Napiórkowski oczywiście pisze, wkomponowując odpowiednio te elementy w toposy Pochodu i Konduktu, wyciąga jednak z tego zupełnie inne wnioski niż ja.

Wnioski te prowadzą go do pytania o buczenie na Cmentarzu Powązkowskim pod pomnikiem Gloria Victis, w których autor dostrzegał starcie Pochodu i Konduktu, będące przedłużeniem konfliktu między "pamięcią oddolną" a "pamięcią oficjalną" ("urzędową") z okresu PRL [2]. Nie ulega wątpliwości, że "przez lata pamięć powstania była związana wyłącznie z praktykami opozycyjnymi zwróconymi przeciwko rządowi i rządzącym" [s. 49]. Jednak tam, gdzie autor widzi -- w ramach przedłużenia pamięci z okresu PRL -- starcie "rządzonych" z "rządzącymi", ja widzę praktykę pamięci, która lepiej lub gorzej odpowiada społecznym potrzebom Polaków.
Być może pojednanie oficjalnych i oddolnych obchodów na Cmentarzu Powązkowskim nigdy nie będzie możliwe! Każda władza, niezależnie od proweniencji, która spróbowałaby zorganizować uroczystości pod Gloria Victis, spotka się z mniejszym lub większym oporem, gdyż - odwołując się do klasycznej już metafory - 'stanie tam, gdzie kiedyś stało ZOMO' [s. 348]
Pamięć historyczna niezmiennie od czasów rozbiorowych była w Polsce skierowana przeciwko rządzącym. [s. 349] 
Może jednak zawsze chodziło tylko o postawę rządzących, nie zaś o to, że rządzili...? Dziś ówcześni opozycjoniści, współgrający z "narracją buczenia" na Powązkach (w której autor widział "formą zemsty umarłych" [s. 49]), są u władzy. Motyw powstania warszawskiego w pewnym okresie naszej historii stał się elementem walki politycznej, wykorzystywanym do budowania wspólnoty politycznej po jednej ze stron tego sporu. Druga ze stron, będąc już dziś w opozycji, nie była w stanie wykorzystać tego elementu na swoją korzyść. Nie wydaje się zresztą, żeby kiedykolwiek jej na tym specjalnie zależało. Ona miała inne "narracje jednocząco-mobilizujące". Ten, który rządzących demagogicznie ustawiał tam, gdzie kiedyś stało ZOMO, dziś sam jest u władzy.

Z perspektywy roku 2020 odpowiedź na postawione w książce pytanie "co sprawia, że co roku pod Gloria Victis rozlega się buczenie?" [s. 332] mogłaby wyglądać inaczej niż w 2014 r. Chociażby dlatego, że to buczenie ustało. Opozycja 2014 roku (dzisiejsi rządzący) korzystała przy tym z praktyk pamięci, które -- jak słusznie zauważa autor -- nie wzięły się znikąd [s. 332].

Czasami miałem też wrażenie, że autor w interpretacjach toposów zapędzał się w dziwne rejony. Odejdę przy tym o dwa kroki w bok od głównego wątku powstania warszawskiego, ale ten fragment wprawił mnie w niemałą konsternację i nie chciałem go pominąć.

Odwołując się do powracającego w różnych kręgach kulturowych toposu "stosu trupów" autor napisał o motywie zombie, który ma się do tego toposu odnosić.
Nieczęsto chyba jednak zdajemy sobie sprawę z polityczności tego obrazu. Armia umarłych zawsze jest figurą lęku związanego z wyrzutami sumienia. To nie przypadek, że legiony zombie z amerykańskich seriali przypominają tłumy bezdomnych, zbuntowaną młodzież z czarnych wielkomiejskich gett albo odzianych w łachmany uchodźców. Pod postacią zmarłych kulturę zawsze szturmuje jej sumienie, przypominając o czymś niedopełnionym.... [s. 42-43]
Jestem jedynie szarym zjadaczem filmów, ale jak dla mnie te łachmany to po prostu konsekwentny (w warstwie wizualnej) element rozkładu. Rozkład ciała, podobnie jak rozkład ubrania, to elementy procesu -- że tak to ujmę -- ostatecznej przemiany doczesnej powierzchowności. Myślę, że zmarli nie powinni wychodzić po latach z grobów w świeżych, wyprasowanych garniturach i garsonkach -- takiego naciągania w narracji filmowej nawet ja nie zniosę ;-) Można też dodać, że (jak się wydaje) w perspektywie przedstawionej przez M. Napiórkowskiego powoli porzucamy "lęki związane z wyrzutami sumienia", bo wizerunek filmowy zombie staje się coraz bardziej "egalitarny". W wypuszczonym w 2013 r. World War Z nie brakuje nawet zombie wśród białych kołnierzyków.

Umysł zbuntował mi się także w momencie, w którym autor Powstania umarłych -- opowiadając o tzw. okresie odwilży gomułkowskiej -- pisze o procesie tracenia przez zaangażowaną politycznie, lewicową młodzież, punktów ideologicznego oparcia (szerzej o tym etapie w historii możecie przeczytać chociażby w autobiograficznej książce Jacka Kuronia Wiara i wina. Do i od komunizmu). M.Napiórkowski przytacza w tym kontekście przykład Jerzego Urbana. Dla autora osoba Urbana staje się przykładem postaci o "wieloznacznej biografii", opierając tę teorię na opublikowanym Urbana w 1956 r. tekście Wyznania nawróconego cynika [3].
Niejedną wieloznaczną biografię ostatnich dekad można by interpretować w kontekście okrutnego rozczarowania, jakim okazało się nagłe obnażenie kłamstwa okresu terroru. Wielu pełnych entuzjazmu ludzi zdążyło już uwierzyć w socjalistyczną propagandę i zaangażować na jej rzecz całość swych młodzieńczych sił Dobrze obrazuje to przypadek Jerzego Urbana, który o swoim 'inicjacyjnym rozgoryczeniu' opowiada w zapomnianym dziś artykule Wyznania nawróconego cynika. (...) Urban pisze wprost, że młodym ludziom, cynicznie wykorzystując ich entuzjazm, kazano kłamać. [s. 229]
Mam przeświadczenie, że autor Powstania umarłych mógł jednak znacznie lepiej wybrać postać do opisania tego tematu -- chociażby wspomnianego wcześniej Jacka Kuronia. A przynajmniej kogoś bardziej wiarygodnego niż osobę, która -- jak pokazała historia -- cynikiem była i cynikiem pozostała. Trzeba też przyznać, że na kłamstwie Jerzy Urban również się całkiem dobrze znał -- i nawet nie trzeba było go do niego jakoś szczególnie przymuszać. Wystarczające w tym kontekście wydaje się odesłanie do roli, jaką J.Urban odegrał w tuszowaniu sprawy morderstwa G.Przemyka (więcej we wpisie Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka).
Nad odpowiedzią na list otwarty Siły-Nowickiego pracuje od kilku dni cały wydział prasowy MSW. Efekty są mizerne, bo wygląda to na politrucką agitkę, a nie na błyskotliwą szermierkę. (...) Generał Kiszczak prosi o pomoc byłego dziennikarza, ciętego felietonistę, a dziś rzecznika rządu - Jerzego Urbana. Chodzi o dodanie polotu, stonowanie ideologicznego jadu, ale też o dołożenie bezczelnemu mecenasowi. [Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów (...)s. 200-201]
Jest jeszcze jeden słaby punkt, który -- ze względu na pewne istotne przemilczenie -- mocniej przykleił mi się do głowy. W podrozdziale poświęconym Warszawie powojennej [s. 421-426] M.Napiórkowski skupia się na dwóch elementach uwiarygadniających politykę zgodną z toposem Pochodu, która stanowiła narrację rywalizującą z toposem Konduktu. W tym kontekście jak najbardziej celnie przywołuje wielkie projekty infrastrukturalne -- budowę warszawskiej trasy WZ oraz trasy Łazienkowskiej (nawiązując do symboliki wybrzeża Wisły), świetnie spinając ten wątek z filmową pieśnią o młodym Junaku
W filmie Stanisława Barei pt. Miś trasa pojawia się w tekście piosenki układanej przez Komisarza i Włodarczyka: Hej młody Junaku, smutek zwalcz i strach! Przecież na tym piachu za trzydzieści lat, przebiegnie z pewnością jasna, długa, prosta, szeroka jak morze Trasa Łazienkowska! I z brzegiem zepnie drugi brzeg, na którym twój ojciec legł! [4]
W tym fragmencie książki zabrakło mi jednak odniesienia do istotnego elementu, który mógłby ciekawie zamącić w odczytaniu obu toposów -- odbudowie Warszawy, w tym Zamku Królewskiego. Nie zaburzałoby to komunistycznego toposu Pochodu (wszak nie tylko budowa dwóch wspomnianych wcześniej tras warszawskich była związana z jego realizacją), ale odtwarzanie przedwojennej zabudowy warszawskiej -- oraz Zamku Królewskiego, którego symbolika tak bardzo kieruje myśli społeczeństwa w stronę wyznaczoną przez topos Konduktu -- byłaby ciekawym kontrapunktem dla PRLowskiej "perspektywy przyszłościowej". Szkoda, że autor z tego zrezygnował.

To jednak tylko drobne szpilki, które wbijam ze względu na wrodzone czepialstwo i złośliwy charakter. Nie odbierają one książce Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014 niekwestionowanych zasług związanych z wykonaniem przez jej autora olbrzymiej pracy dokumentacyjnej. Publikacja ta porządkuje spory zakres wiedzy na temat konstruowania się mitu powstania warszawskiego (w zasadzie od momentu jego wybuchu aż do współczesnych praktyk kommemoratywnych). Dużą wartością poznawczą publikacji jest również to, że jej autor sprawnie przeplótł rozdziały poświęcone "teorii pamięci" z rozdziałami poświęconymi "praktyce pamięci" (w kontekście powstania). Tak że jak najbardziej polecam osobom zainteresowanym nie tylko bezpośrednio kwestią powstania warszawskiego, ale również tym, których interesują ścieżki, jakimi podąża nasza zbiorowa pamięć.

Na koniec zaś podrzucam jeszcze jeden fragment. Jest to niesamowicie profetyczny tekst przytoczony przez M.Napiórkowskiego. Pochodzi on z artykułu Dlaczego i dziś jesteśmy akowcami, który ukazał się w tygodniku Po prostu jako odpowiedź na opublikowany 11 marca 1956 r. na łamach tegoż periodyku artykuł Na spotkanie ludziom z AK autorstwa Jerzego Ambroziewicza, Walerego Namiotkiewicza i Jana Olszewskiego. Autor opublikowanego listu, którego fragment przytaczam poniżej, już wówczas wskazywał na to, że nakaz milczenia wydany przez komunistyczne władze, fałszowanie historii oraz prześladowanie akowców uczynią z historii powstania nieskazitelną legendę. Nieskazitelność tej legendy oraz gorliwość związaną z jej obroną odczuwamy dzisiaj bardzo mocno.
Zabroniono pisać i mówić o nas w sposób uczciwy i konkretny, natomiast oczerniano nas w sposób, który absolutnie każdy uznać musiał za niesprawiedliwy i krzywdzący. To Wasze czernidło zamazało nasze grzechy, błędy i wady, których oczywiście nie brakowało, a zostały tylko żołnierskie cnoty. Wy sami pozbawiliście nas cech konkretnych i zamieniliście nas w legendę tym bliższą wszystkim ludziom uczciwym, również i Wam, że piękną a zakazaną, zakłamaną i zaplutą. Jest to legenda o dobrym żołnierzu, która chyba słusznie i koniecznie musi istnieć w Polsce, a którą jak gdyby zmonopolizowali Akowcy. A to dlatego, że naprawdę byli  co najmniej równie dobrymi żołnierzami jak inni, a otoczyła ich aureola krzywdy. [s. 235-236]
Przypisy:
[1] Tak swoją drogą -- tytuł First to fight w północnoamerykańskiej kinematografii pojawił się jeszcze wcześniej za sprawą krótkometrażowego filmu Harry'ego Edwardsa z 1931 r. (i jest komedią pomyłek). Nie wiem, nie oglądałem, więcej nie opowiem. Zabawnym chichotem losu jednak jest to, że jego premiera przypadła na 2 września. Takie luźne skojarzenie.
[2] Jak zauważa M. Napiórkowski organizowanie alternatywnych obchodów rocznic ważnych wydarzeń historycznych stało się (w szczególności od końca lat 70. XX wieku) istotną formą działań opozycyjnych wobec aparatu komunistycznego w Polsce. W działaniach tych opozycja sprawnie łączyła w jednej, spójnej narracji, powstanie warszawskie, wybuch II wojny światowej (w tym -- co nie mniej istotne -- agresję sowiecką z 17 września 1939 r.), kolejne powstania narodowe, wojnę polsko-sowiecką z 1920 r. -- oraz bieżące wydarzenia polityczne (np. pamięć strajków z grudnia 1970 r. czy późniejsze morderstwo G. Przemyka, o którym więcej możecie przeczytać we wpisie Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka) [s. 316].
[3] Jerzy Urban, Wyznania nawróconego cynika, "Po prostu" 1956, nr 4.
[4] Fragment wpisu Trasa Łazienkowska na polskojęzycznej stronie Wikipedii (wersja hasła dostępna 19 kwietnia 2020 r.)

Książka:
Marcin Napiórkowski, Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014, wydanie pierwsze, wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016. ISBN: 978-83-65369-24-6.