wtorek, 24 października 2017

Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia

Rok 2015 rozpocząłem na tym blogu wpisem o rodzinie Beksińskich, opisując moje impresje związane z książką Magdaleny Grzebałkowskiej Beksińscy. Portret podwójny (w ramach ciekawostek: jest to obecnie najczęściej czytany wpis na moim blogu). Na swoje [ekhm] urodziny dostałem od M. wydaną w 2016 roku książkę Wiesława Banacha oraz Jarosława Mikołaja Skoczenia Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki/Rozmowy, także pora mi wrócić do tematu.

Wpis z 2 stycznia 2015 roku zacząłem słowami
Jeżeli A. poznałem latem 2000 roku, to o istnieniu Zdzisława Beksińskiego musiałem dowiedzieć się mniej więcej w tym samym czasie. A. pochodzi z Sanoka, Zdzisław Beksiński również, niecały rok wcześniej jego syn Tomasz popełnił samobójstwo w swoim warszawskim mieszkaniu na ul. Mozarta 6. Musiało być o tym wtedy głośno.
Jak się okazuje Sanok i sanockie dziewczyny mają coś w sobie [ ;-) ], gdyż w podobny sposób ze Zdzisławem Beksińskim zetknął się jeden z autorów książki, późniejszy wykonawca testamentu Zdzisława Beksińskiego, Wiesław Banach (wówczas -- w grudniu 1972 roku -- student pierwszego roku historii sztuki na KUL).
W ferie zimowe pojechałem do domu, do Kościana, i przy okazji odwiedziłem Muzeum Narodowe w Poznaniu. Trafiłem na wystawę sztuki współczesnej, pokazującą sztukę krajowych ośrodków: Krakowa, Warszawy, Poznania, Gdańska. Były tam prace różnych artystów i wśród nich jeden, zupełnie osobno, podpisany: Zdzisław Beksiński - Sanok. Nazwa miasta rzuciła mi się w oczy, ponieważ pochodziła z niego moja dziewczyna. Sam obraz mnie nie zachwycił, ale nazwisko autora zapamiętałem. [s. 16]
A tak swoją drogą -- jeśli zawierzyć jedynie słowom samego Beksińskiego, to nie przepadał on za Sanokiem ;-)
Środa 26.6.1996
(....) Po pierwsze nigdy nie lubiłem Sanoka. Nie przepadałem za własnym domem i ogrodem. [s. 245]
Książka Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki/Rozmowy podzielona jest na dwie części, jednak występują one w odwrotnej kolejności niż sugeruje to jej tytuł. Pierwszą część stanowi rozmowa Jarosława Mikołaja Skoczenia ze wspomnianym wcześniej Wiesławem Banachem.

Wywiad jest słaby. Banach (z punktu widzenia osoby zainteresowanej postacią Zdzisława Beksińskiego) mówi ciekawe rzeczy, dużo można dowiedzieć się o warsztacie malarskim artysty lub jego podejściu do sztuki, ale całość przeprowadzona jest fatalnie. Bez polotu, bez pazura, z bardzo długimi wypowiedziami Banacha (chyba tylko dla zachowania porządku i dla zmian wątku poprzetykanymi pytaniami Skoczenia). Niewiele ponad to.

Rozwiązaniem tej zagadki (częściowo?) jest zabieg, którego dokonało wydawnictwo -- ograniczając do minimum prace redakcyjne nad tekstem rozmowy (w przypadku Dziennika oraz rozmów przepisanych z taśm wideo z prac redakcyjnych zrezygnowano całkowicie [1]). Oficjalnym powodem jest "wiele emocjonalnych wątków historii". Wygodne, prawda?
Ze względu na wiele emocjonalnych wątków tej historii, opowiedzianych przez świadka i powiernika tajemnic artysty, staraliśmy się do minimum ograniczyć prace redakcyjne. Nie zostały im poddane fragmenty dzienników oraz wypowiedzi przepisane z taśm wideo. Chcieliśmy zachować autentyczny styl malarza, aby ludzie, którzy go znali, mogli niemalże usłyszeć jego głos. [s. 1, Od wydawcy]
W przypadku dziennika Beksińskiego i transkrypcji z taśm ten chwyt może się jakoś obronić. W przypadku rozmowy z Wiesławem Banachem -- niekoniecznie.

W wywiadzie pojawiło się jedno odniesienie do wspominanej wcześniej książki Grzebałkowskiej -- w mało przychylnej tonacji. Wiesław Banach zarzuca Grzebałkowskiej wpisywanie się w głosy tych, którzy oskarżają Zdzisława Beksińskiego o przyczynienie się do samobójczej śmierci swojego syna, Tomasza.
Mnie osobiście bardzo bolą te uproszczenia, które pojawiają się od dawna w ustach różnych komentatorów sugerujących, że winę za tragedię Tomka ponosi Zdzisław - swoją obojętnością i brakiem uczucia. Nawet pani Grzebałkowska w swojej książce użyła takiego sformułowania: "Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzył swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytulił swojego syna". Nawet jeśli od strony marketingowej wydaje się to być zgrabnym zabiegiem, rzeczywiście jest czymś niesprawiedliwym i krzywdzącym. Niby prawda, a jednak fałsz. To poczucie miłości między synem i ojcem było. Zdzisław mógł w rozpaczy po śmierci syna sam się oskarżać, ale to ferowanie wyroków przez innych, jest po prostu nieprzyzwoite. [s. 96]
W moim odczuciu jest to jednak nadinterpretacja intencji autorki Portretu podwójnego. Po pierwsze użytych słów nie trzeba rozumieć dosłownie -- można je traktować jako rodzaj metafory, obrazującej niełatwe relacje Zofii i Zdzisława z ich synem. Trudno mi uwierzyć, żeby Magdalena Grzebałkowska chciała stawiać -- w sensie dosłownym -- tak jednoznaczną i łatwą do falsyfikacji tezę. Tym bardziej, że garściami czerpała z "literatury źródłowej". Po drugie zaś nie odczytuję tych słów jako próby przerzucenia na Zdzisława Beksińskiego odpowiedzialności za śmierć Tomasza Beksińskiego. Bo niby dlaczego?
Środa 23.9.1998 [wpis z pierwszego dnia po śmierci Zofii Beksińskiej - JG]
Rozmawialiśmy z Tomkiem, który tu był do godziny 2:45 i potem dopiero położyłem się, ale nie bardzo mogłem zasnąć. (...) Rozmawialiśmy o Zosi i o nas i o jego dziewczynie i problemach jakie ma ze swoim życiem uczuciowym. Chciałby ją jakoś mi zaprezentować. Szkoda, że nie otworzył się tak nigdy przy Zosi. Wygląda jednak na to, że jej śmierć nas zbliży. Bardzo bym tego pragnął. [s. 277]

Wtorek 6.10.1998
Wczoraj wieczorem nie bardzo potrafiłem się zebrać za coś konstruktywnego i zacząłem gapić się w telewizor, gdy zadzwonił Tomek i zaprosił mnie do siebie. (...) Byłem zadowolony, że mogę z kimś spędzić wieczór. Tomek zrobił się nagle bardzo opiekuńczy. Boże, co za zmiana, ale czegoś takiego spodziewałem się jeszcze, gdy Zosia żyła. Nawet jej mówiłem o tym, że w wypadku jej śmierci zapewne zbliżymy się do siebie. [s. 281]

Czwartek 22.10.1998
Tomek wyjechał do Pragi, wraca dopiero w sobotę i jakoś mi pusto bez niego. Jak widać jego obecność jest mi potrzebna, nawet jeśli tylko oglądamy jakieś durne filmy. Pozwala nie czuć tej pustki wokoło. [s. 281]
Niestety Wiesław Banach w swojej odważnej tezie pominął to, co jest napisane zaraz pod przytoczonym -- zapewne w celach chwytliwo-promocyjnych -- hasłem.
To książka o miłości - o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności - tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć - życie. [2]
Pominął także inne, liczne fragmenty, które "u Grzebałkowskiej" wskazują na relacje ojca i syna.
Beksiński powie po śmierci Tomasza: "Ja sobie wyobrażałem, że przebrnę przez ten okres małego dziecka, którym się będzie zajmować moja żona, a ja będę miał kumpla, z którym będziemy mieli takie stosunki równe, będziemy się interesować tym samym, będziemy dyskutować. Tak go wychowywałem, z tą myślą. Tymczasem jakby się okazało, że z tego wcale nie to wyszło. Tego nie przewidziałem, że będzie niezadowolony z istnienia, z życia". [3]
Część "dziennikowa" publikacji zawiera wpisy dokonywane przez Zdzisława Beksińskiego między 22 marca 1993 r. a 21 lutego 2005 r. (ostatni wpis jest z dnia zamordowania Zdzisława Beksińskiego). Można jedynie zakładać, że są to wszystkie rejestry z tego okresu. Beksiński dokonywał wpisów nieregularne -- po wpisach "codziennych" zdarzają się nawet kilkumiesięczne przerwy (fragment podtytułu "dzień po dniu" możemy traktować co najwyżej metaforycznie). Co do samego podtytułu -- jego dramatyzm w żaden sposób nie odzwierciedla dramatyzmu treści. Beksińskiego zajmują głównie prozaiczne, codzienne sprawy (pogoda, samopoczucie, trochę technicznych uwag dot. tworzenia obrazów). Życie dzień po dniu kończy się tak, jak każdemu (z wyjątkiem dramatycznego finału, którego nic nie zapowiadało). Tak szczerze mówiąc Zdzisław Beksiński nie miał w Dzienniku nic szczególnego do powiedzenia. Domyślam się, że swój dziennik traktował bardziej jako podręczny notatnik, niż miejsce zapisywania wiekopomnych myśli. Zresztą wspominał w dzienniku, że zdarza mu się zapomnieć o tym, co komuś obiecał lub kiedy się z kimś umówił (nagrywał też swoich telefonicznych rozmówców). Refleksja na temat sensu / celu pisania pojawia się u Beksińskiego kilka dni po samobójstwie syna.
Poniedziałek 27.12.1999
Po co to wszystko? Dla kogo właściwie piszę to wszystko? Tylko dla siebie? Przedtem pisałem z myślą, że Zosia przeczyta po mojej śmierci. Później z niewielkim cieniem nadziei, że zajrzy do tego Tomek, ale przecież ja nie zajrzałem do notatek mojej matki, a nawet nie chce mi się słuchać taśm nagranych przez Tomka. Na razie także boję się ich słuchać, ale jednocześnie nie chce mi się, bo przewiduję co tam znajdę. Komu będzie się chciało czytać jaka była na Służewiu pogoda rano w poniedziałek 27 grudnia 1999. Dla kogo robić wszystkie inne notatki. Dla kogo wreszcie malować?
Na więcej refleksji egzystencjalnych Zdzisław Beksiński pozwalał sobie w okresie po odejściu jego najbliższych -- Zofii i Tomasza. Wpisy z dnia ich śmierci, biorąc pod uwagę zażyłe stosunki w rodzinie, pozostają jednak niezwykle zdystansowane, niemalże aptekarskie.
Wtorek 22.9.1998
Gdy robiłem korektę ortograficzną powyższego tekstu, bo osiągnął już granice pojemności "Prostego Edytora" i chciałem go zamknąć, usłyszałem z mieszkania jakiś odgłos, jakby coś spadło. Myślałem, że spadła drabina, z której wczoraj korzystała Zosia. Wyszedłem pytając co się stało, ale nie było odpowiedzi, a drzwi do kuchni nie dawały się otworzyć. Wepchnąłem je siłą. Zosia leżała tam wewnątrz oparta o drzwi i była już w agonii. Miała pełne usta jedzenia, więc chyba straciła przytomność w trakcie, gdy rozpoczynała śniadanie. Próbowałem coś do niej mówić, ale nie reagowała. Wydobyłem jej jedzenie z ust, myśląc, że się nim zadławiła, bo chyba jeszcze oddychała, ale już domyśliłem się, że nastąpiło pęknięcie tętniaka i ona umiera.. Była godzina 8:15, gdy wszystko się skończyło. Przesunąłem ją po podłodze i położyłem poduszkę pod głowę. Zadzwoniłem do Kuców, Tomka i Hoserów. Dzwoniłem też do Parafii w sprawie ostatniego namaszczenia ale przeor powiedział (za pośrednictwem osoby, z którą rozmawiałem), że po śmierci go nie udzielają. Tomek przyszedł po pół godzinie. Okazało się, że odsłuchał nagranie, bo coś go tknęło. Po chwili przyjechało już pogotowie.
***
Potem zabrałem się za notowanie wszystkiego, póki jeszcze pamiętam, bo dzień ten (może to i dobrze) przeszedł mi jakoś tak bez poczucia upływającego czasu. Teraz dzwonili już Kamil i Krzysia. Dałem ogłoszenie do "Gazety Wyborczej" i ukaże się pojutrze, ale prosimy z Tomkiem o nie składanie kondolencji. Na razie tyle. Muszę się w tym wszystkim jakoś odnaleźć. [s. 276-277]
Sobota 25.12.1999 [4]
(...) O godzinie 14:40 próbowałem zadzwonić do Tomka, ale sytuacja była taka jak poprzednio: automatyczna sekretarka i wyłączona komórka. O ile postanowił się (jak zapowiadał) przez Święta wyizolować i wyleżeć, to ściszył sekretarkę i wyłączył telefon w pokoju przy tapczanie oraz komórkę. W przeciwnym wypadku i tak już nic nie pomogę. Na dworze zachmurzyło się już ostatecznie. Temperatura -1,8. Nie widać prawie żywego ducha. Grobowa cisza. Do mnie absolutnie nikt nie dzwoni. W komputerze nie ma żadnego maila. Tak jakby wszyscy wymarli. Czyżbym w końcu został absolutnie sam? Jestem bezradny. Nie umiem zabrać się do pracy. Może coś szkicować? Ręce mi drżą. Człowiek w takiej sytuacji, myśli tylko o sobie.
***
O godzinie 15 znalazłem klucz. Leżał w porcelanowej donicy w przedpokoju, w której szukałem już wczoraj, ale szukałem na wierzchu, a on przykryty był i leżał całkiem na spodzie. Poszedłem to Tomka, ale on już nie żył i był zesztywniały. [s. 311]
Po śmierci najbliższych we wpisach, w których jak dotychczas Beksiński omawia swoje codzienne sprawy ("stereotypowe czynności"), zaczynają pojawiać się wątki samotności, pustki po stracie, pytania o cel dalszego życia oraz pracy. Nie stają się one jednak w żadnym momencie decydującym wątkiem -- najczęściej stanowią coś w rodzaju uwagi na marginesie.
Poniedziałek 27.12.1999
(...) Powoli, bardzo powoli dochodzi do mej świadomości to, że jestem już całkiem sam. Tzn. wiedziałem od początku, a nawet przed śmiercią Tomka, ale teraz pojawiają się szczegóły techniczne. Np. drzwi wejściowych nie trzeba już zamykać zamkiem ABLOY, lecz zasuwą. Nikt przecież nie ma do mnie klucza (może przekazać komplet Bogdanowi?) i nikt nie będzie mógł drzwi otworzyć, gdy nagle mi się coś stanie. Upraszcza to zamykanie, ale komplikuje życie. To zaledwie jeden z elementów, które teraz zaczynają pojawiać się jak rafy podczas odpływu. [s. 312]

Niedziela 26.3.2000
Zmiana czasu spowodowała, że o godzinie 17.15 świeci jeszcze słońce ale skłania się już ku zachodowi. Na wieczór, jeszcze przedwczoraj, zapowiedział się Grzesiek. Mamy wysortować książki, które przeniesie się do Tomka, a potem do jakiejś biblioteki. Skończyłem pracę, bo kolor słońca jest jakiś taki żółtawy. Obraz idzie nie najgorzej i może uda mi się go jutro lub pojutrze skończyć. Zosia nie żyje, Tomek nie żyje, życie straciło sens, a ja maluję i oceniam czy coś idzie dobrze, czy źle. Biedna głupia małpa z jej stereotypowymi czynnościami. [s. 325]

Część wpisu na temat Portretu podwójnego autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej poświęciłem motywom łódzkim w życiu Zdzisława i Tomasza Beksińskich. Kontynuując ten wątek w kontekście książki Wiesława Banacha i Jarosława M. Skoczenia należy zauważyć, że Łódź nie zajmowała w myślach Z.Beksińskiego jakiegoś szczególnego miejsca (mimo, że od końcówki lat 70. XX wieku malarz mieszkał w stosunkowo nieodległej Warszawie). Z Łodzią silniej związany był -- bardzo często przez Beksińskiego wspominany -- Piotr Dmochowski, który -- co z kolei możemy wyczytać z książki Grzebałkowskiej -- właśnie w tym mieście w 1976 roku po raz pierwszy zetknął się z pracami Beksińskiego (na rok przed przeprowadzką Beksińskiego do stolicy).
Wałęsaliśmy się po ulicy Piotrkowskiej. Wpadliśmy do galerii miejskiej i tam natknęliśmy się na wystawę Beksińskiego. Zrobiła na nas piorunujące wrażenie. (...) Zapytaliśmy babcię, która pilnowała obrazów, kim jest ten Beksiński. Ale ona tylko umiała powiedzieć, że to jakiś architekt, który daleko mieszka. [5]
W notatce poświęconej książce Grzebałkowskiej pisałem, że prace Zdzisława Beksińskiego były wystawiane w Łodzi co najmniej dwa razy: w 1968 r. oraz w 1976 r. Jak się okazało moje "co najmniej" nie było na wyrost, gdyż motyw łódzki pojawia się w książce Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia w kontekście wystawy, o której Magdalena Grzebałkowska nie wspomina.
Czwartek 7.9.1995
Dziś o godzinie 18, otwarcie wystawy w Łodzi. Ciekaw jestem, czy Dmochowski przyjedzie? Ma w Łodzi wielką ilość znajomych. Być może jednak, nie będzie chciał wyrzucać forsy. Chętnie bym zobaczył tą wystawę już po jej otwarciu, ale nie wiem czy będzie, gdy już naprawią wóz, szansa wyskoczenia do Łodzi. Jest to 135 km, a więc w obie strony 270. Może to zbyt wiele jak na wytrzymałość Zosi? Nie wiem też jaka będzie pogoda we wrześniu. Może przez cały czas taka jak ostatnio? [s. 205]
Środa 20.09.1995
Ukazała się dziś w "Gazecie Wyborczej" bardzo negatywna recenzja mej wystawy w Łodzi. Sygnuje ją facetka (Jarecka [6]), która już raz pisała na mój temat z okazji wystawy u Nyczka i też jej się nie podobało. (...) No cóż: człowiek wolałby być chwalony we wszystkim, jednak zarówno pochwały jak i nagany, są na tym samym poziomie. Należy sobie więc to odpuścić. Nie przeczytałem w sposób dokładny ani jednej recenzji pozytywnej i to samo stało się z recenzją negatywną. Na starość zostawia to człowieka obojętnym. Tekst przerzucam. Jedynym minusem jest myśl o tym, że przeczytają znajomi i że swoją opinię o tym, co robię, mogą (choć w części) oprzeć na tym, co przeczytali. [s. 207-208]
Jest w dzienniku Zdzisława Beksińskiego także fragment o tajemniczej studentce z Łodzi, która dzwoniła do niego po śmierci Tomasza.
Poniedziałek 27.12.1999
(...) Przed północą dzwoniła jakaś studentka z Łodzi, popłakując i smarkając oraz pytając, czy mógłbym jej listy do Tomka znaleźć u niego i jej zwrócić. Poszukam dziś, gdy pojadę z Emilem po obrazy, ale nie mam pojęcia gdzie (i czy) Tomek przetrzymywał listy. [s. 312]

Podsumowując: jeżeli chcesz poczytać o Beksińskim, możesz sięgnąć po tę książkę. Jeżeli chcesz przeczytać w swoim całym życiu tylko jedną książkę o Beksińskich -- sięgnij po Grzebałkowską.

Na koniec podrzucę fragment zapisów Beksińskiego na temat umiejscowienia jego prac w Częstochowie (dziś możemy je oglądać na wystawie stałej w Miejskiej Galerii Sztuki). To jedyny wpis, w którym Zdzisław Beksiński wspomina o tym miejscu -- a że niedawno byłem tam z M., fragment się do mnie przykleił i go tu zostawię.
Wtorek 1 lutego 2005
(...) Nawiasem: wczoraj Dmochowski napisał, że Częstochowa zaczyna się powoli wycofywać z projektu Muzeum Beksińskiego. Miasto już wycofało się z 3.000.000 na 1.000.000, a niedługo może zostać z tego kilkanaście tysięcy. W końcu muszą myśleć o przyszłych wyborach. Dmochowskiemu nie podoba się też nowy kalendarz, jednym słowem zaczynają się nieporozumienia. Obym stał od tego jak najdalej, ale tak się niestety nie da. Jestem już w to umoczony, a na końcu i tak Dmochowski obwini (przed enigmatycznie pojmowanym "światem" i władzami Częstochowy) o wszystko mnie, nawet gdy nie będzie o co obwiniać. [s.435]

Źródła:
[1] Pomimo informacji z pierwszej strony o tym, że w przypadku dzienników oraz transkrypcji nagrań zrezygnowano całkowicie z redakcji, uważny Czytelnik / Czytelniczka znajdzie co najmniej jedno miejsce, w którym zredagowano tekst. Chodzi o dopisek ze s. 344, gdzie redakcja "poprawiła" Zdzisława Beksińskiego, gdy ten pomylił Empik krakowski z Empikiem w Warszawie. Zapewne przypadkiem nie jest, że "sprostowywana" informacja dotyczy kwestii, którą Beksiński uzgadniał ze współautorem publikacji, J.M.Skoczeniem.
[2] Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny, Społeczny Instytut Wydawniczy "Znak", Kraków 2014 (napis na tylnej okładce).
[3] Ibidem, s. 89
[4] Śmierć Tomasza Beksińskiego datuje się na 24 grudnia 1999 r.
[5] Magdalena Grzebałkowska, op.cit., s. 255.
[6] Chodzi o krytyczkę i historyczkę sztuki Dorotę Jarecką oraz jej tekst Piekło w kolorach tęczy. z 20 września 1995 roku. Jeżeli ktoś z P.T. Czytelników / Czytelniczek ma ochotę dogrzebać się do niego -- bardzo proszę. Ja zamieszczę tutaj tylko wstęp, który łatwo wynorać z sieci: Te obrazy przyciągają i ekscytują tłumy, ale tylko pozornie są alegoriami. Na obrazach Zdzisława Beksińskiego widać szare i zielone trupy, szkielety wyjących psów, czaszki zarośnięte przegniłą skórą (...). Swoją drogą: można od razu podeprzeć się Beksińskim, który -- zgodnie ze słowami W.Banacha -- interpretacjom przez osoby trzecie (...) przysłuchiwał się trochę jak streszczeniom snów - każdy odsłania w nich własną podświadomość. [s. 21-22]


Książka:
Wiesław Banach, Jarosław Mikołaj Skoczeń: Beksiński - dzień po dniu kończącego się życia. Dzienniki/Rozmowy (wydanie I), Mavit Druk, Warszawa 2016. ISBN: 978-83-61443-15-5.

poniedziałek, 25 września 2017

Kreacje przeszłości. Szkice z antropologii historii

Są książki, które biorę do ręki chcąc skonfrontować moją dotychczasową wiedzę lub poglądy z wizją autora lub autorki (ewentualnie podciągnąć się z tematu, uzupełniając swoje "zasoby"). Są też jednak książki, przy których wolę zamilknąć, wczytując się w to, co autor chce mi powiedzieć, chłonąc je jak uczniak. W związku z tym, że ani ze mnie antropolog, ani archeolog, próba dyskusji z tekstami dra. Jacka Kowalewskiego z książki Kreacje przeszłości. Szkice z antropologii historii mogłaby się zakończyć spektakularną klęską [jaka piękna katastrofa]. Ujmując to bardziej literacko -- przy okazji parafrazując słowa Konstantego Geberta z Podręcznika dialogu, skierowane w stronę prof. Baumana [s. 94] -- wiem, że wejście w tym przypadku w publiczną polemikę z Jackiem Kowalewskim byłoby szczególnie wyrafinowaną i perwersyjną formą samobójstwa.

Za to pozwolę sobie napisać, że Kreacje przeszłości. Szkice z antropologii historii to skarbnica wiedzy, podana pięknym i starannym, naukowym językiem (ale też -- ostrzegam lojalnie -- czasami dość trudnym dla osoby nieprzyzwyczajonej do naukowego żargonu [1]). Autor czerpie przy tym garściami ze współczesnego dorobku naukowego, opierając zajmowane przez siebie stanowiska w krytycznym odniesieniu do niego. Do książki mam nadzieję jeszcze wracać (przy okazji rozważań z zakresu historii, historiografii czy antropologii), a tutaj pozostawię dla siebie -- i potomnych -- jedynie kilka ciekawszych z mojego punktu widzenia cytatów. Idąc bowiem za radą Juliana Tuwima, Jane Austen (czy komukolwiek jeszcze przypiszemy te słowa): błogosławieni ci, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa.

Książka stanowi zbiór niezależnych tekstów, dlatego można je czytać w dowolnej kolejności -- kilka fragmentów z książki, które wydały mi się z jakichś względów szczególnie interesujące, zamieszczę  poniżej w chronologii zgodnej z ich umieszczeniem w publikacji.
Przyjmując realność istnienia wybranego przedmiotu badań i wykluczając konkretne zjawiska ze sfery zainteresowań poznawczych, rzecznicy danej dyscypliny wyznaczali konstruowanej zbiorowości rodzaj Lebensweltu, którego zakres określał nie tylko dyscyplinujące warunki przynależności do wspólnoty, ale również granice wolności zeń wykluczonych. (...) Jak trafnie konstatuje ów fakt Necdet Teymur: Fight for disciplinary territories is often no less vivious than that for land. [O dyscyplinarności humanistyki, s. 43]
Pamięć kulturowa, wspomnienia, które przyczyniają się do tworzenia znaczenia i tożsamości, zawsze niosą ze sobą niebezpieczeństwo zapomnienia, pomijania milczeniem i ukrywania tego, co mogłoby postawić pod znakiem zapytania tożsamość jednostki lub grupy: najczęściej własnej winy [O społecznym zaangażowaniu historii, s. 92]
Zdecydowane publiczne zaangażowanie historiografów konieczne jest z pewnością przy zakreślaniu społecznych granic anarchizmu interpretacyjnego, bowiem - jak słusznie mówi Szahaj - "niektóre interpretacje niektórych tekstów mogą być haniebne w sensie etycznym. [O społecznym zaangażowaniu historii, s. 103-104]
Zauważmy, iż zakorzeniając codzienność w przyziemnych aspektach życia, nie podejmuje się jednak prób dookreślenia, czym mają być owe przyziemne aspekty życia. W praktyce ich samo-oczywistość staje się często zrównywana z samo-oczywistością codzienności badacza. (...) Tomasz Szarota, rezygnując ostatecznie z operacyjnego zdefiniowania pojęcia codzienności, pisał wprost: "Osobiście powątpiewam [...], by definicja >>życia codziennego<<, pasująca do wszystkich epok, cywilizacji, grup narodowych, etnicznych czy zawodowych, w ogóle była możliwa". [Codzienność - lokalność - styl życia, s. 115]
U nizinnych Indian Dakota męski charakter wymaga twardego stawiania czoła wszelkim niebezpieczeństwom i przeciwnościom losu. Kiedy chłopiec skończy pięć czy sześć lat, domownicy świadomie starają się zrobić zeń stuprocentowego mężczyznę. Jeśli zapłacze, okaże nieśmiałość, spróbuje szukać w kimś oparcia lub zechce nadal bawić się z młodszym rodzeństwem bądź z dziewczynkami, otoczenie zinterpretuje to obsesyjnie jako dowód, iż malec rozwija się w niewłaściwym kierunku. Nie zaskakuje więc u Dakotów instytucja berdache - mężczyzny, który dobrowolnie rezygnuje ze sprostania męskiej roli, przewdziewa strój kobiety i oddaje się typowo kobiecym zajęciom. [Margaret Mead; Materialne wyznaczniki płci w dyskursie archeologii, s. 162]
Jednym z argumentów przemawiających za odrzuceniem przez ikonoklastów obrazów były nadużycia w sprawowanym kulcie ikon. Przedstawiciele ówczesnego ludu oraz wywodzący się zeń członkowie wspólnot monastycznych nie byli w stanie zrozumieć subtelności rozgraniczeń teologicznych pomiędzy okazywaniem szacunku (proskýnesis) a wielbieniem (latreía) obrazów przedstawiających postać Chrystusa i świętych. Gorszącą reformatorów idolatrię ikon obrazują ludowe praktyki wyboru obrazów na rodziców chrzestnych dzieci czy posługiwania się przez kapłanów podczas sprawowania komunii drobinami farb pochodzącymi ze świętych wizerunków. (...). [Obraz w kulturze ludowej wczesnego średniowiecza, s. 225]
Przypisy:
[1] Nie mogę sobie odpuścić, żeby nie zamieścić tu pewnego przepięknego wyrażenia: (...) przybierając ostatecznie kształt oczywistej, stanowiącej dziś swoiste, niepoddawane dyskusji residuum sądów fundamentalnych [O początkach pieniądza, s. 174].

Książka:
Jacek Kowalewski: Kreacje przeszłości. Szkice z antropologii historii, Instytut Historii i Stosunków Międzynarodowych UWM, Polskie Towarzystwo Historyczne / Chronos Anthropos, Toruń 2012. ISBN: 978-83-930647-2-4.

niedziela, 17 września 2017

Podręcznik dialogu. Zaufanie i tożsamość

Książkę Podręcznik dialogu. Zaufanie i tożsamość dostałem od M. po jej powrocie z ośrodka  „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” w Sejnach - Krasnogrudzie. Choć pamięć u mnie dziurawa jak sito, jak dziś pamiętam jej powrót stamtąd i fascynację, z jaką opowiadała o tym miejscu. Miejscu, które niezmiennie udowadnia, że tworzenie wspaniałej kultury i sztuki jest możliwe wszędzie tam, gdzie są ludzie, którzy są gotowi to robić -- bez udawania, markowania i chodzenia na skróty (tak, szukałem Sejn i Krasnogrudy na mapie).

Od tamtego czasu jestem skrytopodglądaczem sejneńskiego Wszechświata, licząc skrycie na to, że i mi będzie dane kiedyś tam dojechać -- doświadczyć tego miejsca, poznać tych ludzi i wypić z nimi herbatę w Dworze Miłosza w Krasnogrudzie - Międzynarodowym Centrum Dialogu (nie tylko z nazwy).

 

Powstanie tego miejsca wiąże się ściśle z postacią i ideami Czesława Miłosza, który -- jak czytamy we wstępie do Podręcznika:
Podczas rozmowy z młodymi artystami Pogranicza (...) wydaje się troszczyć przede wszystkim o jedno: żeby ich idea nie zmieniła się w iluzoryczną utopię i nie zanikła pod ciężarem codziennych obowiązków (...). Konsekwentnie sprowadza artystów na ziemię, do wymiaru codziennej praktyki, nie tej na pokaz, tylko tej trwałej. [s. 10]
Ideą Pogranicza jest stworzenie przestrzeni Dialogu, który z jednej strony będzie odporny na mit Arkadii (nie idealizowanie i nie usuwanie ciemnych kart historii), z drugiej zaś strony na frazesy o historii regionu jako paśmie walk, wzajemnych animozji, plemiennych kłótni [s. 11-12]. Takie podejście wymaga olbrzymiego nakładu mądrze prowadzonej pracy, przy jednoczesnej świadomości braku punktu docelowego. Chodzi o ciągłe tworzenie, wspieranie przyrostu "tkanki łącznej" (określenie Czesława Miłosza [s. 11]), która będzie stanowiła przestrzeń do spotkania dla poszczególnych ludzi (jako oddzielnych komórek).
Założenie, że zrobiono już dostatecznie wiele na płaszczyźnie dialogu, a współczesna cywilizacja przygotowuje nas do życia w pokoju, jest całkiem mylne. Musimy czym prędzej zdać sobie z tego sprawę. Mówimy o "dialogu międzykulturowym", "spotkaniu Innego" i "więziach międzygranicznych", jakby były dostępne w sklepach w promocyjnych cenach. Lecz nikt nie daje długotrwałych gwarancji na cenne idee, a ten brak gwarancji nie trapi konsumentów szybkich przyjemności i egzotycznych wrażeń. Budowanie tkanki łącznej jest zaś pracą całego życia i wymaga poświęceń. Wówczas dopiero świadomość, że tworzy się coś niesłychanie delikatnego, wzmacnia jego wartość. [s. 12]
Etosem Pogranicza nie jest burzenie granic, ale rozwijanie i odkrywanie kompetencji ich przekraczania (border-crossing). [s. 11]
Całość publikacji składa się z tekstów konferencyjnych (wygłoszonych między 2005 a 2009 rokiem) oraz komentarzy do części z nich / zapisów polemik z ich treścią. I jak to z wystąpieniami konferencyjnymi bywa -- jedne mocniejsze, drugie słabsze, zaś większość (ze zrozumiałych względów) ślizga się po powierzchni. Nie zmienia to jednak tego, że lektura ponad 500 stron Podręcznika dialogu to dobra okazja do zatrzymania się i refleksji. Szczególnie szeroko eksploatowana jest w nich metafora mostu [1], choć ze względu na występujący w zestawieniu wielogłos nie podaje się jednego, obowiązującego sposobu jej rozstrzygnięcia -- a poszczególne propozycje potrafią się wykluczać. W tym też tkwi siła i wartość publikacji.

Lata powstawania opublikowanych w książce tekstów nadają wielu tym "głosom z przeszłości" specyficzny kontekst. Szczególnie uderzyło mnie to w przypadku tekstów dotyczących sytuacji w Gruzji, które pochodzą z konferencji w Tibilisi w 2005 r. [s. 144, 310 oraz 399]. Teksty te -- co oczywiste -- nie mogły uwzględniać sytuacji, jaka zaistniała w związku z wojną w Osetii Południowej w 2008 r.
Rosyjski powinien stać się językiem urzędowym w Gruzji lub przynajmniej być obowiązkowo nauczany w szkołach. Nic dobrego nie wyszło z antygruzińskiej histerii szerzonej w Rosji ani antyrosyjskiej w Gruzji. [s. 406, [2]  ]
Gdybym miał polecić kilka tekstów (ze względu na objętość nie każdy będzie chciał przebrnąć przez całość) odsyłam do Isabelli Thomas Żyć razem oddzielnie. Mądrości "multikulturowego" Londynu (Berlin 2009) [s. 171] i jej krytycznego (a jednocześnie mądrego i dojrzałego) spojrzenia na multikulturalną politykę w Wielkiej Brytanii.
Nie wystarczy stwierdzić, że dana polityka jest dobra. Trzeba przyjrzeć się rezultatom jej stosowania. Etos multikulturalizmu w Wielkiej Brytanii przyniósł rezultaty katastrofalne, chociaż jego intencje były dobre. [s. 173]
Świetnie współgra z tym tekstem wystąpienie Evy Hoffman Kilka refleksji na temat wielokulturowego kosmopolis dzisiaj (Wrocław 2007) [s. 491].

Innym wartym polecenia tekstem, tym razem z polskiego podwórka, jest wystąpienie Leszka Koczanowicza Powstanie postpostkomunizmu (Wrocław 2007) [s. 349], analizujące okres pierwszych rządów PiS z lat 2005-2007. Z dzisiejszej perspektywy to ciekawa retrospektywa, pozwalająca popatrzeć z ponad dziesięcioletniego dystansu na politykę PiS od 16 listopada 2015 r. (choć już wiadomo, że jeśli prezydent Andrzej Duda miał jakieś uwagi do składu rządu, powiedziałby o tym Prezesowi Kaczyńskiemu). To również dobra okazja na przypomnienie nieco młodszym Czytelnikom / Czytelniczkom o roli odegranej wówczas przez Romana Giertycha -- dziś znanego (?) / cenionego (?) komentatora tzw. mediów liberalnych.
Koniecznym warunkiem (...) jest zbudowanie modelu demokracji, który nie jest demokracją liberalną. PiS przedstawił dość spójny model demokracji nieliberalnej. Jego charakterystyczną cechą jest restrykcyjność - w polityce mogą uczestniczyć tylko osoby, które podzielają pewne narodowe i religijne wartości. Nie ma oczywiście mowy o zamiarze pozbawienia praw politycznych tych, którzy nie podzielają danych wartości, ale raczej chodzi o pozbawienie ich moralnego prawa do uczestnictwa w polityce. [s. 357]
Na wyróżnienie zasługuje także tekst Moha Ennaji Wielokulturowość, edukacja i demokracja. Debaty i spory w Maroku (Berlin 2009) [s. 467], stanowiący ciekawy obraz współczesnego Maroka, dla którego to obrazu istotnym kontekstem jest używanie w Maroku języka arabskiego, francuskiego i berberyjskiego. Załącznik graficzny z Algierii, ale przypadł mi do gustu.
Znaki kierujące m.in. do biblioteki, audytorium oraz rektoratu na terenie uniwersytetu im. Moulouda Mammeri w Tizi Wuzu, Algieria (napisy w języku arabskim, berberyjskim oraz angielskim). Autor: Vermondo. CC 3.0


Gdyby ktoś z P.T. Czytelników / Czytelniczek był zainteresowany publikacją (bądź poszczególnymi tekstami) odsyłam do wersji elektronicznej.
Smacznego!

Źródła / Przypisy:
[1] M.in. dla siebie odnotowuję, żeby mieć w pamięci wymianę zdać między Cezary Wodzińskim, Krzysztofem Czyżewskim, Tadeuszem Sławkiem, Atillą Pató i Marianą Assenową ze str.433-437. Metafora ta jest mi bliska ze względu na prowadzoną w Łodzi jeszcze dwa lata temu akcję sprzątania cmentarza żydowskiego "Mosty", w którą byłem zaangażowany.
[2] Zaliko Kikodze, Nowe Granice. Rejony pogranicza Gruzji, Tbilisi 2005.

Książka:
Podręcznik dialogu. Zaufanie i tożsamość. Praca pod redakcją Krzysztofa Czyżewskiego, Joanny Kulas i Mikołaja Golubiewskiego, Sejny 2012. ISBN: 978-83-61388-06-7.

piątek, 4 sierpnia 2017

Opowieść podręcznej

Przyznam uczciwie, że po Opowieść podręcznej sięgnąłem ze względu na protesty zorganizowane z okazji wizyty [buca [1]] Donalda Trumpa w Polsce [2], które -- jak się domyślam -- mogły być pokłosiem serialu stworzonego na podstawie książki Margaret Atwood, który od niedawna emituje jedna z popularnych platform VOD. Jak już się tu kiedyś przyznawałem z beletrystyką jestem na bakier, ale ze względu na ciepłe uczucia, które żywię w kierunku filmowego gatunku Sci-Fi, antyutopie / dystopie są bliskie mojemu sercu -- tym chętniej sięgnąłem po Opowieść podręcznej. Tym bardziej, że mam ochotę na sięgnięcie po jej ekranizację filmową z 1990 r. w reżyserii Volkera Schlöndorffa (twórcy m.in. ekranizacji Blaszanego bębenka Güntera Grassa z 1979 r. czy Dyplomacji z 2014 r.).

Z uwagi na to, że nie mogłem doczekać się egzemplarza z łódzkiej biblioteki wojewódzkiej (obchodzącej w tym roku -- to tak swoją drogą -- stulecie swojej działalności), a potrzebowałem książki "na już" (wyjazd do Wrocławia), skorzystałem po raz kolejny z dobrodziejstwa karty absolwenta Uniwersytetu Łódzkiego, o której pisałem na swoim drugim blogu w marcu 2015 r. Co ciekawe udało mi się tam dostać najnowsze wydanie książki z 2017 r., wydane na fali serialu -- z serialową okładką, którą widzicie na samej górze wpisu (z charakterystycznym, niebieskim znacznikiem bibliotecznym).

Ktoś mi kiedyś mówił, że nie lubi(ł) serialowych okładek książek -- niestety nie pamiętam już kto. Próbuję też odgrzebać w pamięci powody, dla których tak się działo -- pamięć niestety znów zawodzi. O ile pamiętam (choć pewności mieć nie mogę) chodziło o wprowadzanie czytelnika w błąd (lub w tzw. mylne przekonanie) co do tego, że dana książka jest pochodną filmu lub serialu, że to z filmem lub serialem jest związane jej istnienie. Symbolicznie (w warstwie wizualnej) odbiera się jej wtedy wartość jako dzieła samego w sobie, w imię sprawniejszego działania maszynki promocyjno-marketingowej.

Nie jestem przesadnie serialowy (dlatego też nie wiem, co w serialu zostało zawarte z książki), ale postaram się nie psuć opisem nikomu zanadto zabawy. Jeżeli mimo wszystko się lękasz o to, że dowiesz się za dużo, przeskocz proszę niżej do części {KONIEC OPISU}.

Dystopijna powieść Margaret Atwood rozgrywa się na terenie Gileadu [3], którego nazwa (odczytywana jako kopiec świadectwa) nie bez przyczyny nawiązuje do starotestamentalnej krainy w Zajordaniu, pomiędzy rzekami Arnon i Jarmuk, na południe od Baszanu. Obszar ten -- przed objęciem władzy przez nowy reżim -- był Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Jednocześnie w tle akcji toczy się bliżej niezidentyfikowany konflikt zbrojny -- być może toczącej się wciąż wojny domowej z przeciwnikami reżimu, ale niekoniecznie.
Od kiedy Ameryka Środkowa dostała się w ręce Libertheos [4], rzadko kiedy [pomarańcze -- JG] bywają w sprzedaży: czasem są, a czasem ich nie ma. Z powodu wojny zdarzają się kłopoty z dostawami pomarańczy z Kalifornii, a i na Florydzie nie można polegać, kiedy drogi są zablokowane albo szyny kolejowe wysadzone w powietrze [s. 36]
Motyw ten jako żywo przywołał mi na myśl Rok 1984 George'a Orwella, z oczywistymi zastrzeżeniami: w uniwersum Opowieści podręcznej nadal istnieją państwa, jakie znamy (pojawia się m.in. motyw turystów z Japonii [s. 39]), wojna ma najpewniej charakter wojny religijnej -- jednak tak jak u Orwella jednym z głównych przyczyn jej prowadzenia jest utrzymywanie reżimu wojskowego w państwie.

W państwie totalitarnym, swoimi prawami przypominającym teokrację, każdego człowieka określa jego funkcja społeczna mu przypisana. Ścisłą kontrolę społeczną umożliwiają obowiązkowe stroje, charakterystyczne dla każdej z grup.
(...) kiedy tak [strażnicy -- JG] sterczą godzinami przy tej zaporze, przez którą przepuszczają tylko Komendantów Wiernych w ich długich, czarnych, mruczących limuzynach, ich niebieskie Żony, na biało zawoalowane córki, pilnie uczęszczające na uroczystości Wybawienia czy Modliwile, przysadziste zielone Marty, chodzące pieszo czerwone Podręczne, a od czasu do czasu jakiś porodomobil czy czarną furgonetkę z białym uskrzydlonym okiem na boku. [s. 32]
Źródło: https://www.autostraddle.com

Zniewolenie przez system zostało oparte na przewrotnym odczytaniu heglowskiej koncepcji wolności negatywnej i wolności pozytywnej ("wolności od czegoś" i "wolności do czegoś"). Zgodnie wypaczonym rozumieniem myśli Hegla, zniewolenie przez system ukazano kobietom w kontekście fałszywej alternatywy -- uzyskania wolności od zagrożeń, które czyhały na nie w poprzedniej rzeczywistości (czasach anarchii) kosztem wolności osobistej.
Pamiętam obowiązujące w tamtym czasie reguły, wprawdzie niepisane, ale reguły, które każda kobieta znała na pamięć: nigdy nie otwieraj drzwi obcemu. nawet jeśli twierdzi, że to policja. Niech ci wsunie pod drzwi dowód tożsamości. Nigdy nie zatrzymuj się na drodze, żeby udzielić pomocy kierowcy, który jakoby jest w kłopocie. Patrzeć przed siebie i iść dalej. Jeżeli ktoś zagwiżdże, nie odwracaj się. Nigdy nie chodź do pralni sama wieczorem. (...) Teraz chodzimy tą samą ulicą, czerwonymi parami, żaden mężczyzna nie wykrzykuje za nami świństw, nie zaczepia nas, nie dotyka. Nikt nie gwiżdże. Jest więcej niż jeden rodzaj wolności, powiedziała ciotka Lidia. Wolność czegoś i wolność od czegoś. W czasach anarchii panowała wolność czegoś. Teraz zostałyście obdarzone wolnością od czegoś. Chciałabym, żebyście to doceniły. [s. 35-36]
Centralnym motywem, wokół którego ogniskują się najważniejsze sprawy gileadzkiego społeczeństwa, jest seksualność, która szczególnego wymiaru nabiera w kontekście prokreacji. Ważnym punktem odniesienia jest fakt występowania problemów z posiadaniem potomstwa przez sferę rządzącą. Dzięki tak ustanowionym wartościom, w połączeniu z reżimem państwa totalitarnego, życie kobiet zostało podporządkowane kwestii rodzenia dzieci. Głównym zadaniem Podręcznych jest odbywanie stosunku seksualnego z Komendantem -- w ramach obrzędu Ceremonii -- w którym uczestniczy także Żona Komendanta (siedząca przy wezgłowiu łóżka i trzymająca między nogami głowę Podręcznej, którą w tym momencie zapładnia jej mąż). Dla Podręcznej -- ale także dla Żony, w imieniu której Podręczna ma urodzić dziecko -- zajście w ciążę oznacza awans społeczny, zaś w sytuacji, w której mimo kolejnych prób Podręczna w ciążę nie zajdzie, czeka ją zesłanie do Kolonii (miejsca ciężkiej, fizycznej pracy -- niejednokrotnie w warunkach bezpośrednio zagrażających życiu).

Gileadzkie społeczeństwo pełną odpowiedzialnością za podtrzymanie wzrostu demograficznego obarczyło kobiety. Główne konsekwencje ponoszą Podręczne, jednak z powieści dowiemy się także o wadze narodzin potomka dla Żon, a nawet dla Mart (pełniących funkcje służących / kucharek w domach Komendantów). Ciała kobiet (Podręcznych) stały się inkubatorami gileadzkiego społeczeństwa, zajście w ciążę -- esencją kobiecości. Co najmniej część kobiet -- w tym narratorka -- przyjęła te oczekiwania jako swoje, zgadzając się w imię przyrostu naturalnego na zapłodnienie przez Komendanta w ramach Ceremonii, oczekując na nią jak "tuczone prosię".
- Większość z tych facetów już nie może - mówi. - Albo jest bezpłodna. Zatkało mnie. Użył zakazanego słowa: b e z p ł o d n y. Już teraz nie istnieje nic takiego jak bezpłodny mężczyzna, w każdym razie oficjalnie. Płodne lub bezpłodne mogą być tylko kobiety, tak stanowią przepisy. [s. 75]
Zapadam się w swoje ciało jak w grzęzawisko, jak w moczary, gdzie tylko ja potrafię wyczuć stały grunt pod nogami. (...) Jestem jak ziemia, do której przykładam ucho, nasłuchując odgłosów przyszłości. (...) Co miesiąc z lękiem wyczekuję krwi, ponieważ jej pojawienie się oznacza porażkę. Znów zawiodłam oczekiwania innych, które stały się moimi oczekiwaniami. [s. 90]
Czekam, umyta, uczesana, nakarmiona, jak tuczone prosię. [s. 85]
Przy czym w oficjalnym dyskursie Podręczne służyły jedynie do rodzenia -- nie było mowy o pełnieniu przez nie roli gejsz czy kochanek [s. 164-165].

System Gileadu swoimi opresjami dotyka wszystkich [5], którzy stoją na przeszkodzie w realizacji jego idei, wymierzając "sprawiedliwość" na publicznych uroczystościach, nazywanych Uroczystościami Wybawienia (organizowanymi głównie z udziałem mężczyzn -- w roli ofiar i widzów [s. 45], ale wyjątkowo organizowanymi także w takiej samej konfiguracji z udziałem kobiet [s. 321 i nast.]). Karane są nie tylko bieżące występki, ale także wcześniejsze przewiny -- w ramach toczących się działań wojennych.
Mężczyźni mają na sobie białe fartuchy, jak te, które noszą lekarze i pracownicy naukowi. (...) Każdy ma zawieszoną na szyi tabliczkę informującą, za co został stracony: rysunek przedstawiający ludzki płód. A więc byli lekarzami, dawniej, kiedy takie rzeczy były legalne. Nazywano ich producentami aniołków. Zostali zdemaskowani teraz przy okazji badania dokumentów szpitalnych albo raczej - skoro większość szpitali widząc, co się święci, poniszczyła swoje dokumenty - przez donosicieli: byłe pielęgniarki czy pary pielęgniarek, jako że świadectwo pojedynczej kobiety przestało być wiarygodne; przez innych lekarzy lub wreszcie przez kogoś oskarżonego, kto mszcząc się na wrogu albo po prostu odgrywając się na innych, rozpaczliwie próbował ratować własną skórę. Chociaż donosicieli nie zawsze ułaskawiano. Ci mężczyźni - tłumaczą nam - są jak zbrodniarze wojenni. To żadna wymówka, że kiedy się dopuszczali tych czynów, takie praktyki były legalne: ich zbrodnie nie ulegają przedawnieniu. Popełnili okrucieństwa i dlatego muszą posłużyć za przykład dla innych. Chociaż właściwie to nie jest potrzebne. Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie przerwie w dzisiejszych czasach ciąży, jeśli już zdoła w nią zajść.  [s. 45]
Oczywiście wieszano też innych -- księży (w ramach walk religijnych) czy homoseksualistów (za "Zdradę Rodzaju") [s. 55]. 

Co ciekawe -- lub istotne -- do stworzenia tego systemu walnie przyczyniły się same kobiety. I nie chodzi mi np. o funkcyjne Ciotki, tresujące Podręczne w Czerwonym Centrum czy o Żony Komendantów. Mam przy tym wrażenie, że jest to kwestia nieczęsto podnoszona przy okazji (polskiej?) rozmowy na temat Opowieści podręcznej. Nie jest to wątek jakoś szczególnie eksploatowany, jednak we wspomnieniach Fredy (Podręcznej, narratorki) pojawia się taki motyw.
Albo gdzieś w parku z matką. Ile mogłam mieć wtedy lat? Było zimno, nasze oddechy tworzyły przed nami białe obłoki (...). Pod palcami w kieszeni okruszyny chleba. No właśnie: powiedziała, że idziemy karmić kaczki. Ale tak naprawdę, to przyszła dlatego, że pewne kobiety paliły tu książki. Chciała się zobaczyć ze swoimi przyjaciółkami (...). Wśród tych kobiet znajdowali się też i mężczyźni, a te książki to były czasopisma. Musieli lać benzynę, bo płomienie strzelały wysoko, a potem wrzucali do ognia pisma ze skrzynek, nie za wiele naraz. Niektórzy śpiewali; zbierali się gapie. Na twarzach tych ludzi malowało się szczęście, niemal ekstaza. Ogień ma to w sobie. Nawet twarz mojej matki, zwykle blada i mizerna, zaróżowiła się, radosna jak kartka świąteczna. (...) Kobieta wręczyła mi jedno z pism. Na okładce była ładna dziewczyna, która nie miała na sobie nic i zwisała z sufitu na łańcuchu owiniętym wokół przegubów rąk. Popatrzyłam na to z zainteresowaniem. Nie przestraszyłam się. Myślałam, że ona tak się huśta na tym łańcuchu jak Tarzan na linach w telewizji. - Nie pozwól jej tego oglądać - powiedziała moja matka. - No, rzucaj, prędko. Wrzuciłam pismo do ognia. [s. 50-51]
Motyw niszczenia dzieł zakazanych jest dość popularnym motywem w historii ludzkości (kojarzonym dziś głównie z kościelnym indeksem ksiąg zakazanych, ale też z działaniami nazistów z 1933 r.). Zawsze jednak przy takich okazjach lubię wracać pamięcią do jednej z -- moim zdaniem -- najważniejszych, współczesnych myśli społeczno-politycznych, wygłoszonej przez niemieckiego literata, Heinricha Heinego po wydarzeniach w Wartburgu w 1817 r.
Gdzie się pali książki, dojdzie w końcu do palenia ludzi.
[Wo man Bücher verbrennt, verbrennt man am Ende Menschen]
Jest to dla mnie ciekawe zagadnienie, wokół którego można zbudować interesującą narrację na temat książki M.Atwood.

Jak zaś do tego wszystkiego doszło? Cóż -- w 1985 r., kiedy książka Margaret Atwood była wydawana po raz pierwszy, zagrożenie terrorystyczne było od dawna jak najbardziej dostrzegalne (nie tylko ze względu na terroryzm związany z radykalnymi ruchami islamistycznymi, który na większą skalę w USA zaczął występować -- o ile się nie mylę -- dopiero kilka lat później; por. zamach na World Trade Center w 1993). Jednak ten fragment brzmi wyjątkowo złowieszczo teraz, 32 lata po premierze książki.
Po katastrofie zastrzelili prezydenta, z automatu skosili cały Kongres i wojsko ogłosiło stan wyjątkowy. A potem zwalili to na ekstremistów islamskich. (...) A doszło do tego, kiedy zawiesili konstytucję. Powiedzieli, że to czasowe. Nawet nie było żadnych demonstracji. Ludzie siedzieli po domach i gapili się w telewizory, czekali na jakieś wskazówki. Nie było nawet żadnego konkretnego wroga, przeciw któremu można by się obrócić (...) Tygodniami trwał taki stan zawieszenia, chociaż wiele się w tym czasie działo. Zaczęto cenzurować prasę, a niektóre gazety w ogóle zlikwidowano - jakoby ze względu na bezpieczeństwo. Pojawiły się na ulicach zapory, wprowadzono karty identyfikacyjne. Wszyscy to popierali, no bo ostrożności nigdy za wiele.. Mówili też, że będą nowe wybory, ale że to musi potrwać, bo trzeba je przygotować. A na razie mamy się zachowywać normalnie. [s. 208-209]

{KONIEC OPISU}


Nie jestem tłumaczem, nie czytałem również oryginału (brzmi prawie jak "nie znam się, ale się wypowiem") -- mimo to chciałbym wtrącić na koniec jedną rzecz, która mocno raziła mnie podczas lektury wydania Opowieści podręcznej z 2017 r. Chodzi o dziwne (niezrozumiałe) spolszczenie imion niektórych bohaterów. Nick pozostał w polskim wydaniu Nickiem (a nie Mikołajem [6]), imię Moira nie ma też prawdopodobnie żadnego dobrego odpowiednika; Fred (występujący głównie jako Komendant) pozostał Fredem (a nie spolszczonym Frederykiem czy Alfredem). Jednak już Luke stał się "Łukaszem", zaś spora część Ciotek (których imiona -- w oryginale -- miały pochodzić od nazw produktów z okresu tuż przedgileadzkiego: serii kosmetyków, kremów do ciast, mrożonych deserów czy leków [por. s. 362]) "dostała" od tłumaczki lub wydawcy polskie imiona: Lidia, Janina, Helena czy Elżbieta [por. s. 88-89]. W tym miejscu tłumaczenie książki całkowicie rozeszło się z jej oryginalną koncepcją.

Ciekawym zabiegiem językowym w oryginalnej wersji językowej powieści (The Handmaid's Tale) było nadanie głównym bohaterkom imion Offred (w polskim wydaniu: Freda) oraz Ofglen (odpowiednio: Glena). Oryginalne imiona, wykorzystując właściwości leksykalne języka angielskiego, w ciekawy sposób pokazywały zależność tych postaci od ich "właścicieli" (Offreda: osoba należąca do Freda -- "of Fred" oraz "Ofglen", czyli osoba należąca do Glena -- "of Glen"). W polskiej wersji językowej nie jest to już tak bardzo widoczne przez to, że żeńskie imiona najczęściej kończy samogłoska "-a" (oczywiście nie jest to aż tak rażące jak "Łukasz" czy "Ciotka Elżbieta"). Na całe szczęście nikt nie próbował tłumaczyć na siłę imienia Sereny Joy.

[dopisek z 11 sierpnia 2017 r.]

Niedawno sprawdziłem obsadę serialowej ekranizacji Opowieści podręcznej i okazało się, że aktorki grające Fredę (Elisabeth Moss) oraz Serenę Joy (Yvonne Strahovski) są równolatkami -- obie to rocznik 1982. OK, Elisabeth Moss jest młodsza od Yvonne Strahovski o 6 dni. Z perspektywy powieści jest to zupełnie bez sensu, ale seriale rządzą się swoimi prawami.

[dopisek z 25 sierpnia 2017 r.]

Jeden z ciekawszych (polskojęzycznych) komentarzy do Opowieści podręcznej, z tych znalezionych w przepaściach YouTube'a (od Book Z Tobą). Jeżeli ktoś chce posłuchać czegoś więcej na temat powieści, to mogę polecić.


Źródła:
[1] Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Niestety -- ze względu na jego zachowanie -- darzę tego faceta prawdziwą i szczerą antypatią. Uznajmy, że w ramach traktowania ulgowego użyte w tekście słowo "buc" będziemy rozumieli w kontekście ogólnym, nie jako krakowski regionalizm (choć i tak myślę, że mu się należy).
[2] Paulina Domagalska: Donald Trump w Polsce: podręczne przeciw prezydentowi seksiście. Od sufrażystek po Riot Grrrl, czyli jak Amerykanki walczyły na ulicach o swoje prawa, wyborcza.pl, 5 lipca 2017. [dostęp: 03.08.2017]
[3] Jeżeli chodzi o dokładną lokalizację, to być może jest to Cambridge w stanie Massachusetts. Miasto jest ważnym ośrodkiem akademickim (Uniwersytet Harvarda i Massachusetts Institute of Technology mówią same za siebie), zaś część istotnych dla fabuły wydarzeń odbywa się na terenie dawnego (nienazwanego) uniwersytetu. Poza tym -- co jest zdecydowanie istotniejsze -- w książce jest fragment, w którym bohaterka mówi o swojej matce, że ta mieszkała po drugiej stronie rzeki w Bostonie [s. 213]
[4] Jeżeli chodzi o "Libertheos": znalazłem ciekawą informację wyjaśniającą ten trudny do odczytania z perspektywy polskiego czytelnika motyw
The Libertheos - Liberation Theology was an influential movement within the Roman Catholic Church in the 1980s and subsequently. It was criticised by more conservative elements within the Church for, essentially, ‘baptising’ Marxist ideology, in calling for political liberation for oppressed peoples and taking up the priority of an ‘option for the poor’.
Przeczytaj więcej na: The Handmaid's Tale by Margaret Atwood, Tower Notes. Literature Notes on a Higher Level [dostęp: 03.08.2017]. Ta strona to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat Opowieści podręcznej.
[5] W uniwersum Gileadu karani są co prawda wszyscy, jednak kobiety od samego początku kształtowania się systemu zostały pozbawione podstawowych praw (bez względu na ich nastawienie wobec nowych idei).
- Czy próbowałaś dziś coś kupić na swoją kompukartę?
- Tak - odparłam i opowiedziałam jej również o tym.
- Zamrozili je. Moją też. I organizacyjną. Wszystkie rachunki oznaczone literą K, a nie M. (...) Jesteśmy odcięte.
- Ale ja mam na koncie ponad dwa tysiące dolarów - powiedziałam, jakby liczył się tylko mój rachunek.
- Kobietom nie wolno nic posiadać - odparła. - Nowe zarządzenie. Oglądałaś dzisiaj telewizję?
- Nie.
[6] Swoją drogą zamiana imienia "Nick" na "Mikołaj" byłaby dość zabawna ze względu na silne w polskiej kulturze konotacje bożonarodzeniowe. W kulturze anglosaskiej -- w tym kontekście -- funkcjonuje postać najczęściej określana jako Santa Claus (rzadziej zaś nazywana Saint Nicholas, Saint Nick, Kris Kringle czy Father Christmas).

Książka:
Margaret Atwood: Opowieść podręcznej (ang. The Handmaid's Tale), z angielskiego przełożyła Zofia Uhrynowska-Hanysz, wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2017. ISBN: 978-83-8032-171-7.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Obraz miasta

Obraz miasta to klasyka literatury w kategorii urbanistyka - ze względu na teorię tworzenia map pamięciowych (zob. mental mapping) przez użytkowników przestrzeni publicznych i wpływu tychże na planowanie przestrzenne. Na półce stawia się ją obok Śmierci i życia wielkich miast Ameryki Jane Jacobs oraz Życia między budynkami [wstęp, s. X] Jana Gehla. Dla zrozumienia znaczenia Obrazu miasta dla światowej urbanistyki wystarczy wspomnieć, że Lynch wydał tę książkę w 1960 r. -- rok przed wspomnianą wcześniej książką J.Jacobs oraz aż 11 lat przed chętnie czytanym i cytowanym obecnie J.Gehlem.

Ze wspomnianymi trzema książkami wiąże się jeszcze jeden ciekawy fakt -- choć w zasadzie kiedy o nim pomyślę, to nie wiem, czy przypisać go do kategorii "śmiać się", czy "płakać". Kiedy piszę te słowa (w połowie 2017 roku) polski czytelnik ma możliwość zapoznania się z każdym z tych "klasycznych" dzieł w swoim rodzimym języku. Jeszcze niedawno nie było to jednak tak oczywiste.
Wersję polskojęzyczną Życia między budynkami J.Gehla (przetłumaczoną z VI. wydania angielskiego) wydało -- 38 lat po premierze -- Wydawnictwo RAM w 2009 r. w tłumaczeniu Marty A. Urbańskiej. Pierwsze polskie wydanie Obrazu miasta K.Lyncha (przekład Tomasza Jeleńskiego) to 2011 r. -- 51 lat po premierze. Premiera pierwszego polskiego wydania Śmierci i życia wielkich miast Ameryki odbyła się 19 listopada 2014 r. (53 lata po premierze światowej). Jedyne co może pocieszać to zawołanie lepiej późno niż wcale.

Koncepcja opiera się na pięciu elementach, częściach składowych przestrzeni: drodze, krawędzi, rejonie, węźle i punkcie orientacyjnym, które należy traktować z prostotą jako praktyczne, empiryczne kategorie, wewnątrz i wokół których można zgrupować mnóstwo informacji [s. 127] (szerszy opis poszczególnych elementów autor przedstawił na str. 54-55).
Elementy te nie tylko ułatwiają codzienne przemieszczanie się po mieście, podtrzymują określone znaczenia i wrażenia, ale także mogą stać się przewodnikiem i bodźcem do nowych poszukiwań [s. 128].
Elementy te -- jak sam autor przyznaje -- są pewnym uproszczeniem obrazu miasta [s. 9], jednak (co warto podkreślić) te hipotetyczne typy elementów obrazu miasta zostały w dużej mierze potwierdzone w badaniach praktycznych, opisanych w pracy [s. 185]. Oczywiście badania te miały liczne niedostatki, na które zwrócił uwagę sam autor (m.in. zbyt mała populacja badanych, brak losowego rozkładu miejsc pracy i miejsc zamieszkania respondentów - por. s. 182-183), jednak sam pilotaż metody został -- jak się wydaje -- przeprowadzony całkiem rzetelnie, szczegółowo opisany w Obrazie miasta jest niezłym punktem wyjścia.

Jako miejsce sprawdzania koncepcji wybrane zostały trzy północnoamerykańskie miasta: Boston, Jersey i Los Angeles. I tu uwaga czytelnicza -- dla nieurbanisty (lub osoby niezainteresowanej wcześniej wspomnianymi miastami) ich bardzo szczegółowe opisy (uzasadnione celami badania) mogą być nużące. Z drugiej strony -- nie ukrywam -- z chęcią przeczytałbym kiedyś taką analizę dla miasta, które znam. W przypadku Obrazu miasta lekturę ograniczyłem więc do wyciągania generalnych wniosków dot. funkcjonowania struktury miejskiej. Niestety opisy uroczego Beacon Hill na obecnym etapie niewiele wniosą do mojego życia.

Tak czy inaczej: inaczej wędruje się po mieście, kiedy elementy zaproponowane w Obrazie miasta (droga, krawędź, rejon, węzeł i punkt orientacyjny) przestają być "anonimowe". W koncepcji bardzo ważną kategorią jest postrzeganie, tworzenie środowiskowego obrazu jako proces dwustronny między obserwatorem i obserwowanym (zindywidualizowany proces -- co podkreślane jest wielokrotnie). Po stronie odbiorcy jest interpretacja, organizowanie oraz kierowanie uwagi -- wpływające na to, co się widzi [s. 155].
Sam fakt, że wprawna nawigacja pojawiła się właśnie w tych środowiskach, które wydają się być postrzeżeniowo trudne, świadczy o oddziaływaniu zewnętrznych uwarunkowań [s.158]
Książka ma trzy aneksy, które są ciekawym (otwierającym umysł) uzupełnieniem dla głównej części rozprawy.
  • Aneks A "Kilka odniesień do orientacji" [od s. 143] -- wciągający opis kwestii postrzegania przestrzeni w trudnych obszarach. Daje ciekawą perspektywę związaną ze społecznym odbiorem przestrzeni w kulturze.
Wysepka Tikopia (...) jest na tyle niewielka, że rzadko jest się z dala od widoku albo odgłosu morza i wyspiarze wykorzystują wyrażenia w głąb lądu albo w stronę morza do wszystkich rodzajów przestrzennych odniesień. W ten sposób zorientowana jest choćby siekiera leżąca w domu na podłodze, a Firth odnotował, przypadkiem zasłyszany, taki fragment dialogu: "Masz plamę błota na policzku od strony morza". [s. 152]
  • Aneks B "Zastosowanie metody" [od s. 168] -- opis metod badawczych, których zastosowanie przyczyniło się do powstania publikacji Obraz miasta. Część istotna dla praktyków (urbanistów / badaczy). Być może dla części osób na poziomie zaawansowanym może trącić myszką, ale swój urok (i wartość) ma.
  • Aneks C "Dwa przykłady analizy" [od s. 193] -- w zasadzie uzupełnienie do Aneksu B.
Postać Kevina Lyncha dołącza do loży hańby polskojęzycznej Wikipedii: listy osób zasłużonych bez swojego polskojęzycznego hasła. Trochę wstyd, ale u mnie już mniej sił i chęci niż kiedyś do ciągłego nadrabiania różnic cywilizacyjnych w tym zakresie.

Źródła:
[Wstęp, s. X] W ramach ciekawostek przyrodniczych: we wstępie do Obrazu miasta prof. Wojciech Kosiński zwraca uwagę na to, że tytuł książki J.Gehla Życie między budynkami jest niepoprawnym tłumaczeniem duńskiego Livet mellem husene, co oznacza "Życie między domami". Cóż, wersja z "budynkami" już się zapewne dość dobrze przyjęła.

Książka:
Kevin Lynch: Obraz miasta (ang. The image of the city), przekład Tomasz Jeleński, Wydawnictwo Archivolta Michał Stępień, wydanie I, Kraków 2011. ISBN: 978-83-931118-0-0.

środa, 26 lipca 2017

Miasto w mojej pamięci. Powojenne wspomnienia Niemców z Łodzi

Miasto w mojej pamięci. Powojenne wspomnienia Niemców w Łodzi pod redakcją Moniki Kucner i Krystyny Radziszewskiej zakupiłem dobrze ponad rok temu w ramach "pakietu" zamawianego z Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego. Książka na półce swoje odleżała, ja zresztą też mam już tutaj opóźnienia we wpisach na temat przeczytanych książek -- także wszystko w niedoczasie. Wspaniale.
[Niedoczas] Jest to skrót wyrażenia „niedostatek czasu”, stworzony w latach 50. przez dziennikarza piszącego o szachach, niewystępujący w tekstach z zakresu literatury czy nauki i nieznany polszczyźnie potocznej. [1]
Bardzo się cieszyłem na tę książkę -- żyłem przekonaniem, że może ona ciekawie uzupełniać pewien istotny element narracji o mieście z trudnego dla niego okresu II wojny światowej, wraz z jej następstwami. Kto, co i dlaczego w czasie II wojny światowej -- to dobrze tutaj wiemy, dlatego w tym miejscu odsuwam kwestię oceny, uznając także prawo Niemców do posiadania własnej narracji z tego okresu. Autorki opracowania wyszły z podobnego założenia, pisząc
Zebrane tu opowieści, z reguły krótkie epizody, ukazują subiektywny wizerunek miasta, często nieobecny w dokumentach czy opracowaniach naukowych, które badacze powinni poddać krytycznej refleksji. [s. 9]
Wartością publikacji jest z pewnością fakt, że część zamieszczonych wspomnień łódzkich Niemców była tłumaczona z tekstów pisanych "na użytek niemiecki" (m.in. publikowanych w kolejnych wydaniach rocznika Landsmannschaft Weichsel-Warthe). Teksty Niemców dla Niemców -- zupełnie inna perspektywa.

Jak ogólne wrażenia? Średnio. Publikacja ciekawa, ale z pewnością nie obowiązkowa.

Pierwszy, najdłuższy tekst (wspomnienia Ericha von Luckwalda -- niemieckiego dyplomaty, urzędnika konsularnego i prawnika, konsula w Łodzi w latach 1926-1931 [2]) dawał nadzieję na naprawdę ciekawą lekturę. Wspomnienia Ericha von Luckwalda pisane są nie tylko z pozycji członka niemieckiej elity, bywalca tzw. środowiska, ale również osoby, której celem była ochrona niemieckiego interesu narodowego. Musiał on też -- z racji obowiązków służbowych -- wyjeżdżać na prowincję (głównym przyczynkiem do wyjazdów były inspekcje niemieckich cmentarzy wojennych), skąd pochodzi część jego obserwacji.

Refleksje Ericha von Luckwalda z jednej strony pokazują, jak daleko sięgała część z rozpowszechnianych wówczas w Łodzi mitów (m.in. o przewożeniu przez ludność żydowską nocą zwłok na cmentarz w dorożkach i ich grzebaniu w pozycji siedzącej -- s. 41), z drugiej zaś strony demaskują inne mity, którymi dzisiaj żyje część mieszkańców tego miasta (np. o zgodnej koegzystencji i powszechnej współpracy "czterech kultur"). Dla osób lepiej znających historię Łodzi to z pewnością żadna nowość, jednak -- jak się domyślam -- nadal część mieszkańców może być karmiona niemal idylliczną wizją przedwojennego, fabrycznego miasta.
Jednak w kontaktach z łódzkimi rodzinami należało przestrzegać dwóch rzeczy i obie ściśle rozgraniczać: nie każdy pasował tu bowiem do każdego. Po pierwsze linie podziału wyznaczały pieniądze, oddzielające bogatych od tych mniej bogatych, po drugie zaś poszczególne grupy narodowościowe, a więc Polacy, Niemcy i Żydzi, nie utrzymywały wzajemnych stosunków. Kontakty z Polakami chętnie nawiązywali jedynie właściciele najbogatszych niemieckich zakładów, mając na względzie zabezpieczenie swych olbrzymich fortun. Warstwa średnia niemieckich przemysłowców, których firmy także osiągały milionowe zyski, pielęgnowała więzi wyłącznie w kręgach niemieckich, podobnie jak nauczyciele, pastorzy, kupcy i rzemieślnicy niemieckiego pochodzenia. [s. 31]
Warty wspomnienia jest także wątek wybudowania dzisiejszego Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala im. Mikołaja Pirogowa na ul. Wólczańskiej 191/195. Jak się okazuje -- co być może dla części P.T. Czytelników i Czytelniczek nie będzie zaskoczeniem -- jego powstanie wiąże się z konfliktem wewnątrz wspólnoty przedwojennych łódzkich Niemców, który ogniskował się wokół osoby duchownego ewangelickiego Juliusza Bursche oraz sytuacji w ewangelickim Szpitalu (Domu) Miłosierdzia -- dzisiejszy Szpital MSW w Łodzi na ul. Północnej 42. Wspomnienia konsula von Luckwalda odsłaniają kulisy tej sprawy.
Powstał pomysł, by w duchu niezależności od wspomnianej wcześniej polityki Warszawy i tamtejszego zwierzchnika kościoła dra Bursche, wybudować w Łodzi nowy szpital ewangelicki. (...) Znając go [dra Bursche -- JG] można było oczekiwać, że któregoś dnia wymieni cały niemiecki personel na ludzi o niemieckich korzeniach, ale bezwzględnie propolskim nastawieniu, żeby w niedalekiej przyszłości szpital [Miłosierdzia -- JG], niczym dojrzały owoc, wpadł w ręce Polaków! [s. 41-42]
Niestety kolejne opowieści zamieszczone w publikacji (jest ich łącznie 11) nie przedstawiają już takiej wartości poznawczej. Nie chodzi w żadnym wypadku o ich długość (część z nich to zaledwie dwustronicowe, nigdzie wcześniej niepublikowane opisy, dostarczone redaktorkom wydania przez ich autorów i autorki). Z pewnością przedstawiają one z chwile dramatyczne i znaczące z punktu widzenia autorów oraz ich najbliższych, jednak z perspektywy polskiego czytelnika / polskiej czytelniczki Anno Domini 2017 mogą one nie być zbyt znaczące. Większość z nich w znikomym stopniu odnosi się też do samego miasta, które stało się jedynie delikatnie zarysowanym tłem dla prywatnych dramatów związanych z wojną, ucieczką itd.

Podsumowując: można, ale nie trzeba.

Źródła:
[1] Uniwerbizacja "niedoczas" na stronie Obcy język polski, wpis Macieja Malinowskiego z 28 maja 2014 r. (aktualizacja: 9 lipca 2016 r.).
[2] Z przypisu tłumaczki Małgorzaty Półroli: wspomnienia zostały opublikowane pierwotnie w ramach zbioru wspomnień Politisches Archiv Auswärtiges Amt, sygnatura Zb8/81-02/3394 63]. Konsulat niemiecki mieścił się na al. Kościuszki 85.

Książka:
Miasto w mojej pamięci. Powojenne wspomnienia Niemców z Łodzi, praca pod redakcją Moniki Kucner i Krystyny Radziszewskiej, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2014. Tłumaczenia z języka niemieckiego: Małgorzata Półrola. ISBN (wersji papierowej): 978-83-7969-534-8

czwartek, 8 czerwca 2017

Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia

Przekonanie o całkowitej wyjątkowości nazistowskiego systemu III Rzeszy to całkiem wygodne rozwiązanie. Europa w pewnym stopniu odetchnęła z ulgą, kiedy winę za powszechnie rosnący przed wojną w siłę nacjonalizm i antysemityzm mogła scedować na przegrane Niemcy.
"Chcemy, żeby początkiem i końcem ludobójstwa był nazizm. Tak jest najwygodniej" – te słowa szwedzkiego pisarza i reportera Svena Lindqvista tu nie padają, ale cała książka jest jedną z ich możliwych interpretacji. [1]
Od czasu do czasu ktoś psuje powietrze, jak David Rieff w 1995 r., pisząc przy okazji kończącej się wojny w Bośni i Hercegowinie, że "nigdy więcej" znaczy już co najwyżej "nigdy więcej Niemcy nie będą zabijali Żydów w Europie w latach 40. XX wieku" [2] -- ale brzydki zapach szybko się ulatnia, o ile w ogóle zostaje przez kogokolwiek zauważony. Mimo upływu 22 lat od pierwszego wydania Slaughterhouse: Bosnia and the Failure of the West ten mocny cytat nie zrobił kariery, a w Polsce (gdzie dotychczas nie ukazało się jeszcze tłumaczenie książki) jest on najpewniej zupełnie nieznany. 27 stycznia każdego roku nadal, bez chwili zawahania, możemy publikować na facebooku "Never again!".

Nie sądzę, żeby wydane w zeszłym roku w Polsce tłumaczenie książki Jeana-Louisa Vullierme Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia (fr. Miroir de l'Occident. Le nazisme et la civilisation occidentale) miało w jakiś szczególny sposób zmienić ten stan rzeczy. Miałem dodać "tym bardziej przy obecnym stanie czytelnictwa", ale się powstrzymałem. Książka zdecydowanie ma swoje wady i słabe punkty, ale ma też jedną, niezaprzeczalną zaletę: jako jedna z nielicznych pozycji dekonstruuje rzeczywistość wyobrażoną na temat Europy i jej ideologicznych korzeni. Podobną rolę [3] można przypisać książce GUŁag w oczach Zachodu Dariusza Tołczyka z 2009 r., którą opisywałem 27 kwietnia br. Dodajmy: książce, która poza gronem fachowców i pasjonatów najpewniej pozostanie równie niezauważona jak Lustro Zachodu Vullierme'a.

O samej książce zacznę od okładki, na której znalazło się jedno z najpopularniejszych zdjęć buntu człowieka wobec systemu. Na zdjęciu wykonanym z okazji wodowania trzymasztowego barku Horst Wessel w kółku widoczny August Landmesser, robotnik w stoczni Blohm und Voss w Hamburgu.
Wodowanie Horst Wessel -- w kółku widoczny August Landmesser (13 czerwca 1936 r.)
Stojący założonymi rękami stoczniowiec jest jedynym widocznym na zdjęciu człowiekiem, który odmówił wykonania nazistowskiego salutu (nie, tam w 1936 r. nie zamawiano pięciu piw). Co prawda nie dorobił się swojego pseudonimu jak niezidentyfikowany mężczyzna (Tank Man), który własnym ciałem blokował czołgi na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r., ale z pewnością stał się ikoną. Historia tego człowieka jest oczywiście nieco bardziej skomplikowana -- Landmesser wstąpił do NSDAP w 1930 roku, aby znaleźć pracę. Kiedy zaręczył się z Żydówką Irmą Eckler w 1935 roku, został wydalony z partii. W 1936 odmówił salutowania, w 1937 r. próbował wraz z rodziną uciec do Danii (zostali złapani). Zginął w 1944 r. jako żołnierz wcielony karnie do 999 Lekkiej Dywizji Afrykańskiej.

Wracając jednak do samej książki -- w doborze okładki (poza znaną fotografią, która przyciąga uwagę) chodziło najpewniej o symboliczne pokazanie oporu wobec szybko rosnącego w siłę systemu, który stał się synonimem rasizmu, ksenofobii, antysemityzmu i masowych morderstw. Z tym, że system ten nie wziął się z próżni, lecz był wytworem nie tylko europejskiej, ale wręcz światowej myśli społecznej i politycznej. Tym samym Jean-Louis Vullierme osadza nazizm w ogólnoświatowym kontekście wydarzeń historycznych (tych więcej lub mniej znanych), filozofii, etyki, idei, teorii politycznych. Wskazuje na elementy, które jego zdaniem stworzyły nazizm -- których splot zadecydował o powstaniu nazizmu w tym miejscu i czasie, a które powtarzały się w historii.
(...) Norymberga nie tylko byłaby miastem, w którym nazizm został poniżony po jego wcześniejszej gloryfikacji; nie tylko miastem, w którym zachodnia cywilizacja oficjalnie położyła kres niemieckiemu barbarzyństwu. Stała się również miastem Zachodu, w którym zachodnia cywilizacja, nie wiedząc o tym lub nie chcąc wiedzieć, osądzała potwory zrodzone we własnym łonie [s. 18].
W zasadzie autor stawia jeszcze mocniejsze tezy, które -- choć czasami mogą irytować -- moim zdaniem są mocną stroną publikacji. Nawet, jeśli decydujemy się je odrzucić, to zmuszą nas choć chwilę do refleksji.
(...) nazizm pod wieloma względami był (...) tym, co wielu innych życzyłoby sobie osiągnąć, lecz do czego zabrakło im sił czy odwagi nazistów. [s. 18]
(...) elementy składowe nazizmu istniały jeszcze przed jego narodzeniem i (...) większość z nich wciąż pozostaje żywa. [s. 14]
Być może najtrafniejszym określeniem będzie to, że Jean-Louis Vullierme rozbija krążące po świecie idee, analizując ich składniki. W zasadzie realizuje ten cel całkiem dosłownie, dobierając do tego celu terminologię chemiczną: pisząc o cząsteczkach (molekułach) i toksycznym atomie nazizmu, który stał się częścią większej całości. Mówi -- przytaczając tytuł tekstu na rp.pl -- to myśmy stworzyli Hitlera [4].
W momencie pojawienia się nazizmu jako toksycznej molekuły ideologiczne atomy stały się ogólnodostępne. I nawet jeśli kilka z nich, jak choćby militaryzm, kolonializm, popieranie niewolnictwa czy mesjanizm polityczny [5], niewątpliwie już od dawna wywalczyło sobie niezależny byt poza światem zachodnim, wszystkie one osiągnęły w nazizmie maksymalny potencjał i w nim współdziałały w sposób najbardziej skuteczny. [s. 18]
Autor Lustra Zachodu jest zwolennikiem traktowania eksterminacji (niem. Ausrottung) ludności żydowskiej [jedynie?] jako elementu polityki nazistowskiej. Nie umniejszając zakresu cierpienia Żydów wskazuje na to, że wyniszczenie tej nacji było etapem szerzej zakrojonego planu nazistów, który ze względu na przebieg działań wojennych został zrealizowany w takim a nie innym zakresie (nazizm nie objawił się w całości, gdyż został materialnie zahamowany w fazie pośredniej, którą była inwazja na imperium sowieckie -- s. 13).
Program nazistowski należy rozpatrywać w całości, by przez to móc go zrozumieć i opisać, a także ujawnić powiązania rzeczywiście istniejące między różnymi jego celami i metodami, nie sprowadzając ich do jednego. (...) Szoah (...) jest podstawowym składnikiem jeszcze szerzej zakrojonego nazistowskiego programu eksterminacji i podboju [s. 285].
Stworzenie podziału na eksterminację Żydów, a następnie na eksterminację tych, którzy urodzeni jako Romowie, Ormianie czy Tutsi, także nie mogli przestać nimi być, stanowi skażenie ideologiczne, przed jakim koniecznie należy się bronić. [s. 27] Ustalenie hierarchii porównywalnych cierpień, zadawanych porównywalnymi metodami, przez tych samych katów albo innych, także mających plany eksterminacyjne na tle rasowym, i biorące pod uwagę jedynie dane liczbowe, stanowi inną formę negacjonizmu [s. 292].
Książka jest niczym wypełniony przeźroczami fotoplastykon, na których to przeźroczach możemy oglądać kolejne ujęcia z historii nowożytnego świata, odnajdując w nich elementy systemu dominacji, decydowania o losach nie tylko pojedynczych ludzi, ale i całych nacji. Vullierme zauważa, że hiszpańscy konkwistadorzy Hernán Cortés i Francisco Pizarro domagali się praw do ziem Ameryki Środkowej i Północnej nie ze względu na posiadane prawo do tych ziem (roszczenia legalne), lecz ze względu na bezwzględne i wrodzone poczucie wyższości ich rasy względem ludzi je zamieszkujących [s. 152]. Autor zauważa również, że część obcych mocarstw, które chciały potępić działania Schutztruppe wobec Hererów w końcówce XIX i na początku XX wieku (wykorzystując to jako element propagandy antyniemieckiej), ostatecznie zmieniły zdanie. Metody eksterminacyjne jako forma prowadzenia polityki były akceptowane i stosowane w Europie.
Niektóre obce mocarstwa, przez krótki czas zamierzające wykorzystać brutalne działania [niemieckich oddziałów kolonialnych Schutztruppe wobec Hererów] do celów antyniemieckiej propagandy, ostatecznie zmieniły zdanie, a nawet wycofały raporty i ukarały ich autorów. Ani Brytyjczycy, którzy zajęli miejsce Niemców w Namibii po pierwszej wojnie światowej, nie poprawiając doli ocalałych Hererów, ani Francuzi, którzy surowo stłumili bunty na Madagaskarze w 1896 r., pozostawiając tam sto tysięcy ofiar, ani król Belgów, który posiadał Kongo i eksploatował je za cenę jego wyludnienia, ani Amerykanie, sprawujący rządy kolonialne na Filipinach, ani Holendrzy w Indiach Wschodnich, ani Japończycy, postępując tak samo w Korei, w niczym nie skrytykowali - siłą rzeczy, nawet z ich punktu widzenia - acywilnego charakteru procesu cywilizacyjnego. [s. 150]
Zachowam też poniżej (dla potomnych i dla siebie) argumenty mające usprawiedliwiać kolonialne okrucieństwa, które przytacza autor Lustra Zachodu.
Tak więc, gdy chodziło o kolonie, argumenty wysuwane przez rządy na temat popełnianych okrucieństw, najczęściej były następujące: 1) posądzenia o zbrodnie są kłamliwe, są dziełem fanatycznych ideologów, obcych agentów, dziennikarzy rządnych sensacji czy nawet szantażystów, 2) stopień nieludzkości kolonizatorów jest przedstawiany w sposób oczywiście przesadny i musi wzbudzać nieufność każdej rozsądnej osoby, 3) zbrodnie są dziełem izolowanych jednostek, żyjących w warunkach szczególnie trudnych, w bardzo oddalonych strefach, 4) ofiary zachowują się jak zwierzęta, same także w sposób systematyczny dopuszczają się czynów skrajnie barbarzyńskich (kanibalizm), a ich nędza jeszcze by się nasiliła, gdyby je pozostawić samym sobie, 5) bilans jest ogólnie pozytywny (rozwój ekonomiczny, chrystianizacja, edukacja, nauka demokracji), a zrównoważone spojrzenie powinno zauważyć większość dobrych działań pomimo nieuniknionych wykroczeń, 6) dzięki procesowi cywilizowania sytuacja wkrótce się unormuje. [s. 140]
Wśród luster świata zachodniego zobaczymy także migawkę z konferencji bermudzkiej, o której w zasadzie solidarnie "zapomnieliśmy" przy upamiętnianiu zbrodni Holocaustu.
Tematem konferencji była kwestia, co zrobić z żydowskimi uchodźcami, którzy znaleźli się na ziemiach wyzwolonych przez aliantów podczas II wojny światowej oraz tych, którzy w dalszym ciągu pozostawali na terenach okupowanych przez III Rzeszę. Dyskusja miała na celu znalezienie rozwiązań tego problemu oraz zaplanowanie sposobów ratowania Żydów poprzez przeprowadzenie ewakuacji uciekinierów oraz osadzenia ich w krajach alianckich i neutralnych. Rozmowy odbyły się między delegacją amerykańską reprezentowaną przez dr. Harolda W. Doddsa a przedstawicielami Wielkiej Brytanii. [6]
Jak zauważa w jednym z przypisów Vullierme, podczas konferencji tej zrezygnowano z organizacji przyjmowania uchodźców z obawy, że -według określenia Foreign Office - "Niemcy oraz ich kraje satelickie są gotowe zmienić politykę eksterminacyjną w politykę wypędzania, tym samym sprawiając kłopot innym krajom, jak to już uczyniły przed wojną, zatapiając je obcą imigracją. [s. 290]
Alianci po raz kolejny odmówili pomocy w 1944 roku, kiedy Eichmann w myśl wskazań Himmlera rozpoczął negocjacje dotyczące wymiany miliona Żydów na 10 tysięcy ciężarówek do użytku na froncie wschodnim [7] [s. 290]
Ciekawym wątkiem, wartym odnotowania, jest relacja między poglądami Henry'ego Forda (tak -- tego Forda) a Adolfem Hitlerem. Nie jest żadną tajemnicą, że panowie -- których bez wątpienia połączyły poglądy antysemickie -- darzyli się głęboką sympatią i estymą, czemu dawali wyrazy.
Forda szczególnie zastanawiał fakt, że liczba Żydów na świecie odpowiada liczbie Koreańczyków, narodu powszechnie znanego ze swojej całkowitej niezdolności do przemysłu i handlu. [s. 49]
Jean-Louis Vullierme (od s. 46) przedstawia i w pewnej części rozsmarowuje "głębokie teorie" H.Forda, pokazując jednocześnie ich wpływ na późniejszą politykę młodszego o 26 lat Hitlera. Zauważa także: Historycy wiedzą także, że Hitler nie bardzo skłonny do sentymentalizmu, w gabinecie swoim miał tylko jeden portret i był to portret  Henry'ego Forda (...). [s. 53].

Mimo kilku -- delikatnie rzecz ujmując -- oryginalnych teorii (jak ta, że powodem rezygnacji z cenzusu wyborczego i przyznania praw wyborczych kobietom było wynikiem braku obaw elit przed głosowaniem powszechnym, s. 95) po książkę zdecydowanie warto sięgnąć. M.in. przez swoją wielowymiarowość oraz wielowątkowość jest świetnym przyczynkiem do refleksji nad rzeczywistością.
Cóż, oczywiście są Żydzi - ale rozważcie sami, jak wielu - nawet wśród towarzyszy partyjnych - którzy przedstawili mi tę słynną petycję, gdzie jest powiedziane, że wszyscy Żydzi to świnie, tylko taki a taki jest uczciwym Żydem i należy zostawić go w spokoju. Zaryzykowałbym twierdzenie, że sądząc po liczbie tych petycji, jest w Niemczech więcej uczciwych Żydów, niż to w ogóle możliwe. (śmiechy na sali) Inaczej mówiąc, mamy w Niemczech tyle milionów ludzi, którzy znają jednego z tych słynnych uczciwych Żydów, że liczba ta jest większa niż liczba Żydów w ogóle. Chcę po prostu powiedzieć, że - jak to możecie stwierdzić w swoich kręgach - nawet każdy godny szacunku i uczciwy narodowy socjalista zna uczciwego Żyda." [fragment przemówienia Heinricha Himmlera, wygłoszonego w Poznaniu 6 października 1943 r., s. 135]
Na sam koniec słowo o przypisach do książki, bo w tym przypadku jest to temat do osobnego omówienia. Najwygodniej czyta mi się książkę, kiedy mam przypisy na dole danej strony -- system klasyczny, czy też tradycyjny. Przeżyję też, kiedy odsyłacz cyfrowy przenosi mnie na koniec książki -- a przypisy stanowią głównie odniesienia do źródeł lub drobne uzupełnienia podstawowych informacji.

W przypadku Lustra Zachodu przypisy (umieszczone na końcu książki) objętościowo mogłyby stanowić osobną, niedużą publikację. Nie ma w tym żadnej przesady -- zajmują 1/4 książki, 116 stron [s. 277-393]. I to jest koszmarne. Liczba przypisów i charakter podawanych tam informacji (nie tylko drobne uzupełnienia i źródła, ale też osobne omówienia różnych kwestii poruszanych w tekście głównym) powodują, że de facto książkę czyta się jednocześnie w dwóch miejscach. Już dawno żadna książka mnie tak nie wymęczyła pod tym względem.

Żeby tego było mało, niektóre z przypisów nie są jedynie uzupełnieniem informacji (nawet bardzo rozbudowanym), ale stanowią swego rodzaju kontrnarrację / prostowanie głównego tekstu [s. 318, przypis 83]. Chociaż w sumie najzabawniejszymi momentami były te, w których wydawca -- oczywiście w przypisach -- prostował błędy autora. Co najmniej czterokrotnie. Pierwszym z przypadków jest błędnie podana przez autora data wypowiedzenia przez Hitlera zdania o zniszczeniu rasy żydowskiej jako odpowiedzi na działania międzynarodowej, żydowskiej finansjery (i to podana błędnie dwa razy: zarówno w tekście głównym, jak i w przypisie, por. s. 73 oraz s. 317, przypis 80 [8]). Drugi przypadek, w którym polski wydawca prostuje informację na temat tzw. meczu śmierci, dopisując, że historia ta uważana jest współcześnie za element sowieckiej propagandy lub bardzo podkoloryzowaną historię, jest mniej "drastyczny" (por. s. 75 oraz s. 320, przypis 89). Dwa kolejne przypadki to przypis nr 8 ze s. 334 oraz przypis nr 32 ze s. 387. Nie wnikając w kwestie merytoryczne, pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że mówimy o stosunkowo nowej publikacji, nie wznowieniu po kilkudziesięciu latach.

Tak czy inaczej -- książka warta przeczytania.

Źródła:
[2] Oryginalny cytat:
For if there was to be no intervention to stop a genocide that was taking place, then the phrase "Never again" meant nothing more than: Never again would Germans kill Jews in Europe in the 1940s.
David Rieff, Slaughterhouse: Bosnia and the Failure of the West, s. 27.
[3] W opisie tym oczywiście pomijam książki-sumienia narodów, które co i rusz pojawiają się na krajowych lub zagranicznych /względem tematu/ rynkach wydawniczych, ewentualnie są tłumaczone. Z nowości (?) warto wspomnieć o książce Między „Placem Bohaterów” a „Rechnitz”. Austriackie rozliczenia Moniki Muskały, wydanej pod koniec zeszłego roku nakładem wydawnictwa Korporacja ha!art.
[4] Jean-Louis Vullierme, To myśmy stworzyli Hitlera, 10.06.2016 [aktualizacja: 12.06.2016], rp.pl.
[5] Szerszą listę czynników autor zamieścił na s. 17 (przedostatni akapit).
[6] Fragment hasła Konferencja bermudzka na stronie polskojęzycznej Wikipedii.
[7] Więcej na temat tej wymiany (sprawy Joela Branda) można przeczytać w artykule Rafała Kuzaka Ile kosztuje milion Żydów? z 11 września 2011 r. na ciekawostkihistoryczne.pl
[8] Treść przypisu nr 80 ze s. 317, nota od wydawcy (przypis wydawcy polskiego): Zdanie to wypowiedział Hitler w Reichstagu 30 stycznia 1939 r., wszelkie inne daty podane w tekście i przypisach są błędne.

Książka:
Jean-Louis Vullierme: Lustro Zachodu. Nazizm i cywilizacja zachodnia (fr. Miroir de l'Occident. Le nazisme et la civilisation occidentale), przełożyła Maria Żurawska, wydawnictwo W.A.B., wydanie I, Warszawa 2016. ISBN: 978-83-280-2795-4.