niedziela, 11 grudnia 2016

Plutopia

 
Temat rosyjskich monomiast pojawił się w jednym z felietonów Wacława Radziwinowicza -- o publikacji z jego felietonami pisałem tutaj 22 listopada br. (notatka Crème de la Kreml).
Dziś 14 mln Rosjan, a więc co dziesiąty obywatel Federacji, mieszka w takich jak uralski ośrodek aluminiowy "monomiastach", budowanych w ZSRR po to, by zakwaterować w nich załogi jakiejś potrzebnej państwu nowej fabryki. [1]
Być może to o nich wspominał również Aleksander Sołżenicyn w "Archipelagu GUŁag". Nie jestem tego jednak pewien -- opis by się zgadzał, przynajmniej w odniesieniu do monomiast atomowych w czasie ich funkcjonowania, które powstawały w ramach niewolniczej pracy skazańców (chociaż -- co oczywiste -- sformułowanie "monomiasto" w żadnym momencie nie zostało użyte). Z drugiej jednak strony opis ten wygląda jak Archipelag à rebours i może być elementem sarkastycznym, jakich w tej publikacji nie brakuje.
Krążyła głucha, zupełnie niewiarygodna, przez nikogo niesprawdzona legenda, którą jednak raz po raz można było w obozie usłyszeć: że gdzieś na tym archipelagu są również malutkie, rajskie wyspy. Nikt ich na oczy nie widział, nikt nie był na nich, kto zaś był, ten milczy, pary z gęby nie puszcza. Są na tych wyspach ponoć rzeki mlekiem i miodem płynące, je się tam co najmniej jajka ze śmietaną; czysto tam rzekomo i ciepło, praca tylko umysłowa, a wszystko setką tajemnic okryte. [2]

Zgodnie z tym, co pisał Wacław Radziwinowicz, prawie 70 proc. mieszkańców "monomiast" określa dziś swoje położenie jako "trudne do wytrzymania" albo "nie do wytrzymania" [1]. Takich monomiast w Rosji jest 319. Być może jednym z nich, które wyłamałoby się z wyników przytoczonej wyżej statystyki, jest Oziorsk (Озёрск) w obwodzie czelabińskim, miasto opisane przez Kate Brown w Plutopiach. Jedno z tzw. miast zamkniętych (ЗАТО – закрытые административно-территориальные образования; zamknięta struktura administracyjno-terytorialna) [3].
To, że ekipa poszukiwawcza wybrała odludny, pozbawiony dróg region, przesądziło o dwóch niezwykle ważnych czynnikach przy budowie zakładów plutonowych Majak. Po pierwsze przed przystąpieniem do budowy kombinatu Rapaport musiał najpierw za pomocą prymitywnych narzędzi stworzyć całą infrastrukturę do obsługi placu budowy. Po drugie ze względu na słabe zaludnienie musiał się opierać na pracy więźniów, czyli w większości niewykwalifikowanych, wygłodzonych robotników, którzy mieszkali w fatalnych warunkach. Krótko mówiąc, Rapaport stawiał pierwszy sowiecki reaktor przemysłowy tępymi narzędziami bezdusznego Gułagu. [s. 129]
Profesor Kate Brown jest historyczką, co zaowocowało aż 78 stronami samych przypisów (imponujący wynik, nie tylko jak na publikację oznaczoną przez wydawnictwo jako reportaż). Widać jednak, chociażby po powyższym fragmencie, że z dwóch opisanych obszarów (miast) to Richland w stanie Waszyngton, nie Oziorsk w obwodzie czelabińskim jest autorce bliższy. Wystarczyłoby bowiem przyjrzeć się systemowi budowy moskiewskiego metra żeby przekonać się, że to nie lokalizacja inwestycji przesądzała o zastosowaniu prymitywnych narzędzi budowlanych czy o wykorzystaniu niewolniczej siły roboczej (w tym głównie z radzieckiego systemu obozów pracy przymusowej). Parafrazując klasyczkę -- taki tam wówczas mieli klimat. Dla jasności -- punkty do dyskusji nie są tożsame z podważaniem przeze mnie pracy autorki. Wręcz przeciwnie, jestem pełen podziwu dla pracy, którą wykonała przygotowując tę publikację.

Niejako odcinając się od zarzutu zrównywania dwóch przeciwników zimnowojennej konfrontacji (s. 15) K.Brown pokazała, że w określonych warunkach system sprawowanych w kraju rządów można delikatnie zepchnąć na drugi plan. Brzmi jak uzupełnienie -- lub może bardziej post scriptum -- do parafrazy słynnej myśli Alexisa de Tocqueville'a, że nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy. Tym razem jednak nie chodziło o zdobycie dodatkowych środków, ale ich pompowanie w olbrzymie przedsięwzięcia atomowe. Bez liczenia się z kosztami, nie tylko aspekcie finansowym.
DeGooyer nauczono, co ma robić, ale nie wytłumaczono, czemu to służy. Zwierzchnik poinformował ją, że chemikalia, z którymi pracuje, są niebezpieczne, nie wspomniał jednak o radioaktywności. Nie chciał również, żeby kobiety pracowały w rękawiczkach, ponieważ wpływałoby to negatywnie na ich precyzję. DeGooyer domyśliła się stopnia zagrożenia, obserwując zachowanie zwierzchników. Opowiadała, jak chemicy "z dyplomami uniwersyteckimi" podchodzili do drzwi, żeby dać im nowe wzory.
- Nie wchodzili do środka - wspominała. - Stawali za drzwiami, podawali kartkę przez próg i uciekali. [s. 72]
Inżynierowi ocenili, że potrzebują około roku na demontaż i naprawę reaktora. Beria dał im dwa miesiące. (...) Beria i Wannikow polecili, żeby zamiast marnować cenny uran, robotnicy rozładowali pręty reaktora ręcznie, wyszukali pręty z pękniętymi koszulkami i resztę załadowali ponownie. (...) W ciągu pierwszych trzydziestu czterech dni 1949 roku Kurczatow i jego podwładni wyładowali i załadowali trzydzieści dziewięć tysięcy prętów uranowych. [s. 171]
Dwa atomowe miasta -- Richland i Oziorsk -- miały w historii opowiedzianej przez autorkę ze sobą wiele wspólnego. Oba były zamieszkiwane przez ludzi, którzy perspektywy swoich pobratymców stanowili elitę narodu i żyli w cieplarnianych warunkach (choć w perspektywie katastrof nuklearnych może nie być to najszczęśliwsze sformułowanie...). Rzeczywistość obu miast stanowiła wyłom w społeczno-polityczno-ekonomicznej sytuacji danego kraju: Richland jako północnoamerykańskie miasto bez samorządności, prywatnej własności i wolnego rynku, Oziorsk jako radzieckie miasto z bardzo dobrą opieką socjalną, mieszkaniami w ciągu roku dla nowożeńców, dostępnymi samochodami dla mieszkańców, wysokimi płacami i pełnymi półkami. Oba miasta -- jako specyficzne jednostki osadnicze -- wykształciły wokół siebie system powiązań z otoczeniem (otaczającymi je innymi jednostkami osadniczymi), w których żyli ci biedniejsi, zepchnięci na margines, niebadani -- na których skumulowała się znakomita część ubocznych efektów działalności atomowych zakładów.
Jezioro było gorące w dwóch znaczeniach: wielkimi rurami wpływała do niego woda o wysokiej temperaturze i silnie radioaktywna. Ponieważ jezioro nie zamarzało, żołnierze kompali się w nim i robili pranie. Przebywając w jeziorze albo nad jego brzegiem, w ciągu godziny przyjmowali roczną dawkę radiacji. [s. 321]
Pracownicy dokonywali zaskakujących odkryć, takich jak zakopany wagon kolejowy ze skażonymi zwłokami zwierząt laboratoryjnych, magazyn ze zużytymi pieluchami i gleba tak silnie skażona, że jej kontakt ze skórą mógł zabić. [s. 433]
Książka -- wydana po raz pierwszy w 2013 r. (polskie wydanie: 2016 r.) -- w przypadku obu historii kończy się na współczesności. Nie oznacza to jednak zamknięcia historii. Historia związana z działalnością zakładów takich jak Hanford i Majak będzie się za nami jeszcze długo ciągnęła. W latach 90. XX wieku Litowski (В.В. Литовский, http://techa49.narod.ru/) na terenach zalewowych Tieczy
(...) przystawił do trawy licznik, który pokazał osiemset dwadzieścia mikrorentgenów na godzinę, więcej niż koło reaktora w Czarnobylu po wybuchu. [s. 289]
Zaledwie w zeszłym tygodniu (29 listopada br.) zniszczony w 1986 r. reaktor elektrowni w Czarnobylu został we wtorek zabezpieczony nową konstrukcją, arką, która ma go izolować co najmniej przez następne 100 lat [4]. Głośna katastrofa elektrowni jądrowej Fukushima I to 2011 r. [5] Nie za dużo wiemy o katastrofie kysztymskiej z 1957, prawda...?
Źródłem wybuchu był podziemny zbiornik ze skażonymi odpadami radioaktywnymi, które się przegrzały i spowodowały eksplozję, wyrzucając położoną siedem metrów pod powierzchnią stusześćdziesięciotonową betonową pokrywę na wysokość dwudziestu trzech metrów. [s. 342]

Poleca się:
  • Polecam odsłuchanie odcinka audycji "Trójkowy znak jakości", w której Michał Nogaś opowiadał o "Plutopii". Trzeba tylko przebnąć przez wymianę zdań na temat systematyki chrząszczy (nagranie ze Szczebrzeszyna). Niestety w audycji nie ma zbyt wiele informacji o książce, można za to posłuchać jej fragmentów w wykonaniu M.Nogasia.

Źródła:
[1] Wersja elektroniczna felietonu opublikowanego w Crème de la Kreml na s. 389-391: Rosyjskie miasta skazane na śmierć, 8 sierpnia 2015.
[2] Aleksandr Isajewicz Sołżenicyn, Archipelag GUŁag 1918-1956. Próba dochodzenia literackiego, wydanie poprawione (dodruk), tom 1, cz. 2, s. 543, wydawnictwo Rebis, Poznań 2014.

Uzupełniając, bo się czegoś doszukałem: sam termin monomiast u Sołżenicyna się nie pojawia, ale wątek Oziorska (Czelabińsk-40 -- Челябинск-40) jak najbardziej.
Czebotariow: (...) ostatni z jego obozów należał to kategorii supertajnych. Wchodził w skład grupy obiektów "atomowych" - Moskwa-10, Tura-38, Swierdłowsk-39, Czelabińsk-40. [tom 2., cz. 3, s. 364]
[3] Gdyby ktoś chciał pooglądać lub poczytać nieco więcej na temat (rosyjskich) miast zamkniętych można zajrzeć na blog skierowanego na wschód biura podróży Wadi to kategorii "zamknięte". Za trud zebrania tego materiału w jednym miejscu należy im się drobna reklama.
[5] Mam świadomość tego, że Fukushima to kwestia katastrofy naturalnej (tsunami spowodowane trzęsieniami ziemi). Nie zmienia to jednak w niczym faktu tragedii nuklearnej w tamtej części świata (swoją drogą: podobno Ganbare! Warsztaty umierania Katarzyny Boni to dobra lektura). Po lekturze Kate Brown patrzy się jednak inaczej na zapewnienia, że ilość uwolnionego materiału promieniotwórczego wynosiła ok. 10% tego, co zostało uwolnione w trakcie katastrofy w Czarnobylu. Tym bardziej, kiedy w materiale na temat ewakuacji z promienia 30 km od elektrowni czyta się o braku zagrożenia, zaś sama ewakuacja powodowana jest troską o "poprawie jakości życia" (Wojsko USA dostarczy wodę do chłodzenia reaktorów, 25.03.2011, materiał PAP).

Książka:
Kate Brown, Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne (ang. Plutopia: Nuclear Families, Atomic Cities, and the Great Soviet and American Plutonium Disasters), tłumaczenie: Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016. ISBN: 978-83-8049-331-5.

niedziela, 27 listopada 2016

Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy

Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy wyniosłem z łódzkiego Niebostanu. W zasadzie to było tak, że czekając na zamówioną kawę zapałałem gorącym uczuciem do kilku przeczytanych na szybko zdań -- i w efekcie zamiast samej kawy wyniosłem też książkę.

Oczami wyobraźni widziałem książkę Oty Filipa jako kapitalne uzupełnienie dla przeczytanego w sierpniu cyklu reportaży Mileny Jesenskiej Ponad nasze siły. Czesi, Żydzi i Niemcy. Wybór publicystyki z lat 1937-1939. Całość niestety nie sprostała wysoko postawionym oczekiwaniom. W kilku miejscach spotkałem się z porównaniami Wniebowstąpienia Lojzka Lapaczka do Blaszanego bębenka Güntera Grassa. Aleksander Kaczorowski pod koniec lutego 2006 r. pisał

Powieść Oty Filipa to czeska odpowiedź na "Blaszany bębenek" Güntera Grassa. Od pierwszych stron widać, że autor pozazdrościł sukcesu niemieckiemu nobliście i postanowił upichcić ostrawski odpowiednik jego gdańskiej epopei. [1]
O tej teorii napomknęła również Agnieszka Wilczyńska w tekście Tygiel Śląskiej Ostrawy we Wniebowstąpieniu Lojzka Lapaczka... Oty Filipa [2]. Być może teoria zaczęła już żyć własnym życiem. O ile jednak o Blaszanym bębenku już kiedyś zapewne słyszeliście, o tyle o sympatycznym Lojzku ze Śląskiej Ostrawy raczej nie. Cóż, Ota Filip nie popełnił dzieła wiekopomnego, ale dla tzw. momentów (oraz dla zdobycia kilku dodatkowych punktów w kategorii: znajomość literatury czeskiej) warto po książkę sięgnąć.

Osią książki są losy graczy lokalnego zespołu piłkarskiego FC Morawska Ostrawa. W drużynie tej jak w soczewce kumulują się wszystkie zawirowania w rzeczywistości. Choć drużyna stanowi istny tygiel, to jest to rzecz dla wielu mieszkańców Ostrawy najważniejsza. Dla głównego bohatera -- Lojzka -- w szczególności. Całe jego życie, od momentu urodzenia, związane zostało z tą drużyną.

Aha, zapamiętaj jeszcze jedno: zawsze i wszędzie, gdzie tylko się o coś grało, na boku obowiązywały żelazne reguły! Imperia upadały, giganci historii odchodzili w zapomnienie, rewolucje zmieniały ludzi albo i na odwrót, ale wbij sobie do łba: w sporcie wszystko zostało po staremu! [s. 403]
Całość narracji lawiruje między zdarzeniami realnymi a światem nadprzyrodzonym (m.in. dzięki paranormalnym zdolnościom Lojzka Lapaczka, który rozmawia ze zmarłymi czy unosi się nad miastem). Choć -- tak między nami mówiąc -- do "deliryczno-barokowego" stylu z Pod mocnym Aniołem Jerzego Pilcha bardzo dużo brakuje. Mimo tego, że widzimy kolejne wydarzenia z tzw. historii globalnej (o ile poprawnie użyłem tego określenia), które determinują życie mieszkańców Śląskiej Ostrawy, wiele razy mamy do czynienia z zaburzeniem kontinuum czasoprzestrzeni. Stoi za tym filozofia opisywania tego, co wokół / tego, co otacza.
Rzecz jasna mógłbym powiedzieć od razu, że dr Staniolowski skończył źle, lecz byłoby to tylko stwierdzenie faktu, a mój osobisty pogląd jest taki, że z faktami za wiele zrobić się nie da. Znacznie ciekawsze są prowadzące do przesilenia okoliczności i smaczki. [s. 307]
Ciekawym punktem do rozmowy o tej książce może być kwestia "trywializowania" konfliktów -- o ile z takim określeniem P.T. Czytelnik / Czytelniczka byłby skłonny / byłaby skłonna się w ogóle zgodzić (sam mam co do niego mieszane uczucia). W książce między poszczególnymi bohaterami czuć nieustające napięcie, które od czasu do czasu przeradza się w otwarty konflikt (wplątując życie lokalnej wspólnoty w koła toczącej się, wielkiej historii). Jednakże nawet bardzo dramatyczne wydarzenia opowiedziane zostały z dużym dystansem. Ich groza została wyciszona. Tak jak w przypadku linczu na Karolu Müllerze w czasie demonstracji, na której krzyczane przez demonstrantów hasło Nieder mit der Kamarille! (pozbawione większego znaczenia) przekształciło się w Nieder mit Karol Müller! i stało się przyczyną linczu (s. 380-381). Podobnie rzecz się ma z tragikomiczną historią demonstracji politycznej dr Staniolowskiego, który postanowił -- w manifestacji poglądów politycznych -- zrzec się czechosłowackiego obywatelstwa, przyjmując polskie. Stanął na granicznym moście w Śląskim Cieszynie, nie mogąc przejść na stronę polską (nieczuli na jego patriotyczne uniesienia strażnicy graniczni żądali od niego ważnego paszportu lub przynajmniej zaświadczenia z polskiej ambasady w Pradze), ani nie mogąc się wrócić na stronę czeską (my ho nie chceme, był antipanstwowy, tak ho wam dawame. To Polak, wasz człowiek!, s. 230). Finał tej historii to skok z mostu zdesperowanego dr Staniolowskiego i całkowita obojętność obu pograniczników.

Pan dr Staniolowski przekroczył barierkę i skoczył do wezbranej Olzy.
- Hej, ty! - krzyknął czeski celnik na polską stronę. -Dej swietlo na most, zda se mi, że skoczil do rżeki!
Po polskiej stronie ktoś włączył silną latarkę.
- Chuj z nim, pewnie się utopi! - krzyknął z mroku celnik z polskiego brzegu.
- Tak idieme spacz! - odrzekł mu głos z czeskiej wartowni.
- Już go nie ma na moście, to co, mamy to gdzieś, dobranoc - odpowiedział ktoś po polsku. [s. 233]
Konflikty narodowościowo-etniczne wybuchały w zasadzie w każdej relacji między Polakami, Czechami, Żydami i Niemcami. Z jednym zastrzeżeniem -- strona żydowska była często obiektem ataku pozostałych trzech nacji (jak w przypadku konfliktu o towarzystwo śpiewacze Słowik)

Podczas pierwszej rozprawy wiosną roku jeden tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego przed sądem wojewódzkim w Morawskiej Ostrawie doszło kolejno do trzech prowokacji: niemieckiej, polskiej i czeskiej. Policja zbaraniała. [s. 227]

Co ciekawe, Agnieszka Wilczyńska we wspomnianej wcześniej recenzji książki [2], zwróciła uwagę na te same momenty co ja (historia dr Staniolowskiego z mostem, kłótnia gazet o towarzystwo śpiewacze Słowik). Jak na książkę mającą prawie 600 stron jest to dość znamienne (w kontekście uwagi o tzw. momentach i jej całościowej oceny). Ma momenty, ale nie wciąga.

Zmorzony czarną kawą z rumem Ludwa po raz pierwszy uzewnętrznił swój narastający cynizm, co - jak gdzieś słyszałem - jest zjawiskiem towarzyszącym intelektualizacji osobowości. [s. 361]

Dwie rzeczy na koniec dla Czechofilów.

Po pierwsze: poleca się wywiad Tomasza Leszkowicza z Michałem Przeperskim, opublikowany 10 października br. na wortalu Histmag.org: Śląsk Cieszyński jak beczka prochu. Rozmowa związana jest z ukazaniem się w październiku nakładem Wydawnictwa Literackiego książki M.Przeperskiego Nieznośny ciężar braterstwa. Konflikty polsko-czeskie w XX wieku. Postaram się kiedyś do tego sięgnąć.

Po drugie: w 1994 r. Czechach wyświetlany był serial telewizyjny w reżyserii Otakara Koseka, którego fabuła oparta jest na książce Oty Filipa: Nanebevstoupení Lojzka Lapáčka (7 odcinków po 50 minut każdy). Polski Filmweb w ogóle o tym nie wspomina.

Źródła:
[1] Aleksander Kaczorowski, Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy , Ota, Filip, wyborcza.pl, 20 lutego 2006 r. [dostęp: 23 listopada 2016]
[2] Agnieszka Wilczyńska, Tygiel Śląskiej Ostrawy we Wniebowstąpieniu Lojzka Lapaczka... Oty Filipa, Młodsza Europa. Portal Europy Środkowo-Wschodniej, 12 grudnia 2010 (dostęp: 12 października 2016).

Książka:
Ota Filip, Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy (cz. Nanebevstoupení Lojzka Lapáčka ze Slezské Ostravy), z czeskiego przełożył Jan Stachowski, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2005. ISBN: 83-7391-483-8.

wtorek, 22 listopada 2016

Crème de la Kreml

Notatka o książce Oty Filipa Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze śląskiej Ostrawy rodzi się w ogromnych bólach -- widocznie nie mam ręki (lub serca) do beletrystyki. Nakreślę zatem kilka słów na temat innej publikacji, którą pochłonąłem w tak zwanym międzyczasie (tutaj ukłony dla O.B., która mi tę książkę dostarczyła).

Crème de la Kreml to zbiór felietonów Wacława Radziwinowicza, opublikowanych na przełomie lat 2012-2016. Chronologicznie ostatni z nich -- pełniący rolę wstępu -- datowany jest na 18 lutego 2016 r. Felietony te rzadko przekraczają swoją długością 2-3 strony (tylko kilka z nich jest nieznacznie dłuższych), co sprawia, że książkę można wziąć w ręce zarówno w czasie długiego, jesiennego wieczoru, jak i w czasie krótkiej przerwy na kawę.

Warto na samy początku wspomnieć o tym, co właściwie oznacza zawarte w tytule słowo "kreml". Otóż "kreml" (ros. кремль) to nazwa warownego grodu lub twierdzy, która była sytuowana w obrębie ruskich miast i stanowiła siedzibę [lokalnych] władców. Dziś najsłynniejszy jest oczywiście kreml w Moskwie (Московский Кремль), dzięki któremu bez problemu skojarzymy to rosyjskie słowo (choć czasami błędnie utożsamiamy je tylko z tym jednym miejscem). Jednak właśnie to szersze znaczenie słowa "kreml" pozwoli P.T. Czytelnikowi / Czytelniczce zrozumieć ideę książki Radziwinowicza. Crème de la Kreml to słodko-gorzka i śmieszno-straszna opowieść o społeczno-politycznej rzeczywistości Federacji Rosyjskiej. O władzy (w jej najróżniejszych mutacjach -- choć przeważnie jednym odcieniu), o zmaganiu się z władzą i o zmaganiu się z jej koncepcjami na bohaterskie rozwiązywanie problemów. Często przez nią samą stworzonych. Wszystko to okraszone sporą dawką humoru (a przynajmniej przymrużonego oka) i dobrym, reporterskim językiem.

W chwilach spojrzenia na otaczającą mnie rzeczywistość (mutatis mutandis), czytanie Radziwinowicza było bliskie śmiechowi przez łzy. Idée fixe związana z ciągłym wyszukiwaniem zdrajców narodu (str. 152), tworzenie informacyjnego monolitu propagandowego (str. 176), pomysły na państwowego, konkurencyjnego "Windowsa" (s. 199) -- nie wydaje mi się to wszystko aż tak bardzo odległe.
Dziś wciąż są cztery federalne kanały i nadal na każdym słyszy się dokładnie to samo. Wieczorem na NTW o godz. 19.00 główny program informacyjny "Siegodnia" ("Dzisiaj") codziennie powtarza: "Banderowcy, naziści, junta, faszyści, przestępcy wojenni, amerykańscy poplecznicy zbrodniarzy". O godz. 20.00 pałeczkę przejmuje główna, bo państwowa, Rossija 1, rozpoczynając swoje "Wiesti" ("Wieści"). Te same słowa, te same zdjęcia. Godzinę później déjà vu na Kanale 1, w programie "Wriemia" ("Czas"). O 22.00 znany w treści maraton informacyjny toczy się już na antenie TWC i jego "Sobytii" ("Wydarzeń"). Wielu Rosja, co zrozumiałe, co wieczór przykleja się do telewizora i w ogromnych emocjach ogląda wszystkie cztery dzienniki telewizyjne. Co najmniej 80 proc. audycji poświęcają one wyłącznie Ukrainie. "Skrzynka" codziennie aplikuje narodowi cztery godziny nienawiści odmieniając przez wszystkie przypadki epitety: "banderowcy", "naturalni faszyści", "zwyczajne ludobójstwo". W tych czterech godzinach nie ma ani jednego głosu przedstawicieli Kijowa. Najwyżej pojedyncze frazy, krótkie fragmenty wywiadów udzielonych innym mediom, natychmiast opatrzone wrogim komentarzem lektora. [Ofiary zombi-skrzynki, czyli godziny nienawiści, s. 176]
Całkiem znajoma wydaje mi się również rosyjska "dekretologia" -- filozofia, zgodnie z którą prawem i sankcjami można wszystko nastawić. Autor opowiada o dekrecie nr 436 "O obronie dzieci przed informacją wyrządzającą szkodę ich zdrowiu", zgodnie z którym "Calineczka" niosła treści pedofilskie, prowadzące dzieci na manowce rozmyślań o dopuszczalności związku osób niedojrzałych z dojrzałymi aż nadto (str. 303). Jest też felieton związany z regulowaniem matiernego jazyka (матери́ть - przeklinać). Potrzeba cenzurowania miałaby dotknąć nawet fragmentu "Wojny i pokoju" Lwa Tołstoja za słowa dupa, wilka przesrali (s. 156-157).

Forma felietonu rządzi się swoimi prawami. Publikacja nie pretenduje do miana kompleksowego opracowania tematu (w zasadzie -- jakiegokolwiek, bo formuła 172 odrębnych tekstów powoduje, że co i rusz P.T. Czytelnik / Czytelniczka przerzucany /-a jest nas na inną flankę). Brakuje też -- co w zasadzie jest oczywiste -- przypisów, dlatego jeśli ktoś chciałby weryfikować podawane przez Wacława Radziwinowicza informacje, czeka go naprawdę dużo pracy. Istota felietonu narzuca też nie tylko lekką formę, ale również mocno subiektywne (osobiste) spojrzenie na każde zagadnienie. Biorąc do ręki tę książkę trzeba mieć tego pełną świadomość. Nad Radziwinowiczem warto się jednak pochylić. Przepuścił on w swych felietonach Rosję -- jak to ujął Dmitrij Muratow -- przez swoje serce i umysł. Efekt jest całkiem dobry.

Książka:
Wacław Radziwinowicz: Crème de la Kreml. 172 opowieści o Rosji, wyd. Agora S.A, Warszawa 2016. ISBN: 978-83-268-2333-6.

piątek, 16 września 2016

Miasta wyśnione

Książkę Wade'a Grahama Miasta wyśnione wygrzebała oraz dostarczyła do Łodzi warszawsko-łódzka Kasia (ukłony po raz wtóry). Pierwsza moja refleksja związana z tą książką -- jeszcze przed jej przeczytaniem -- dotyczyła tego, jak szybko polski czytelnik ma możliwość zapoznawania się z nowościami wydawniczymi z zakresu urbanistyki. Skojarzenie z Życiem między budynkami Jana Gehla było nie do odparcia. Po kilku miesiącach od premiery (26 stycznia 2016) można było mieć już w rękach jej polskie wydanie.

Praca Wade'a Grahama ma zresztą z Życiem między budynkami J.Gehla kilka punktów stycznych.

Po pierwsze obie te książki -- choć przekazują spory zasób wiedzy -- są de facto publikacjami popularyzatorskimi. O ile jednak teorie głoszone przez duńskiego urbanistę -- dziś już w wielu miejscach zachodniej Europy oswojone i dyskutowane ze spokojem -- opublikowane zostały w Life Between Buildings: Using Public Space w 1971 r., o tyle popularyzacja w wydaniu Wade'a Grahama ma już charakter rekapitulacji.

[żeby lepiej uzmysłowić P.T. Czytelnikom i Czytelniczkom, czym były poglądy Gehla w 1971 r. pokażę jedynie jak w latach 60. XX wieku postrzegano Kopenhagę -- miasto będące dziś światową mekką rowerzystów]

Źródło: peopleforbikes.org
Popularyzatorska forma publikacji -- zamiast eksperckiego slangu -- może pozytywnie wpłynąć na wzrost świadomości urbanistycznej w społeczeństwie (oczywiście jedynie w tej jego części, która jeszcze chce czytać i po tę książkę sięgnie). Jest bowiem prawdopodobne, że ta powszechna (nie ekspercka!) świadomość nie ma za bardzo pożywki intelektualnej do wzrostu. Żeby zastosować jedynie "kryterium Wikipedii" (jako swego rodzaju próbnik "świadomości lokalnej", z całą -- nomen omen -- świadomością jego niedoskonałości): polskojęzyczny czytelnik tej uczniowskiej i studenckiej skarbnicy wiedzy bez znajomości języków obcych nie będzie miał okazji zapoznać się z postacią Roberta Mosesa, którego wpływ na współczesny obraz Nowego Jorku porównywany jest czasami do wielkiej przebudowy Paryża autorstwa Georgesa Haussmanna. Za to o Miley Cyrus może dowiedzieć się z Wikipedii prawie wszystkiego.

Tak na boku: dla tych, którzy chcieliby poczytać o R.Mosesie polecam -- poza sięgnięciem po Miasta wyśnione -- po artykuł Macieja Świderskiego Paradoks Roberta Mosesa (kwartalnik Rzut, zima-wiosna 2015).

Po drugie obie książki (Miasta wyśnione oraz Życie między budynkami) łączy pewna nić porozumienia jeśli chodzi o koncepcje urbanistyczne, których zwolennikami są ich autorzy. Z tym że znowu -- o ile Życie między budynkami było wyraźną, ideologiczną deklaracją autora, o tyle poglądów reprezentowanych przez Wade'a Grahama domyślam się z treści publikacji. Pomijając to, że i mi bliżej jest to koncepcji wspieranych przez Gehla i Grahama, wyczułem pewną nierówność w relacjach między częściami poświęconymi Jane Jacobs a tymi, gdzie głównymi bohaterami są wspomniany wcześniej Robert Moses czy też jego ideologiczny guru Le Corbusier. Chyba nie muszę dodawać, które postacie w tej bajce o wyśnionych miastach grają rolę "czarnych charakterów" /swoją drogą to całkiem ciekawe, że w opisywanych w książce koncepcjach nie znalazło się miejsce na teorie J.Gehla/.

Przyjęta linia światopoglądowa (która -- co chciałbym z całą mocą podkreślić -- wynika nie z manifestu ideologicznego W.Grahama, ale z moich odczuć po lekturze jego książki) skutkuje tym, że książce w zasadzie nie znajdziemy krytyki podejścia, które nie jest jakąś emanacją modernizmu lub związanego z nim zjawiska eksurbanizacji. Albo inaczej: krytyka taka występuje w ilościach śladowych i przejawia się głównie w formie przytaczanych zarzutów o "archaiczne podejście do tworzenia miast", "konserwowanie rzeczywistości" lub tym podobnych, niewiele wnoszących zwrotów. Niewielka siła rażenia. Inna rzecz, że znalezienie sensownej polemiki z tezami Jana Gehla -- googlując w języku angielskim -- nie jest rzeczą łatwą. W języku polskim nie nastręcza to trudności, choć i tutaj nie ma zbyt wielu dłuższych polemik [1]. Być może jest to rzeczywiście najlepsza wizja tworzenia miast, jaką dotychczas udało się nam wypracować (i piszą o całym nurcie nowego urbanizmu, nie o poglądach jednego z jego przedstawicieli).

Nawiązując zresztą do wspomnianego nurtu "nowego urbanizmu" warto zauważyć, że tytułem książki >Miasta wyśnione< można się trochę pobawić. Z jednej strony przełożenie jest proste i zawarte w podtytule siedem wizji urbanistycznych, z których każda stanowiła "sen o mieście idealnym", którego celem była odpowiedź na /niemal/ wszystkie braki, które udało się zdiagnozować śniącym. Inna sprawa, że czasami ten zrealizowany sen przeradzał się w prawdziwy koszmar tych, którym przyszło się z nim zmagać w zrealizowanej rzeczywistości. Z drugiej jednak strony P.T. Czytelnik / Czytelniczka być może zauważył/-a drobny szczegół na str. 221, gdzie autor opisując zrealizowaną przez The Walt Disney Company jednostkę osadniczą Celebration na Florydzie mimochodem wspomina, że pierwotna nazwa tego projektu to właśnie Dream City. Miasto zbudowane od podstaw przez Walt Disney'a jako tzw. census-designated place miało realizować główne założenia nowego urbanizmu, czyli -- w największym skrócie -- stanowić przykład antymodernizmu.
Nieruchomości w Celebration sprzedawały się i wynajmowały - w centrum miasteczka były apartamenty - w mig. Po drodze wyszło kilka problemów: tereny należące do Disneya były znacznie oddalone od znakomitej większości potencjalnych stanowisk pracy i sklepów w tej okolicy, co wymuszało częste korzystanie z samochodów - wysokie ceny domów (średnia cena domu w Celebration była dwa razy wyższa niż w aglomeracji Orlando w 1997 r.) jeszcze bardziej zaogniły ten problem, zmuszając wielu małżonków do podjęcia pracy, żeby umożliwić sobie spłatę kredytu hipotecznego, jeszcze bardziej zwiększyły ruch samochodowy. [s. 221-222]

Miasto wyśnione czyli nie do końca realne? Nie idealne, tylko nie spełniające wszystkich pokładanych w nim nadziei? A może po prostu zwykły "wypadek przy pracy"? Ewentualnie tworzenie wizji w oderwaniu od rzeczywistych możliwości ich realizacji?

Na koniec dwa dodatkowe powody, dla których warto sięgnąć po Miasta wyśnione.

Pierwszy z nich to szerokie omówienie kwestii centrów / galerii handlowych, pokazujących genezę zjawiska w zasadzie od początku jego funkcjonowania, dodatkowo umieszczając zjawisko centrów handlowych w zmieniających się na przestrzeni lat trendach urbanistycznych i architektonicznych.

W 1784 roku ówczesny książę Ludwik Filip II, poszukując dla siebie źródeł dochodu, otworzył w odnowionym pałacu i na jego terenach kompleks handlowo-rozrywkowy ze sklepami, salonami, kawiarniami, galeriami, teatrami, księgarniami, barami i burdelami, a także dziedzińcem, alejami, fontannami i ogrodami, gdzie można się było przechadzać. Było to pierwsze na świecie zintegrowane centrum handlowe. [s. 234]
W długiej opowieści o migracji centrów handlowych na obrzeża miast [2], które w dużej mierze umożliwiły białej Ameryce przenosiny na przedmieścia (s. 253) a później o ich stopniowym powrocie do zdegradowanych śródmieść w ramach ich rewaloryzacji autor zupełnie przemilczał kwestię tego, co z tymi śródmieściami działo się (lub mogło się dziać) po takim zabiegu. Mam wrażenie, że Wade Graham potraktował sam fakt "powrotu do miasta" jako wartość samą w sobie bez nakreślenia szerszego kontekstu (do tego podpierając się nieodzownym autorytetem Jane Jacobs; por. s. 297).

[Centra handlowe - JG] Udowadniają, że architektura konsumencka może równie łatwo tchnąć nowe życie w istniejące miasta jak je wypatroszyć, zachęcając do ucieczki na przedmieścia. [s. 281]
Być może jest to jakaś różnica między północnoamerykańskim a polskim doświadczeniem "okresu transformacji ustrojowej", które podpowiada, że proces patroszenia śródmieścia miasta może być wynikiem nie tylko ucieczki na przedmieścia (suburbanizacja), ale także lokowaniem w tych śródmieściach tworów wysysających z nich kapitał. Architektura konsumencka w formie galerii handlowych może nie tyle dawać życie centrom miast, co wyciągać z nich pozostałą resztkę życiowych soków.

Drugi (z dwóch ostatnich powodów) dla których warto sięgnąć, to ostatni rozdział Habitaty. Kenzō Tange, Norman Foster i miasto techno-ekologiczne, który otworzył mi oczy na zjawisko metabolizmu (japońskiego stylu architektonicznego). Chociaż większość projektów nie została zrealizowana zaś te, które udało się zrealizować były albo zbyt drogie (jak Habitat 67 Moshe Safdie'a), albo ich idea nie wytrzymała próby czasu (jak Nakagin Capsule Tower Kisho Kurokawy [3]), to jednak śmiała idea futurystycznej architektury do dzisiaj krąży i znajduje zastosowanie w miejscach, do których młodzi Japończycy chcieli dotrzeć na początku drugiej połowy XX wieku.

Zresztą laureaci Nagrody Pritzkera -- wśród nich jak dotychczas tylko jedna kobieta, zmarła niedawno Zaha Mohammad Hadid -- są najlepszym dowodem na to, że tylko śmiałe wizje architektoniczne są w cenie.

Zakończę jednak Andrésem Duanym
Jesteśmy gotowi złożyć architekturę na ołtarzu urbanizmu [...], gdyż bez dobrego projektowania urbanistycznego architektura nie ma sensu [s. 223]
...dodając od siebie (poprawiając mistrza?), że śmiem wątpić w istnienie dobrego urbanizmu bez dobrej architektury.

Przeczytaj także:
- Życie między budynkami, tekst dot. książki Jana Gehla z 21 listopada 2013 r.

Źródła:
[1] Jednym z łatwiejszych do znalezienia tekstów jest tekst Edwina Bendyka Kuba Snopek: Nie przepadam za Janem Gehlem, opublikowany na blogu Polityki. Swoją drogą: jak bardzo charakterystyczne jest to, że jego autor przywołuje postać Kuby Snopka, "urbanisty, wykładowcy moskiewskich Instytutu „Strelka” i (Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych)"?
[2] Długi proces przełamywania dominacji śródmieść rozpoczął się w drugiej dekadzie XX wieku od stacji benzynowych. Ich właściciele stopniowo dokładali do dystrybutorów paliwa nowe artykuły i usługi, tworząc "superstacje", s. 245.
[3] Zobacz wpis dot. Nakagin Capsule Tower z 11 września 2011 r. na Failed Architecture.W tym tekście jest podlinkowana relacja dwójki portugalskich architektów (Any Luisy Soares oraz Filipa Magalhãesa), którzy mieli okazję mieszkać przez rok w Nakagin Capsule Tower.

Książka:
Wade Graham, Miasta wyśnione. Siedem wizji urbanistycznych, które kształtują świat (ang. Dream Cities: Seven Urban Ideas That Shape the World), przekład: Anna Sak, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016. ISBN: 978-83-65271-22-8.

poniedziałek, 5 września 2016

Rzeźnia numer pięć

Można powiedzieć, że moja historia z książką Kurta Vonneguta zaczęła się w lutym 2015 r. w londyńskiej Tate Gallery (dokładniej rzecz ujmując: w Tate Modern). Jedną z prac tam prezentowanych był plakat Adama Broomberga i Olivera Chanarina Everything was Beautiful. Gdyby nie to, że prawie 250 zł za plakat to dla mnie całkiem sporo, jego kopia od dawna wisiałaby w jakimś ważnym punkcie mojego mieszkania.

 
Zdjęcie anioła patrzącego z drezdeńskiego Rathausu na ruiny zbombardowanego przez aliantów miasta (siły RAF i USAAF) z 1945 r. stało się jednym z symboli bestialstwa II wojny światowej. Zaledwie dwudniowy nalot bombowy (noce z 12. na 13. i z 13. na 14. lutego 1945 r.) pochłonął prawie 25 tysięcy ofiar, głównie cywili.
W nalotach, skoncentrowanych na starym mieście użyto przede wszystkim bomb zapalających. Pożary wywołały burzę ogniową, która zniszczyła miasto. Całkowitemu zniszczeniu uległ obszar ok. 39 km². Straty ludzkie szacowane są na ok. 22,7 tys. do 25 tys. zabitych. Specjalna komisja powołana przez władze Saksonii do ustalenia dokładnej liczby ofiar bombardowania zakończyła pracę w roku 2011, ogłaszając, że ostatecznie ustalona liczba ofiar nie przekroczyła 25 tys. [1]
(...) w Dreźnie według różnych danych przebywać mogło wówczas nawet do 400 tys. uchodźców oraz robotników przymusowych z terenów okupowanych. (...) Obecność tak dużej liczby uchodźców i robotników przymusowych w mieście wynikała stąd, że Drezno uchodziło za miasto bezpieczne z racji położenia w głębi kraju oraz braku obiektów o dużym znaczeniu strategicznym. Działa przeciwlotnicze Niemcy przenieśli na front, zostawiając miasto bez obrony. [1]
Na zdjęcie zbombardowanego Drezna Adam Broomberg i Oliver Chanarin nanieśli zdanie (cytat z Rzeźni numer pięć), które -- wnioskując po wynikach poszukiwań profesora Googla -- już na stałe weszło do światowego kanonu popkultury, jednocześnie zupełnie odrywając się od swojego źródła.


Powieść Vonneguta, klasyka literatury antywojennej, napisana jest w charakterystyczny sposób -- krótkie "rozdziały" i zdania w połączeniu z ciągłym krążeniem bohatera w czasie (wypadanie z czasu) nadają jej dynamiczny i nielinearny charakter. Jeżeli tego byłoby mało, autor wciąż się bawi, mieszając fikcję literacką z  rzeczywistością, wciągając czytelnika w nietypową grę. Z jednej strony w postaci Billy'ego Pilgrima bez trudu odnajdujemy alter ego autora (urodzony w 1922 r., wysłany na wojnę dostaje się do niemieckiej niewoli, gdzie przeżywa bombardowanie Drezna w podziemnej chłodni, wykutej w litej skale pod budynkiem rzeźni /s. 138/ --Schlachthof-fünf), z drugiej zaś strony sam pisarz bezceremonialnie wtrąca się w kilku miejscach do prowadzonej narracji.

Billy'emu przyszła do głowy dziwaczna myśl, od której aż się wzdrygnął. Pomyślał, że słowa te byłyby znakomitym epitafium dla niego. I dla mnie zresztą też. [s. 105]

W paru miejscach autor podsuwa także wyraźne kierunki interpretacyjne, zaznaczając kluczowe dla zrozumienia utworu momenty. Dzieje się tak na przykład we fragmencie, w którym biedny stary Edgar Derby odpowiada na apel Howarda Campbella Jr. (postać amerykańskiego nazisty, znana z wydanej osiem lat przed Rzeźnią powieści Kurta Vonneguta Matka noc).
W opowieści tej prawie nie ma bohaterów ani dramatycznych konfliktów, gdyż występujący w niej ludzie są albo chorzy, albo stanowią bezwolne igraszki w ręku jakichś potężnych sił. Przecież jednym z najważniejszych efektów wojny jest właśnie to, że pozbawia ludzi osobowości. Ale w tym momencie stary Derby dowiódł, że jest kimś. [s. 137]
Innym kluczowym fragmentem powieści jest moment, w której autor -- "wtrącając się" w narrację -- podaje jej motto.
Właśnie dlatego motto tej książki stanowi czterowiersz z popularnej kolędy. Billy płakał bardzo rzadko, choć często widywał rzeczy, nad którymi należałoby płakać, i przynajmniej pod tym względem przypominał Chrystusa z kolędy.

Bydło ryczy, ptactwo gdacze,
Dzieciątko się budzi,
Ale Jezus nasz nie płacze
Ani nie marudzi [s. 165]
Osoba Chrystusa jest także wykorzystana w innym miejscu powieści (do której powyższy fragment może pośrednio nawiązywać). Stworzona przez Vonneguta postać Kilgore'a Trouta -- wykorzystywana także w innych jego pracach -- to pisarz, autor książek fantastyczno-naukowych, w których zaczytuje się Billy Pilgrim. Jedną z jego prac jest Ewangelia z Kosmosu, która w swojej fabule stanowi reinterpretację historii Jezusa Chrystusa.

Brakiem wszystkich opowieści o Chrystusie, twierdził ów przybysz z Kosmosu, jest to, że Chrystus, który nie prezentował się zbyt okazale, był w rzeczywistości Synem Najpotężniejszej Istoty Wszechświata. Czytelnicy wiedzieli o tym od początku, toteż kiedy dochodzili do sceny ukrzyżowania, myśleli sobie to, co Rosewater odczytałna głos: O rany, też wybrali sobie faceta do linczowania! Za tą myślą jak cień szła inna: są inni faceci, których można linczować. Jacy? Tacy, którzy nie mają pleców. Zdarza się. [s. 94]

Tymczasem wymowa Ewangelii była taka: Zanim kogoś zabijecie, upewnijcie się, czy nie ma on zbyt mocnych pleców. [s. 94]

Wpis zacząłem od najbardziej znanego zdania z powieści Rzeźnia numer pięć, czyli słów Everything was beautiful, and nothing hurt. Nie zdziw się jednak P.T. Czytelniku / Czytelniczko, jeśli nie natrafisz na nie w swojej wersji. W egzemplarzu, z którego korzystałem, zdanie to... pominięto. Żeby się upewnić sięgnąłem do anglojęzycznej wersji utworu (niestety "z Internetów", postaram się to kiedyś skonfrontować z jakimś wydaniem papierowym). Oryginalny fragment powieści -- zgodnie ze znalezioną przeze mnie wersją -- brzmi tak:

'I heard you tell Father one time about a German firing squad.' She was referring to the
execution of poor old Edgar Derby.
'Um.'
'You had to bury him? '
'Yes.'
Did he see you with your shovels before he was shot?'
'Yes.'
'Did he say anything?'
EVERYTHING WAS BEAUTIFUL, AND NOTHING HURT
'No.'
'Was he scared?'
'They had him doped up. He was sort of glassy-eyed.'
And they pinned a target to him?'
A piece of paper,' said Billy. He got out of bed, said, 'Excuse me,' went to the
darkness of the bathroom to take a leak. He groped for the light, realized as he felt the
rough wall that he had traveled back to 1944, to the prison hospital again. [2]

W polskim tłumaczeniu Lecha Jęczmyka wszystko się zgadza. Oprócz tego jednego zdania.

- Słyszałam, jak opowiadałeś ojcu o niemieckim plutonie egzekucyjnym. Walencja miała na myśli egzekucję biednego starego Derby'ego.
- Uhm.
- Czy musieliście go pochować sami?
- Tak.
- Czy przed rozstrzelaniem widział was, jak stoicie z łopatami?
- Tak.
- Czy coś mówił?
- Nie.
- Bał się?
- Naszpikowali go środkami uspokajającymi. Był na pół przytomny.
- Czy miał przypiętą do piersi tarczę strzelniczą?
- Kawałek zwykłego papieru - powiedział Billy. Wstał z łóżka, powiedział "Przepraszam", i oddalił się w mrok łazienki, aby oddać mocz. Szukając kontatku poczuł szorstkość ściany i uświadomił sobie, że cofnął się z powrotem do roku 1944 i jest znowu w obozowej izbie chorych. [s. 105-106]
Powieść Kurta Vonneguta zekranizowano w 1972 r. (północnoamerykański film fabularny Rzeźnia nr 5 w reżyserii George’a Roya Hilla). Muszę przyznać, że całkiem sprawnie poradzono sobie z niełatwą, nielineralną fabułą. Jednak -- jak to w ekranizacji -- pominięto kilka istotnych wątków (np. wspomnianą wcześniej mowę wygłoszoną przez Edgara Derby'ego w odpowiedzi na apel Howarda Campbella Jr., s. 137) lub znacznie je spłycono (np. kwestię relacji Billy'ego z Tralfamadorczykami). Są też pewne elementy fabuły, które zostały zmienione na potrzeby spójniejszej / jaśniejszej dla widza fabuły filmu (np. w filmie E.Derby został rozstrzelany za przywłaszczenie małej, porcelanowej figurki, co rozmija się z treścią książki, ale koresponduje z resztą filmowej narracji). Ogląda się całkiem dobrze, ale -- tak między nami mówiąc -- nie wiem, na ile przesłanie filmu jest zrozumiałe dla tych, którzy nie mieli w ręce książki.

Poza ekranizacją powieści -- dla osób zainteresowanych tym aspektem historii Drezna -- mogę podrzucić wcześniejszy o dekadę polski film fabularny Dziś w nocy umrze miasto w reżyserii Jana Rybkowskiego (z góry jednak uprzedzam: do arcydzieła temu filmowi daleko).


Temat alianckich nalotów na Drezno -- mimo upływu prawie 72 lat -- nadal wzbudza emocje, zaś część podawanych na ten temat informacji (jak cytowany na samym początku fragment z polskojęzycznej Wikipedii) może nie wytrzymać próby czasu. W ramach przybliżenia P.T. Czytelnikom i Czytelniczkom polemiki dotyczącej tego wydarzenia polecam tekst Patryka Franiela, który ukazał się ponad dwa lata temu na portalu nowastrategia.org.pl pod niepozostawiającym żadnych wątpliwości tytułem: Mit i zakłamanie Drezna nocy przedwalentynkowej 1945 r. Zdarza się.

Polecam także:
Dorota Jędrzejewska: Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć. Recenzja, 6 sierpnia 2011 r.

Źródła:
[1] Bombardowanie Drezna, polskojęzyczne hasło na Wikipedii, dostęp: 01.09.2016.
[2] Slaughterhouse-fire or the Children's Crusade. A Duty-dance with Death, Kurt Vonnegut, Jr., p. 55.

Książka:
Kurt Vonnegut: Rzeźnia numer pięć, czyli Krucjata dziecięca, czyli Obowiązkowy taniec ze śmiercią (ang. Slaughterhouse-Five, or The Children's Crusade: A Duty-Dance with Death), przełożył Lech Jęczmyk, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989. ISBN: 83-06-01866-4.

środa, 31 sierpnia 2016

Robot

Beletrystykę w rękach mam niezwykle rzadko, ale jednak się zdarza. Aż sprawdziłem -- ostatnim razem to był Władca much Williama Goldinga, w okolicach stycznia tego roku.

Robot Adama Wiśniewskiego-Snerga wpadł mi w ręce -- już dość dawno temu -- zupełnym przypadkiem. Swoje na półce odleżał, ale i na niego przyszła pora. Od samego początku wiedziałem, że mam do czynienia z jakimś bardzo ciekawym egzemplarzem /i jeszcze ten zapach starej książki/. Kiedy trochę pogrzebałem w sieci okazało się, że do ręki wpadł mi prawdziwy unikat -- doskonale zachowane, pierwsze wydanie Robota z 1973 r.


Jedyne ślady użytkowania to pozostałości po Miejskiej Bibliotece Publicznej w Pabianicach, która wypuściła ten egzemplarz w ramach kiermaszu książek wycofanych (informacja z pieczątki na pierwszej stronie wraz z resztką przyklejonej niegdyś do książki karty bibliotecznej). Książka najprawdopodobniej przeleżała przez kilkanaście lub kilkadziesiąt lat na bibliotecznych półkach -- ewentualnie jej kolejni czytelnicy byli nad wyraz delikatni.



Z jednej strony wydaje się, że początek lat 70. XX wieku to żadna prehistoria książkowa (kryptoantykwariuszem domowym nie jestem, nie kolekcjonuję najstarszych okazów). Jednak numery ISBN zaczęto nadawać w Polsce dopiero (?) rok po jej publikacji.
Numer ISBN (czyli International Standard Book Number) nadawany jest w Polsce od 1974 r. Używanie ISBN w opisie bibliograficznym w Polsce usankcjonowano dopiero Polską Normą PN-82/N-01152.01 w 1982 r. [źródło]
O fabule Robota -- tego klasycznego dzieła polskiej fantastyki naukowej -- można sporo w internecie znaleźć. Tym, którzy lubią poczytać o fabule przed lekturą, szczególnie polecam recenzję Tomasza Chmielika, opublikowaną na podstronie poltergeista (polter.pl). Jeżeli komuś mało, zdecydowanie więcej fabuły zdradziła matylda_ab w swoim wpisie na blogu. Ja skupię się na czymś innym, co zupełnie zostało pominięte u wyżej wymienionych autorów.

A.Wiśniewski - Snerg skończył pisanie Robota w 1971 r. (a przynajmniej tak wynika z adnotacji po ostatnich słowach powieści). Pierwsze wydanie podpisano do druku 18 maja 1973 r., druk zaś ukończono w czerwcu 1973 r. W tym samym roku -- 1973 -- z oficjalną wizytą przebywał w Polsce przywódca ZSRR, I sekretarz KC KPZR Leonid Breżniew (11-12 maja), Polacy doświadczyli pierwszej wolnej soboty (21 lipca) oraz oficjalne uruchomiono linię produkcyjną Polskiego Fiata 126p, czyli "Malucha" (22 lipca). Rozumieją zatem P.T. Czytelnicy, że ukłon w stronę socjalizmu w wydaniu peerelowskim powinien zostać w każdej pracy oddany. Został -- i to całkiem głęboki.

Otóż w ostatnich -- skądinąd bardzo ciekawych -- rozdziałach zapisana została rozmowa głównego bohatera z Ranielem. W praktyce stanowi ona traktat filozoficzny, w którym obaj zastanawiają się z jednej strony nad stanem moralno-egzystencjalnym społeczeństwa, które przyszło im obserwować w dość nietypowych okolicznościach (szczegółów nie zdradzę, bo być może popsułbym tym komuś zabawę), z drugiej zaś strony podejmują zagadnienia typowo futurologiczne, dotyczące możliwości i kierunków rozwoju różnych istot (rozwinięta później przez Snerga Teoria Nadistot). W czasie tej rozmowy silnie przebija się pogarda dla hedonistycznego stylu życia, rozpasanego konsumpcjonizmu, który nie ustąpił nawet w tak niezwykłych okolicznościach.
Tak! Gdyż czuję się głęboko upokorzony. Wstydzę się za nich przed... tamtymi. Bo kiedyś - na Ziemi - wyobrażaliśmy sobie: porozumienie oraz współistnienie. W najgorszym razie - wojna światów. A co tu mamy? Korytko-karmnik. I rozkwiczany konsumpcyjny tucz. Taka to wojna światów! [s. 344]
Tutaj (...) perspektywiczny kryzys ideałów, którym oddajemy hołd, rzuca się w oczy aż nadto ostro. [s. 390]
Z rozmowy tej -- prowadzonej na wysoko abstrakcyjnym poziomie -- zaczyna przebijać w pewnym momencie "duch czasów", aż do całkowitego opadnięcia kurtyny -- na scenę wkracza niezakamuflowana, polityczna rzeczywistość epoki komunizmu [s. 389].
Socjalizm pokazał nam, że trzeba szukać innych wartości poza czysto konsumpcyjnymi, bo one mają zbyt krótkie nogi do długiej wędrówki w przyszłość. [s. 391]
Z jednej strony gatunek literacki, który w okresie cenzury mógł służyć za rodzaj języka ezopowego, z drugiej zaś tak otwarta / wyraźna deklaracja polityczna autora. Fragmentów otwarcie krytykujących religię oraz burżuazyjny ustrój państw kapitalistycznych, jak również tych wskazujących na wyższość systemu socjalistycznego jest w ostatnich rozdziałach całkiem dużo -- myślę nawet, że zdecydowanie więcej, niż wymagałoby tego zdobycie przychylności peerelowskiej cenzury, ale mogę się mylić. Zaś czas pracuje na niekorzyść stosunków imperialistycznych [s. 392].

Książka:
Adam Wiśniewski-Snerg: Robot, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973. ISBN: brak.

środa, 24 sierpnia 2016

Życie na pełnej petardzie

Niedawno dostałem do przeczytania Życie na pełnej petardzie, czyli zapis rozmowy katolickiego publicysty Piotra Żyłki z ks. Janem Kaczkowskim. Niby nie do końca moje klimaty, ale w zasadzie dobrze się stało, bo byłem ciekawy, jaki był background tego -- jak na polskie warunki oraz standardy Kościoła katolickiego -- całkiem "otwartego" duchownego.

Pochodził z inteligenckiej, zlaicyzowanej rodziny, w której jednak temat religii nie był tabuizowany, a wręcz przeciwnie -- traktowało się go całkiem serio. Jego rodzice poznali się we Francji [s. 17] -- matka jest nauczycielką akademicką, ojciec (deklarujący się jako osoba niewierząca) przebywał przez jakiś czas na kontrakcie w Senegalu [s. 19]. Zresztą tenże niewierzący ojciec -- mający też epizod jako wiceprezydent Sopotu [s. 43] -- dzięki znajomości z Maciejem Płażyńskim, przez protekcję u arcybiskupa, ułatwił synowi dostanie się do seminarium [s. 43, 56]. Wcześniejsza prośba młodego Jana Kaczkowskiego o przyjęcie do nowicjatu zakonu jezuitów została kategorycznie odrzucona przez prowincjała zakonu [s. 42]. Babcia Wincentyna, która miała znaczny wpływ na rozwój duchowości religijnej młodego Jana, bardziej w swojej postawie religijnej przypominała członka Klubu Inteligencji Katolickiej, niż zagorzałą zwolenniczkę Rodziny Radia Maryja.

Takie "pochodzenie" z pewnością ułatwiło rozwinięcie się u (późniejszego księdza) Kaczkowskiego świadomości konieczności krytycznego spojrzenia na rzeczywistość, co w przypadku -- prawdopodobnie każdej -- edukacji religijnej nie jest takie oczywiste. Zresztą sam wywiadowany daje w kilku miejscach mniej lub bardziej bezpośrednio asumpt do snucia tego typu rozważań [s. 58, s. 68].

W zasadzie gdyby chcieć podsumować tę książkę to można powiedzieć, że dostajemy w niej rozmowę z ciekawym człowiekiem, który całkiem serio traktował zarówno wyznawaną przez siebie religię, jak i swój zawód.

W związku z tym, że rozmawia w książce swój ze swoim (zaangażowany w życie Kościoła katolickiego publicysta oraz duchowny tego wyznania), niech PT.Czytelnicy nie szukają w publikacji kontrowersji -- bo być może ktoś właśnie z takim założeniem chce sięgnąć po tę książkę, znając czupurny charakter księdza Kaczkowskiego. Jego poglądy mieściły się w tzw. średniej katolickiej, czyli po odrzuceniu wszelkich katolickich skrajności znajdziemy mniej więcej ten właśnie punkt. Wciąż jest to jednak spojrzenie ze środka katolicyzmu ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jedyną ciekawostką w temacie może być to, że ksiądz Kaczkowski odmówił udzielenia odpowiedzi na pytania dotyczące podejścia Kościoła katolickiego do stosowania środków antykoncepcyjnych [s. 131]. Widocznie nawet księdza, który wyćwiczył w sobie umiejętność krytycznego podejścia do rzeczywistości, niektóre elementy społecznej nauki Kościoła mogą uwierać. W kwestiach bioetyki zaś -- którą ksiądz Kaczkowski się parał -- nihil novi sub sole. W końcu duchowny to duchowny.

Książka z pewnością może zaciekawić katolików -- muszę przyznać, że ksiądz Kaczkowski miał smykałkę do mówienia o trudnych, teologicznych zagadnieniach, w całkiem ciekawy i przystępny sposób.  W całkiem ciekawy sposób opowiadał też o swoim podejściu do kwestii liturgicznych (wiele razy pojawia się wątek tzw. mszy trydenckiej w zestawieniu z formą posoborową, czyli zwyczajną formą rytu rzymskiego). Gdyby czytał to ktoś z Łodzi, kto chciałby przekonać się na własnej skórze o różnicach liturgicznych tych dwóch rytów, polecam wybranie się na liturgię niedzielną do kościoła św. Józefa przy ul. Ogrodowej w Łodzi -- msza święta w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, zwanej potocznie mszą trydencką, odprawiana tam w każdą niedzielę o godz. 16.00.

Oczywiście dla osób niewierzących w osobowego boga / Boga, ewentualnie dla wierzących innych wyznań, część książki poświęcona katolickiej teologii oraz kwestiom liturgicznym może okazać się totalną abstrakcją.
Jeśli mój czas choroby właśnie dobija do czasu długiego przeżycia, to będę dziękował Niebiosom, jeśli przeżyję rok 2015 w dobrej kondycji. Jeżeli zlitowałaby się nade mną Opatrzność i dorzuciła mi jeszcze pół roku, tak żebym zobaczył wiosnę 2016 roku, to będę megaszczęśliwy. [s. 221-222]
Litość nad nim okazała się szczątkowa. Ksiądz Jan Kaczkowski zmarł wczesną wiosną (28 marca) 2016 r. w Sopocie.

Post scriptum
Jeżeli ktoś nie miał dotychczas okazji zetknąć się z osobą księdza Jana Kaczkowskiego, a przed sięgnięciem po książce chciałby dowiedzieć się o nim czegoś więcej, polecam rozmowę przeprowadzoną przez Przemysława Wilczyńskiego Sklepany przez Kościół, kocham Kościół (Tygodnik Powszechny, 19.11.2012, nr 48/2012).

Książka:
Życie na pełnej petardzie, czyli czyli wiara, polędwica i miłość. Rozmowa Piotra Żyłki z ks. Janem Kaczkowskim, wydawnictwo WAM, Warszawa 2015. ISBN: 978-83-277-1012-3.

sobota, 20 sierpnia 2016

Bóg i jego polska owczarnia w dokumentach 1939-1945

Bóg i jego polska owczarnia w dokumentach 1939-1945 pod redakcją Krzysztofa Jasiewicza to zbiór tekstów źródłowych, związanych z różnymi aspektami funkcjonowania kościoła katolickiego w Polsce w latach 1939-1945. Zdecydowana większość tekstów opublikowana jest w swojej oryginalnej formie, czyli jako skany maszynopisów sprzed kilkudziesięciu lat -- co od czasu do czasu utrudnia czytanie publikacji (zdecydowanie mniejsza czcionka z niewielką interlinią, niewyraźne fragmenty tekstu). Jest w tym jednak -- nie powiem -- jakaś namiastka smaczku obcowania z materiałem źródłowym. Mniej wyraźne testy zostały przepisane na strony książki (z wyraźnym tego zaznaczeniem -- jako podpis / informacja pod skanem oryginalnego dokumentu).

Publikacja przez samego autora jest przedstawiana jako aneks do jego monografii Krajowy Kościół Konspiracyjny na ziemiach polskich 1939-1945.
Zarówno bowiem najważniejsze osoby, jak i opisywane wydarzenia pojawiające się w dokumentach są szeroko opisane we wspomnianej monografii (tamże ze stosownymi przypisami). [ze wstępu, s. 17]
W przypadku monografii z pewnością trzeba przygotować się na zderzenie z silnie konserwatywnym punktem widzenia -- autora opracowania część z P.T. Czytelników może kojarzyć z materiałem opublikowanym w Focus. Historia Ekstra, na którego łamach rzeczony miał stwierdzić, iż na Holocaust pracowały przez wieki całe pokolenia Żydów (obrona tego człowieka niebawem nadeszła z kręgów wiadomych, mówiąc o "swobodzie naukowej" i nieuprawnionej napaści). Pozwolę sobie przemilczeć.

Tak czy inaczej materiał źródłowy jest materiałem źródłowym, także zawsze warto po niego sięgnąć (choć oczywiście przyjmuję założenie, że tak wyraziste poglądy autora mogły wpłynąć na jego dobór).

Materiały są dobrym uzupełnieniem dla  innych pozycji dotyczących omawianego okresu. We wpisie Przemoc i dzień powszedni w okupowanej Polsce wspominałem o tym, że na przełomie 1941 i 1942 r. znacznie większe obawy wywoływały ewentualne poczynania nacjonalistów litewskich, nie ukraińskich [1]. W pracy Krzysztofa Jasiewicza znajdziemy szereg relacji dotyczących zaogniających się relacji polsko-litewskich. W oficjalnym użyciu było sformułowanie "okupacja litewska", o której -- poza "okupacją sowiecką" -- wspomniał m.in. Kazimierz Papée w piśmie do Ministra Spraw Zagranicznych RP, informując o przygotowaniach memoriałów o stanie Kościoła w Polsce przez prymasa Augusta Hlonda [s. 63]. Innym dokumentem dotyczącym relacji polsko-litewskich jest kilkustronicowy memoriał o sytuacji Kościoła i Polaków na Litwie autorstwa hrabiego Stefana Tyszkiewicza z Landwarowa, opisujący wydarzenia z przełomu kwietnia i maja 1940 r. [s. 73-84]. Oczywiście ten tekst źródłowy -- jak każdy inny zresztą -- należy poddać krytycznej analizie oraz uzupełnić o inne źródła opisujące nie tylko ten okres, ale wcześniejszy czas, skutkujący tak gwałtowną reakcją Litwinów (Jedyną reakcją Polaków był godny spokój, s. 82).

Z tematów, które szczególnie zwróciły moją uwagę (częściowo z racji innych zainteresowań), to stosunkowo dużo miejsca poświęcanego reakcji Stolicy Apostolskiej na poczynania Niemców. 7 marca 1941 r. w piśmie przewodnim K.Papée (Ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej) do MSZ RP pisał:
Nie poraz pierwszy dochodzą tu z kraju głosy, krytykujące bardziej lub mniej surowo postawę Stolicy Apostolskiej w obecnym konflikcie, specjalnie w stosunku do Polski. Poraz pierwszy dochodzi ta krytyka w tak rzeczowym opracowaniu, /poza kilku niedokładnościami i omyłkami/. [s. 114]
Jako przykład zarzutów kierowanych pod adresem Watykanu wskazać można opublikowaną odbitkę artykułu z warszawskiej prasy konspiracyjnej o papieżu Piusie XII, datowaną na 8-19 kwietnia 1941 r. o wiele mówiącym tytule Papież, czy włoski polityk [s. 126-127]. Jak z kolei zapisano w Raporcie II Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza (wywiad) o postawach duchowieństwa pod okupacją sowiecką i niemiecką:
Wśród ludu szerzy się coraz silniej agitacja za kościołem narodowym, wybitnie antywatykańska, w związku z niedość silnym potępieniem okrutnego wroga i nieludzkiego jego terroru. [s. 147]
W raporcie tym znajdziemy jednak dalej inny kwiatek, który -- w moich oczach -- mocno podważa kompetencje osoby go składającej, ale o tym wspomnę później.
W celu przeciwdziałania "niegodnym napaściom i oszczerstwom, pochodzącym tak z kół niemieckich, jak i komunistycznych i masońskich" [Sprawozdanie z położenia Kościoła w Polsce za czas od 1 lutego do 15 marca 1941, s. 151] wydawano broszury i publikacje (np. Stanowisko Piusa XII wobec wojny i sprawy polskiej), w obronie papieża "robi się już dosyć dużo i planuje się jeszcze więcej" [Sprawozdanie z położenia Kościoła w Polsce za drugą połowę marca i kwietnia 1941, s. 159]. Od tego "antyklerykalizmu" nie miały być wolne -- szczególnie w oczach jezuitów, związanych ideologicznie z obozem Konfederacji Narodu -- kręgi rządowe w Londynie, tj. lewactwo i masoneria [por. list anonimowego jezuity do Generała Jezuitów, o. W.Ledóchowskiego w sprawie przeciwdziałania propagandzie antypapieskiej w Polsce, s. 214-217 oraz Raport Delegatury Rządu RP na Kraj o nastrojach i postawach duchowieństwa katolickiego w Polsce, s. 248], dlatego też rząd na uchodźstwie podejmował pewne starania, aby temu zaradzić. Z pisma MSZ RP do Prezesa Rady Ministrów RP przekazujące treść depeszy Ambasady RP w Watykanie o rządowym wsparciu Kościoła w Polsce, datowanego na 24 kwietnia 1942 r. (z popierającą adnotacją premiera Władysława Sikorskiego):
Watykan otrzymał ostatnio informacje z Polski o rozwoju antyklerykalizmu, od którego jakoby nie są wolne środowiska stojące blisko Rządu. Nieprzyjemne wrażenie zrobił pewien zapewne apokryficzny projekt organizacji szkolnictwa w przyszłej Polsce. W tym stanie rzeczy akcja pomagania biskupom w Polsce idąca oficjalnie przez Ambasadę i Sekretariat Stanu wzmocniłaby pozycję Rządu i równocześnie ze strony Watykanu tworzyłaby pewien rodzaju dług wdzięczności. [s. 223]
A w adnotacji premiera Sikorskiego do Ministra Skarbu, umieszczonej na cytowanym wyżej piśmie, czytamy:
Proszę z pieniędzy ameryk. wyznaczyć możliwie dużą sumę an ten cel zapytując się o jej wysokość Watykan. Depeszę i jej załatwienie proszę zreferować na Radzie Ministrów. Sikorski. 26.IV.1942. [s. 223]
Uzupełnieniem tematu wspomnianej (planowanej) reformy edukacji może być treść Tygodniowego meldunku Referatu Informacji Religijnej z 8 stycznia 1944 r. [s. 330-331], choć w jego treści zwierzchnicy kościelni jedynie oględnie wypowiadają się o planowanej reformie, nie formułując pod jej adresem żadnych skonkretyzowanych zarzutów (wiemy jedynie o tym, że koła kościelne obawiają się w szczególności tego, że przygotowuje się zamach na szkołę i na wzajemny dotychczasowy stosunek Kościoła i Państwa w dziedzinie szkolnictwa, s. 330).

Jednym z kluczowych -- i zarazem najciekawszych moim zdaniem -- tekstów związanych z relacjami z Watykanem, który rzuca nieco inne światło na zachowanie Piusa XII, jest Sprawozdanie Ambasadora RP przy Stolicy Apostolskiej o przebiegu audiencji u papieża w 21 stycznia 1943 r. [s. 258-262]

Pozatem - mówił Papież - napisał list do Metropolity Sapiehy (mowa o liście z 28 sierpnia 1942), który przeznaczony był właściwie dla całego Kleru polskiego. List ten dowodzi jasno mojej troski o Polskę. Metropolita przed jakimś czasem podziękował specjalnym pismem, ale równocześnie dał znać, że listu ogłosić nie może. Bo wiadomo, że to grozi dalszym prześladowaniem Kościołowi i wiernym. I o dalsze enuncjacje Metropolita nie prosi. A przecież człowiek tej wartości i tych zalet co Metropolita Sapieha - i to jeszcze będący na miejscu - jest chyba miarodajny. Inni Biskupi też tak myślą. [s. 259]
Fragment ten, dla przypomnienia: rozmowy przedstawiciela państwa polskiego z najwyższym przedstawicielem państwa watykańskiego, pokazuje, kto i w jaki sposób mógł ustawiać karty we wzajemnych relacjach. O ile oczywiście nie jest to jedynie wymówka Pisa XII. Inny fragment tej rozmowy brzmi bowiem:
Papież: "Kiedy wy nie chcecie rozumieć moich najsłuszniejszych argumentów! Jak z wami rozmawiać? a pozatem Polska nie jedna w Europie cierpi. I inne narody w Europie cierpią staszliwie!" [s. 260]
Relacji związanych z sytuacją mniejszości żydowskiej w dokumentach nie ma zbyt dużo -- a jeśli już jest, czasami pojawia się w dość nieoczekiwanym świetle. Oto we wspomnianym już wyżej raporcie II Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza (wywiad) o postawach duchowieństwa pod okupacją sowiecką i niemiecką czytamy:
Żydowskie duchowieństwo, jak zawsze wobec silniejszego, współpracowało z Niemcami, o ile przy zasadniczym nastawieniu Niemców do żydów dopuszczane było do tej pracy. Nie było w tym zapewne nic ze szczerej lojalności, ale wypływało z odwiecznej polityki żydowskiej wobec gojów. Wyznanie żydowskie jednakże jako takie ucierpiało najmniej ze wszystkich, duchowieństwo to jako takie wcale nie było prześladowane - podlegało tylko wszystkim ogólnym rasistowskim szykanom [s. 148]
Raport ten datowany jest na 1 czerwca 1941 r. -- chyba nie trzeba dodawać, co działo się wówczas z polskimi Żydami. Co nie przeszkodziło napisać podpułkownikowi dyplomowanemu, panu Banachowi, tego, co powyżej.

W wiadomościach kościelnych w Polski za czas od 1 lutego do 15 marca 1941 r. czytamy z kolei:
W Warszawie był, i trwa dotąd, pewien zatarg z władzami okupacyjnymi w sprawie kościołów katolickich w dzielnicy żydowskiej. Mianowicie w terytorium wyznaczonym na getto pozostały trzy kościoły parafialne i kilka tysięcy wiernych. Władze robiły trudności z mieszkaniem tam lub dojeżdżaniem księży, żądając całkowitego zamknięcia tych kościołów. Dotąd kościoły te nie są zamknięte i sprawa nie jest definitywnie rozstrzygnięta. [s. 152]
Uzupełnieniem dla tego cytatu niech będzie fragment hasła na polskojęzycznej Wikipedii, dotyczącego Kościoła Wszystkich Świętych w Warszawie:
Podczas okupacji był jednym z trzech kościołów chrześcijańskich, które znalazły się na terenie getta (drugą taką świątynią był kościół św. Augustyna, a trzecią kościół Narodzenia Najświętszej Maryi Panny). Kościół Wszystkich Świętych służył wówczas chrześcijanom pochodzenia żydowskiego, którzy byli przetrzymywani w getcie. W czasie istnienia getta, proboszcz ks. prałat Marceli Godlewski, znany ze swojej przedwojennej antypatii do Żydów, zaangażował się w udzielanie im pomocy.
W haśle dotyczącym Adama Stefana Sapiehy na Wikipedii można było przeczytać [2], że:
2 listopada 1942 wystosował do generalnego gubernatora Hansa Franka list sprzeciwiający się terrorowi stosowanemu przez okupanta wobec Polaków i Żydów.
Warto zestawić zatem tę informację z fragmentem oryginalnego dokumentu, żeby przekonać się, że ta "obrona żydów" miała swój konkretny wymiar -- i bardziej mogło w niej chodzić o obronę dobrego imienia Polaków, niż rzeczywiste przeciwstawienie się władzom okupacyjnym w sprawie ich antysemickiej polityki.

Nie chcę się dłużej rozwodzić o niesłychanych okropnościach stosowanych wobec żydów przez t.zw. "Baudienstjugend", którą się poprzednio alkoholizuje. W Tarnowie junaków, przeznaczonych do budowy dróg upojono i kazano im mordować ludność żydowską. Sceny te filmowano i rozpowszechniano film jako dowód znęcania się Polaków nad żydami, co wywołało odźwięk za granicą. [s. 232]
Inna sprawa, że w tym samym liście Książę Niezłomny pisze -- broniąc ludności polskiej przed stosowaną przez nazistów zasadą odpowiedzialności zbiorowej, realizowaną poprzez łapanki i masowe rozstrzelania -- że akty sabotażu dokonywane na Niemcach są dokonywane "przeważnie i wyłącznie (sic!) przez obce czynniki" i nie mają nic wspólnego (?) z polskim ruchem oporu.
Pomiędzy faktycznymi przestępcami, podlegającymi prawu wojennemu, a niewinnymi ofiarami owych łapanek, nie ma najmniejszej wspólnoty. A przy tym te akcje sabotażu są wykonywane przeważnie i wyłącznie przez obce czynniki, choćby się posługiwali w pojedynczych wypadkach nieodpowiedzialnymi osobnikami polskiego pochodzenia. [s. 231]
Pisząc te słowa 2 listopada 1942 r. arcybiskup Sapieha nie mógł mieć na myśli nieudanego zamachu Armii Krajowej na Friedricha Krügera z 20 kwietnia 1943 r. (odpowiadającego m.in. za aresztowanie profesorów krakowskich wyższych uczelni (Sonderaktion Krakau) i szkół średnich (Zweite Sonderaktion) czy przeprowadzenie wymierzonej w inteligencję AB-Aktion). Nie pisał również o dokonanym przez Żydowską Organizację Bojową prawie dwa miesiące po liście zamachu na kawiarnię "Cyganeria" (wówczas nur für Deutsche) przy ul. Szpitalnej w Krakowie (22 grudnia 1942 r.). Także być może rzeczywiście wszystkie wcześniejsze akcje były dokonywane jedynie przez element antypolski.

W opublikowanych w ramach wydawnictwa dokumentach nie znajdziemy nawet wzmianki o powstaniu w getcie warszawskim (nie wspominając już o stosunkowo niewielkim zrywie w getcie białostockim). Co jednak ciekawsze, pominięta została także kwestia powstania warszawskiego, które musiało mieć przecież olbrzymi wpływ na funkcjonowanie kościoła -- nie tylko w samej Warszawie. Ostatni z datowanych dokumentów to Sprawozdanie ze stanu Kościoła w Polsce za czerwiec 1944 (z 11 lipca 1944 r.). Po nim następuje kilka dokumentów bez daty i miejsca wytworzenia (głównie relacje z samego początku wojny) oraz niezwykle długi (i -- tak między nami mówiąc -- dość nużący) Referat o Kościele katolickim obrządku wschodnio-słowiańskiego w Polsce [s. 386-415], skrytykowany przez anonimowego autora w Uwagach do referatu o obrządku wschodnio-słowiańskim w Polsce [s. 416-417].

Odnosząc się jeszcze na koniec do sprawozdań ze stanu kościoła katolickiego w Polsce, których kilka (w większości anonimowych) zamieszczono w publikacji, na sam koniec zostawiłem fragment jednego, sporządzonego prawdopodobnie przez osobę powiązaną z zakonem Jezuitów (nazwijmy go wprost: obrzydliwy antysemita). Jest to tak paskudny fragment, że pozwolę pozostawić go bez dodatkowego komentarza.

Fragment Sprawozdania kościelnego z Polski za czerwiec i połowę lipca 1941 r. (lipiec 1941 r.)
"Co do sprawy żydowskiej - trzeba to uważać za osobliwe zrządzenie Opatrzności Bożej, że Niemcy, obok mnóstwa krzywd, jakie wyrządzili i wyrządzają naszemu krajowi, pod tym jednym względem dali dobry początek, że pokazali możliwość wyzwolenia polskiego społeczeństwa spod żydowskiej plagi i wytknęli nam drogę, którą mniej okrutnie oczywiście i mniej brutalnie, ale konsekwentnie iść należy. Jest to wyraźne zrządzenie Boże, że sami okupanci przyłożyli rękę do rozwiązania tej palącej kwestji, bo sam naród polski miękki i niesystematyczny, nigdy nie byłby się zdobył na energiczne kroki, w tej sprawie niezbędne." [s. 172]
Źródła:
[1] Przemoc i dzień powszedni w okupowanej Polsce, praca pod redakcją naukową Tomasza Chincińskiego, s. 276.
[2] Nie szukajcie tego fragmentu (w takiej formie) w Wikipedii. Już go poprawiłem na treść bardziej odpowiadającą rzeczywistej treści listu arcybiskupa Sapiehy.

Książka:
Bóg i jego polska owczarnia w dokumentach 1939-1945, wstęp i wybór Krzysztof Jasiewicz, Instytut Studiów Politycznych PAN, Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2009. ISBN: 978-83-7399-252-8.