sobota, 20 grudnia 2014

W imię Boga. Fundamentalizm w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie

Nieczęsto zdarza mi się wracać do przeczytanych książek (w sensie -- czytać je ponownie od deski do deski). Nie to, że nie warto -- po prostu odzywa mi się wtedy w głowie chochlik z listą książek, które nadal czekają na swoją kolej. Z tą publikacją jest inaczej. Kiedy tylko zobaczyłem ją na półce w krakowskim Dedalusie nie miałem wątpliwości, że jest to jedna z tych książek, które muszą znaleźć się na mojej półce (tym bardziej, że jak przystało na Dedalusa cena była niezwykle korzystna).

"W imię Boga" Karen Armstrong to naładowana przystępnie przedstawioną wiedzą publikacja, w której autorka prowadzi czytelnika przez historię judaizmu, chrześcijaństwa i islamu od końca XV do czasów współczesnych (cenzusem czasowym jest rok 1999 -- książka została wydana w roku 2000). Na przykładzie ruchów protestanckich w Stanach Zjednoczonych, sunnickiego Egiptu, szyickiej Persji (Iranu) oraz diaspory żydowskiej (i późniejszego państwa Izrael) K.Armstrong pokazuje, jak w wielu punktach zbieżna jest ze sobą ścieżka kształtowania się religijnych ruchów fundamentalistycznych.
(...) teologia nienawiści często pojawia się w odpowiedzi na osaczającą ludzi nowoczesną cywilizację. [s. 125] 
(...) fundamentalistyczne ruchy religijne i ideologie wyrastają z głębokiego lęku. [s. 520]
Ruchy fundamentalistyczne -- zdaniem autorki -- są często odpowiedzią na gwałtownie zachodzące zmiany, w których część społeczeństwa nie potrafi się odnaleźć. Zagubienie to wynikać ma ze stale rosnącej roli logosu, który -- paradoksalnie -- coraz mocniej przenika do (niegdyś odrębnej) sfery mythos. Z  tego charakterystycznego dla ery nowoczesnej połączenia mają rodzić się takie zjawiska jak Wyższa Krytyka, kreacjonizm, syjonizm religijny czy koncepcja walejat-e fakih. Autorka wskazuje także na to, że część z tych zmian (szczególnie w krajach bliskowschodnich) była powierzchowna oraz narzucana siłą.
Wydany przez Rezę dekret o ujednoliceniu ubiorów (1928) ukazuje zarówno powierzchowność procesu unowocześniania, jak i towarzyszącą mu przemoc. (...) Mężczyźni szczególnie nie lubili nosić zachodnich kapeluszy z szerokimi rondami, ponieważ utrudniały im one wykonywanie rytualnych pokłonów podczas modlitwy. (...) Żołnierze szacha na ulicach zrywali kobietom bagnetami zasłony i darli je na strzępy. (...) Nic zatem dziwnego, że Irańczycy zaczęli obawiać się sekularyzacji i uznali, że przyniesie ona zgubne skutki i że zamiast wyzwolić życie religijne od czynnika przymusu, jak stało się na Zachodzie, doprowadzi ona do zagłady islamu. [s. 327]
W Europie religię coraz częściej łączono z panującymi elitami i zwykli ludzie zwracali się ku konkurującym z religią ideologiom, natomiast w Ameryce [gdzie władza wyrosła z nurtu oświeceniowego - JG] protestanci umożliwili wyrażanie protestu przeciwko władzy w ramach światopoglądu religijnego. [s. 141]
Karen Armstrong -- co jest ogromnym walorem jej książki -- wyraźnie osadza kwestie fundamentalizmu religijnego w kontekście uwarunkowań społeczno-polityczno-historycznych. Chronologicznie (wspólnie, w ramach jednej z dwóch części i danego rozdziału) omawia wszystkie cztery nurty religijne, co pozwala łatwo porównać sytuację w poszczególnych obszarach świata oraz związane z nią prądy religijno-filozoficzne i ich przedstawicieli.
Oświeceniowi myśliciele, wbrew deklaracjom o tolerancji, do Żydów odnosili się z pogardą. Wolter (1694-1778) w swoim Dictionnaire philosophique (1756) nazywał ich "całkowicie ciemnym narodem". (...) Baron d'Holbach (1723-1789), jeden z pierwszych w Europie jawnych ateistów, nazywał Żydów "nieprzyjaciółmi rodzaju ludzkiego". Zarówno Kant, jak i Hegel uważali judaizm za religię służalczą, nikczemną i całkowicie sprzeczną z racjonalizmem, natomiast Karol Marks, sam żydowskiego pochodzenia, utrzymywał, że Żydzi są odpowiedzialni za powstanie kapitalizmu, który jego zdaniem był źródłem wszystkich nieszczęść świata. [s. 148] 
Na koniec pozostaje mi polecić (ku refleksji) ciekawy tekst Piotra Pazińskiego -- redaktora naczelnego miesięcznika "Midrasz" -- opublikowany krótko po ukazaniu się polskiego tłumaczenia książki Karen Armstrong "W imię Boga, Armstrong, Karen (maj 2005 roku).
Czy nowoczesność zapełniła pustkę po religii, a nawet szerzej: po świadomości mitycznej? Okazuje się, że nie - wypychając religię z miejsca, w którym ta niepodzielnie panowała od zarania ludzkości, nowoczesność nie zaspokoiła pragnień tych wszystkich, którzy postanowili nie być nowoczesnymi. Więcej nawet, zradykalizowała ich potrzeby, sprawiając, że tym głośniej domagają się powrotu do czasów przednowoczesnych, albo takiego nagięcia nowoczesności, które umożliwiłoby jej współistnienie z religią. [1]
Ta książka to 523 strony wiedzy i intelektualnej rozrywki.
Zdecydowanie polecam.

Przypisy:
[1] Piotr Paziński: W imię Boga, Armstrong, Karen, wyborcza.pl, 9 maja 2005 r.

Książka:
Karen ArmstrongW imię Boga. Fundamentalizm w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie (ang. The Battle for God. Fundamentalism in Judaism, Christianity and Islam), przełożyła Joanna Kolczyńska, wydawnictwo W.A.B., wydanie I, Warszawa 2005; ISBN 83-7414-063-1.

czwartek, 18 grudnia 2014

Alicja w Krainie Czarów

Niektóre książki na półce dojrzewają długo, czekając na dobrą okazję lub sprzyjający im czas. Nie inaczej było z "Alicją w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla, którą bardzo dawno temu przygarnąłem w Cetusie na Piotrkowskiej 82. Paradoksalnie nie przyciągnęła mnie do niej pewność, ale wyobraźnia. Chciałem spróbować tej klasyki majaczeń sennych, książki ukrywającej pod płaszczykiem niewinnej opowieści psychodeliczne wizje alternatywnej rzeczywistości, literackiej zabawy poprzedzającej Psa Andaluzyjskiego czy Głowę do wycierania. Z filmami było całkiem nieźle, książka niestety nie zagrała.

Albo wyrosłem z magii, albo ona wyrosła ze mnie. Inaczej być nie może.

Ewentualnie może być to jeszcze kwestia tłumaczenia i kodów kulturowych. Nie, żeby tłumaczenie było złe -- wręcz przeciwnie. Moje wydanie (wydrukowane w Jugosławii, mniej więcej na rok przed początkiem jej rozpadu) tłumaczył Robert Stiller, którego miałem okazję "poznać" pod koniec 2013 roku przy okazji książki "Diabeł i Żydzi" (nieco więcej o nim -- wraz z odnośnikami -- w tym właśnie wpisie). Cóż, z pewnością jest to nietuzinkowa postać z bardzo ciętym językiem.

Także tak -- tłumaczenie jest naprawdę niezłe (mam to szczęście mieć podwójną, polsko-angielską wersję językową). "Alicję" -- mimo niezłego tłumaczenia -- znacznie ciekawiej czyta się jednak w oryginale, kiedy poza zabawą językową, piękną XIX-wieczną angielszczyzną miałem też "oryginalne" parodie brytyjskich wierszyków (część z tych rzeczy trudno byłoby wyłapać bez niezwykle pomocnych przypisów tłumacza, które dały mi sporo frajdy w czasie lektury).

W ramach ilustracji do wydania z 1990 roku wykorzystano rysunki Johna Tenniela -- te same, które były wykorzystywane do oryginalnego wydania Alice's Adventures in Wonderland (ilustracje Tanniela do zobaczenia oraz pobrania są tutaj). Pod względem oprawy graficznej większą frajdę sprawiłoby mi już chyba tylko wydanie ilustrowane przez Salvadora Dalego z 1969 r. (próbkę tych ilustracji można zobaczyć tutaj).

Pozostaje mi jeszcze skosztować "Alicji" w wydaniu Tima Burtona (2010) -- ze względu na Johnnego Deppa i Helenę Bonham Carter pozycja obowiązkowa. Chociaż -- biorąc pod uwagę godzinę -- może bardziej odpowiednia byłaby adaptacja Buda Townsenda (1976) z pruderyjną bibliotekarką...?

Na koniec cytat, gdyż wciąż żadnego nie ma. Z uwagi na to, że wszyscy gremialnie cytują rozmowę Alicji z najsympatyczniejszym bohaterem, Kotem z Cheshire (na co zwraca uwagę także tłumacz w stosownym przypisie), ja zacytuję tłumacza.

A czym jest naprawdę Wonderland? Czarów u Lewisa Carrolla nie ma prawie zupełnie! Jest to raczej kraina dziwów i budząca zdumienie, poczucie niepewności faktów i wydarzeń, skłaniająca do zastanowienia. Leży ona pod powierzchnią faktów, pod mylącą i na pozór tylko niewzruszoną rzeczywistością, a nie fizycznie w głębi ziemi. 
[fragment wstępu Roberta Stillera, s. 15]

Książka:
Lewis Carroll, Przygody Alicji w Krainie Czarów (ang. Alice's Adventures in Wonderland) w przekładzie Roberta Stillera, wydawnictwo LETTREX, Warszawa 1990; ISBN 83-85201-01-7.

niedziela, 28 września 2014

Ameksyka

Samotnie spędzana niedziela to dobry czas, na nadrobienie zaległości. Pogłoska o mojej śmierci była przesadzona. W dzisiejszym słowie na niedzielę wrócę na chwilę pamięcią do przeczytanej już jakiś czas temu "Ameksyki" Eda Vulliamy (kolejnego autora, o którym polska Wikipedia nie ma zbyt dużo do powiedzenia).

Historia mojego związku z tą książką jest dość nietypowa. Myślę, że gdzieś w okolicach ukazywania się tej publikacji w Polsce (2012 lub 2013 r.n.e.) usłyszałem o niej przelotem, prawdopodobnie w jednej z audycji tok.fm. Temat ucichł, ale w głowie pozostał.

Zdarzyło mi się nieco później (Borze Tucholski, odkryłem wyszukiwarkę na facebooku: to był 11 stycznia 2014 roku), że moje nogi, oczy, ręce i głowa z resztą balastu zawędrowały do sklepu wielkopowierzchniowego jednej z dużych sieci handlowych -- akurat do tego, z którym mi nigdy nie po drodze. Przechodziłem koło kosza, w którym -- jak w masowym grobie -- poniewierały się upodlone książki i zobaczyłem ją -- "Ameksykę". Dobre wydawnictwo, świetny reportaż, promocyjna cena -- ja bym nie wziął? Zgarnąłem z kosza jeden egzemplarz i skierowałem się w stronę kasy (to zresztą była wtedy jedyna rzecz, jaką udało mi się kupić). Miła pani przy kasie nabija mi książkę, podnosi wzrok i mówi: 4,50 zł. Proszę, żeby jeszcze raz sprawdziła, bo z pewnością zaszła jakaś pomyłka (cena z okładki za publikację to 44,50 zł). Pani sprawdza, potwierdza cenę i bez szczególnych emocji w głosie mówi: "taka promocja". Zdumiałem się, wziąłem i wyszedłem.



Przypomniałem sobie wtedy o dobrym znajomym, który właśnie rozkręcał własny interes książkowy -- myślę: wskoczę, dam mu cynk.

Skończyło się na tym, że wróciłem dzień lub dwa dni później, zgarnąłem z kosza wszystkie egzemplarze, które tylko nadawały się jeszcze do czytania (grzebalisko książkowe w supermarkecie bardzo je niszczyło) i obdarowałem nimi kilka osób, sobie zostawiając jeden. Interes życia.

Książka dojrzała na półce i w okolicach lipca udało mi się po nią sięgnąć.

Kiedy myślimy o najniebezpieczniejszych rejonach świata zapewne niewiele osób wskaże palcem na specyficzną krainę (Ameksykę), która wykrystalizowała się na kawałku ziemi między Meksykiem a Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej (to tam leży jedno z najniebezpieczniejszych miast świata, Ciudad Juárez). Kiedy myślimy o systemie niewolniczej pracy niekoniecznie przyjdą nam do głowy maquiladora, fabryki położone bezpośrednio przy granicy Meksyku i USA -- ubocznego efektu (lub też jednego z celów) NAFTA.

Synkretyczny obszar amerykańsko-meksykańskiego pogranicza przesiąknięty jest przemocą, w której wyrastają kolejne pokolenia.

Dzieci pomniejszych handlarzy chodzą do szkoły podstawowej Valentiny Farias Gómez w Tijuanie. Szkoła jest cudownie czysta, dzieci ubrane w czerwone mundurki szczebiocą radośnie i dokazują na placu zabaw, a potem idą na lekcje, na których panuje skupienie i dyscyplina. Jednak pewnego marcowego ranka 2008 roku przed szkołą czekała na dzieci wiadomość, którą miały sobie wziąć do serca, przygotowując się do życia w swojej społeczności: dwanaście rozkładających się trupów ułożonych na drodze prowadzącej od bramy do budynku szkoły, nagich, okaleczonych i pozbawionych języków - ciała ludzi, którzy mówili zbyt wiele. Bandyci chcieli w ten sposób dać dzieciom do zrozumienia, by nie popełniły tego samego błędu, twierdzi dyrektor szkoły Miguel Ángel González Tovar. [s. 80]

Ed Vulliama -- poza niezwykle realistycznym (do bólu szczerym) opisem ameksykańskiej rzeczywistości -- analizuje także liczne zależności, które wpływają na taki a nie inny charakter obszaru, od kwestii stricte handlowych (handel bronią, pranie brudnych pieniędzy w amerykańskich instytucjach finansowych czy obniżanie kosztów produkcji przez amerykańskich przedsiębiorców) po kwestie społeczne (zmiana pozycji mężczyzn w społeczeństwie meksykańskim, migracja zarobkowa, niezwykle chłonny amerykański oraz europejski rynek narkotykowy).

W głębi sali [w czasie targów broni w Pharr - JG] na niewielkim podeście stoi stragan z książkami. Pośród licznych, całkiem niewinnych katalogów i ksiąg handlowych leżą podręczniki amerykańskiej armii opisujące tłumienie rewolt, a także porady dotyczące produkcji bomb, wysadzania mostów i innych umiejętności przydatnych podczas polowania na króliki lub jelenie. Za dwadzieścia pięć dolarów można kupić Militia Battle Manual. Drugi rozdział tego podręcznika nosi tytuł Combat Operations [Operacje bojowe]. "Pułapka to aktywna forma pozycji obronnej", tłumaczy autor. Możemy tam także znaleźć podrozdziały takie jak Bounding Overwatch [Wysunięta obserwacja przeciwnika], Immediate Assault [Atak bezpośredni] i Urban Assault [Atak w mieście]: "Wchodząc do budynku zajętego przez przeciwnika, zawsze najpierw wrzucaj do środka granat odłamkowy". W rozdziale o zdobywaniu sprzętu wojskowego autor pisze: "W tej części zajmiemy się kradzieżą sprzętu z baz wojskowych. Wydaje wam się, że to trudne? Otóż wcale nie. [s. 390]

Choć Ameryka Południowa nigdy nie była moim konikiem, reportaż "Ameksyka" jest zdecydowanie godny polecenia i stanie na półce gdzieś obok "Arab strzela, Żyd się cieszy" Pawła Smoleńskiego.

Byłbym zapomniał -- autor książki został laureatem IV edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (2012 r.). Strona kulturalna.warszawa.pl dała możliwość przeczytania laudacja Przewodniczącej Jury Małgorzaty Szejnert dla Eda Vulliamy (link do pliku). Myślę, że to całkiem dobra rekomendacja dla tej pozycji.

Na koniec (korzystając z okazji) polecam ciekawy artykuł na temat kultu Santa Muerte (Świętej Śmierci), charakterystycznego dla obszaru pogranicza (w razie czego osobiste komentarze autorki można sobie pominąć).

Książka:
Ed Vulliama: Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy (ang. Amexica: War Along The Borderline), przełożył Janusz OchabWydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012. ISBN 978-83-7536-369-2.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Jak wygrywać kampanie. Komunikacja dla zmian

Czytając "Jak wygrywać kampanie. Komunikacja dla zmian" Chrisa Rose'a już po przeczytaniu wydanej w 2013 roku przez INSPRO "Kuźni Kampanierów" odwróciłem logikę kolejności tych publikacji, przechodząc od praktyki do teorii. Choć być może stwierdzenie "teoria" w przypadku książki Chrisa Rose'a jest nieco na wyrost.

"Jak wygrywać kampanie. Komunikacja dla zmian" (spis treści oraz wstęp do książki są dostępne online) ma formę poradnika. Choć w pracy jest dużo list / zestawień oraz schematów, nie jest to krótki przewodnik step-by-step, po przeczytaniu którego organizacja skutecznej kampanii będzie ograniczała się do odhaczania zadań z listy. Jak napisał Mateusz Kuryła

Rozczarowani będą ci, którzy w książce Rose’a zaczną szukać prostej recepty na sukces polityczny i jednoznacznych wskazówek w stylu „Wygrywanie kampanii w pięciu krokach dla opornych”.

Publikacja -- o czym również wspominał w swoim tekście cytowany wyżej autor z Res Publiki Nowej -- jest raczej niszowa. Jeszcze do niedawna dość pokaźne repozytorium, jakim jest wortal BiblioNETka.pl, nie miało w swoim zestawieniu ani tego tytułu, ani nawet jego autora... (na szczęście wiedziałem, gdzie trzeba przycisnąć, aby zmienić ten stan rzeczy). Nie mam także wrażenia, żeby książka ta miała szybko wejść do literackiego "głównego nurtu". Mimo stosunkowo prostego języka, jakim jest napisana, lekturę utrudniało mi poczucie ciągłego płynięcia autora. Teoretycznie praca ma wyraźną strukturę -- nazwy poszczególnych rozdziałów hasłowo odnoszą się do kolejnych etapów myślenia o kampanii, ułożonych mniej więcej w takiej kolejności, w jakiej powinniśmy się nimi zająć -- jednak wczytując się w kolejne podrozdziały niejednokrotnie traciłem z oczu punkt, do którego autor zmierza w swojej wypowiedzi. Całość książki przypominała mi (miejscami) bardziej strumień świadomości niż ustrukturyzowany poradnik dla ludzi, którzy szykują się na długą batalię.

Uważam jednak, że warto po tę książkę sięgnąć -- a właściwie nawet więcej: mieć ją na półce pod ręką.

  • mimo -- moim zdaniem -- dość trudnej w odbiorze formy przekazu, z książki można wyłapać wiele ciekawych przemyśleń i spostrzeżeń, które pozwalają spojrzeć na problematykę kampanii z "szerszej perspektywy" (autorowi nie można odmówić dużego doświadczenia w prowadzeniu kampanii o skali większej, niż ta będąca udziałem większości polskich organizacji pozarządowych);
  • w książce znajduje się co najmniej kilka praktycznych informacji natury społeczno-socjologicznej, których skuteczne wykorzystanie może okazać się kluczowe dla powodzenia kampanii;
  • jest to -- jak by nie było -- kompendium wiedzy, podejmujące próbę uporządkowania zagadnienia prowadzenia kampanii; na polskim rynku nadal nie ma zbyt wielu tego typu publikacji.


Wracając do informacji praktycznych: przyjmując bardzo łopatopogiczne kryterium częstotliwości pojawiania się danego zagadnienia w całości pracy, za kluczowe można moim zdaniem uznać zagadnienia:
  • wartości motywacyjnych (wraz z podziałem społeczeństwa na Osadników, Poszukiwaczy oraz Pionierów);
  • KAPPKOZ, czyli siedmiu kluczowych komponentów, decydujących o efektywności komunikacji -- kanału przekazu, akcji, posłańca, programu, kontekstu, odbiorcy, zapalnika;
  • ram interpretacyjnych, czyli framingu (swoją drogą to kolejne zagadnienie, o którym na wiki możemy poczytać w wielu językach, ale nie po polsku).

Żeby tę krótką notkę zakończyć choć jednym cytatem z książki użyję myśli Winstona Churchilla, która całkiem dobrze spina całe zagadnienie prowadzenia kampanii.

Jakkolwiek piękną przygotowało się strategię, należy od czasu do czasu spojrzeć również na rezultaty. [s. 334]



Książka:
Chris Rose, Jak wygrywać kampanie. Komunikacja dla zmian (ang. How to Win Campaings. Communications for Change), Instytut Spraw Obywatelskich INSPRO, Łódź 2012. ISBN 978-83-926007-8-7. Publikacja bezpłatna (do przejrzenia tutaj).


niedziela, 13 lipca 2014

Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Jak Hitler ukradł olimpijski sen

Zacznę od wysokiego C, graniczącego z tzw. "nadużyciem semantycznym" -- ciekawie czytało się pracę Guy'a Waltersa o berlińskich igrzyskach olimpijskich z 1936 w kontekście kończącego się dzisiaj brazylijskiego "mundialu". Nie, nie chcę porównywać nikogo do Hitlera (reductio ad Hitlerum), czym -- zgodnie ze świętym prawem Godwina -- odebrałbym wielu już w pierwszym zdaniu chęć do dalszej lektury.

Na przykładzie letnich igrzysk olimpijskich z 1936 -- co, moim zdaniem doskonale wykazuje w autor -- widać jak na dłoni, że sport nigdy nie był "bytem autonomicznym". To, co oglądamy w czasie zawodów na stadionie -- czy to olimpijskim, czy piłkarskim -- to jedynie mały wycinek rzeczywistości, spektakl grany na oczach świata. Za kurtyną tego przedstawienia dzieją się zaś rzeczy, o których tzw. "świat" (vel "światowa opinia publiczna") najchętniej by zapomniał(-a).

Tak dzieje się w przypadku tegorocznych Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Brazylii, nie inaczej sprawa wyglądała w roku pańskim 1936...

Republika Weimarska na początku lat 30. XX wieku była krajem słabym, wyniszczanym przez kryzys gospodarczy (mimo wcześniejszej "prosperity" z lat 1924-1929), dodatkowo poniżanym -- w oczach samych Niemców -- przez postanowienia podpisanego w 1919 roku Traktatu Wersalskiego.  Kiedy w 1933 roku wraz z dojściem do władzy Adolfa Hitlera rodzi się III Rzesza Niemiecka nie jest to jeszcze kraj, który mógłby być podejrzewany o możliwość wywołania największego w dziejach świata konfliktu zbrojnego.

Moment, w którym Niemcy znalazły się na chwilę przed 1936 rokiem, można -- moim zdaniem -- nazwać okresem przełomu. Do tzw. "opinii światowej" już dość wyraźnie docierały głosy mówiące zarówno o gwałtownie rosnącej potędze, jak i prowadzonej przez ten kraj polityce rasowej (wrzesień 1934 roku to noc długich noży, wrzesień roku 1935 w Niemczech to wprowadzenie ustaw norymberskich). Głosy, które jeszcze kilka lat wcześniej (w 1932 r.) można było uznać za pomrukiwanie grupki ekstremistów w ciągu zaledwie kilku lat przeszły do poziomu obowiązującego prawa.

Marny popis Niemiec wzbudził wielkie niezadowolenie w kraju. Najbardziej zjadliwa reakcja pojawiła się na łamach nazistowskiego pisma "Der Angriff" ("Atak"). Dwa tygodnie po powrocie niemieckiej ekipy z Los Angeles gazeta nazwała członków Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego "zdrajcami", gdyż dopuścili, by niemieccy sportowcy rywalizowali z Żydami i "czarnuchami". [s. 26]

1935 rok to gorące dyskusje dotyczące miejsca organizacji letnich igrzysk olimpijskich. Guy Walters doskonale oddaje klimat tego okresu, cytując korespondencję i wystąpienia polityków oraz działaczy sportowych, będących po obu stronach sporu.

Żydowska propozycja bojkotu Igrzysk XI Olimpiady, która, jak sądziłem, została gruntownie pogrzebana w ubiegłym roku, ożyła ponownie i sytuacja jest doprawdy bardzo poważna [s. 66]

-- tak we wrześniu 1935 roku pisał nie kto inny, jak Avery Brundage [1], który w późniejszych latach (aż do 1972 roku) przewodził Międzynarodowemu Komitetowi Olimpijskiemu.

Rozwścieczony Brundage zwrócił się wprost do społeczeństwa Stanów Zjednoczonych. Amerykański Komitet Olimpijski wydał opasłą broszurę pod tytułem Fair Play for American Athletes, która przedstawiała argumenty za wysłaniem reprezentacji do Niemiec. [s. 71]

Idée fixe tego człowieka, który znacznie przyczynił się do przyznania Berlinowi prawa organizacji igrzysk, był sprzeciw wobec ich upolityczniania. Był zupełnie ślepy na to, jak bardzo polityka przenikała się ze sportem -- zupełnie nie bacząc na jego poglądy.

Względów, jakie okazywał nazistom, nie da się usprawiedliwić argumentacją, że potępiając go, padałoby się ofiarą typowego dla historyków grzechu oceniania przeszłych wydarzeń z perspektywy teraźniejszości. Choć nie funkcjonowały jeszcze komory gazowe, o torturach, zabójstwach i represjach informowały już gazety na całym świecie. [s. 67]

Organizacja letnich igrzysk w 1936 roku miała być dla Niemiec okazją nie tylko do zaprezentowania siły odradzającego się kraju, ale także do udowodnienia (potwierdzenia?) swojej wiodącej roli na arenie międzynarodowej. W książce pojawia się nawet ciekawe zagadnienie związane z pytaniem, jak na wzrost potęgi III Rzeszy wpłynąłby międzynarodowy bojkot organizowanych na o wiele mniejszą skalę IV Zimowych Igrzysk Olimpijskich (1936 r., Garmisch-Partenkirchen).



Być może w przypadku rezygnacji wielu ekip z udziału w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w "Ga-Pa" do Letnich Igrzysk Olimpijskich w Berlinie w ogóle by nie doszło (lub nie miałyby one aż takiego rozmachu)...

Większość sportowców, tak mężczyzn jak i kobiet, przyjmowała mundury, swastyki i rygor z rozbawieniem. Jak napisał później [zmarły zaledwie 11 dni temu - JG] Lou Zamperini: "W roku 1936 wciąż jeszcze uważaliśmy Hitlera jedynie za niebezpiecznego błazna". [s. 201] 

Odchodząc jednak od zagadnień politycznych -- w książce, poza opisami samych zmagań sportowców (muszę przyznać, że historia sportu jako takiego pociąga mnie znacznie mniej), znajdziemy sporo smaczków związanych z funkcjonowaniem społeczeństw w tamtym czasie. Jest trochę informacji na temat powszechnie stosowanych wówczas środków dopingowych [s. 240] czy problemów związanych z treningami ekip docierających na igrzyska.

Obwiązywali nam linę wokół pasa, tak że pływaliśmy w miejscu - wspomina Dunn. - Ponieważ statek się kołysał, na jednym końcu było pół metra wody, dwa metry na drugim, a chwilę później przelewało się to w drugą stronę. Bardzo urozmaicało to trening. [s. 181]

Oczywiście o treningach na statku mogli zapomnieć zawodnicy miotający.

Warta prześledzenia jest także historia zmarłego w 2002 roku maratończyka Sohn Kee-chunga, która po raz kolejny udowadnia, jak polityka -- wbrew wyobrażeniom wielu ludzi na czele z Averym Brundage'em -- przenikała się ze sportem. Sohn Kee-Chung (występujący w czasie olimpiady pod Japońskim nazwiskiem Son Kitei) był Koreańczykiem, obywatelem kraju wchodzącego w skład ówczesnego Imperium Japońskiego.

Było dla mnie nieznośną hańbą, że stojąc na podium zwycięzców, słuchałem Kimigayo (...), a na maszcie powiewał sztandar Wschodzącego Słońca - wspominał Son pięćdziesiąt lat później. - Nieświadomie zwiesiłem głowę i zastanawiałem się, czy naprawdę jestem Japończykiem. Jeśli tak, to dlaczego Japończycy znęcali się nad moimi rodakami? (...) W późniejszych wywiadach prasowych [udzielanych po zwycięstwie w Berlinie - JG] próbował powiedzieć światu, że jest Koreańczykiem, ale ponieważ jego tłumacz był Japończykiem, jego słowa nigdy nie były tłumaczone w całości. [s. 266]

Dalsze -- współczesne -- losy tej historii są nie mniej ciekawe.

W październiku 1983 roku Koreański Komitet Olimpijski zwrócił się do MKOl z prośbą, by medal Sona został przypisany Korei zamiast Japonii. (...) MKOl odrzucił tę prośbę, twierdząc, że jej spełnienie naruszyłoby artykuł 8 Karty Olimpijskiej, który stwierdza, że "jedynie obywatele danego kraju mogą nosić barwy i współzawodniczyć w igrzyskach olimpijskich". (...) Son zmarł w 2002 roku w wieku dziewięćdziesięciu lat. Inskrypcja na berlińskim stadionie nadal zawiera słowo Japan po jego nazwisku. [s. 347]

Dużym plusem dla książki jest ostatni rozdział "Spuścizna", z którego zaczerpnąłem ostatni z cytatów. Dalsze losy zawodników olimpijskich, którzy wówczas (w 1936 r.) zgodnie z przepisami musieli być amatorami, często w niczym nie przypominały życiorysów współczesnych gwiazd sportu. Zdarzały się więc przypadki, że zawodnik nie mógł wystartować w zawodach, gdyż jego pracodawca nie chciał udzielić mu na ten czas urlopu. Dla tych, którzy wystąpili, zdobyte w czasie tych igrzysk medale były niejednokrotnie jedynymi, tak znaczącymi osiągnięciami sportowymi. Wielu z nich zmarło w zapomnieniu.

Na sam koniec, bo nie zmieściło mi się w tekście -- warto sięgnąć po tę książkę także ze względu na ciekawe opisy zapomnianej (niedoszłej) Olimpiady Ludowej w Barcelonie z 1936 r., której start uniemożliwił wybuch hiszpańskiej wojny domowej (krótki, kilkustronicowy rozdział "Iberyjski przerywnik", s. 173-178).

Książka:
Guy Walters, Igrzyska Olimpijskie w Berlinie. Jak Hitler ukradł olimpijski sen (ang. Berlin Games), przekład Norberta Radomskiego, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008. ISBN 978-83-7510-113-3.

[1] Tak na boku -- Avery Brundage to ten sam człowiek, który w 1972 podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium podjął decyzję o nieprzerywaniu zawodów po zamachu Czarnego Września na reprezentację Izraela.

Polecam także:

niedziela, 22 czerwca 2014

Bogowie u władzy

Coraz mniej czasu na czytanie, jeszcze mniej czasu na to, by napisać choć kilka słów o tym, co już się przeczytało. W ramach nadrabiania zaległości kilka słów o niezwykle ciekawej pracy Moniki Milewskiej "Bogowie u władzy" (w ramach kryptoreklamy -- niemal wszystko, co wydaje słowo/obraz terytoria można brać do ręki w ciemno).

Praca ta nie jest kompendium wiedzy na temat żadnego z opisanych przywódców. Historie Aleksandra Wielkiego, Juliusza Cezara, Kaliguli, Napoleona Bonaparte, Włodzimierza Lenina, Benity Mussoliniego, Adolfa Hitlera, Józefa Stalina, Nicolae Ceaușescu czy koreańskiej dynastii Kimów są jedynie egzemplifikacją, wskazaniem przenoszenia na nich (lub przypisywania sobie) cech przynależnych bogom. Boskie mity, legitymizujące oraz napędzające władzę od starożytności nie traciły na swej użyteczności z biegiem lat, zmieniały się jedynie uosobienia nieśmiertelnych bogów.

Boskie pochodzenie Aleksandra Wielkiego, Juliusza Cezara czy Kaliguli w zasadzie nie dziwi. Znanym motywem, poruszonym w książce, jest również aspekt wiecznie żywego Lenina (opisanego nie tylko w kontekście jego słynnego mauzoleum, ale również w świetle ludowych podań przenoszących do tundry jeden z założycielskich mitów radzieckiego komunizmu). Mniej dla mnie znany był aspekt "trzech okresów Napoleona" (boga wojny, świętego, antychrysta). Dobrze czytało mi się także o stosunku do religii Adolfa Hitlera, który sam stworzył system quasi-religijny, będąc otaczany kultem zbliżonym do boskiego (uroczyste ceremonie, nawiązujące do ceremoniału religijnego, nazistowskie wersje modlitw, przyjęcie przez Hitlera roli mesjasza -- zbawcy rasy aryjskiej i narodu niemieckiego).

Adolfie Hitlerze, Ty jesteś naszym wielkim Wodzem. Niech przed Twym imieniem zadrży nieprzyjaciel. Przyjdź Trzecia Rzesza Twoja. Bądź wola Twoja na ziemi. Pozwól nam na co dzień słyszeć głos Twój i rozkazuj nam jako wódz, tak byśmy byli Ci posłuszni do końca, nawet za cenę życia. Wychwalamy Cię! Heil Hitler! [s. 169]

Ciekawe było również podejście führera do samej religii, które w oryginalny sposób godziło coś, czego teoretycznie pogodzić się nie da.

Porównania z Jezusem zazwyczaj wypadały na korzyść Hitlera. Dlaczego jednak Hitler w ogóle zgadzał się na porównania z Jezusem z Nazaretu, Żydem z Galilei? (...) jak godził swój morderczy antysemityzm z żydowskimi korzeniami Mesjasza? (...) Zgodnie z dewizą nazistów, która brzmiała: 'To my decydujemy o tym, kto jest Żydem". Adolf Hitler zdecydował na przykład, że Żydem jest Franklin Delano Roosevelt, i wierzył głęboko w żydowskie pochodzenie większości brytyjskich arystokratów. W wypadku Chrysusa zdecydował zaś odwrotnie. Hitler doszedł do wniosku, że Jezus Chrystus był Aryjczykiem, gdyż jego ziemski ojciec wywodził się spośród ziemskich legionistów stacjonujących na terenie Galilei". [s. 166]

Oryginalne okazało się także wytłumaczenie tego, co stało się z nauką Jezusa po jego śmierci. Mesjasza pogardzanego przez Hitlera za słabość, poddanie się biczowaniu i ukrzyżowaniu, w którym Hitler wolał widzieć bojownika o wyzwolenie kraju spod... żydowskiego ucisku ("Przeciwstawiał się żydowskiemu kapitalizmowi i dlatego Żydzi go zlikwidowali", s. 167).

Nauką aryjskiego Jezusa po jego śmierci zawładnął jeden Żyd - Paweł z Tarsu, który wykorzystał jego doktrynę "dla zmobilizowania świata przestępczego". To on być prawdziwym twórcą chrześcijaństwa, zwanego przez Hitlera protobolszewizmem. [s. 167]

Abstrahując od kategorii boskości: nigdy nie miałem okazji przeczytać czegoś więcej na temat rumuńskiej dyktatury Nicolae Ceaușescu, jedynego przywódcy komunistycznego, obalonego w drodze krwawej rewolucji i potraktowanego w taki sposób, w jaki sam traktował swoich "poddanych" -- zabitego bez sądu i możliwości obrony. System, który stworzył wraz z małżonką Eleną był naprawdę wyjątkowy.

Specjalnym dekretem ustalił maksymalną temperaturę w mieszkaniu na 11 stopni Celsjusza w porze zimowej. (...) Aby poprawić statystyki, dzieci rejestrowano dopiero w drugim miesiącu życia, gdy pomyślnie przeszły pierwszy test odporności na rumuńską rzeczywistość. (...) Na mocy prezydenckiego dekretu każda rumuńska rodzina została zobowiązana do wydania na świat czwórki dzieci. [s. 226]

Trzeba będzie kiedyś sięgnąć po coś więcej.

[edit: o Rumunii z czasów Nicolae Ceaușescu przeczytasz P.T. Czytelniku / Czytelniczko więcej we wpisie z 30 kwietnia 2015 r. "Geniusz Karpat"]
Nazajutrz był 23 grudzień 
Nic nie było pewne jeszcze 
Pijany gniew przez ból wykrzykiwał pieśń 
Grudniowy blues o Bukareszcie.



ps. Biuro ds. Kultury Prezydenta Miasta Gdańska dwukrotnie przyznało autorce stypendium na przygotowanie oraz wydanie powyższej publikacji. Łódź widzi?

Książka:

niedziela, 4 maja 2014

Inkwizycja

Pamiętam pewne wakacje, choć trudno mi teraz będzie określić rok -- czy to było w czasie studiów, czy może jeszcze w liceum. Spędzałem je na wsi w bezpiecznej odległości od najbliższego ośrodka miejskiego, korzystając z dobrej pogody na rozwieszonym w ogrodzie hamaku zaczytywałem się w "TorqueamadzieJerzego Cepika. Być może to sympatyczne wspomnienie wsi sielskiej, anielskiej (nie mylić z Mickiewiczem) sprawiło, że w czasie wizyty w księgarni Tak Czytam poza innymi książkami sięgnąłem po dość oryginalnie wyglądającą "Inkwizycję" A. Heusa. Nie dość, że pozycja wydana przez wydawnictwo, które absolutnie nic nie mówi (nawet z internetu trudno coś ciekawego wygrzebać na jego temat), to dodatkowo na okładce w prawym dolnym rogu ktoś zgrabnie umieścił ograniczenie wiekowe; książkowe Parental Advisory? Bez żartów, młodsi i tak czytają tylko to, co muszą. O ile w ogóle.

Także przygarnąłem książkę w promocyjnej cenie.

W związku z tym, że autor pracy nieszczególnie krył się ze swoimi antykatolickimi poglądami (nie tylko w kontekście działań inkwizycji, ale także odnosząc się do katolickich dogmatów)

Absurdalny dogmat o przeistoczeniu, a także ubóstwienie konsekrowanej hostii, podobnie jak inne nowinki rozwijającego się katolicyzmu zostały narzucone wiernym nie bez protestów. [s. 29]

przy jednoczesnym pozytywnym odnoszeniu się co do samej koncepcji religii byłem ciekaw, kim był, żeby móc we właściwym kontekście odczytywać jego pracę.  Warto jednocześnie zaznaczyć, że mimo licznych opisów prześladowań protestantów 

Głos reformatorów zyskiwał uznanie wśród ludu, przyciągając tłumy wiernych do odkrywania na nowo Ewangelii. Inkwizycja jednak wciąż działała, prześladując zwolenników reformy. Swym nieznającym pardonu działaniem trybunał ten stłumił ruch reformatorski na tyle, że odsunął od Rzymu niebezpieczeństwo, iż nowa myśl ogarnie całe ówczesne chrześcijaństwo. Katolicka nietolerancja, za przyczyną całej armii zakonników uzbrojonych w narzędzia tortur, dzięki także katolickim monarchom i wystawianym przez nich armiom krzyżowców, utopiła w rzece krwi ten szczery nawrót do prostoty Chrystusowej Ewangelii. Miliony męczenników Ewangelii i wolności myśli straciło życie w okrutnych mękach, często na stosach, za to tylko, że chcieli pozostać wiernymi swojemu sumieniu i swej nowej wierze. [s. 153]

w książce nie znajdzie się nawet jednego wspomnienia o stosach stawianych przez tychże. Czytając pracę Heusa ma się również dziwne wrażenie, że kolejni papieże (z nielicznymi wyjątkami) nie robili dużo więcej poza szukaniem ofiar i konfiskowaniem ich majątków (no, może nie bezpośrednio, ale jeżeli obciążyć ich winą za ofiary inkwizycji...). Oczywistym jest, że temat pracy został wyraźnie określony, jednak pracy zdecydowanie brakuje szerszego kontekstu. Publikacja w zdecydowanej większości ma charakter faktograficzny

Niestety o samym autorze nie sposób nic znaleźć, innych prac brak, Katalog Biblioteki Narodowej tym razem również nic nie pomógł (nie mogłem trafić nawet na informacje o książce, którą trzymam w ręku).

W tym miejscu P.T. Czytelnikom polecę recenzję książki autorstwa Wacława Sadkowskiego na stronie Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego, która kilka z moich wątpliwości wyjaśniła.

(...) nic nie wiadomo o autorze książki, nie znamy nawet jego pełnego imienia. Grawiury zdobiące edycję w ogóle nie są sygnowane i nie wiadomo, czy zaczerpnięto je z jakichś starych druków, czy też są pastiszami wykonanymi w latach późniejszych.

oraz
(...) historiografia nowoczesna wypracowała sobie własny, specyficzny typ narracji, w którym powściągliwa beletryzacja równoważy dokumentalistyczną dokładność zapisu źródeł, a obiektywistyczne ujęcie tematu toleruje zdystansowana postawę autora wobec przedmiotu, którego owa narracja dotyczy i który budzi w narratorze żywe emocje, a także potrzebę osądzenia relacjonowanych działań i zachowań ludzkich.

Nie jestem niestety na tyle biegły, by wejść w polemikę z autorem "Inkwizycji" i bez wyrzutów sumienia zrecenzować merytorycznie jego pracę badawczą, jednak już po kilku wcześniejszych uwagach oraz pojedynczych "kwiatkach", jak opis rzekomego działania tzw.  chińskiej tortury wodnej

Ofiara pozostawała w tym stanie tak długo, aż kapiąca bez przerwy woda wydrążyła czaszkę i tym samym zabrała nieszczęśnikowi życie. [s. 98]*

myślę, że można wziąć pewną poprawkę na część informacji / tez autora (co oczywiście mogło wynikać również z ówczesnego stanu wiedzy). Nie zmienia to jednak faktu, że 330 stron stanowi niezłe repozytorium wiedzy na temat kolejnych 45 Inkwizytorów Generalnych.

* O ile mi wiadomo kapiąca woda prędzej doprowadzała ofiary do obłędu niż powodowała rzeczywiste uszkodzenia (trepanację) czaszki.

Książka:
A. Heus, Ilustrowana historia inkwizycji (Histoire populaire et ilustree de L'inquisition en Espagne). Wydanie kompletne z roku 1934, przekład Andrzej Wiśniewski, wydawnictwo Fontanna, Warszawa 2010. ISBN 978-83-61159-11-7.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Krzyż i koło. Z historii symboliki chrześcijańskiej

Świąteczna chwila oddechu i między jednym, drugim, trzecim a kolejnym świątecznym posiłkiem (nie jesteś głodny? zjedz jeszcze kawałek...) udało mi się dokończyć "Krzyż i koło: z historii symboliki chrześcijańskiej" Borisa Uspienskiego.

Jeżeli zachować prosty (być może jedynie stereotypowy) podział na zachodni oraz wschodni styl prac naukowych, książka Borisa Andriejewicza plasuje się zdecydowanie mocno na wschód (gdzie musi być jakaś cywilizacja) -- najeżona danymi oraz tekstami źródłowymi tak, że przebrną pewnie jedynie totalne freaki lub studenci przed ważnym egzaminem (podpowiem: studia dawno mam za sobą). Chyba pierwszy raz spotkałem się z pracą, gdzie na 140 stron tekstu przypada drugie tyle stron z przypisami -- które z kolei (ze względu na ich objętość oraz ulokowanie na... hm.. końcu książki?) zacząłem czytać po skończeniu części zasadniczej. Jednak warto sięgnąć po te "dodatkowe" 140 stron, jest tam kilka dobrych komentarzy oraz fragmentów tekstów, które w paru przypadkach -- chyba tylko z powodów znanych autorowi -- znalazły się właśnie tam. Czasami miałem wrażenie, że nie są zbyt mocnym poboczem w stosunku do tekstu głównego, ale wola autora.

Także -- wracając do meritum -- książka Uspienskiego to trudny, ale ciekawy tekst wyjaśniający wiele zawiłości związanych z podstawowymi kategoriami symboliki chrześcijańskiej, krzyżem i kołem, co ma z kolei bezpośrednie odniesienie do solarno-lunarnego (słoneczno-księżycowego) charakteru wierzeń. Nie jest to jednak -- jak pierwotnie myślałem -- praca poświęcona tematowi symboliki krzyża i koła w szerokim ujęciu (informacje na temat wykorzystania znaku krzyża w religiach niechrześcijańskich są w zdecydowanej większości jedynie fragmentami przypisów). Autor swoją uwagę skupia na krzyżu i kole w kontekście systemów znaczenia krzyżem (wykonywanie znaku krzyża) oraz opozycji stron lewej i prawej (np. kierunki poruszania się przeciw lub wraz ze słońcem czy organizacją przestrzeni sakralnej) -- w większości w odniesieniu do szeroko rozumianego prawosławia z powplatanymi wątkami katolickimi.

Stawiam sprawę uczciwie: jeżeli ktoś chce się tylko mniej-więcej zorientować, powinien poszukać jakiegoś bryka z tej publikacji. Jeżeli ten ktoś lub ta ktosia ma jednak ochotę prześledzić wielowiekowe konfrontacje związane z liczbą i ułożeniem palców podczas znaczenia (się) krzyżem, poczytać o gorących dyskusjach na temat "w lewo czy w prawo", ewentualnie poznać tajniki krzyża z półksiężycem [1] lub przekonać się o tym, jakie zamieszanie (i dlaczego aż tak duże) wprowadziła reforma liturgiczna patriarchy Nikona -- tak, ta książka jest dla niego lub dla niej. Najlepiej na półce, żeby w razie czego móc do niej jeszcze wrócić, bo jeden raz nie wystarczy.

Wśród innych, równie ciekawych fragmentów można znaleźć sporo informacji o zamieszaniu z datami świąt Epifanii. Pouczająca z religioznawczego punktu widzenia historia.

Niestety -- co dodam w związku z bardzo pozytywnymi doświadczeniami w tej kwestii po lekturze "Podłych ciał" Grégoire'a Chamayou -- tym razem wydawnictwo słowo / obraz terytoria nie ustrzegło się przed wieloma błędami redakcyjnymi w wydanej publikacji -- wyłapałem część z nich, choć pewnie jest ich znacznie więcej. Nie zmienia to jednak tego, że nadal uważam je za jedno z najlepszych polskich wydawnictw na rynku. Koniec kryptoreklamy.

A już tak na sam koniec. Żeby przekonać się, jak silne we współczesnym kościele mogą być stare, dobre, pogańskie tradycje solarno-lunarne, podrzucam Wam zdjęcie prezbiterium w kościele parafialnym pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła i Świętej Barbary w Bełchatowie (jeżeli załączone zdjęcie będzie zbyt małe odsyłam do pierwszego zdjęcia w tej galerii na stronie parafii). Prawda, że piękne? ;-) Przyglądajcie się wystrojom świątyń, w których bywacie -- czasami można tam znaleźć prawdziwe cuda.

Źródło: http://sercaniebelchatow.pl/2013/09/
Przypisy:
[1Nie, niekoniecznie chodzi jedynie o triumf chrześcijaństwa nad islamem jak uważają niektórzy powołując się "na każdego księdza", choć taki wątek również się w historii przewijał.

Książka:
Boris Andriejewicz Uspienski (Борис Андреевич Успе́нский): Krzyż i koło: z historii symboliki chrześcijańskiej (ros. Крест и круг (Из истории христианской символики)), przekład i przedmowa Bogusław Żyłko [przekład tekstów cerkiewnosłowiańskich Zoja Nowożenowa, Swietłana Waulina, Dorota Żyłko], wydawnictwo słowo/ obraz terytoria, Gdańsk 2010. ISBN: 978-83-7453-939-5.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Sztuka strategii. Teoria gier w biznesie i życiu prywatnym

Opiekując się biurem K. pożyczyłem z półki jedną z serii książek "Klasyka biznesu", wydaną kilka ładnych lat temu przez Rzeczpospolitą (oczywiście K. nie dowiaduje się o tym fakcie czytając ten tekst, od tego czasu również zdążyła coś ode mnie pożyczyć z półki ;-) ).

Nie tyle pociągnęła mnie koncepcja osiągnięcia biznesowego i życiowego sukcesu, który "obiecują" wydawcy w anglojęzycznym tytule publikacji, ile chęć poczytania o teorii gier opisanej w atrakcyjny i w miarę przystępny sposób, nie wyłączając ciekawych zastosowań tejże w różnych dziedzinach.

Mimo to o samej książce trudno mi coś napisać, mam po jej przeczytaniu mieszane uczucia (w kontekście oczekiwania vs rzeczywistość). Z jednej strony znalazło się w książce kilka naprawdę ciekawych myśli oraz przykładów, które pokazały różne zastosowania elementów teorii gier w praktyce (jeśli ktoś ciekaw, dlaczego w przeważającej większości używamy klawiatury w układzie QWERTY albo jakie czynniki zdecydowały o szybkim rozwoju silników benzynowych, które zostawiły w tyle inne formy napędów -- w tej książce znajdzie podpowiedzi rozwiązań). Z drugiej strony jednak w książce pojawiały się myśli trącące trywializmem, jak to że wszystko można traktować jako grę, w środku znalazło się też bardzo dużo przykładów matematycznych rozwiązań konkretnych modeli, które mogą być ciekawe głównie dla matematycznych freaków (jasnym jest, że rozwiązywanie modelu teoretycznego w dziedzinie tak obfitującej w różne czynniki, od których zależy wynik układanki, może być dla większości czytelników jedynie formą rozrywki intelektualnej -- jak sudoku, tylko trudniej).

Także przebrnąłem przez nieco ponad 500 stron (uczciwie zaznaczam, że odpuściłem zdecydowaną większość rozdziału 14, czyli "studia przypadku") i myślę, że było warto -- jednak wymagało to sporo samozaparcia -- co zapewnie nie jest najlepszą rekomendacją pod słońcem.

ps. Nie mogłem znaleźć w internecie zdjęcia okładki tego wydania, które mógłbym tutaj podlinkować - dlatego w zastępstwie dałem inne. Komu zależy na okładce może ją wygooglować.

ps 2. Wiedzieliście, że sudoku jest takie "młode"..?

Sudoku zostało wynalezione przez Amerykanina Howarda Garnsa w 1979 r. i opublikowana pod nazwą „Number Place”. Łamigłówka przeszła wiele zmian. Dzisiejsze Sudoku pojawiło się po raz pierwszy w Japonii w 1986 r., w czasopiśmie Nikoli, jednak międzynarodową sławę zyskało dopiero w 2005 r.

Książka:
Avinash K. Dixit, Barry J. Nalebuff, Sztuka strategii. Teoria gier w biznesie i życiu prywatnym (The Art of Strategy: A Game Theorist's Guide to Success in Business and Life), przekład: Dorota Gasper, wydanie oparte na publikacji edycji MT Biznes 2009, seria: Światowe Bestsellery Biznesowe, Rzeczpospolita. ISBN serii: 978-88-7424-688-5; ISBN tomu: 978-88-7424-679-3.

poniedziałek, 10 marca 2014

Kuźnia Kampanierów

"Kuźnię Kampanierów", wydaną pod koniec zeszłego roku przez łódzkie INSPRO, dostałem od Rafała Górskiego stosunkowo niedawno (mając już "na wykończeniu" Dziennik 1954 Tyrmanda). Publikacja nie jest objętościowo potężna (193 strony), ale biorąc pod uwagę moje stosunkowo wolne tempo przetwarzania różnych publikacji akurat tę przeczytałem w zaskakująco szybkim tempie. Znaczy się -- czytelność książki jest w porządku, a więc można policzyć jej to za pierwszy plus ;-)

Założeniem publikacji -- przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu (popartym czynnikiem obiektywnym w postaci podtytułu "poradnik walczących społeczników") -- było przybliżyć obecnym oraz przyszłym kampanierom (i kampanierkom?), lub po polsku: ludziom prowadzącym kampanie -- różne aspekty prowadzenia tego typu działań, wykorzystując przy tym dużą różnorodność tematów prowadzonych kampanii.

W tym momencie pierwszy zawód dla tych, którzy liczą na dostanie w swoje społecznikowskie łapki zestawu narzędzi (najlepiej ułożonych w odpowiedniej kolejności), dzięki którym metodą kopiuj-wklej uda się rozkręcić co najmniej drugie "Nie czytasz -- nie idę z Tobą do łóżka" (lub inną sympatyczną akcję społeczną). Pod tym względem książka -- co do zasady -- jest dość regularna i zamiast dawać odpowiedzi stawia pytania, sugeruje, podpowiada i zmusza do refleksji. Ale nie odpowiada. Przynajmniej jednoznacznie.

No, prawie.

Całość składa się (formalnie) z trzech części -- wprowadzenia, cyklu pięciu rozmów z organizatorami różnych kampanii społecznych oraz z poradnika. Formalnie z trzech, gdyż pierwszy tekst z rozdziału poradnik "Jak chcesz zmienić świat" to słowa utworu Dezertera z 1994 roku (płyta, czy raczej kaseta Ile procent duszy?). Fragment zdecydowanie wyróżnia się z całości (zarówno w warstwie tekstowej, jak i wizualnej), także śmiało można to potraktować jako osobny element układanki Kuźni (a przynajmniej próbować udowodnić, dlaczego tak się uważa).

Mottem całej pracy może być zdanie wypowiedziane przez Rafała we wstępie, na samym początku pracy:
Siedząc wyłącznie we własnym okopie, społecznik bardzo łatwo może pomylić krawędź okopu z linią horyzontu. [s. 8]

Założeniem publikacji jest wyciągnięcie z okopu własnych działań i spojrzenie na problematykę kampanii szerzej, cudzymi oczami i cudzym doświadczeniem. Również tym historycznym (tekst "Polskie tradycje społecznikowskie" Olafa Swolkienia).

Sporym rozstrojem książki jest jednak ostatni tekst Pawła Tkaczyka "Kampania w praktyce" -- gdyby się uprzeć, nawiązując do wcześniejszego wątku, osobna, piąta część publikacji. Nie, nie jest to tekst zły, można się z niego co nieco dowiedzieć (poziom zdobytej nowej wiedzy zależy jak zawsze od poziomu, z którego się do tekstu "startuje"). Miejscami trochę mnie męczył tym charakterystycznym dla części ludzi PR / marketingowców stylem pisania (tak, chyba jest coś takiego, bo z części wypowiedzi Pawła Tkaczyka mimowolnie spoglądało na mnie kilka znanych mi osób zajmujących się zagadnieniami tożsamymi; przypadek? nie sądzę). Summa summarum czytało się nie najgorzej.

Wtrącając jednak swoje "ale": tekst znacząco odstaje od reszty publikacji długością (74 strony ze 193 stron całości), mimo tego nie został podzielny na (pod)rozdziały, które z poziomu "spisu treści" pozwalałyby się po nim swobodnie poruszać. Miałem też pewną trudność ze złapaniem wątku -- do pewnego momentu miałem wrażenie luźnego skakania po hasłach i zagadnieniach, omawianych na podstawowym (nawet z punktu widzenia laika) poziomie. Tak gdzieś mniej lub więcej w połowie złapałem rytm, pod koniec czułem się z tym tekstem całkiem dobrze ;-)

Tak zupełnie na boku: jestem ciekawy, czy Brand24.pl lub inne SentiOne wyłapie dla Pawła Tkaczyka ten tekst. Taki mój mały eksperyment. Żeby nie było, że nie doceniłem: Pawle Tkaczyku, moje miejsce numer 7,801 wśród Twoich subskrybentów na fb mówi samo za siebie.

Podsumowując: myślę, że warto. Przeczytanie -- ba, nawet przetrawienie -- nie uczyni z nikogo god-of-kampanier w 5 minut, ale lektura zdecydowanie ustawia perspektywę, podrzucając przy okazji sporo ciekawych tematów do przemyśleń. Jeżeli nie czytasz tego tekstu zbyt późno, być może będziesz miał/-a jeszcze szansę na dostanie własnego egzemplarza, który zamówić można na stronie Kampanierów (dokładnie to tutaj -- na stronie można również przeczytać część publikacji za pomocą ISSUU).

Książka:
Kuźnia Kampanierów. Poradnik walczących społeczników, praca pod redakcją Rafała Górskiego, Instytut Spraw Obywatelskich we współpracy ze stowarzyszeniem Centrum Inicjatyw na Rzecz Rozwoju "Regio", Łódź 2013. ISBN 978-83-936035-2-7. Publikacja bezpłatna.

niedziela, 2 marca 2014

Dziennik 1954

Mimo, że "Subkultury w PRL. Opór, kreacja, imitacja" Mirosława Pęczaka przeczytałem pod koniec stycznia, do dziś nie udało mi się zebrać w sobie i napisać choć kilku słów na temat tej -- skądinąd -- ciekawej publikacji Narodowego Centrum Kultury. Powód wydaje się o tyle trywialny, co i znamienny: publikację M.Pęczaka zakupiłem za jedyne 9,99 zł w Nexto.pl w wersji elektronicznej (polecam wszystkim zainteresowanym tematem PRL oraz miłośnikom ebooków), Tyrmanda zaś mam w swej pełnej krasie -- z kartkami, okładką, ilustracjami i tą całą książkową otoczką na wyciągnięcie ręki. Tym samym włączenie mojego Kundla, klikanie raz za razem w celu znalezienia interesujących fragmentów i przełożenie tego wszystkiego na spójną, ciekawą w treści "recenzję" odstręcza mnie -- jak widać -- skutecznie. Można zaryzykować stwierdzenie (jak w pewnej sympatycznej reklamie, którą co jakiś czas emitują), że papier ma jednak przyszłość.

Dlatego do subkulturowej twarzy polskiego peerelu jeszcze pewnie kiedyś tutaj wrócę, a na razie ugoszczę Was Tyrmandem.

"Dziennik 1954" (który -- o czym warto tutaj wspomnieć -- mam na półce dzięki życzliwej pamięci warszawskich dziewczyn: Jankosko Kaś i Justyny, za co z tego miejsca serdecznie dziękuję i się  nisko kłaniam) to zapis trzech pierwszych miesięcy 1954 r., widzianych oczami nietuzinkowego dziennikarza, publicysty, oraz -- co istotne dla zawartości dziennika -- intelektualisty z szerokimi kontaktami w ówczesnym świecie kultury i nauki, Leopolda Tyrmanda. Zawartość publikacji można w pewnym sensie streścić przez zamieszczone na samym końcu dwa indeksy: indeks dat oraz indeks nazwisk (miłym dodatkiem jest indeks zdjęć, których w wydanej przez wydawnictwo MG wersji "Dziennika" nie brakuje). W swoim egzemplarzu mam jeszcze dedykację od Kaś i Justyny oraz kilka komentarzy dot. historii Warszawy autorstwa tej pierwszej, ale w swoich książkach leżących na półce tego na pewno nie znajdziecie ;-)

Pisanie było dla Tyrmanda -- stopniowo spychanego przez komunistyczne władze do narożnika bezczynności, marazmu i braku perspektyw -- formą odreagowania, próbą intelektualnego zmierzenia się z otaczającą rzeczywistością totalitarnego kraju. W tym sensie podzielał on los innych dziennikarzy Tygodnika Powszechnego (między innymi Jerzego Turowicza czy Stefana Kisielewskiego), którego emisję władze wstrzymały w 1953 r. po odmowie publikacji oficjalnego nekrologu Stalina.

Co wieczór odkrywam burtę dział, unoszę klapę otworów strzelniczych, ładuję działa amunicją myśli, spostrzeżeń, wniosków, i z sercem wypełnionym rozkoszą walki strzelam w przestrzeń. Efekt - rzecz jasna - żaden. W ten sposób mogę walić kilkadziesiąt lat z floweru do skały Gibraltaru i skutek będzie ten sam. Ale strzelanie ma sens dwojaki, w równej mierze wpływa na ostrzeliwanego, jak na strzelającego. Sam fakt strzelania dowodzi tego, że jest w mym życiu jeszcze jedna reduta, z której mogę strzelać. A tym samym przestaję czuć się bezwolnym. Niczym wobec jakiejkolwiek opoki. To wszystko. [s. 192-193] 
Spośród wielu ciekawych myśli Tyrmanda można znaleźć również takie, po przeczytaniu których wyraźnie widać, że od 1954 r. w niektórych kwestiach pozostaliśmy nadal tym samym, smutnym krajem -- i nic tu nie da zrzucanie winy na tych lub tamtych komunistów, żydów, masonów, cyklistów czy innych dyżurnych winnych. Zmienił się język, zmieniła się technologia, jednak duch mocno trwa w narodzie.
Mróz dochodzi do dwudziestu pięciu stopni w ciągu dnia. (...) Czekanie na tramwaj czy trolejbus jest w tych warunkach męczeństwem. Wydaje mi się, że jeśli Warszawa zdobędzie się kiedyś na zbrojne wystąpienie przeciwko régime'owi, to rewolucja zrodzi się w taką pogodę na przystankach. Dzika nienawiść płonie w oczach czekających godzinami na autobus na widok limuzyn komunistycznych dygnitarzy; takiej nienawiści nie zauważyłem nigdy we wzroku bezrobotnych spoglądających na auta milionerów. Jest coś nieludzko okrutnego w fakcie, że w taki mróz ludzie czekają godzinami w ogonkach do tramwaju, podczas gdy prasa warszawska ocieka wazeliną, pisząc o "wspaniałym darze Związku Radzieckiego dla Warszawy", nikomu niepotrzebnym drapaczu chmur. Gdyby komuniści chcieli naprawdę pomóc Warszawie, rozwiązaliby przede wszystkim palący i haniebny problem komunikacji, zamiast ładować miliony złotych w inwestycje czysto prestiżowe czy propagandowe. Ale ja odczuwam zawsze niejasną pewność, widząc przemarzniętych, spychających się pod koła w bezwzględnej, potwornej walce o wpakowanie się do wagonu ludzi, że ktoś się temu z satysfakcją przygląda, powtarzając z cicha: "Niech się męczą, niech się mordują, dobrze im tak, lepiej nas potem będą kochać, bardziej nam potem będą wdzięczni...". [s. 213]
Wobec opornych z tego środowiska stosuje się chwyty finezyjniejsze. Pozwala im się na krytykę, ale w ściśle ograniczonych ramach. Na przykład: urządza się pokaz projektów architektonicznych na rozwiązanie śródmieścia Warszawy, sprasza się nań publiczność pod hasłem: 'Przyjdź, krytykuj, doradź! Twoje krytyczne wypowiedzi są potrzebne i pożyteczne, będziemy je brali pod uwagę w naszej pracy!...". Oczywiście - bzdura. Nikt uwag tych nie będzie brał pod uwagę. Co zaś najważniejsze - w dyskusji takiej wolno atakować tylko i wyłącznie szczegóły, nie wolno zaś atakować socrealizmu w architekturze, który czyni z oblicza artystycznego Warszawy obrzydliwy, tandetny jarmark, usiany tanimi, lukrowanymi ciastkami. [s. 265]

Dla tych, którzy niekoniecznie o Warszawie -- w książce można znaleźć także kilka wątków łódzkich. W Łodzi 3 września 1945 r. Tyrmand po raz pierwszy spotkał swoją matkę po sześciu latach wojny, o Łodzi Tyrmand pisze jako o jednym z miast niezniszczonych przez wojnę, w której wraz z tkanką materialną miały zachować się także pewne elementy swobód -- rozwiązań alternatywnych, wymykających się aparatowi władzy.
Trzeba dokonać zabiegu, facet nie ma dostatecznej forsy na to, a co gorsza - trudno mu jest cokolwiek w Warszawie zorganizować (...). Są to wszystko obecnie problemy ciężkie i skomplikowane, albowiem komuniści zajmują wobec nich stanowisko zgodne z przekonaniami najciemniejszego kleru. W miastach niezniszczonych, takich jak Łódź, Kraków czy Katowice, łatwiej jest jeszcze o jakieś wyjście, Warszawa jest jednak miastem zorganizowanym terrorystycznie, zupełnie niemal na modłę sowiecką, i ludzie boją się w niej o wiele więcej niż gdziekolwiek indziej. [s. 400]
Wreszcie w tekście pojawia się ciekawy epizod z II Zjazdu KC PZPR, opisywanego przez ówczesną prasę reżimową.
Odświeżające są tylko niebaczne wyznania, jak owego sekretarza partyjnego z Łodzi, który ubolewał nad opozycyjnością łódzkich robotników i tłumaczył ją endeckimi wpływami w fabrykach włókienniczych. To ci ideologia! Piętnaście lat, jak nie istnieje legalne Stronnictwo Narodowe, a mają wpływy! I pomyśleć, że ja zawsze miałem endeków za bezmyślnych spryciarzy i obskurantów. A tu - taka siła duchowa! Tfu, z tymi komunistycznymi analizami nastrojów mas. [s. 413]
Podsumowując i kończąc (bo coś czuję że dziś przeżywam niemoc i nie wszystko chce się tu skleić tak, jakby tego wymagał kunszt opisywanej pracy Tyrmanda) -- warto. Nad lekturą spędza się trochę czasu

Może chcesz przeczytać również:
Książka:

Leopold Tyrmand: Dziennik 1954. Wersja oryginalna, Wydawnictwo MG, Warszawa, cop. 2011, ISBN 978-83-7779-011-3.

niedziela, 26 stycznia 2014

Radykalny islam

"Radykalny islam" to kolejna z książek, którą złapałem w krakowskim Dedalusie w czasie ostatnich wakacji. Już od jakiegoś czasu zauważałem, że brakuje mi tytułów z tematyki, w której zaczytywałem się przez kilka lat studiów, i tak co jakiś czas łapałem odruchowo łapałem -- a to za (moim zdaniem) słaby debiut Ewy Jasiewicz "Podpalić Gazę", inny razem za znacznie lepszy reportaż Pawła Smoleńskiego "Arab strzela, Żyd się cieszy".

W Krakowie trafiłem na wydany w 1985 roku "Radical Islam: Medieval Theology and Modern Politics" (w Polsce książka jako "Radykalny islam" została wydana dopiero dwadzieścia lat później, być może na fali odgrzebywania literatury związanej z islamem po zamachu z 11 września).

Jak się domyślałem osoba autora poruszającego tę tematykę nie będzie budziła entuzjazmu niektórych. Emmanuel Sivan jest (lub był) profesorem historii islamskiej Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie.
You should read Emmanuel Sivan's "Radical Islam" to know that he has nothing to offer. This Israeli Orientalist reads Arabic but has nothing to offer explain summaries of what he reads. That is exactly what he did with that aforementioned book. There is not one original insight in that book. [1]
Zresztą sam autor zdaje się prowokować, pisząc na samym wstępie bez ogródek:
To poszerzone i uaktualnione wydanie powstało w sielankowej scenerii Willi Serbelloni we włoskim Bellagio, udostępnionej przez Rockeffeler Foundation's Study and Conference Center. Dziękuję Fundacji i Centru oraz Ich Pracownikom. [s. 13]
Trzeba przyznać, że facet ma poczucie humoru. Pomyślałem, że mimo to warto spróbować.

Publikacja niestety może być trudna dla kogoś, kto nigdy nie zajmował się tematyką islamu -- autor dość dużo tłumaczy, jednak poziom wyjściowy określiłbym na "B1" lub "B2". Mimo to moim zdaniem -- jeżeli ktoś "czuje zacięcie" -- na pewno warto po książkę sięgnąć. Powodów jest co najmniej kilka.


Emmanuel Sivan świetnie ukazuje na konkretnych przykładach, jak bardzo zróżnicowane było oraz nadal jest zjawisko islamizmu (choć i tak w swojej pracy ogranicza się do analizy nurtów sunnickich, poświęcając jedynie ostatni rozdział na analizę zależności między sunnickimi a szyickimi ruchami konserwatywnymi i radykalnymi). Ciekawą kwestią jest to, że kształtowanie się współczesnego radykalizmu islamskiego (zgodnie z rozwojem przedstawionym przez autora) wbrew pozorom nie wiązało się aż tak mocno z kwestią zagrożeń zewnętrznych, bardziej zaś z oderwaniem się establishmentu Egiptu, Syrii, Libanu czy Iranu od mas, przywiązanych do tradycyjnych wartości islamu.
Qutb doszedł do wniosku, że obecne zagrożenie jest większe i bardziej podstępne niż kiedykolwiek w historii islamu, pochodzi bowiem z wnętrza bastionu i rozpowszechniane jest za pośrednictwem pozornie wiernych wyznawców. [s. 44]
Nie bez znaczenia był również gwałtowny wzrost gospodarczy, konsumowany głównie przez klasę rządzącą, którego skutkiem było powiększające się rozwarstwienie społeczne. Nie bez znaczenia była w tym wypadku również szybko postępująca sekularyzacja, która nie była jednak wynikiem oddolnych zmian społecznych -- bardziej przypominała narzucaną odgórnie doktrynę, realizowaną w sposób, którego nie powstydziłoby się wiele totalitaryzmów.
Jeszcze bardziej szokujące były przypadki fizycznych ataków młodych bojowniczek partii Baas na wierne tradycji kobiety, polegające na zdzieraniu im publicznie tradycyjnych zasłon z twarzy, wywieranie presji przez dyrekcję szkół średnich na uczennice, by usunęły zasłony "dobrowolnie", oraz rzekome moralne rozluźnienie w szeregach organizacji młodzieżowych i kobiecych partii Baas. [s. 70]
Warto tutaj dodać, że w przypadku rządów partii Baas nie mamy do czynienia z postępową, miłującą równość i pokój grupą pacyfistów, ale z krwawym reżimem realizującym rękami wojskowych ideę inżynierii społecznej.

Istotny okazał się także proces formowania się grupy pokoleniowej młodych, wykształconych z aspiracjami, którzy nie potrafili odnaleźć się nie tylko w powiększającej się (z ich punktu widzenia) pustce ideologicznej, markowanej kalkami z Zachodu, ale też w coraz trudniejszej sytuacji ekonomicznej. Rozwiązaniem dla nich miał być powrót do tradycyjnych wartości świata islamu, w którym to świecie każdy jest równy. Przed Bogiem.
Ponieważ rozgoryczenie młodych wynika ze względnej biedy, bierze się nie tylko z oczekiwań "ludzi, którzy kształcili się i powinni cieszyć się większą mobilnością społeczną" - jest również skutkiem porównywania z dobrym życiem na Zachodzie, pokazywanym w telewizji, filmach i reklamach (...). Jeszcze gorzej wypada porównanie z uprzywilejowanymi częściami społeczeństwa egipskiego (ta część sektora prywatnego, która pracuje z obcokrajowcami, dyrektorzy firm należących do rządu i różni inni "pięcioprocentowcy", nazywani tak w ślad za ich zagranicznymi komisjami). Nie chodzi o to, że taki sektor nie istniał za Nasera - jego rozmiary były dużo mniejsze, a uprzywilejowani mieli zakaz obnoszenia się z bogactwem; ostentacyjne wydawanie pieniędzy i publiczne zadawanie się z obcokrajowcami było zabronione. Pod rządami Sadata, kierującego się zasadą enrichissez-vous, podobne zakazy zostały zniesione jako niezbędny bodziec do rozwoju gospodarczego. (...) 
Radykalny islam oferuje młodzieży miejskiej - pozornie przekonujące panaceum: powrót do purytańskiego i egalitarnego sposobu życia, zmniejszenie przepaści społecznej polegające na zabieraniu bogatym i dawaniu biednym oraz obniżenie ogólnego poziomu oczekiwań, zmniejszając w ten sposób napięcia i rozgoryczenie. [s. 150]
Intrygująca dla niektórych może być również kwestia kształtowania się radykalnych ruchów religijnych, opierających się na kontestacji "współczesności", potępianiu "relatywizmu moralnego", wskazywaniu na odrzucenie praw bożych na rzecz praw ludzkich, walce ze zgorszeniem itd. Wydaje się być to niezmienne dla wszystkich konserwatywnych i radykalnych nurtów religijnych, bez względu na miejsce i czas.

Jeśli się popatrzy na zachodnie społeczeństwa, mówi Qutb (...), można zobaczyć przyszłość - a ona się nie sprawdza. Taka przyszłość czeka społeczeństwa muzułmańskie: nieograniczony indywidualizm, podziały, demoralizacja, prowadzące do moralnego i społecznego upadku. (...) Bo wszystko, co nas otacza, to dżahilijja; wyobrażenia i przekonania, maniery i zasady, kultura, sztuka i literatura, prawa i przepisy, włączając w to dużą część tego, co uznajemy za kulturę islamską." [s. 41]
Niezmienna wydaje się także kwestia "ochrony rodziny", jako ponadczasowego bastionu praw, tradycji i religii, jak również dyskusja o prawach, jakie przysługują -- lub też nie -- kobietom.

Nie ma takiej kwestii prawnej, w której naciski są bardziej wyraźne, niż w odniesieniu do ustawy o statusie osobistym [3], uchwalonej w 1979 roku na mocy dekretu prezydenckiego, a nie przez zgromadzenie narodowe, aby położyć kres pięcioletnim manewrom "gry na zwłokę" na rzecz wszelkiego rodzaju fundamentalistów. (...) nowe prawo między innymi upoważnia żonę do wszczęcia postępowania rozwodowego, jeżeli mąż wziął sobie drugą żonę wbrew jej woli, wymaga, aby rozwód odbył się przed sędzią, oraz daje żonie szersze prawa w kwestii alimentów, opieki nad dziećmi i miejsca zamieszkania. (...) Listy te [od niezadowolonych czytelników czasopisma al-Liwa' - JG], których liczba znacznie przekroczyła liczbę otrzymywanych na jakikolwiek inny temat, były szczególnie napastliwe, a wiele z nich było napisanych przez rozwiedzionych mężczyzn, którzy twierdzili, że stali się ofiarami prawa z 1979 roku. (...) same artykuły broniące tego prawa, które [al-Liwa' - JG] zdecydował się opublikować w swych wcześniejszych numerach, były raczej obojętne i miały apologetyczny charakter; wkrótce po nich nastąpiły kolejne, wyraźnie wrogie wobec tej ustawy, która "jest sprzeczna z podstawowymi zasadami islamu", "już zwiększyła wskaźnik rozwodów"" i "z pewnością doprowadzi do rozpadu rodziny w Egipcie". (...) Ponadto prawo z 1979 pozostaje w jawnej sprzeczności ze wszystkim, za czym al-Liwa' opowiada się w kwestiach rodziny, tej podstawowej komórki i ostatniego bastionu społeczeństwa muzułmańskiego. [s. 170-171]

Brzmi znajomo.


Jedynym, czego zabrakło mi w książce -- i nie za bardzo rozumiem, skąd wynika ten brak -- jest przynajmniej zarys kwestii różnic etnicznych między Arabami a Persami w kontekście rozwoju idei panarabizmu i panislamizmu, chociażby przy okazji omawiania relacji między sunnickimi i szyickimi nurtami radykalnymi w ostatnim rozdziale książki. Ale w kontekście wartości całej pracy jest to na tyle niewielka strata, że pozycję mogę polecać z czystym sumieniem.


Przypisy:

[1] Asad AbuKhalil, The Angry Arab News Service/وكالة أنباء العربي الغاضب, Emmanuel Sivan. Dostęp: 26.01.2014.

[2] Partia Baas, Wikipedia. Dostęp: 26.01.2014.

[3] Znalezienie w internecie informacji o tej ustawie z 1979 r. po polsku praktycznie graniczy z cudem, ale w języku angielskim udaje się już co nieco wyszukać. Polecam na początek tekst Margot Badran "Feminist Activism and Reform of Muslim Personal Status Laws. A look at Egypt and Morocco" oraz Camilo Gómez-Rivasa "Women, Shari‘a, and Personal Status Law Reform in Egypt after the Revolution".


Książka:

Emmanuel Sivan: Radykalny islam (Radical Islam: Medieval Theology and Modern Politics), tłumaczenie Anna Kosior, Wydawnictwo Libron, Kraków 2005, ISBN: 978-83-241-4874-5.