sobota, 28 grudnia 2013

Klucz do otchłani

K.G. wyjeżdża, tym razem pewnie na dobre. Cóż, nie jest to ani dobra wiadomość dla mnie, ani dla tego miasta, które po raz kolejny nie dało tego, co może dać inne miejsce w tym smutnym kraju. C'est la vie, jak śpiewał Kuba Badach, interpretując Andrzeja Zauchę.

Przed wyjazdem na spotkaniu z K.M. i M. okazało się, że w krótkim czasie należy zagospodarować pewną część z pokaźnego księgozbioru K.G. (co przy moich dziwnych kontaktach okazało się zadaniem dość łatwym). Nikogo z pewnością nie zdziwi, że kilka pozycji z księgozbioru wylądowało u mnie i M. I tym to sposobem (w największym skrócie) wszedłem w posiadanie powieści José Carlosa Somozy "Klucz do otchłani". Niemal bezpodstawne wzbogacenie.

Kiedy zastanawiałem się, co by tu na święta (po skończonym "Pod Mocnym Aniołem" Jerzego Pilcha), przeglądając swój podręczny zestaw książek czekających na swoją kolej, zacząłem kombinować kategoriami: lekkie, do czytania w podróży, niezobowiązujące. Thriller futurystyczny wydawał się odpowiednim rozwiązaniem, a 492 strony tekstu Somozy wciągnąłem w ciągu kilku dni.

Nie przeszkodziło mi to, że ostatni raz z gatunkiem science fiction (w formie książkowej) miałem do czynienia jako nastolatek, kiedy to z wypiekami na twarzy w miejscowej bibliotece sześćdziesięciotysięcznego miasteczka grzebałem na półce szukając co dziwniejszych tytułów; nie wiem dlaczego, ale z tego okresu utkwiły mi w głowie jedynie dwa hasła: "mistrzowie SF" (seria wydawnicza wydawnictwa Amber) oraz tytuł "Brzydki mały chłopiec". Niewiele.

Pewnie nawet pióro J.S. Somozy nie sprawi, nie na dłużej wrócę do tego gatunku, ale zawsze miło sobie powspominać.

O samej książce da się w internecie znaleźć dość dużo, łącznie z informacją, do czego nawiązuje tekst powieści (dla niewtajemniczonego czytelnika, który namiętnie googla / googluje książki dopiero po ich przeczytaniu -- jak dla mnie -- może być to pewna niespodzianka). Całość nadaje się -- moim zdaniem -- głównie do spędzenia kilku przyjemnych chwil z herbatą i książką w ręku. Być może więcej zabawy (będą) mieli miłośnicy oraz znawcy twórczości pewnego pana, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, określonego przez polskich wikipedystów jako ateista, rasista i autorytarysta (celowo nie linkuję żeby nie psuć nikomu zabawy; chcący na pewno dojdzie, o kogo chodzi).

Nie zmienia to faktu, że w książce znalazłem kilka ciekawych cytatów, które -- szczególnie w oderwaniu od kontekstu książki -- brzmią wybornie.

Jestem po prostu dziwakiem - odparł z powagą Darby. Jak zauważyłeś, zbieram i czytam książki. Każdy, kto czyta, staje się dziwakiem. Czytanie daje wiedzę, a ponieważ wokół dominuje raczej ignorancja, wiedza oznacza dziwactwo. [s. 84]

Człowiek współczesny sądzi, że nie wierzy już w Boga, co zresztą może być prawdą. Ale nawet jeśli zanikła wiara, pozostał strach. Bóg przetrwał w ludzkim umyśle jako bezkształtny, nierealny lęk. Istnieje tylko w takiej formie. [s. 139]

Być może kiedyś pokuszę się i wybiorę na ekranizację "Klucza do otchłani" -- powieść wydaje się dość wdzięcznym materiałem filmowym, także myślę, że to jedynie kwestia czasu. Na razie pozostanę pod wrażeniem dziwnego świata ludzi hodowanych w laboratoriach genetycznych, w którym -- ze względów religijnych -- nauka odmawia leczenia oraz badań nad schorzeniami serca (s. 108-109).

Książka:
José Carlos Somoza: Klucz do otchłani (La llave del abismo), przełożyła Barbara Jaroszuk, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2009, ISBN: 978-83-7495-682-6. 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Pod Mocnym Aniołem

"(...) i mamy alkohole, którymi się otumaniamy, gdyż nam już literatura nie wystarcza." [1]


Po "Roku 1984" George'a Orwella na jakiś czas zanurzyłem się w "Zagranicznych formacjach SS" Chrisa Bishopa, ale tę książkę (patrząc z perspektywy tego bloga) na razie odłożyłem, być może przy kiedyś -- przy okazji -- do niej wrócę.

Za to w tak zwanym międzyczasie udało mi się zajść na otwarcie bardzo fajnego miejsca: antykwariatu i księgarni "Cetus" (Piotrkowska 82 -- na końcu najdłuższego podwórka w tej części wszechświata), skąd -- poza naprawdę udanym wieczorem -- udało mi się wyjść z czterema książkami, które zasiliły moją podręczną biblioteczkę (i które pewnie będą stopniowo się tu pojawiały).

W związku z zapowiadaną na 17 stycznia premierą nowego obrazu Wojciecha Smarzowskiego "Pod Mocnym Aniołem" -- a brudne filmy tego faceta oglądam z niemal perwersyjną przyjemnością -- postanowiłem przygotować się do niej jak należy i na pierwszy ogień poszła powieść Jerzego Pilcha o tym samym tytule.

Powieść -- jak to ujęła trafnie Maria Janion, przewodnicząca jury Nagrody Literackiej NIKE w 2001 roku -- napisała została w stylu "deliryczno-barokowym". Pilch wspaniałym językiem niesie czytelnika przez opowieść, która zdaje się nie mieć ani początku, ani końca. Główny bohater -- pisarz Jerzy -- wychodzi z zakładu dla samobójców i deliryków, zaczyna pić, po czym znów szybko wraca do terapeucic (i głównego terapeuty, Mojżesza alias Ja Alkohol), doktora Granady i całej wesołej ekipy deliryków. Na te niecałe 200 stron czytelnik zostaje wrzucony w oniryczny świat ciągłego upojenia alkoholowego, w którym rzeczywistość oddziału dla deliryków miesza się ze wspomnieniami z dzieciństwa. Kraków miesza się z Warszawą, Kobierzyn z Tworkami, Wisła z Utratą, Iwaszkiewicz z Gombrowiczem, oceaniczny dym idący z pieców kombinatu im. Sendzimira (dawniej Lenina) łączy się z obłokami zapachu obłąkańczych piżam (s. 168).

Kiedy już świadomość Jerzego zawędruje na oddział deliryczny, pisuje dzienniki uczuć dla współtowarzyszy pijackiej nie/doli (bo jednego pijaka w całej rozciągłości może zrozumieć tylko drugi pijak [s. 159]) -- Najbardziej Poszukiwanego Terrorysty Świata (kierowcy tirów jeżdżących na wschód z owocami), Królowej Kentu (farmaceutki), Kolumba Odkrywcy (wykładowcy filozofii), Przodownika Pracy Socjalistycznej (pracownika Huty im. Sendzimira, dawniej Lenina), Króla Cukru (przedsiębiorca), Don Juana Ziobry (fryzjera i muzyka), Szymona Sama Dobroć (studenta prawa), Fanny Kapelmeister (nauczycielka historii).

Tak jest, to prawda, komputer potrafi przewyższyć człowieka na wielu polach, na przykład (...) ale moim skromnym, zapijaczonym zdaniem, dopóki nie znajdzie się taki komputer, co potrafi wypić więcej od człowieka, ludzkość nie powinna czuć się w swych pryncypiach zagrożona. Proszę bardzo, ja mistrz, ja mistrz wyciągam dłonie! Proszę bardzo, ja mistrz, ja arcymistrz podejmuję wyzwanie! Dajcie mi maszynę genialnie skonstruowaną, dajcie mi komputer o niebywałych zasobach inteligencji, niech ma pojemność nieskończoną, niech jego halogeny świecą siłą tysiąca słońc, niech będzie wielki jak przedwojenna kamienica, niech będzie zaprogramowany na studzienne picie, niech będzie odporny na uzależnienie, niech ma wiekuistą tolerancję na gorzałę, niech ma specjalne podzespoły pozwalające na całkowitą kontrolę sytuacji, niech ma mózg mocny jak piec martenowski i niech ma prawo wyboru trunku i postawcie pomiędzy nami skrzynkę wybranego przezeń trunku i niechaj starter da znak, a wnet ujrzycie tryumf człowieczeństwa oraz humanizmu. Jak długo on pił będzie ramię w ramię ze mną: miesiąc, dwa, pół roku? Przecież prędzej czy później o kolejnym bladym świcie, prędzej czy później po kolejnym zbawczym klinie, zanim mnie gorzała po kościach się rozejdzie, zanim zdążę się podnieść, rozgrzać, zarumienić i wygłosić pierwszą natchnioną myśl, on zgaśnie, padnie, straci przytomność i wyrzyga cały twardy dysk. (s. 122-123)

Świat delirycznych historii, ponury, paradoksalnie jest także niezwykle barwny -- tak barwny, jak jego bohaterowie ich zmagania. Nie, nie z alkoholem. Z życiem.

– Nie ma żadnej filozofii picia – powtarzał – jest jedynie technika picia. Istnieje natomiast – bezwiednym belferskim gestem unosił palec w górę – istnieje natomiast filozofia złego samopoczucia. Generalnie sens egzystencji ludzkiej da się sprowadzić do permanentnych starań o poprawę samopoczucia, służyć temu może na przykład ideologia, religia, postęp techniczny, dobra materialne, służyć temu może także picie – ściślej – umiejętnie sterowana technika picia. Innymi słowy, w życiu idzie o to, by za pomocą właściwej techniki picia należycie korygować złe samopoczucie. Może to szwankować. Gdy samopoczucie staje się tak złe, że nie pomaga żadna technika picia, albo gdy technika picia ulega rozprzężeniu i zamiast poprawiać, pogarsza samopoczucie, tak, wtedy pojawiają się problemy. (s. 52)

Pozostaje już jedynie (do)czekać do 17 stycznia i zobaczyć, co wyjdzie z mieszanki Pilch&Smarzowski. Po drodze jedynie Saturalia (ewentualnie rocznica narodzin w ubogiej grocie szlachetnego bóstwa słońca -- Mitry) oraz doroczny rytuał przejścia, w trakcie którego miliony polskich złotych, czy też innych dolarów lub euro oświecone, zachodnie społeczeństwo puszcza z dymem.




A dla tych, którzy chcą jeszcze przed seansem -- wykorzystując czas błogiego lenistwa -- chcą przebrnąć przez "pierwowzór" scenariusza (do czego zachęcam) poleca się wsparcie braci Rosjan z Maxima Library.orgCała książka Pilcha jest dostępna online.


[1] Z cyklu "ogłoszenia duszpasterskie" -- cytatem z początku tekstu zakończyłem rok pański 2008 na jednym z niesamowicie popularnych portali społecznościowych (co wyciągnął mi ostatnio i wypomniał M.G., na portalu tymże. Niestety nie zanotowałem, skąd ów cytat wówczas wziąłem. Także gdyby ktoś wiedział, kto jest autorem słów "(...) i mamy alkohole (...)" to byłbym wdzięczny za wiadomość (mailowo lub w komentarzu do posta, bez różnicy). Trzeba przyznać, że do powieści Pilcha pasuje idealnie.

[12 stycznia 2019]

Po latach znalazłem źródło i je upamiętniam, ku chwale:
"(...) i mamy alkohole, którymi się otumaniamy, gdyż nam już literatura nie wystarcza." to Krzysztof Varga: Poranna chwała. Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża, 1997.

Książka:
Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem, Świat Książki - Wetbild Polska, Warszawa 2013, ISBN: 978-83-7943-008-6. 

niedziela, 8 grudnia 2013

Rok 1984

To, że "Rok 1984" Erica Arthura Blaira to książka o władzy, to jedynie część prawdy. Nie wiem, jak duża część, ale jednak. Ta książka jest o naturze człowieka. Pesymistycznym obrazie natury człowieka. Nie, to nie tak, że władza to nie człowiek z jego ułomnościami. Wręcz przeciwnie. Jednak z pozoru dwie przeciwstawne natury -- natura ciemięzcy i natura ciemiężonego -- okazują się sobie bliskie. Jak dwie siły o jednakowym kierunku a przeciwnym zwrocie.

Winston w swoistym tryptyku, który walczy się i miota, rzucając się w wir pracy dla świata, który go niszczy.

Winston miał dar do podobnych zadań i wciągnął się do tego stopnia, że przez dwie godziny ani razu nie pomyślał o dziewczynie. [s. 102]
Julia, nadzieja na istnienie "świata" wewnątrz świata, tej trzeszczącej rzeczywistości, której bunt zaczynał się i kończył "poniżej pasa" [s. 144]. 

Oboje gotowi poświęcić życie, zabijać setki niewinnych ludzi, zdradzić, oszukiwać, fałszować, oblać twarz dziecka kwasem siarkowym, zmienić tożsamość, popełnić samobójstwo [s. 159]. Gotowi na wszystko, byle by tylko unicestwić podłą, wyniszczającą, totalitarną rzeczywistość. Na wszystko poza rozstaniem.
Zróbcie to Julii! Julii! Nie mnie! Julii! Nie obchodzi mnie, co się z nią stanie. Niech jej zeżrą twarz, obgryzą aż do kości. Nie mnie! Julii! Nie mnie! [s. 261]

Później miało być już tylko łatwiej.

Dwie pachnące dżinem łzy spłynęły mu wolno po policzkach. Ale wszystko było już dobrze, wreszcie było dobrze; walka się skończyła. Odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Kochał Wielkiego Brata. [s. 271]



W przypadku takich książek zawsze wraca do mnie to samo pytanie -- gdzie jesteśmy. Jak daleko odeszliśmy od świata opisanego lub też jak szybko w jego stronę zmierzamy. Niektóre kwestie jednak pozostają ponadczasowe [2]. To była wielka okazja -- powiedział szef Ministerstwa Pokoju resortu obrony Tomasz Siemoniak

"Należało się uporać z problemem, jak utrzymywać w ciągłym ruchu machinę przemysłu, nie zwiększając zamożności świata. Rozumiano, że dobra należy wytwarzać, lecz nie wolno ich rozpowszechniać. Jedynym realnym rozwiązaniem była więc ciągła wojna. 
Istotą wojny jest niszczenie - niekoniecznie zabijanie ludzi, lecz niszczenie wytworów ich rąk. Wojna to sposób na obracanie w pył, wysadzanie w stratosferę lub zatapianie na dno oceanów materiałów, które można by zużytkować inaczej, niepotrzebnie przyczyniając się do podwyższenia poziomu życia szerokich mas społeczeństwa, a co za tym idzie, do ich edukacji. Nawet wówczas, gdy sprzęt bojowy nie ulega zniszczeniu, jego produkcja to wygodny sposób zajęcia siły roboczej bez wytwarzanie zbędnych towarów konsumpcyjnych. Na przykład każda pływająca forteca wymaga nakładów pracy wystarczających do zbudowania kilkuset statków handlowych. (...) W teorii przemysł zbrojeniowy ma pochłaniać wszystkie nadwyżki pozostałe po zaspokojeniu bieżących potrzeb społeczeństwa. W praktyce zawsze zaniża się potrzeby, czego rezultatem jest ciągły niedobór niezbędnych artykułów; ten stan rzeczy uchodzi jednak za korzystny." [s. 175-176]

Prole pozostaną prolami.


[1] Eric Arthur Blair: Do remember that dishonesty and cowardice always have to be paid for. Don’t imagine that for years on end you can make yourself the boot-licking propagandist of the Soviet régime, or any other régime, and then suddenly return to mental decency. Once a whore, always a whoreAs I Please, Tribune, 1 September 1944.
[2Nowe czołgi w polskiej armii. MON kupił 119 Leopardów, Polskie Radio, 22 listopada 2013.

Książka:
George Orwell: Rok 1984 (org. Nineteen Eighty-Four), przekład Julii Mirkowicz, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2013, ISBN: 978-83-7758-366-1. 

czwartek, 21 listopada 2013

Życie między budynkami

Już dość dawno temu, bo od 1960 roku kilkadziesiąt lat zdążyło minąć, pewien duński architekt i urbanista Jan Gehl ukończył Królewską Duńską Akademię Sztuk. W tym też czasie -- jak sam opowiada -- miał spotykać się z kobietą, z wykształcenia psycholożką, która zadała mu jedno, proste pytanie -- dlaczego wy, architekci, nie zajmujecie się ludźmi? [1]

Funkcjonaliści nie wspomnieli o psychologicznych i społecznych aspektach projektowania budynków. [s. 45]

Gehl miał wtedy wrócić na uniwersytet i zacząć badać tę kwestię uznając, że ma ona w tym zupełną rację -- i tak zaczęła się historia jednego z najbardziej znanych, współczesnych urbanistów na świecie.

Pytanie to -- może nieco dziwne z dzisiejszego punktu widzenia --  tamtym czasie było jak najbardziej zasadne. I rzeczywiście prawie nikt z projektujących lub przebudowujących wówczas miasta na serio go sobie nie zadawał, ewentualnie nie brał pod uwagę refleksji płynących z uzyskanych odpowiedzi. W architekturze i urbanistyce okres po II wojnie światowej to bezsprzecznie okres triumfu modernizmu, który -- bez względu na to, czy sobie z tego zdajemy sprawę, czy też nie -- odcisnął bardzo silne piętno na wielu polskich miastach. Ale tutaj nie o urbanistyce, tylko o książce.

Pierwsze wydanie "Życia między budynkami" to rok 1971. Teoretycznie [2] jest to już schyłkowy okres modernizmu, w związku z tym książka poświęcona (ujmując rzecz najogólniej) ludziom w przestrzeni publicznej trafia w punkt. Nie wiem, czy właśnie ten czasookres, czy niesamowicie prosty i przystępny nawet dla laika język sprawił, że książka bardzo szybko zyskała ogromną popularność, wchodząc przebojem do kanonu lektur młodego urbanisty.

Mam taką swoją, prywatną teorię, że na przykładzie historii tej książki (jak również kolejnej pracy Gehla, na którą cierpliwie czekam) można doskonale zobrazować podejście oraz ogólny stan wiedzy / świadomości urbanistycznej w naszym jakże najwspanialszym kraju. Jak już wspomniałem, pierwsze wydanie "Życia między budynkami" to początek lat 70. XX wieku. Pierwsze polskojęzyczne wydanie tej -- w gruncie rzeczy "podstawowej" -- pracy to 2009 rok. Tak, prawie 40 lat zajęło nam przetłumaczenie i wydanie książki, którą inni zdążyli już przedyskutować, skrytykować, przepracować i wysnuć z niej jakieś konstruktywne wnioski. Za to kiedy już polski czytelnik na progu XXI wieku dostał do ręki pracę Gehla rozeszła się jak świeże bułeczki. A przynajmniej ja mam takie wrażenie, bo swój pierwszy raz z tą książką (pożyczoną od koleżanki) miałem jakoś na przełomie 2010 i 2011 roku i (z tego co pamiętam) od tamtego czasu bezowocnie jej poszukiwałem. To znaczy -- pewnie udałoby mi się w którymś momencie załapać ją w drugim obiegu na jakimś portalu na A.pl, T.pl itd., ale na książkę nieużytkowaną nie miałem co liczyć. 9 lutego 2013 roku napisałem maila do wydawców czasopisma Architektura&Biznes (wydawców pierwszej polskojęzycznej edycji książki Gehla) z pytaniem, czy przypadkiem nie został im na półce jakiś zbędny egzemplarz. Wtedy też dowiedziałem się, że planowany jest dodruk publikacji, na który skwapliwie się później zapisałem. Oszczędzę Wam wrzucania zdjęcia z moją imienną dedykacją od autora ;-)

Kończąc tę przydługą historię, czyli o zmianach: w 2010 roku ukazała się jedna z najnowszych prac profesora najnowsza książka Cities for People. Właściwie na czas tegorocznej, jesiennej wizyty Jana Gehla w Łodzi polskojęzyczna edycja tej książki miała być już gotowa, ale coś nie_pojszło i była dystrybuowana jedynie jej okładka (w formie ulotki). Serio. Żeby uczestnicy spotkań mieli na czym dostać autograf, aby później wkleić go do zakupionej publikacji (taki marketing, Bracie / Siostro). Nawet, jeżeli publikacja ukaże się w Polsce dopiero w 2014 roku, to w stosunku do "Życia między budynkami" mamy niesamowite przyspieszenie.

Niewątpliwym plusem publikacji są liczne przykłady, opatrzone stosownymi mapami, zdjęciami, wykresami. Generalnie poza słowem pisanym jest też na co popatrzeć. Dodatkowej wartości nabiera to teraz, kiedy za pomocą Google Street View czytelnik ma szansę wybrać się w część z opisywanych w książce miejsc. Oczywiście to nie to samo, co usiąść na Piazza del Campo czy zobaczyć na żywo renesansową Palmanovę, ale jak się nie ma co się lubi...

Palmanova (1572-1680). Źródło: Wikipedia
Na sam koniec (obiecuję!) jeszcze tylko jedna, w ramach pewnego wyjątku -- merytoryczna kwestia z "Życia między budynkami", aby przy okazji dorzucić tradycyjnie cytat z publikacji we wpisie.

Jan Gehl w swojej pracy stosunkowo często używa sformułowania "miasto dla ludzi, nie dla samochodów", które to hasło w nieco zmodyfikowanej (i moim zdaniem gorszej) formie przeszło już do kanonu haseł demonstracyjnych za pośrednictwem polskich rowerzystów, skupionych wokół ogólnoświatowego ruchu "Masa Krytyczna".  Nie tak dawno temu z ust pewnego "wykształconego" specjalisty od transportu o odchyleniu neoliberalnym przeczytałem zgrabny tekst o "emancypujących się samochodach". Na facebooku szuka się trudniej niż przez Googla, ale jak się chce i potrafi to i tu można dać sobie radę :-) (z litości podam jedynie same inicjały).

Z.L. [Jan Gehl] powiedział że samochody się wyemancypowały i samodzielnie jeżdżą sobie po mieście, a miasto ma być dla ludzi nie dla samochodów, samochody ludzkości nie są potrzebne. niech jeszcze zaproponuje by wystawić z mieszkań pralki i lodówki bo też zajmują cenne miejsce a przecież ich wartość użytkowa jest taka jak samochodów. ogólnie pozbądźmy się wszystkich maszyn/urządzeń klasyczne potwierdzenie sytuacji gdy pomimo tytułu prof można być idiotą (albo nie idiotą tylko świadomym szkodnikiem dla ogółu, za to z zyskami własnymi)

Tak, z tym klasycznym potwierdzeniem sytuacji, w której pomimo tytułu (lub szerzej -- wykształcenia) można przejawiać zdolności idiotopodobne jak najbardziej się zgadzam, tylko w stosunku do innej osoby, niż widziałby to autor cytatu. Pomijając już to, że autor powyższego cytatu niezbyt wnikliwie zapoznał się z koncepcjami głoszonymi przez Jana Gehla: "lubię samochody, ale jeszcze bardziej lubię ludzi". Żeby jeszcze lepiej zrozumieć tę zależność, która na pierwszy rzut oka może rzeczywiście wydawać się dość dziwna, sięgnijmy do książki.

Gdy ludzie, którzy poruszają się szybko, mają być w stanie postrzegać obiekty i innych ludzi, wszelkie wizerunki muszą być znacznie powiększone. Stąd też miasto dla samochodów i miasto dla pieszych mają zupełnie inne rozmiary oraz wymiary. W mieście dla samochodów znaki i billboardy, jeśli mają być widziane, muszą być bardzo duże i odważne. Budynki są porównywalnie duże i ubogie w detal, jako że i tak w żadnym wypadku nie będzie go widać. A twarze i wymiary twarzy są zbyt małe w skali, by można je było w ogóle dostrzec. [s. 71]
To, czy ludzie poruszają się na piechotę czy samochodami i czy samochody zaparkowane są 5, 100 czy 200 metrów od drzwi wejściowych - to czynniki determinujące aktywność (...). [s. 77]

Dlaczego tak ważne jest zachowanie "ludzkiej skali", czym różni się 5 km/h-architecture od 60 km/h-architecture, jak poziom hałasu wpływa na relacje w przestrzeni, jakie skutki może mieć skrajna separacja funkcji w mieście, czym jest "efekt krawędzi" oraz gdzie najlepiej ustawiać ławki -- o tym (na początek) możecie dowiedzieć się z książki Gehla, to naprawdę dobry wstęp do dalszych rozważań nad przestrzenią.

Przypisy:
[1] Po raz kolejny muszę przyznać, że angielskojęzyczna Wikipedia jest pod tym względem genialna. Poniżej cytat ze źródłem.

[2]W Łodzi -- mimo upływu tylu lat -- rozwiązania rodem z tamtej epoki nadal żyją i mają się nieźle (i nie chodzi jedynie o to, co już jest -- ale także o to, co się projektuje i robi). Cóż, przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Książka:
Jan Gehl, Życie między budynkami. Użytkowanie przestrzeni publicznych (org. Life Between Buildings: Using Public Space), przekład Marta A. Urbańska (na podstawie angielskiego tłumaczenia autorstwa Jo Koch pochodzącego z VI wydania książki), Wydawnictwo RAM, II wydanie, Kraków 2013, ISBN 978-83-928610-0-3.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Diabeł i Żydzi

Chcąc dalej pociągnąć temat historii europejskich żydów (zob. Friedrich Battenberg, "Żydzi w Europie") sięgnąłem po kolejną z książek, przygarniętych w krakowskim Dedalusie. Muszę przyznać, że wykazałem się odwagą cywilną i nie wystraszyła mnie tragiczna okładka tej publikacji -- zajrzałem do środka, zerknąłem na indeks nazwisk, bibliografię oraz przypisy i pomyślałem, że może jednak warto zainwestować w nią te 12 złotych. Szału nie ma, ale książkę warto jednak było nabyć -- z co najmniej trzech powodów (3/3), z których ostatnim jest osoba tłumacza i dodany przez niego epilog "O żydowskim antysemityzmie" ;-) Ale do tego jeszcze dojdziemy.

Jeżeli część osób zarzucała książce Friedricha Battenberga "Żydzi w Europie. Proces rozwoju mniejszości żydowskiej w nieżydowskim środowisku Europy 1650-1933" to, że jest w czymś w rodzaju pop-historii, koniecznie musi sięgnąć po pracę rabina Joshuy Trachtenberga. Po doczytaniu jej do końca -- wraz z epilogiem -- podejrzewam jednak, że spory udział w jej formie mogła mieć osoba tłumacza.

Ciekawostką może być to (i jest to punkt 1/3), że książka "Diabeł i Żydzi" to tłumaczenie pracy (drugie wydanie) urodzonego w 1904 roku w Londynie rabina J. Trachtenberga "The Devil and the Jews" z 1943 roku. Okładka na to na pewno nie wskazuje, używany w pracy -- czasami kolokwialny -- język również (oczywiście tutaj słowo "kolokwialny" odnosi się w swojej skali do poziomu języka, jakim przeważnie charakteryzuje się praca naukowa)..

Zawarta w tym logiczna niekonsekwencja była zbyt oczywista, żeby ją przeoczył ktokolwiek prócz najtępszych umysłów. [s. 180]

Pewien współczesny autor, który dokładnie badał chrześcijańską magię i czarostwo, a który okazał się równie łatwowierny i zabobonny jak badana przez niego epoka, daje wyraz ściśle średniowiecznej postawie, będącej też jego własną (...)" [s. 170]

Całość pracy wydaje się nieco "przegadana". Podział na trzy części (nie licząc wstępu i epilogu): Żyd "demoniczny", Żyd jako czarownik, Żyd jako heretyk wydają się momentami łudząco podobne do siebie, co jakiś czas przewija się zaś jakaś ciekawa wstawka.

Począwszy od XIII wieku w kręgach kościelnych rozwinął się, można to powiedzieć bez przesady, istny kult diabła. Co więcej, niewiara w diabła i jego demony była odtąd nieortodoksyjna i kwalifikowała się do oskarżenia. Osobliwym przypadkiem jest tu sprawa rabina, którego postawiono w Rzymie przed trybunałem inkwizycji, ponieważ 'zaprzeczał istnieniu demonów' i musiał to odwołać! [s. 214]

Teologia ortodoksyjna upierała się, że Chrystus jest cieleśnie obecny w opłatku, a masy wierzyły w to, co im przykazano, choć nie bez pewnych naiwnych i dość oczywistych wątpliwości. Na przykład Berthold z Regensburga, wielki ludowy kaznodzieja z XIII stulecia, uznał za konieczne wyjaśnić, dlaczego Chrystus, choć obecny w opłatku, nie daje się w nim widzieć: "Któż zechciałby odgryźć główkę, rączki albo stópki dzieciątka?" replikował, a jego prostoduszne audytorium najwyraźniej się z tym zgadzało. [s. 122]

W zasadzie znaczną część książki można sprowadzić do jednego, trafnie podsumowującego całość zdania:

Diabeł, Żyd, lichwiarz i heretyk stali się jedną i tą samą istotą. [s. 210]

Książka jest jednak (tutaj dochodzimy do punktu 2/3) dość obficie okraszona ciekawymi cytatami oraz przypisami.

O nastroju tych czasów świadczy incydent, jaki zdarzył się w Moguncji, gdzie unicestwienie gminy żydowskiej było skutkiem tego, że oswojona gęś postanowiła towarzyszyć swej pani na wyprawę krzyżową! Motłoch wziął to za Boski znak akceptacji dla swej krucjaty i w uniesieniu rzucił się do mordowania Żydów. [s. 183 pisownia oryginalna]

"(...) postanowiła towarzyszyć swej pani na wyprawę krzyżową!" (gdyby ktoś jeszcze jakimś cudem tego zgrzytu nie wyłapał) to świetny przykład na to, że książka jest w wielu miejscach niedopracowana -- korekta ewidentnie zawiodła. Na drugim końcu tej szali położyć można "Podłe ciała" Grégoire'a Chamayou, na co słusznie zwrócił uwagę Piotr Trafiłowski

Nie napisałem tego w recenzji, ale warto dodać, że na najwyższą notę zasługuje Wydawnictwo, które opublikowało książkę nie tylko dopracowaną typograficznie, ale także korektorsko - przeczytałem ją dość uważnie, ale nie znalazłem ani jednej literówki, błędu interpunkcyjnego czy językowego. Tekst dopracowany został co do przecinka. Naprawdę duże brawa. I oby inni wydawcy uczyli się od Terytoriów.

Wydawcy, uczcie się od słowo/obraz terytoria. Ładnie proszę.

Punkt 3/3 to kwestia tłumacza oraz jego epilogu, na którego temat można byłoby napisać osobną historię, abstrahując do reszty książki. Przyznam uczciwie, że nagłówek "Suplement o żydowskim antysemityzmie" zrobił swoje i z ciekawością zabrałem się za ten fragment książki. Wydaje mi się, że najciekawszy efekt uzyskuje się robiąc to w takiej kolejności, w jakiej ja do niego podszedłem: najpierw czytając tekst, później sprawdzając, kim jest jego autor (o ile oczywiście ktoś dotychczas -- tak jak ja -- z niczym nie kojarzył jego nazwiska).

Tekstu oczywiście przepisywał nie będę, w skrócie ujmując: najpierw jest o autorze i książce, później jest o judaizmie, a następnie zaczyna się jazda bez trzymanki, czyli pranie brudów i personalne wycieczki.

Artykuł Hanny Węgrzynek pt. Wizerunek zbyt diabelski to klasyczny przykład ignoranckiej bredni z niemoralną intencją. (...) Niełatwo i może nie warto analizować tu wszystkich bredni, jakich namnożyła w interesie "Twardej" i antysemityzmu, anty-Uraesa i anty-Stillera tudzież judaizmu anty-reformowanego ta ignorantka usłużna dla Rydzyków, Gebertów i prałatów Jankowskich. [s. 322-323]

Chyba wystarczy. Autorem słów jest tłumacz pracy Joshuy Trachtenberga, Robert Stiller -- tłumacz, pisarz, językoznawca.

Na przełomie lat lat 80. i lat 90. XX wieku wspólnie z filozofem i tłumaczem Jerzym Prokopiukiem, dzielił się zainteresowaniami ezoterycznymi na łamach czasopisma „Mój Świat”. Opublikował krótką serię artykułów na ten temat, był też współredaktorem pisma „Gnosis”. W 2005 roku kandydował do Sejmu z ramienia Platformy Janusza Korwin-Mikkego.

Postać z pewnością nietuzinkowa, o której to i owo w internetach znaleźć nadal można.

Książka:
Joshua Trachtenberg, Diabeł i Żydzi. Średniowieczna koncepcja Żyda i współczesny antysemityzm (Devil and the Jews: the medieval conception of the Jew and its relation to modern antisemitism), wydawnictwo Vis-à-vis/Etiuda, przełożył z angielskiego i własnym suplementem opatrzył Robert Stiller; Kraków 2011, ISBN 978-83-61516-72-9.

czwartek, 24 października 2013

Żydzi w Europie

Dobrałem się wreszcie do zasobów, które upolowałem w trakcie wakacji w Krakowie (chwała ci, Dedalusie!). Za 80 zł udało mi się wynieść więcej, niż kiedykolwiek bym podejrzewał wchodząc do księgarni ;-) Trafiło się w tej kwocie kilka przydatnych (z mojego punktu widzenia) pozycji, zaś pierwszą z nich została publikacja niemieckiego historyka, Friedricha Battenberga Żydzi w Europie. Proces rozwoju mniejszości żydowskiej w nieżydowskim środowisku Europy 1650-1933.

Muszę szczerze przyznać, że te 14 złotych polskich, zainwestowanych  w tę pozycję, było całkiem dobrym rozwiązaniem. Praca zawiera tak wiele informacji, że bez ołówka ani rusz -- także barbarzyńskim zwyczajem wyszła spod mojej ręki cała popodkreślana z wykrzyknikami na wielu stronach. Nie martwcie się -- nie zamierzam jej sprzedawać.

Największą wadą książki jest uboga szata graficzna. Wydawca zamieścił w niej tylko i wyłącznie jedną mapę obrazującą masakry i migracje Żydów w średniowieczu. [1]

Cóż: dobrze, kiedy książki mają tylko takie wady ;-) W przeciwieństwie do Waldemara Kowalskiego, który napisał ten fragment w recenzji dla histmaga, książka mnie nie męczyła mimo braku ilustracji, tabel i wykresów (chociaż oczywiście zawsze miło jest zawiesić oko na czymś więcej, niż suchym tekście). W moim wydaniu -- nie wiem, czy autor miał to samo ;-) -- mapy są dwie ("masakry i migracje żydów w średniowieczu" oraz "osadnictwo i wędrówki żydów przed 1800 r."). Wad książki można doszukać się więcej (autor recenzji podlinkowanej powyżej także na niektóre z nich trafił), jednak -- jak wspomniałem już wyżej, a warto to podkreślić -- praca stanowi niesamowite kompendium wiedzy, streszczając (oczywiście na pewnym poziomie ogólności) dzieje europejskich żydów do 1933 roku (rokiem 1650, wskazanym w tytule, w zasadzie nie warto szczególnie się przyjmować: gdyby nie podtytuł publikacji nie wiedziałbym, że autor przyjął jedynie 300 lat jako cezurę czasową swojej pracy).

Żydzi w Europie to właściwie takie "wszystko, co chcielibyście wiedzieć o historii żydów, ale boicie się zapytać". Proces dziejowy rozwoju wspólnot(y) europejskich żydów opisany jest całkiem przejrzyście z dość wyraźnym "wątkiem" przyczynowo-skutkowym.

Żydzie żydów jako "obcych" (jak przez wieki byli postrzegani w Europie) było ciągłym lawirowaniem między władzą świecką a duchową, między protekcją a pogromem. Czasami relacje te nie miały jedynie specyficznych konsekwencji, ale również dość ciekawe przyczyny:

Różnice te stały się jeszcze bardziej widoczne, gdy panowie terytorialni i władze miast, dążąc do rozgraniczenia wyznaniowego oraz stabilizacji, usankcjonowali w szczegółowych rozporządzeniach kościelnych zwyczaj obchodzenia niedzieli i świąt, podkreślając tym samym obcy status Żydów mieszkających na ich terytoriach. Kontaktowano się z nimi w drobnych codziennych sprawach, lecz bardzo skrupulatnie wystrzegano się nawiązywania bliższych relacji, aby nie narazić się władzom kościelnym. Ukrócono dysputy niewykształconych chrześcijańskich poddanych z Żydami, aby zapobiec pojawianiu się wątpliwości dotyczących własnej wiary [s. 151-152].

Można jednocześnie podkreślić w tym miejscu to, że sprawa stosunku do żydów na przestrzeni wieków nie była jedynie przedmiotem "współpracy" lub tarć na linii władza świecka-duchowieństwo, ale rodziła także waśnie w łonie Kościoła Katolickiego, jak również wpływała na relacje katolików z protestantami.

Proces w sprawie mordu rytualnego w Trydencie jest interesujący z punktu widzenia wewnątrzkościelnego sporu dotyczącego relacji między chrześcijanami a Żydami, ponieważ jest dowodem na to, iż spopularyzowane w wyniku nieustannej agitacji przedstawicieli zakonów żebraczych treści religijne miały tak stabilną pozycję, że nawet autorytet papieża nie miał tu żadnego wpływu. [s. 143]

O tej książce można by pisać wiele i długo, zakończę zatem fragmentem z końca książki, który wyjątkowo przypał mi do gustu, a w którym to Friedrich Battenberg oddaje głos gnieźnieńskiemu socjaldemokracie, doktorowi Georgowi Davidshonowi, który w sierpniu 1919 roku pisał:

Ten Żyd nie chce słyszeć o syjonizmie. Powinien on raczej być syjonistą - twierdzą antysemici. Tamten Żyd jest syjonistą. Dlaczego zatem nie jest już od dawna w Palestynie? - pytają antysemici. Ten Żyd jest ortodoksyjny. Od ponad 6000 lat Żydów nie można skłonić do zmiany sposobu życia - konstatują antysemici. Tamten Żyd nie jest religijny. "Bezbożni" Żydzi są najgorsi - zrzędzą antysemici. Jeszcze inny przyjął chrzest. Ten chce jedynie zrobić interes albo karierę - szydzą antysemici. Ten Żyd na przekór wszelkim prześladowaniom i mękom nadal mieszka w Niemczech. Dlaczego nie pakuje swoich rzeczy - pytają antysemici. Tamten Żyd pakuje swój dobytek i próbuje szczęścia gdzie indziej niż w "gościnnych" Niemczech. Patrzcie, zrobił szybki interes - krzyczą antysemici, teraz zabiera pieniądze zdobyte w Niemczech i korzysta z nich w obcym kraju! Ten Żyd od dziesięcioleci na próżno błaga o naturalizację. Niech idzie do diabła! - życzą antysemici. Tamten Żyd po tysiącu przykładów uznał naturalizację za bezużyteczną i w ogóle nie odważył się złożyć wniosku o przyznanie obywatelstwa. Widzicie zatem - pomstują antysemici - Żydzi wcale nie chcą być Niemcami. [s. 418-419]

W ramach zakończenia: podobno czytając z zawrotną szybkością (uśredniając): jedna książka miesięcznie jestem w polskiej awangardzie czytelniczej, w związku z tym tym moje zmurszałe sumienie nie cierpi zanadto.

Wprowadzeniem do debaty była prezentacja dr. Romana Chymkowskiego, kierownika Instytutu Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej, poświęcona najnowszym wynikom badań czytelnictwa (za 2012 r.). Badacz poinformował, że ponad 60% Polaków w ciągu ostatniego roku nie przeczytała ani jednej książki, a liczba czytelników aktywnych (którzy przeczytali więcej niż 6 książek) stanowi zaledwie 11%. [2]

Wiecie co, Polacy? Dziwni jesteście.

[1] Waldemar Kowalski, Friedrich Battenberg – „Żydzi w Europie”, 5 grudnia 2009.
[2] Biblioteka Narodowa (aktualności), Stan czytelnictwa w Polsce. Wspólna sprawa - debata na Targach Książki, 20 maja 2013.

Książka:
Friedrich Battenberg, Żydzi w Europie. Proces rozwoju mniejszości żydowskiej w nieżydowskim środowisku Europy 1650-1933 (Europäische Zeitalter der Juden : zur Entwicklung einer Minderheit in der nichtjüdischen Umwelt Europas), przekład Anny Soróbki, Zakład Narodowy imienia Ossolińskich, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2008, ISBN 987-83-04-04847-8.

poniedziałek, 9 września 2013

Berliński żołnierz


W niewiele komputerowych gier miałem okazję grać, pewnie dlatego tak w pamięć zapadła mi ta, którą raczyłem się jeszcze na pierwszym roku studiów, wykorzystując do tego stary, stacjonarny komputer, który dzięki uprzejmości moich domowników dostałem w wyprawce do Łodzi. Pierwsze słowa wpisu to -- żadna tajemnica -- fragment intro z gry Fallout Tactics: Brotherhood of Steel.

Cytat ten skojarzył mi się dziś z opisem świata przedstawionego w autobiograficznej książce Helmuta Altnera "Berliński żołnierz". Wydaje mi się -- chociaż mogę się mylić -- że jest to jedna z nielicznych publikacji, dostępnych dla polskojęzycznego odbiorcy, dzięki której może zobaczyć II wojnę światową z niemieckiej perspektywy*. Nie zobaczymy co prawda pełnego obrazu (akcja toczy się -- dosłownie -- w ostatnich dniach konfliktu), nie jest to również praca stricte historyczna ("jedynie" wspomnienia jednego z nastoletnich żołnierzy, wysłanych na front w ostatnich dniach wojny), jednak i ten fragment historii jest moim zdaniem wart jest poznania.

Choć III Rzesza Niemiecka chwieje się w posadach i jest na granicy upadku, niemiecka machina wojenna ociężale toczy się, pochłaniając kolejne istnienia ludzkie. Koniec września 1944 r. to (sarkastycznie rzecz ujmując) powołanie do życia niemieckiego pospolitego ruszenia (Volkssturmu), do którego wcielano dzieci i starców. Pod sam koniec wojny wiek ani płeć nie grały już żadnej roli; liczył się każdy, kto był w stanie utrzymać w rękach Panzerfausta, Kar98k lub przynajmniej Walther P38 (o ile oczywiście akurat były pod ręką lub znalazła się do nich amunicja -- spora część "żołnierzy" traktowana była jako zwykłe Kanonenfutter). W takich to okolicznościach przyrody do armii wcielony zostaje siedemnastoletni Helmut Altner, jeden  z ostatnich ludzi broniących zdobywanego Berlina. Perspektywa zindoktrynowanego nastolatka, wierzącego w konieczność obrony Tysiącletniej Rzeczy, powoli zamienia się w krwawą łaźnię, desperacką próbę ujścia z życiem -- zagrożonego zarówno przez wojska radzieckie, jak i przez bezkarnych oprawców z Waffen-SS, wieszających na latarniach tych, którzy nie chcieli już walczyć. Wydaje się, że jedyne co działało sprawnie do samego końca była nazistowska propaganda, zrzucające na walący się Berlin ulotki.

Dużą zaletą książki są dodane przez brytyjskiego edytora tematyczne mapy, pozwalające "umiejscowić" głównego bohatera nie tylko w czasie, ale też w przestrzeni historycznych i współczesnych Niemiec (pokazują także sytuację ogólną, np. ruchy wojsk na froncie). Kolejnym dodatkiem edytora są przypisy, które wyjaśniają niektóre kwestie oraz pojęcia, nakreślają również ogólną sytuację. Można co prawda wyłapać w nich pewne nieścisłości, np. Volkssturm miał powstać 18 października 1944 r. [1], zaś żołnierze Wehrmachtu "organami Stalina" mieli nazywać Katiusze BM-21 [2], które były produkowane od lat 60. XX wieku). Ale te drobne nieścisłości -- dostrzegalne jedynie dla militarystycznych freaków -- nie obniżają zanadto wartości książki (chociaż, czego nie wykluczam, może być ich znacznie więcej; nie analizowałem całej książki strona po stronie).

Z pobieżnego googlania wynika, że wydanie "Berlińskiego żołnierza" nie wywołało w Polsce większego poruszenia (w przeciwieństwie do serialu Unsere Mütter, Unsere Väter, który -- jak każde "medialne dziecko" -- zrobił sporo medialnego szumu ze szczyptą analiz głębszych niż "Niemcy zakłamują historię"; wersja bardziej znana to "Niemcy mnie biją, ratujcie mnie!") [3]. Cóż, nie pierwszy już raz. Może i "Berlińskiego żołnierza" media kiedyś odkryją.

Tymczasem "Berliński żołnierz" wyląduje u mnie na półce -- o ironio losu -- niedaleko "Dzieci wolności" Marca Levy'ego, francuskiego pisarza pochodzenia żydowskiego. Bo wojna jest zawsze taka sama. Zła.

* z innych form mogę polecić niemiecki (RFN), antywojenny film Die Brücke (Most) z 1959 roku w reżyserii Bernharda Wickiego. Film do zobaczenia online tutaj (angielskie napisy) lub tutaj (oryginalna wersja niemieckojęzyczna). Z tego co widzę jest już też niemiecki remake filmu z 2008 roku. [dopisane 27 grudnia 2013 r.]

** innym wartym zobaczenia filmem jest niemiecki "Stalingrad" z 1993. Do zobaczenia na +YouTube (zamiast lektora polecam wersję z napisami). [dopisane 12 stycznia 2014 r.]



Książka:
Helmut Altner, Berliński żołnierz. Wspomnienia siedemnastoletniego obrońcy Rzeszy (Berlin soldier: the explosive memoir; Totentanz Berlin, 1947), przeł. Michał Kompanowski, wydawnictwo Bellona, Warszawa 2010, ISBN 978-83-11-11814-0.

[1] H. Altner, Berliński żołnierz, przypis na s. 35.
[2] Op. cit., przypis na s. 91.
[3] Przy okazji mogę polecić tekst Marcina Odgowskiego, opublikowany na fakty.interia.pl [sic!] Spójrzmy na wojnę z niemieckiej perspektywy. Warto!

ps. Tym, którzy z sentymentu chcieliby odświeżyć sobie całe intro FT:BoS polecam niezawodne YouTube. Ach, i nie mogę sobie darować -- wątek na pewnym forum związany z pytaniem, czy praktycznie niegooglowalny autor nie jest fikcyjną postacią ;-)

sobota, 17 sierpnia 2013

Podłe ciała

Swego czasu M.Sz. przyniosła do miejsca naszego całotygodniowego bytowania i ćwiczenia tężyzny umysłowej, cierpliwości do tego łez padołu i kilku innych rzeczy, dwie książki. Jedną z ich były Podłe ciała francuskiego filozofa i historyka, Grégoire'a Chamayou'a. Kiedy jakiś czas później dała znać, że dobrzy ludzie ze słowo / obraz terytoria mają fantastyczną promocję (wszystkie książki za pół ceny) bez zastanowienia zamówiłem dwie pozycje: Teologia i filozofia żydowska wobec Holocaustu (dla M.) oraz właśnie Podłe ciała (dla siebie).

Praca Grégoire'a Chamayou'a to rozważania o niemal odwiecznej potrzebie badań i eskperymentów, które prowadziły do pośredniego lub bezpośredniego zwiększania stanu wiedzy na temat biologicznych aspektów naszego funkcjonowania -- ale także rozważania o "władzy", która pozwalała te eksperymenty przeprowadzać. Władzy rozumianej zarówno jako bezpośrednia zwierzchność, jak i wyższość jednych ludzi nad innymi z racji pochodzenia, majątku, wzajemnych relacji, w końcu też ubezwłasnowolnienia bądź rasy. Autor w genialny sposób przeprowadza czytelnika przez XVIII i XIX-wieczne idee, będące swego rodzaju pochodnymi koncepcji experimentum in corpore vili, czyli eksperymentowania na tytułowym "podłym ciele". Podłymi ciałami stawali się pojedynczy ludzie, grupy społeczne, ludzie zniewoleni (więźniowie, galernicy) oraz całe rasy.

Książka ta to potężna dawka wiedzy o dochodzeniu do współczesnej etyki i deontologii medycznej, dotyczącej prowadzenia badań i doświadczeń. Zasad, które w czasach nam współczesnych były łamane przez przeprowadzających pseudonaukowe badania nazistowskich lekarzy.


Być może zainteresuje Cię również:

Książka:
Grégoire Chamayou, Podłe ciała, wydawnictwo słowo / obraz terytoria, Gdańsk 2012 (seria: "Przygody ciała"), ISBN 978-83-7453-077-4.

niedziela, 28 lipca 2013

Zły

Od razu po "Dzieciach wolności" Marca Levy'ego wziąłem do ręki "Złego" Leopolda Tyrmanda, którego dostałem od warszawskiej Kaś [dziękuję! ;] ] z jedną adnotacją "najważniejsza powieść dla warszawiaków" oraz jedną dedykacją "trochę Warszawy i miejskiego folkloru dla moich łodzian". Cóż, wpisy od Kaś to dla mnie wystarczająca rekomendacja, a że Warszawę zna i kocha, to i wie co o niej pisze ;-)

Z powieści Tyrmanda Warszawa aż się wylewa. Miałem sporo przyjemności z wyobrażania sobie miejsc, w których odgrywały się kolejne sceny i wydarzenia, zaś dla osoby z Warszawy, znającej to miasto jeszcze lepiej niż ja, może być to naprawdę fajna przygoda. Niewątpliwą zaletą "Złego" jest to, że Tyrmand opowiadając o Warszawie lat '50 XX wieku sam w tej Warszawie mieszkał. Pisząc "Złego" od maja do grudnia 1954 roku nie musiał zastanawiać się nad szczegółami rzeczywistości tego czasu -- opisywał Warszawę dokładnie taką, jaką wtedy była, językiem, jakim wtedy o sobie (i do siebie) mówiła. Pisząc ponad pół tysiąca stron "Złego" Tyrmand przenosi czytelnika z 2013 r. do Warszawy z 1954.

Niewątpliwie jedną z największych zalet powieści są jej bohaterowie -- cały peleton ciekawych, barwnych postaci, wokół których kręci się cała opowiadana historia, z tytułowym "Złym" w roli głównej.

Polecam szczególnie miłośnikom "miejskiego folkloru", warszawskich cwaniaczków z praskich bram oraz -- oczywiście -- wszystkim warszawskim słoikom. Pamiętajcie -- wielu znanych warszawiaków było przyjezdnymi ;-) W końcu -- jak ogłoszono niegdyś na budynku Łodzi Fabrycznej -- "najpiękniejsze warszawianki do przyjezdne".



Zdecydowanie warto sięgnąć po książkę. A kiedyś może uda się zobaczyć tę sztukę*:


* w nagraniu pada o jeden szczegół za dużo (dla tych, którzy tej książki nie mieli nigdy w ręku), ale liczę na to, że jeśli go nie wskażę, oglądający go nie wyłapie -- i nic nie zepsuje mu zabawy z czytania ;-)

Książka:
Leopold Tyrmand, Zły, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, ISBN 978-83-7648-074-9.

niedziela, 30 czerwca 2013

Dzieci wolności

Z "Dziećmi wolności" Marca Levy'ego (kolejnej książce zgarniętej za grosze z półki w Realu) mam pewien problem.

Z jednej strony pomysł opisania działalności francuskiego Résistance z perspektywy wspomnień zaledwie dwudziestoletniego chłopaka wydaje mi się (mimo wszystko) fajną ideą. Opowieść, podzieloną na trzy rozdziały (odpowiadające trzem kolejnym okresom w życiu Jeannota -- ojca autora książki, jego brata Cloude'a i ich współtowarzyszy i współtowarzyszek z 35. brygady Résistance), czytało się całkiem płynnie, jak na poruszaną tematykę nawet nie aż tak bardzo obciążała psychikę -- choć opisy realiów codziennego życia w pogrążonej w wojnie Francji dawały do myślenia.

Z drugiej zaś strony cała opowieść "naładowana" problemami życia francuskiej młodzieży z ruchu oporu wydawała się w wielu miejscach taka... nijaka. Poczynając od opisów kolejnych "miłostek" głównego bohatera (które pojawiały się i znikały bez zgłębiania tematu i znaczących przyczyn), opisywane jak w średnim amerykańskim filmie wojennym (z koniecznym podkreśleniem po sto wielokroć -- aż do znudzenia, że kochać wówczas nie było wolno), przy czym opisy i dialogi wielokrotnie były niezwykle toporne. Na szczęście dla autora żeby w pełni wyczuć ten ciężki klimat, trzeba wczytać się w książkę.

"Żegnając się z nią tego wieczoru, nie widziałem, że była do szaleństwa zakochana w Marcu. Spotykali się w tajemnicy, podobno chcieli nawet razem zwiedzać muzea" [s .81]


- Zaczekajcie, to jeszcze nic - ciągnęła, coraz bardziej rozbawiona.
Claude i ja uprzejmie słuchaliśmy zakończenia jej opowieści. [s. 129]


Następnie: opisy akcji -- jak gotowce do scenariusza do filmu z Jamesem Bondemem...

"Nikt za jej plecami nie krzyknął: "Łapać złodzieja", facet jeszcze nie zauważył, że ukradziono mu rower. Przejechała na czerwonym, jej apaszka rozwiązała się, kiedy pojawił się samochód i rozległ się klakson. Przód auta lewą stroną zderzaka otarł się o udo Catherine, klamka drzwi uderzyła się w biodro. Zachwiała się, ale zdołała utrzymać równowagę. Nawet nie poczuła bólu, skrzywiła się tylko. Chciała przyspieszyć, zmusiła więc nogi do wysiłku, szprychy połyskiwały w słońcu, tempo było mordercze". (...) Piekielnie bolały ją nogi, ale kontynuowała dramatyczny wyścig z czasem. (...) To krew, która pulsowała w skroniach, nie głos śmierci, jeszcze nie. [s. 99]

... aż po opisy ociekające patosem jak golonka tłuszczem.

W przeciwieństwie do tych, którzy jawnie kolaborowali z nazistami, denuncjowali, aresztowali, torturowali, deportowali, do tych, którzy wydawali wyroki, rozstrzeliwali, do tych, którzy wolni od jakichkolwiek rozterek, udrapowali na sumieniu togę tak zwanego obowiązku, by nasycić rasistowską nienawiść, a więc - w przeciwieństwie do nich wszystkich, choć byliśmy gotowi ubrudzić sobie ręce, te ręce miały pozostać czyste. [s. 72-73]

Bohaterowie -- jeśli tylko popełniali błędy -- to jedynie te wynikające z młodzieńczej fantazji, nadmiernej ambicji czy świętego szaleństwa w świętej sprawie, godnego Joanny d’Arc. Wykreowanie niemal krystalicznych postaci można zrzucić na karb silnego związku emocjonalnego autora z opisywaną historią, jak również na przysługującą mu licentia poetica. Książka -- choć oparta na faktach -- w żadnym miejscu nie aspiruje do roli pracy historycznej. 

Tak czy inaczej -- książka nie porywa, ale czyta się całkiem dobrze. 5 na 10 punktów to bez mrugnięcia okiem.

Książka:
Marc Levy, Dzieci wolności (Les enfants de la liberté), wyd. Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2009, ISBN 978-83-7359-903-1.

wtorek, 11 czerwca 2013

Arab strzela, Żyd się cieszy

Jeżeli komuś zdarzy się sięgnąć po "Podpalić Gazę" Ewy Jasiewicz i konieczne będzie podanie odtrutki (bo sam/-a z jakichś względów oczyścić organizmu nie będzie w stanie)  -- z czystym sumieniem mogę polecić "Arab strzela, Żyd się cieszy" Pawła Smoleńskiego.

Każde z 18 opowiadań składających się na reportaż ma co najmniej dwie wspólne cechy -- tytuł jest nazwą miasta / miejscowości, której dotyczy rozmowa, każda część ma również swojego "bohatera", który za pośrednictwem Pawła Smoleńskiego oprowadza czytelnika po Izraelu widzianym jego oczami.

Świat przedstawiony przez autora jest widziany ze specyficznej perspektywy -- jego rozmówcami (a zarazem bohaterami jego książki) są Arabowie, obywatele Izraela. Ludzie na pograniczu, rozerwani między światem wspomnień a próbą znalezienia swojego miejsca w swoim państwie.

- Gdy ktoś krzyczy "zniszczyć Gazę", czuję złość. Gdy słyszę "zniszczyć Izrael", też jestem zły. Nie rozumiem tych moich uczuć, zdaje mi się, że jestem znikąd. To dziwne, bo w Izraelu nie jestem obcy, ale do końca nie jestem u siebie. Jadę do Europy i czuję, że jestem obcy, ale jakoś na swoim. [s. 120]

W przeciwieństwie do książki Ewy Jasiewicz "Arab strzela, Żyd się cieszy" nie jest książką jednowymiarową, nie indoktrynuje. Paweł Smoleński odsuwa się w cień, jedynie prowadząc czytelnika od miasta do miasta, gdzie głos w zasadzie w pełni oddaje swoim rozmówcom. Bohaterowie są pełni wątpliwości, pokazują świat pełen odcieni, sprzeczności i niezrozumiałej sytuacji, z której nikt nie potrafi już znaleźć dobrego wyjścia.

- Widzę - odpowie - Araba, dziecko uchodźców we własnym kraju, który jest państwem żydowskim, a więc nie moim, choć przecież jest bardziej moje, niż się komukolwiek wydaje. Widzę też chrześcijanina, czyli takiego Araba-nie-Araba, Araba gorszej próby, przynajmniej dla wielu muzułmanów. Jestem w Paryżu albo w Londynie i wtedy oglądam Izraelczyka; w Europie nie lubią mojego izraelskiego paszportu. I tak mi się zdaje, że gdzie nie pójdę, będę należeć do mniejszości, która ma lekko w plecy. [s. 156]
Powiedzieć, że [Izrael] dzieli się na żydowską większość i arabską mniejszość, to nie powiedzieć nic [s. 158].

- Modlę się, żeby na drogowym patrolu, który może mnie zatrzymać dla jakiejś idiotycznej kontroli, nie było żadnego Araba. Na Ben Gurionie modlę się, żeby pogranicznikiem nie był Arab; widziałem, jak jakiś druz po chamsku obszedł się z arabską kobietą, która mogłaby być jego babcią. Gdy idę na policję po jakieś zaświadczenia. zaciskam kciuki, by moją sprawę załatwiał Żyd, bo Arab dopiero da mi popalić, pokaże swoją władzę.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Coś się z nami stało w tym Izraelu. [s. 113]

Tak zupełnie na koniec. O książce można pewnie napisać dużo, ale im więcej próbuję napisać, tym większe mam przeczucie, że nie warto. Przedstawione w książce historie bronią się same. Szkoda czasu na dodawanie czegoś więcej.

Fahdi poprosił o przerwę w rozprawie, zapytał młodziaków i dał sędziemu odpowiedź: rzucali kamieniami, bo wcześniej oglądali w izraelskiej telewizji film o powstaniu w getcie warszawskim. [s. 67]

ps. Książkę wydaną zaledwie rok temu kupiłem zupełnie przypadkiem, za grosze... w Realu. Od tego dnia polecam rozglądanie się po supermarketach za książkami ;-)

Przeczytaj również:

Książka:
Paweł Smoleński, Arab strzela, Żyd się cieszy, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2012, ISBN 978-83-7799-006-3.