poniedziałek, 24 grudnia 2012

Przywództwo bez władzy, czyli resonant leadership

Książkę wyciągnąłem z podręcznej biblioteczki INSPRO (zrozumienie dla potrzeb czytelniczych okazał +Wojciech Makowski), za co jemu oraz im z tego miejsca serdecznie dziękuję.

Przeczytawszy tytuł oraz rzuciwszy okiem na treść spodziewałem się raczej czegoś innego, ale tutaj przychodzi czas na lekcję numer jeden -- jeżeli nie jesteś pewien zawsze przeczytaj oryginalny tytuł książki. Zawsze. W jaki cudowny sposób resonant leadership mogło stać się dla kogoś przywództwem bez władzy wiedzą chyba tylko ci, którzy wpadli na pomysł szklanej pułapki czy wirującego seksu.

Jeżeli zaś chodzi o meritum, czyli treść. Napisane bardzo przystępnym językiem, zilustrowane wieloma przykładami (które -- ze względu na ich bohaterów -- zdecydowanie bardziej pasują do resonant leadership niż przywódctwa bez władzy), generalnie naprawdę w porządku gdyby nie to, że nieco przegadane. Cóż, czuć w tym mocno ducha kraju Harvard Business School (swoją drogą -- polecam mapę zrobioną na bazie +Google Maps).

Główne hasła, wokół których toczy się cała "historia" książki to: rezonans w przywództwie, jego przeciwieństwo -- rozdźwięk, cykl odnowy, zespół poświęcenia oraz syndrom dyrektora generalnego. Dodatkowo wielokrotnie wymieniane są warunki konieczne do uzyskania "stanu" rezonansu, czyli uważność, nadzieja oraz współczucie (w sensie: współodczuwanie, umiejętność wczucia się w czyjąś sytuację; nie ma to nic wspólnego ze współczuciem np. w sensie nadanym przez chrześcijaństwo).

Książka -- pomimo tego, że nie zawiera genialnych myśli, a co drugą stronę nie robimy wielkiego wow -- dobrze wpływa na proces autorefleksji.

Żeby tradycji stało się jednak za dość (w końcu mamy święta) fragment książki -- wyciągnięty z historyjki, jak to w pewnej firmie wizja była stworzona w taki sposób, że nawet kadra kierownicza nie potrafiła jej poskładać z powycinanych fragmentów tekstu, co oczywiście nie przeszkadzało im mocno wierzyć w przyjęte przez firmę zapisy. W ramach poprawy tego złego stanu rzeczy -- jak niżej.

Wspólnie udało im się stworzyć wizję, która w szczególny sposób odzwierciedla wartości, przekonania i nadzieje pracowników. Każdy, kto pracuje w Summa, nosi przy sobie niewielki kartonik z wydrukowanymi słowami: 
Summa to Wy. To właśnie Was widzą osoby, które tu przybywają. To w Wasze oczy patrzą pacjenci, gdy czują się zagrożeni i samotni. To Wasze głosy słyszą, gdy jadą windą, gdy próbują zasnąć i gdy usiłują zapomnieć o swoich problemach. To z Wami rozmawiają przed wizytami, które mogą odmienić ich losy. I to Was słyszą, gdy wychodzą z gabinetów. To Wasze komentarze do nich docierają, gdy sądzicie, że rozmawiacie między sobą. To Waszej inteligencji i troski oczekują, gdy do nas trafiają. 
Wasz zgiełk jest zgiełkiem całego szpitala. Podobnie Wasze grubiaństwo. Kiedy jednak wspaniale sobie radzicie, tak samo radzi sobie szpital. Żaden gość, pacjent, lekarz ani współpracownik nigdy nie pozna Waszego prawdziwego ja, tego, co tkwi głęboko w Was, dopóki im na to nie pozwolicie. Każdy wie tylko tyle, ile widzi, słyszy i doświadcza. 
Mamy więc interes w Waszym indywidualnym podejściu i zbiorowym nastawieniu wszystkich osób pracujących w szpitalu. Jesteśmy oceniani na podstawie Waszych dokonań Jesteśmy troską, którą się dzielicie, uwagą którą poświęcacie, i życzliwością, którą emanujecie. 
Dziękujemy Wam za cały ten wysiłek. [s. 249]

Kilka rzeczy w powyższym tekście napisałbym inaczej, ale całokształt naprawdę daje radę. A książkę -- choć bez must read -- mogę spokojnie polecić do przeczytania w tak zwanej wolnej chwili.

Książka:
Richard E. Boyatzis, Annie McKee, Przywódzwo bez władzy, wyd. HELION, Gliwice 2006, ISBN: 83-246-0350-6.

btw. Przy okazji pisania tekstu przeprowadzam test tagowania w ramach postów na +Bloggerze. Google coraz bardziej goni tego pana >> +Mark Zuckerberg.

niedziela, 25 listopada 2012

Kochaj Rewolucję!

Dwudziestotrzyletni matematyk Gleb Nierżin, idealista, pragnący z całego serca nieść wszechświatową rewolucję komunistyczną trafia prosto pod rozpędzony pociąg historii, który wciąga wszystkich zawsze, mając za nic ich plany, przekonania i ambicje. Agresja III Rzeszy na Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zastaje go w Moskwie.

Na ulicach już pojawiły się gazety z dwudziestego trzeciego czerwca - jakże niepodobne do swoich beztroskich sióstr z dwudziestego drugiego! Jeszcze wczoraj, między wierszami widniało milczące poparcie dla Niemców i nikt nie podejrzewał tego, co dzisiaj wykrzyknęły ponure, czarne nagłówki bezspornej "Prawdy" - że Europa jęczy pod butami niemieckiego okupanta. [s. 15]
Szybko okazuje się, że wcześniejsze zaklasyfikowanie go na przymusowych badaniach wojskowych jako "niezdolnego do służby w czasie pokoju, w czasie wojny - służba na tyłach" nie było najlepszą z rzeczy, jaką mogła spotkań Nierżina.

Po aresztowaniu przez służby milicyjne za wywoływanie niepokojów społecznych w czasie wojny (próba wywalczenia miejsca w kolejce po chleb) [Słuszne rozkazy, dotyczące panikarzy, które tak niedawno sam popierał i aprobował, nie mogły przecież dotyczyć jego samego!, s. 31], licznych perypetiach w ramach "czegoś", co z założenia miało być siłami zaopatrzenia na tyłach radzieckiej armii, w końcu udało mu się dotrzeć do miejsca, w którym miał być odpowiedzialny za coś więcej niż pilnowanie konia, wozu i szabrowanie kolejnych, mijanych kołchozów.

- W naszym batalionie? A to dobre, a ja nic nie wiedziałem! Do licha, już dawno bym ci pomógł. Jesteś szeregowcem oczywiście?
- Szeregowcem.
- No, to da się zmienić. Wezmę cię na instruktora sanitarnego.
Instruktora? W rocie było to niesłychane stanowisko, z czterema trójkątami. Instruktor sanitarny był osobą szanowaną, wolną od obowiązków, Gleb mógłby czytać książki choćby cały dzień!
- Ale ja się zupełnie nie znam na medycynie!
- Nie ma takiej potrzeby, no bo ile tam jest do rozumienia. Mam nawet takiego instruktora, który nie potrafi odczytać termometru. A to dobre! Załatwione. To bliskie specjalności, matematycy często chodzą z medyczkami. [s. 135]

Pourywana, niedokończona historia była początkiem pisarskiej przygody Sołżenicyna. Polskie tłumaczenie -- zgodnie z notą wydawcy -- miało być drugim po tłumaczeniu na język francuski. W zasadzie z zachowanych fragmentów wyszła w miarę lekka, niezobowiązująca historyjka z przygodami młodego żołnierza, osadzona w realiach radzieckiego chaosu (spotęgowanego wojną), bez szczególnie mocnego przesłania bądź rewolucyjnego zacięcia (chwytliwy tytuł pozostał). Ale jako "wstęp do Sołżenicyna" może być.

By the Way

Bonus z dedykacją dla miłośników kolei.
Staruszek poruszył ogromnymi, krzaczastymi, siwymi brwiami:
- Jak dadzą lokomotywę, to pojedzie.
- A skąd ją dadzą?
- A to już jak znajdą.
- A jeśli nie znajdą?
- Jeśli nie znajdą? To i z tydzień tu postoimy.
Na twarzy starca, już chyba z pół wieku pracującego na kolei, wypisana była głęboka czećś dla kolejowych żywiołów. Jak u starożytnego kapłana wobec woli bogów. [s. 159]
Książka:
Aleksander Sołżenicyn (ros. Александр Исаевич Солженицын), Kochaj rewolucję! Niedokończona opowieść (ros. Люби революцию!), wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, ISBN 978-83-7648-123-4.

sobota, 6 października 2012

O sobie samym. Jan Karski.

Po niedokończonym "Tako rzecze Zaratustra" przyszła pora na odtrutkę, zaś niezawodna M. podsunęła mi pod nos nówkę -- zapis rozmów z Janem Karskim, wyemitowanych w Głosie Ameryki (książka wydana przez Wydawnictwo Naukowe PWN w tym roku, przedmowa napisana przez autora jest z sierpnia). Cóż, chyba musiałem jej sporo opowiadać o wrażeniach po spotkaniu w ramach promocji projektu Jan Karski -- powrót bohatera.


Karski to nie był człowiek, obok którego dało się przejść zupełnie obojętnie. Ferował ostre wyroki, przez co zaszedł za skórę wielu ludziom, zaś jego historia nie wybiła się tak, jak historia innego znanego kuriera (swoją drogą sam Karski miał tego świadomość, co nie przeszkadzało mu pozostawać przy swoich kontrowersyjnych poglądach).
Od wskrzeszenia Polski pod koniec pierwszej wojny światowej aż do jej zgonu w następstwie drugiej wojny światowej raz tylko dane było Polakom zdecydować samodzielnie o swoim losie. Było to podczas wojny polsko-bolszewiskiej... We wszystkich innych wydarzeniach Polska nie zdołała odegrać niezawisłej i skutecznej roli na arenie międzynarodowej, bez względu na sukcesy i błędy swojej polityki. [str. 6; cytat pracy "Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945]

Społeczeństwo polskie en masse "ma umysł przesiąknięty" martyrologią, koniecznością przelewu krwi, walką bez względu na wszystko i wszystkich. Jan Kozielewski, znany jako Karski, tłucze po głowie pałką realizmu, mówiąc o znikomej roli Polski na arenie międzynarodowej w okresie międzywojennym, o ślepej wierze w wartość przelewanej krwi przy pierwszej lepszej okazji (jednocześnie utrzymując, że powstanie w Warszawie, pozbawione militarnych i politycznych szans na zwycięstwo, było dziejową koniecznością -- i jeżeli nie "wywołały by go" siły "londyńskie", powstanie wznieciłoby posłuszne Rosjanom podziemie komunistyczne...). Jakkolwiek nie oceniać interpretacji Karskiego, jednego można mu było zazdrościć -- niezwykle otwartego i niezależnego umysłu.

W "Emisariuszu" Karski mówi sam o sobie samym. Krótko o swoim łódzkim dzieciństwie, szybkiej karierze dyplomatycznej na samym początku wojny, latach walki, "romansie z Ameryką" oraz -- pokrótce -- o powojennej rzeczywistości Polski (w tym gromadzeniu dokumentów do "biblioteki Hoovera"; co ciekawe, zarówno w ubogiej, polskiej Wiki, jak również w anglojęzycznym artykule o tym miejscu ani razu nie pada nazwisko Karskiego). Wiele z tych opowiadań rozwiewa część wyobrażeń o rzeczywistości tamtego wojennego okresu.

Maciej Wierzyński: Dlaczego uznał pan, że lepiej iść na stronę niemiecką?
Jan Karski: Powtarzam, że nie wiedziałem wtedy, co się dzieje. Ale wojna czy nie wojna, widziałem różnicę między Niemcami a Rosją. Niemcy to kraj zachodniej cywilizacji, kraj Schillera, Goethego. Więc nie miałem żadnej wątpliwości: Jasiu, uciekaj z tej bolszewickiej bandy. [s. 30]
/mowa o wymianie jeńców między Rosjanami a Niemcami we wrześniu 1939 roku; Jan Karski początkowo dostał się do rosyjskiego obozu Kozielszczyzna, będąc wywiezionym z okolic Tarnopola - JG/
W wywiadzie-rzece Karski odnosi się do jednego z najbardziej interesujących mnie elementów jego biografii: z jednej strony realista (czasami określany także jako cynik), odwracający na drugą stronę myślenie o roli Polaków i Polski w procesie dziejów, z drugiej strony decyduje się na dwukrotne przedostanie się do getta i wyjście w przebraniu z obozu przejściowego dla Żydów w Izbicy. Ale to już zainteresowanym zostawiam do samodzielnego sprawdzenia.

W kontekście jego chłodnej i niezwykle rzeczowej oceny wojennej rzeczywistości może dziwić niezwykle "optymistyczne" podejście do motywacji powojennej polityki Stanów Zjednoczonych. Cóż, każdy ma w końcu prawo do swojej interpretacji historii.

 Jaki był skutek tych moich raportów? Prawdę mówiąc, wielu ludzi, przede wszystkim w środowisku żydowskim, przecenia moją działalność, moje znaczenie w czasie wojny. Byłem nikim. Byłem młodym człowiekiem. Anonimowym. Nie byłem przywódcą politycznym. Byłem kurierem jednej z wielu antyhitlerowskich organizacji w Europie. (...) I jeszcze jedno: te nasze rozmowy dla Głosu Ameryki to pewno są moje ostatnie rozmowy przed śmiercią. I chcę zostawić pełny, prawdziwy obraz mojej działalności, bo wielu ludzi przecenia moje znaczenie. [s. 140, 142]

Warto przeczytać.

Książka:
Maciej Wierzyński, Jan Karski. Emisariusz własnymi słowami. Zapis rozmów przeprowadzonych w latach 1995-1997 w Waszyngtonie, emitowanych w Głosie Ameryki, Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2012.

środa, 3 października 2012

Tako rzecze Zaratustra

Człowiek chciał trochę popróbować kultury przez duże K., a że od lat gdzieś po głowie kołatało się stwierdzenie Also sprach Zarathustra ("Tako rzecze Zaratustra"), toteż postanowiłem wziąć i spróbować. Pomocną dłoń wyciągnęła fundacja Nowoczesna Polska, prowadząca kapitalny projekt wolnelektury.pl (polecam!).

Pobrawszy ze strony elektroniczną wersję dzieła Friedricha Nietzschego (do przeczytania także bez pobierania na dysk) przystąpiłem do.

Na samym początku wielka uciecha, bo i znajome "Bóg umarł", i o człowieku między zwierzęciem a nadczłowiekiem, na linie nad przepaścią
Gdy Zaratustra sam pozostał, rzekł do swego serca: „Czyżby to było możliwe! Wszak ten święty starzec nic jeszcze w swym lesie nie słyszał o tym, że Bóg już umarł!”
Jednak później było już tylko gorzej. Być może nie zostałem wyposażony w dar zrozumienia mędrkowania filozofów, kiedy to spośród miliona porad, złotych sentencji, wskazówek o odrzuceniu człowieka i skierowania swych oczu z powrotem na ziemię rozumie się zaledwie co drugie, trzecie lub piąte zdanie. Przy czym niektóre z mądrości mogą jedynie przyprawiać o nerwowy chichot.
Szczęście mężczyzny brzmi: ja chcę. Szczęście kobiety: on chce.
"Idziesz do kobiet? Nie zapomnij bicza!"
Przewijają się perełki, jednak większość zdecydowanie ciężkostrawna.
Zaprawdę, zbyt wcześnie umarł ów Hebrajczyk, którego czczą kaznodzieje powolnej śmierci, dla wielu stała się ta wczesna śmierć jego przeznaczeniem fatalnym.
On poznał zaledwie łzy i posępność Hebrajczyka wraz z nienawiścią dobrych i sprawiedliwych, — ów Hebrajczyk Jezus: i oto opadła go tęsknica za śmiercią.
Gdybyż on na pustyni pozostał z dala od dobrych i sprawiedliwych! Może by wówczas nauczył się żyć i ziemię kochać, — i dar śmiechu pozyskałby może nadto.
Wszem i wobec -- nie przebrnąłem. Kilkadziesiąt stron i miałem dość. Następnym razem niech mnie ktoś kopnie zdrowo zanim znowu połaszczę się na jakiegoś filozofa... Pora na odtrutkę.

Książka:
Friedrich Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo (Also sprach Zarathustra : ein Buch für Alle und Keinen), pobrano legalnie i bezpłatnie z wolnelektury.pl. Chwała im za to.

sobota, 8 września 2012

Kooperatywa

Książkę dostałem już dość dawno temu, w zasadzie nawet trudno mi sobie przypomnieć od kogo. Być może od Szymona, chociaż gdzieś się to w pamięci zatarło. Jednak od kogokolwiek -- dziękuję.

Książka na półce -- jak to się czasami mówi -- dojrzewała, chociaż może to ja dojrzewałem do jej przeczytania. Tak czy siak, coś się w tym czasie na pewno działo.
Konstytucja demokratyczna jest to tylko forma prawna, która sprzyja rozwojowi wolności; ale cała treść demokracji, jej rzeczywista siła i rzeczywista ochrona swobód ludzkich pochodzić musi od samego społeczeństwa, od jego kultury demokratycznej. Tam tylko, gdzie w życiu społecznym przejawia się szeroka tolerancja, odraza do narzucania komuś przemocą swoich przekonań i zwyczajów; gdzie ludzie umieją samodzielnie urządzać wszystkie swoje sprawy; gdzie czynnikiem publicznego życia nie jest nakaz i przemoc, ale solidarność i dobra wola - tam tylko demokracja istnieje naprawdę. [s. 104-105]
Jedno jednak trzeba przyznać -- myśl ekonomiczno-społeczna Edwarda Abramowskiego wypełnia lukę między bezgraniczną wiarą w niezawodność i brak wad wolnorynkowego systemu gospodarczego a "socjalizmem" postulującym upaństwowienie jako remedium na wszechobecne nierówności społeczne. Gdzieś po środku tego wszystkiego stanął Abramowski, który mówił "pomóżcie sobie sami nawzajem". I chociaż czasami zdumiewa poziom optymizmu u tak trafnego obserwatora rzeczywistości, celnie oceniającego polskie społeczeństwo, jego koncepcjom nie sposób nie przyznać [przynajmniej częściowej] racji.
Lud Polski takiej kultury [demokratycznej - JG] nie ma dotychczas. Nie jest to społeczeństwo nowoczesne, zorganizowane w różnorodne zrzeszenia i związki wolne, lecz, do niedawna jeszcze, zbiorowisko luźnych jednostek, wyczekujących, jakie reformy będą mu dane, w jakim nowym łożysku państwowym każą popłynąć jego życiu. Nie mając własnej instytucji społecznych, które by mógł dalej rozwijać i doskonalić, oczekiwał tylko na reformy policyjne. I ten zanik samodzielności tak głęboko wsiąkną  charakter narodu, że nawet umysły przodujące, programy partii i stronnictw, nie mogły zdobyć się na żadne inne postulaty społeczne, jak tylko takie, które zawierają się w formułce "czego żądać od państwa".

I tylko za chichot losu można uznać fakt, że to akurat ta ulica w Łodzi nosi imię tego politycznego myśliciela. 

A może to jest wyzwanie...?

Książka:
Edward Abramowski, Kooperatywa. Polskie korzenie przedsiębiorczości społecznej, wyd. Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom, Łódź 2010.

piątek, 7 września 2012

Auschwitz - medycyna III Rzeszy i jej ofiary

Książka Ernsta Klee była dla mnie kontynuacją tematu z pracy Vivien Spitz. Tym razem jednak autor był niejako z wewnątrz -- Niemiec, urodzony w czasie wojny, dla którego zmaganie się z tematyką Holokaustu to nie tylko zderzenie z brutalną, obcą rzeczywistością, ale także fragment własnej pamięci historycznej i tożsamości. Tożsamości odrzuconej.

Rządzący Trzecią Rzeszą oferowali lekarzom coś niesłychanie kuszącego, coś, co do tamtej pory nie istniało: zamiast świnek morskich, szczurów, królików mogli do swych doświadczeń wykorzystywać ludzi, masowo. [s. 7]
Autor od razu, niemal bezkompromisowo zaznacza swoje stanowisko, "rozprawiając się" z przedstawioną w dalszej części książki rzeczywistością.

Medycyna w czasach narodowego socjalizmu oznacza eliminację ludzi uznanych za nieużytecznych. (...) Na rampie w Auschwitz stoją lekarze. [s. 6]
I mocne uderzenie w splot [treść oraz układ tekstu oryginalne]

Wskazówka

Lekarze, o których
mowa w tej książce,
zaznaczają w swych
zeznaniach, że nigdy
nie naruszyli etosu
lekarskiego. [s. 9]

Tekst sączy się -- przez zęby, z ust i do umysłu. Później następuje precyzyjne (można rzec nawet -- niemieckie) przytaczanie kolejnych nazwisk, dat i faktów dotyczących doświadczeń przeprowadzanych w obozach koncetracyjnych (szczegółowo opisane doświadczenia w Buchenwaldzie, roli Niemieckiego Komitetu Badań Naukowych, badań nad malarią i zwalczaniem szkodników, pseudoeksperymentów SS oraz Wehrmachtu (dwa osobne rozdziały), działań Ahnenerbe -- kończąc na rozdziale poświęconym zbrodniarzowi wojennemu, Josefowi Mengele. Przystojnemu, świetnie wykształconemu mężczyźnie, wyperfumowanemu oraz w starannie uszytym mundurze oficerskim wśród więźniów z Auschwitz-Birkenau.

Nikt nie przeprowadzał selekcji z taką przyjemnością jak Mengele. Camille Bentata: 'Uśmiechał się, gwizdał albo śpiewał, także w najgorszych momentach. (...) Muszę dodać, że już podczas tej pierwszej selekcji z dwóch tysięcy osób na tymczasowe przeżycie wybrał tylko około stu'. [s. 451]

O znaczenie tych "badań" dla przyszłej nauki boję się pytać, nawet sam siebie. Bo gdy pomyślę jak u Vivien Spitz, że "Kolekcja mózgów doktora Hallevordena służyła do prowadzenia badań na uniwersytecie we Frankfurcie aż do roku 1990, kiedy to szczątki zostały pogrzebane na cmentarzu w Monachium" (czyt. Lebensunwertes Lebens, 26 lipca 2012) to albo nazwę się kłamcą, albo człowiekiem.

Kończąc z Ernstem Klee, bo do pozycji tej właściwie trudno już coś więcej dodawać.

Auschwitz nie było wypadkiem. Było punktem kulminacyjnym medycyny, którą rządzi selekcja. [s. 451]

Książka:
Ernst Klee, Auschwitz - medycyna III Rzeszy i jej ofiary (Auschwitz, die NS-Medizin und ihre Opfer), Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2005.

piątek, 27 lipca 2012

Doktorzy z piekła rodem. Przerażające świadectwo nazistowskich eksperymentów na ludziach

Niemcy wcale nie byli pierwsi. Przypadki dokonywania eksperymentów na ludziach -- bez zachowania zasad chroniących ich godność osoby ludzkiej -- były dokonywane już dużo wcześniej na terenie Stanów Zjednoczonych.
W 1800 r. na amerykańskim południu dr Thomas Hamilton z Georgii umieścił niewolnika w piecu do pieczenia, celem przeprowadzenia eksperymentu ze skutkami przegrania organizmu. [s. 22]
Niemcy nie byli też ostatni. Współpraca między opresyjnym aparatem państwa a medycyną rozwijała się w stalinowskim oraz poststalinowskim Związku Radzieckim, zaś historia Iwana Bezdomnego z powieści Bułhakowa nie jest w żadnym wypadku fantasmagorią rosyjskiego pisarza.

Jednak to nazistowskie Niemcy doprowadziły proces eksterminacji do perfekcji, tworząc sprawnie działającą maszynę do zabijania. Czasami sami będąc tą sprawnością zaskoczeni.
Psychiatrzy i inni lekarze, aby zwiększyć wydajność, zaczęli współpracować w profesjonalnej i koleżeńskiej atmosferze. W ciągu niespełna dwóch lat stracono w komorach gazowych 70 000 chorych. Program 'Gnadentod' tak "dobrze" funkcjonował, że dyrektor oddziału psychiatrycznego szpitala Wehmrachtu, profesor Wurth, wyraził niepokój: 'Jeżeli wyeliminujemy wszystkich chorych psychicznie, kto zechce studiować psychiatrię?'. [s. 16]
Doktryna eugeniczna Lebensunwertes Lebens, dająca "naukowe prawo" eksterminacji wielu milionów istnień ludzkich, przyniosła skutki trudne do oszacowania oraz opisania.
Kolekcja mózgów doktora Hallevordena służyła do prowadzenia badań na uniwersytecie we Frankfurcie aż do roku 1990, kiedy to szczątki zostały pogrzebane na cmentarzu w Monachium. [s. 28]
Procesy norymberskie, które opisuje Vivien Spitz, to zaledwie początek. Czubek góry lodowej.
Robert H. Jackson: Nigdy nie wolno zapomnieć, że zapis,  na podstawie którego sądziliśmy tych oskarżonych, jest zapisem na podstawie którego historia może nas jutro osądzić. Podając tym oskarżonym kielich z trucizną, równocześnie podajemy go do własnych ust. [s. 61]

Książka:
Vivien Spitz, Doktorzy z piekła rodem. Przerażające świadectwo nazistowskich eksperymentów na ludziach (Doctors from hell : the horrific account of Nazi experiments on humans), tłumaczenie Jan S. Zaus, Wydawnictwo Replika, 2009

czwartek, 19 lipca 2012

Partycypacja. Przewodnik Krytyki Politycznej

Partycypacja jest trendy!, jak rozpoczynają w kolejnym Przewodniku Krytyki Politycznej Przemysław Sadura i Asia Erbel. W zasadzie to, czy jest ona trendy (co zapewne wykorzystali autorzy i autorki tej pracy zbiorowej, tym samym zachęcając mnie do nabycia), czy też stanowi pewnego rodzaju "potrzebę (chwili?)", staje się obojętne w kontekście tego, że po prostu jest. Ilość vel liczba jej kontekstów, aspektów, rodzajów i odmian rzeczywiście przywraca o zawrót w głowie, co skutecznie unaocznia treść w/w publikacji.

W zasadzie niemożliwością jest krótkie odniesienie się do całości. Przewodnik po partycypacji jest zbiorem autorskich tekstów, w których "uczestnictwo" rozciąga się od przestrzeni publicznej, przez miejski modal share, sztukę aż do zagadnień związanych z funkcjonowaniem zakładów pracy. Każdy z tych elementów ma swoje prawa. Przewodnik na dobrą sprawę nie jest tym, co najczęściej mamy w szufladce pod tym hasłem -- nie prowadzi za rękę, wskazując kolejne punkty, przejścia, skróty czy pułapki. Osobiście odebrałem go raczej jako zbiór pytań, które prędzej czy później stawia sobie ten, kto próbuje zrozumieć naturę uczestnictwa. Pytań, na które wielu wciąż stara się znaleźć odpowiedź.

Książka:
Partycypacja. Przewodnik Krytyki Politycznej, praca zbiorowa, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.

piątek, 8 czerwca 2012

Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945

Skończyłem kolejną pozycję związaną z tematyką Holokaustu, z której to książki systematycznie podbieram M. "Jest taki piękny słoneczny dzień..." to opowieść o losach żydów szukających ratunku na polskiej wsi w latach 1942-1945, czyli -- jak określiła to autorka, Barbara Engelking -- w trzeciej fazie holokaustu [1]. Książka poza bardzo rozbudowaną faktografią zawiera także próbę analizy zachodzących zjawisk pod kątem psychologicznym i socjologicznym; autorka skupia się na opisie rzeczywistości z perspektywy poszukujących ratunku żydów.

W tym wspólnym marszu ku śmierci dostrzegam wiele pozytywnych uczuć, wiele dowodów wielkości, wierności, poświęcenia. Tylko bardzo powierzchowne spojrzenie obojętnego gapia interpretuje to jako wędrówkę "owiec na rzeź". W rzeczywistości doświadczenie zgody na własną śmierć jest głębokim przeżyciem psychologicznym i duchowym, jest powołaniem człowieka, wyzwaniem, któremu zapewne wielu spośród idących na śmierć sprostało. Ci ludzie nie myśleli o ratowaniu się, gdyż byli pogodzenia z własną śmiercią lub wybrali śmierć, ponieważ były sprawy od niej ważniejsze, jak chociażby opieka nad dzieckiem czy po prostu nieopuszczenie innych w decydujących chwilach. (...) Można więc spojrzeć na ten marsz - do wagonów, do wykopanych dołów, do komór gazowych - w kategoriach moralnych i psychologicznych jako manifestację odpowiedzialności, miłości, a także wolny wybór towarzyszenia innym w cierpieniu, na współ-mękę i na współ-śmierć. [s. 32]
Opis rzeczywistości polskiej wsi z tamtego okresu jest wyważony. Dominującym odczuciem podczas lektury jest świadomość doświadczania tego, co autorka nazwała "pustynią ludzką" -- dehumanizacją w sensie topograficznym (doświadczenie włóczęgi, bezdomności, braku schronienia), psychologicznym (bezskuteczne poszukiwanie zrozumienia, współczucia, nadziei i wiary w drugiego człowieka) oraz społecznym (brak pomocy, zerwanie więzi lokalnych) [2].
[Żydzi] Byli w swoim człowieczeństwie całkowicie ogołoceni; nie pozostało im nic poza ową "ostatnią koszulą", a jednocześnie poprzez swoją obecność stanowili wyzwanie dla tych, którzy prosili o pomoc. Poddawali próbie ich system wartości, moralność i odwagę osobistą. Stawianie kogoś przed taką próbą też było rodzajem upokorzenia - ponieważ człowiek nie może wzywać drugiego do bohaterstwa, nie może tego żądać; bohaterstwo jest darem, który można komuś ofiarować, ale nie na wezwanie i nie pod przymusem. [s. 73]

Marceli Neider, ukrywający się żyd:

(...) miliony ludzi odeszło, bo tak chciał jeden szaleniec. Czy choć za to świat przyszły będzie lepszy? Inaczej urządzony? Myślę, że warto będzie żyć i widzieć te przemiany - gospodarcze, polityczne i rasowe, jakie nastąpią, te przesunięcia i nowe twory. [ss. 90-91]
Henryk Rubanek, żyd ukrywający się na aryjskich papierach w okolicach Krakowa:
Nie miałbym nic za złe Polakom, że nie przeciwstawiali się mordowaniu Żydów jako współobywateli, gdyż nawet sami Żydzi nie byli w stanie przeciwstawić się, gdy mordowali ich poszczególne grupy. Nie o to więc mam pretensje, że dali się sterroryzować jak mali ludzie, ale boli mnie to, że przyjęli to z zadowoleniem, które trwało i trwa bez przerwy, od początku do chwili obecnej. Zadowolenie wynikające z najniższych uczuć i możliwości zagarnięcia majątku po Żydach, otrzymania ich stanowisk w handlu i przemyśle. [s. 133]
O ile w pierwszej i drugiej fazie holokaustu Polacy byli głównie obserwatorami / mimowolnymi świadkami, o tyle w fazie trzeciej ich postawa odgrywała znaczącą rolę w kształtowaniu przestrzeni (topograficznej oraz społecznej), w której musieli szukać ratunku żydzi. Niejednokrotnie tego ratunku nie znajdowali.
I został po nich bezmiar śmiertelnego cierpienia - o tym właśnie chcą nam opowiedzieć, zachowując milczenie. [s. 256]
ps. Natknąłem się więc polecę, bo myślę że jednak warto: Dwie poważne damy (między innymi) o książce Barbary Engelking.

Przypisy:
[1] B.Engelking: Jest taki piękny, słoneczny dzień..., s. 257.
[2] Ibidem, s. 259.

Książka:
Barbara Engelking, "Jest taki piękny słoneczny dzień... Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945", wyd. Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011.

czwartek, 17 maja 2012

Eksperyment Jacobsa, czyli Rok biblijnego życia w praktyce

Książkę kupiłem kiedyś, przy okazji (zaintrygował mnie temat, pomysł, wykonanie -- a przy okazji możliwość zwolnienia z kosztów przesyłki od Wydawnictwa Literackiego). Zakup traktowałem jako inwestycję w coś lekkiego, napisanego z humorem, być może nawet przekąsem, ale jednocześnie dającego do myślenia. Bingo.
Zdaje się, że Amos właśnie rzucił kolejny żart. Nie wiecie, co to znaczy dowcipy opowiadane z kamienną twarzą, jeśli nie widzieliście amiszów. [s. 53]
Z początku ma się wrażenie, że autor podchodzi do tematu religii z dużym przymrużeniem oka. Ot, kolejna fanaberia prawie czterdziestoletniego faceta, który wcześniej przeczytał całą encyklopedię aby stać się najmądrzejszym człowiekiem na świecie i napisał o tym książkę. Jednak w miarę czytania lekki uśmieszek zastępuje refleksja nad sensem (lub bezsensem) religii, rytuałów, które stają się udziałem ludzi wierzących, realnym wpływem świata nadprzyrodzonego na życie milionów ludzi. Autor podejmuje karkołomną próbę dotarcia do pierwotnego sensu wielu biblijnych zapisów, co w jednym przypadku okazuje się awykonalne, w innym przynosi całkiem ciekawe wyniki.

Bez względu na własne nastawienie do religii warto przeczytać.
Jednak chodzi o to, że ich wiara w dosłowność Biblii jest tak silna, że będą gotowi upychać i wypaczać wszelkie dane by tylko pasowały do relacji z Księgi Rodzaju. W rzeczywistości trzeba być całkiem bystrym, aby stać się wybitnym kreacjonistą. Ta mentalna gramatyka potrafi przynieść zdumiewające efekty. [s. 94]

Książka:
A.J. Jacobs: Rok biblijnego życia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Podpalić Gazę

Ta pierwsza książka Ewy Jasiewicz -- będąca dla mnie swego rodzaju mentalnym powrotem do kwestii bliskowschodnich -- była bardziej rozczarowaniem niż kawałkiem dobrej publicystyki (reportażu). Można pominąć już kwestię, która była wielokrotnie przegadana w przypadku tej publikacji -- [niemalże żenującej] jednostronności relacji. Nie to, żebym odmawiał autorce prawa do takiego spojrzenia, tudzież jego zawarcia w formie książki. Po prostu (jako czytelnik) spodziewałem się czegoś znacznie lepszego i znacznie głębszego. Warto przy tym wspomnieć, że kwestię sporu między Fatahem a Hamasem autorka opisuje (jak na tę książkę) bardzo wnikliwie, przeplatając wypowiedzi jednej i drugiej strony. Jak sama to określiła na stronie 257: "Jest to zatem próba przeciwdziałania asymetrii informacyjnej".

Skrócenie publikacji o połowę na pewno podziałało by na jej korzyść; tym bardziej, że "w drugiej części" poza wyliczaniem liczby zabitych w poszczególnych miejscowościach Strefy Gazy pojawiają się także całkiem ciekawe motywy dotyczące polityki Polski oraz relacji z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi Ameryki w kontekście sytuacji w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu (ba, są nawet gdzieniegdzie fragmenty dotyczące wzajemnych relacji tych dwóch ośrodków palestyńskich).

Jako zupełne post scriptum do książki ostatnio trafiłem na tekst Przemysława Witkowskiego "Izrael na dobre i złe" z Przekroju, który i Wam polecam.

"- Jeśli pięć razy dziennie będę się modlił obok mojego brata, będę oglądał go codziennie. Gdy raz z jakiegokolwiek powodu go nie zobaczę, będę się niepokoił o niego, będę się martwił, co się z nim dzieje. Znaczenie meczetu polega na budowaniu więzi społecznych (...)." [s. 261]

Jakob Kellenberg: "Akcja humanitarna nie może zastąpić uczciwego i odważnego procesu pokojowego angażującego wszystkie państwa, władze polityczne i zorganizowane ugrupowania zbrojne, które mogą mieć wpływ na sytuację. Jest rzeczą nieprawdopodobną, aby odbudowa powiodła się, dopóki nie ma perspektywy trwałego pokoju. [s. 262]

Książka:
Ewa Jasiewicz, Podpalić Gazę, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2011.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Łódzka Fabryka Marzeń

Temat postu bezpośrednio przeniesiony z książki Michała Matysa, którą udało mi się skończyć czytać już jakiś czas temu, za książkę zaś podziękować mogę M., mojemu najlepszemu dilerowi łódzkiej wiedzy ;-).

Książkę czyta się stosunkowo dobrze -- szczególnie pierwszą część o Poznańskim -- chociaż na kolana nie powala. Druga część o Jerzym Dłużniewskim nadal niezła, choć chwilami ma się wrażenie "przegadania". Końcówkę opowieści o Mieczysławie Michalskim czyta się zdecydowanie zbyt opornie, co obniża ocenę książki. W końcu ile razy w jednym wydaniu można napisać o tym, jak wielkie to szczęście że współczesna Manufaktura jednak jest, oskarżony okazał się niewinnym a wszystko to była intryga. Z opowieści o Michalskim zrobiono laurkę dla centrum handlowego, na dodatek przesłodzoną.

Żeby tradycji stało się za dość, cytat.
Rewitalizacja - jak fachowo się to* określa - stała się modna na całym świecie.
*  to, czyli wskrzeszanie do życia starych fabryk - odnawianie ich i przebudowa na biura, galerie, mieszkania.

Czyli autor musi jednak jeszcze trochę doczytać.

Książka:
Michał Matys, Łódzka fabryka marzeń. Od afery do sukcesu, Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2011.

ps. Wbrew twierdzeniom autora ze strony 231, Manufaktura w badaniach jeszcze nie wyprzedziła Piotrkowskiej (trzyma z nią w miarę równy poziom) -- zaś w dni bez handlu, takie jak dzisiaj, wiatr hula po jej pustym placu. Placu, który wg. autora zastąpił z powodzeniem miejski plac-rynek, którego Łódź nigdy nie miała.

sobota, 3 marca 2012

Chodziło tylko o wybór sposobu umierania

Podobno teraz jest znacznie trudniej, większe zdenerwowanie i większy stres, bo teraz chodzi o życie. Tam chodziło o śmierć, nic nie można było zrobić, nic większego się nie mogło zdarzyć.
Była z nimi dziewczyna, Ruth. Siedem razy strzelała do siebie, zanim trafiła. Duża, ładna dziewczyna z brzoskwiniową cerą, ale zmarnowała nam sześć naboi.
Z rzeczami niewyobrażalnymi, bo któż dzisiaj tak naprawdę zrozumie te czterysta tysięcy, które przeszło przez umschlagplatz [więc niech będzie 320 tysięcy, przecież to już nie ma żadnego znaczenia].
" 'Oszaleliście?' mówili, kiedy próbowaliśmy ich przekonać, że to nie do pracy ich wiozą. 'Posłano by nas na śmierć z chlebem? Tyle chleba zmarnowaliby?!' "
Przeszło łagodnie, choć ludzkość już dawno umówiła się, że umiera się z bronią w ręku.
Prawdziwie estetyczna śmierć. Tylko tak należy umierać.

Byle nie leżeć bezwiednie jak w szpitalu na trzecim piętrze czekając na wyrok (patrząc na gwałconą we wnęce sali dziewczynę przez własowców [lub też żołnierzy RONA] -- sześciu lub ośmiu), mieć kogoś, kto w razie konieczności zasłoni swoją dłonią brzuch, zdjąć pantofle wierząc, że w ten sposób przejdzie się bezpiecznie pole minowe na ulicy Promyka.
Cóż to za prawdziwy pech.
Ten jedyny, który przeżył, nie nadawał się na bohatera.

Książka:
Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem, Wydawnictwo a5, Kraków.