czwartek, 3 września 2009

Król trędowaty

Po wojnie zawsze nastają dwie rzeczy -- pokój i polityka. Podczas wojny świat staje się prosty -- ten przyjaciel, ten wróg. Z tym walczę, obok tego mogę bezpiecznie zasnąć. Co prawda z biegiem lat prawidła wojny zmieniły się, jednak w świadomości większości walczących, jedenastowiecznych rycerzy tak właśnie mógł wyglądać świat. Kontynuacja "Krzyżowców" Zofii Kossak -- "Król trędowaty" -- opowiada o rzeczywistości jerozolimskiej w kilkadziesiąt lat po I wyprawie krzyżowej. Słabym wewnętrznie, skłóconym Królestwem Jerozolimskim rządzi mądry, lecz trędowaty król Baldwin IV, plemiona arabsko-muzułmańskie jednoczyła silna władza Saladyna. Obie strony łączy pokój, raz po raz naruszany przez księciów, lokalnych władców twierdz i kaszteli nie zgadzających się z ogólną polityką państwa. Problem stanowi również kwestia zapewnienia ciągłości władzy, ustalenie następcy słabnącego z każdym dniem, trędowatego króla...

Słyszałem, czy też czytałem, że w porównaniu do "Krzyżowców" następne części trylogii są o wiele słabsze. Szczerze mówiąc nie do końca mogę się z tym zgodzić. Jestem po lekturze "Króla trędowatego", aktualnie czytam trzecią część -- "Bez oręża". Następne części są nie tyle słabsze, co zdecydowanie różniące się od części pierwszej. Miejsce scen batalistycznych i nadludzkich wysiłków mężnych rycerzy w drugiej części zajęła wszechobecna polityka i intryga -- zaś główną osią trzeciej części jest osoba świętego Franciszka i powstającego zakonu Braci Mniejszych, co zapewne nada nową jakość powieści. Poczytamy, zobaczymy.

Książka:
Zofia Kossak: Król trędowaty.

czwartek, 20 sierpnia 2009

Krzyżowcy

O to, czym w rzeczywistości były wyprawy krzyżowe, do dzisiaj spierają się historycy, nie mogąc dojść do porozumienia, czy stanowiły ono błogosławieństwo, czy też przekleństwo ówczesnego świata. A raczej dla kogo były one błogosławieństwem, dla kogo zaś ziszczeniem się najczarniejszych snów. Choć byli wtedy tacy, którzy na potwierdzenie swoich wizji potrafili znajdować listy napisane ręką samego Wszechmogącego (które to listy -- swoją drogą -- równie tajemniczo pojawiały się, jak i znikały), ówcześni ludzie dalecy byli od świętości i gorliwości religijnej, którą przypisywali im pozostający w swoich domach mieszkańcy Europy.

Zofia Kossak pisząc "Krzyżowców", wykorzystując obraz Europy Zachodniej, Bizancjum i Bliskiego Wschodu z okresu I wyprawy krzyżowej, stworzyła powieść o Człowieku. Nie takim, jakim chciałby siebie widzieć, lecz takim, jakim był on naprawdę. Święci i złodzieje żyli obok siebie, troszcząc się z taką samą gorliwością o wyzwolenie Grobu Świętego jak o zawartość swojego skarbca. W warunkach wieloletniej podróży, ciągłych zmagań z Saracenami, przyrodą i samym sobą, święci rycerze stawali się demonami, zaś złoczyńcy zdobywali się na gesty przekraczające granice człowieczeństwa. W istocie -- nic co ludzkie nie było im obce.

Autorka nie udzieliła jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o sens I wyprawy krzyżowej, choć wyraźnie daje do zrozumienia, że stanowiła ona milowy krok w rozwoju zacofanej Europy. Ważniejsze jednak od zdobyczy techniczno-cywilizacyjnych były przemiany zachodzące w świadomości prostych ludzi, dokonujących dzięki swej niemalże dziecinnej wierze i ufności rzeczy, których teoretycznie nikt nie był w stanie dokonać.

Wielu zginęło. Z półmilionowej rzeszy wiernych do bram Jerozolimy dotarła zaledwie dwudziestotysięczna garstka, słaniająca się ze zmęczenia i głodu, niesiona jedynie zapałem wiary, pragnieniem wyzwolenia świętego Grobu. Jednak najwięksi święci pozostawali wciąż największymi grzesznikami.

I do dzisiaj niewiele się zmieniło...

Książka:
Zofia Kossak: Krzyżowcy.

środa, 11 lutego 2009

Brak tchu

Kolejne dzieło George'a Orwella - Brak tchu (ang. Coming Up for Air) - za mną. Wrażenia? Właściwie o takowe ciężko. Mimo iż "wielu krytyków uznaje właśnie tę powieść za najlepszą w dorobku Orwella, tyle tylko, że pozostającą zawsze w cieniu jego najbardziej znanych utworów." (opis z tylnej okładki książki), ja nie potrafiłem się nią zachwycić.

Co trzeba przyznać, książka znacznie odbiega od najsłynniejszych pozycji pisaża: Fowarku zwierzęcego i 1984. Oprócz kilku epizodów, powieść nie ma wydźwięku ideologiczno-politycznego, z jakim to kojarzymy jej autora. A i te nieliczne sytuacje, w których możemy odnaleźć śladowe nawiązania do polityki, są jedynie pewnymi etapami rozważań głównego bohatera - George'a Bowlinga - o otaczającej go rzeczywistości. Rzeczywistości, która nieustannie się zmienia.

Zmiana - a dokładniej rzecz ujmując, zmaganie z nią - stanowi oś powieści Orwella. Najważniejszymi punktami na osi czasu, mającymi decydujący wpływ na kształt rzeczywistości są wojny - I wojna światowa, która przewróciła do góry nogami świat George'a Bowlinga oraz II wojna światowa - ze świadomością jej nieuchronnego przyjścia główny bohater zmaga się do ostatnich stronic książki. Jak jaskółki zwiastują nadejście wiosny, tak przelatujące coraz częściej bombowce są zapowiedzią katastrofy, która na pewno nadejdzie - i George Bowling wie, że po tej wojnie świat po raz kolejny ulegnie zmianie.

Z przeczucia ciągłej niepewności główny bohater ucieka do krainy swojego dzieciństwa, do miasteczka, w którym się wychował - pierwszy raz łowił ryby, pierwszy raz pokochał kobietę. Jednak i to miejsce okazuje się być dotknięte wszechogarniającymi zmianami. Upadł ostatni bastion pewności.
W treści możemy wyraźnie dostrzec elementy autobiografii autora - ostateczny kształt powieści powstawał latem 1938, kiedy w Europie czuć było zbliżającą się wojnę, zaś samego Erica Blaira męczyły wizje przyszłych obozów koncentracyjnych i klęski głodu.
Jak napisałem na samym początku - książka (moim zdaniem) nie zachwyca, chociaż nie spisywałbym jej na straty. Poleciłbym ją każdemu, kto lubi "sentymentalne podróże w przeszłość", a godziny spływają mu na rozmyślaniu nad czasami minionymi. Na uwagę zasługuję też niektóre rozważania Bowlinga, szczególnie te dotyczące sytuacji społecznej ludzi otyłych oraz kwestii małżeńskich ;-)
Teraz zaś czeka mnie zmiana literatury - czyli magisterium czas zacząć. Jakby nie było - też jakaś zmiana.

Książka:
George Orwell: Brak tchu (ang. Coming Up for Air).

sobota, 17 stycznia 2009

Aspidistra jest drzewem życia...

George Orwell (właściwie Eric Arthur Blair)
Wiwat Aspidistra! (org. Keep the Aspidistra Flying)

Kiedy jeszcze jakiś czas temu miałem nieco więcej czasu na czytanie, z sobie tylko nieznanych względów postanowiłem sięgnąć po "coś więcej" Orwella. W ręce wpadła mi wtedy książka, o zupełnie niezrozumiałym dla mnie tytule - Wiwat aspidistra! . Jest to jedna z wcześniejszych książek tego autora, który szerzej znany jest właściwie tylko z Folwarku zwierzęcego (org. Animal Farm) oraz 1984 (org. Nineteen Eighty-Four). Co bardziej "zaawansowani" mogą kojarzyć również jego wspomnienia z czasów wojny domowej w Hiszpanii, czyli W hołdzie Katalonii (org. Homage to Catalonia). Przyznaję się bez bicia, że sam jeszcze tego nie czytałem, jak i wielu innych książek Orwella - ale wszystko przede mną.

Warto też zauważyć, że chyba na większości tylnych okładek (które nałogowo oglądam) innych książek Orwella rzadko kiedy się zdarza, aby piszący tam człowiek nie wspomniał, że jest to utwór TEGO Orwella, autora Folwarku zwierzęcego i 1984. Właściwie nie wiem, czy jest to błogosławieństwem czy zmorą dla autora - napisanie dwóch takich Dzieł. Później każdy [czytający], który słyszy "Orwell" - mówi jak zaprogramowany o tych dwóch pozycjach.
A żeby było śmieszniej... Orwell nigdy nie był zadowolony z tego, co napisał - sam nie uważał się za żadnego wielkiego pisarza i właściwie ze zdziwieniem miał zareagować na sukces Folwarku zwierzęcego. Uważał, że jeżeli książka jakiegoś autora odniesie taki sukces, następna już niemal napewno będzie zupełnie nieudana. Następną jego książką był 1984 [1].

Ale co do samego Wiwat Aspidistra!...

Początkowo rzeczywiście wydaje się, że książka "nie dorówna" słynniejszym pozycjom autora (nie dorówna celowo wzięte w cudzysłów, bo o ile 1984 można jakoś porównać z Folwarkiem zwierzęcym, o tyle Wiwat Aspidistra! jest książką zgoła inną, którą - moim zdaniem - trudno jest do nich porównywać; poza tym może i słuszną była by teza, że w ogóle nie powinno się porównywać książek...). Warto jednak wczytać się dalej, zamiast zatrzymywać się na pierwszych kilkunastu stronach.

Zastanawialiście się kiedyś, czym są w życiu pieniądze? Główny bohater Aspidistry - Gordon Comstock - zastanawia się nad tym niemal na każdym kroku. Młodzieńczy bunt przeciwko wszechobecnej władzy pieniądza przeradza się w filozofię życia, element konstytuujący jego jestestwo. Żyjąc w ciągłej świadomości (urojeniu?), że bez pieniędzy nie można mieć nic, bo wszystko w życiu toczy się wokół pieniądza - odrzuca "dobrą pracę", która mogła by mu zapewnić godziwe życie i decyduje się na mało płatną pracę w wypożyczalni książek, z której pensja nigdy nie wystarcza mu do końca tygodnia. Jest pisarzem, a pisanie to w zasadzie jedyna rzecz, która ma dla niego jeszcze jakieś znaczenie. Dzięki "drobnej pomocy" jego wpływowego przyjaciela (o której zresztą sam nic nie wiedział) wydał jedyny tomik poezji Myszy, który zebrał nawet kilka pozytywnych komentarzy. Od wydania tomiku przez dwa lata stara się ukończyć Rozrywki londyńskie, których los wydaje się równie opłakany, co jego. Przez obsesję na punkcie pieniędzy odrzuca pomoc najbliższych (korzystając jednak - wbrew swoim zasadom - z pomocy ledwo wiążącej koniec z końcem siostry Julii), odrzuca miłość kobiety, wierząc, że i tak uczucie to nie ma większego sensu - gdyż on - Gordon Comstock, nadzieja rodu Comsotcków - nie mając pieniędzy, nigdy nie będzie w stanie jej utrzymać... I wszędzie otaczają go aspidistry - kwiaty, które widuje w oknach niemal każdego domu w Londynie. Są wszędzie tam, gdzie ludzie rodzą się, kochają, umierają - a on wydaje się jedynie wegetować, bezpłodny i nieużyteczny. Bez pieniędzy.

Pewnego dnia otrzymuje od jednej z gazet, do której wysyłał co jakiś czas swoje wiersze, honorarium za umieszczenie jego utworu. Choć suma, jaką zaczyna w tym momencie dysponować jest relatywnie niewielka, dla człowieka notorycznie borykającego się z brakiem funduszy jest to majątek. Oszołomiony możliwościami "człowieka majętnego" wydaje niemal wszystkie pieniądze na alkohol i prostytutki...

To oczywiście nie są wszystkie wątki, bo to, co stało się po szaleńczej nocy pełnej alkoholu, hulanek i swawoli ma znaczne konsekwencje na dalsze losy Gordona. Właściwie waham się tu między omawianiem książki, a zasadami netykiety, zabraniającymi zdradzania szczegółów fabuły utworów. Dlatego myślę, że zainteresowani sami sięgną po tę pozycję. Jest to (jak dla laika) całkiem ciekawe studium psychologiczne osoby pogrążonej w urojeniach, dążącej do absurdalnych celów kosztem siebie i najbliższych. Zaś na końcu następuje pewna zmiana - główny bohater poddaje się, przegrywa - ale czy na pewno?

Przypisy:
[1] George Orwell, "Życie w anegdotach", wyd. Oskar, 1994.

czwartek, 15 stycznia 2009

I stało się - i ponoć widział, że było dobre.

Po długich pertraktacjach z osobą własną (w cztery oczy), po głębokich rozważaniach (czekając, aż mi się woda na herbatę zagotuje), po innych czynnościach, zgoła zbytecznych - postanowiłem, zaś postanowienie moje blogiem się stało.

Po kilku perypetiach i kilkugodzinnym głowieniem się nad nazwą, blog się w pełni zmaterializował w internetowej przestrzeni - jako post scriptum.

Dlaczego właśnie tak? Gdyż nie będę pisał wstępów przed autorem, bo i kimże jestem, aby dzieła poprzedzać? Tym bardziej nie będę się wtrącał, aby nie zmącić myśli, nie zachwiać ręki, nie pomieszać szyku - po prostu nie przeszkadzać. Stanę cicho z boku, obserwując poczynania, kolejne zmagania autora ze sobą, ze światem i z tymi, którym coś on chce powiedzieć. Niech on się stanie słowem dla innych.

Ja będę na końcu, po wszystkim - po oklaskach i gwizdach dla aktorów, po posprzątaniu wszystkich róż oraz pomidorów ze sceny, po łzach wzruszenia i westchnieniach zawodu. Jak post scriptum, umieszczane dopiero po podpisie autora.

Swoją drogą - zastanawiające:
Książka w języku łacińskim - o ile się nie mylę - to liber.
Homo liber - to człowiek wolny.

Z tego, co udało mi się zapamiętać z nielicznych lekcji języka łacińskiego, na jakich dziwnym zrządzeniem losu przyszło mi się kiedyś pojawić, język ten jest bardzo logiczny w swych zasadach...

Post scriptum
Jalkikirjoitus (a właściwie to Jälkikirjoitus) nie jest niczym innym, jak fińskim odpowiednikiem zwrotu post scriptum. Nie, żebym jakoś szczególnie język fiński znał... Nazwa taka - jako adres bloga - wynikła z innych zgoła przyczyn, niż zafascynowanie finlandyzacją polityki, muminkami czy ideą Jokamiehenoikeus (swoją drogą - niezwykle sympatyczną; niestety pewnie niemożliwą do przeniesienia na grunt polski...).

Ale to temat na innego bloga - i pewnie się pojawi w niedługim czasie.